Monday, November 23, 2015

Poznanie ma smak chemii [Świat Euijin]

Sprawa pozamiatana. Życie w raju dobiegło końca. Nie będzie już łatwego zarobku, ani codziennego zaspokajania pragnienia. Tego jedynego pragnienia, by czuć się dobrze i na chwilę móc całkowicie zapomnieć o rzeczywistości.

Spojrzenie w lustro ukazało chodzący wieszak z kości pokryty bladą skórą. Saie nie widział w nim siebie. Nie poznawał tego pustego, chemicznego wzroku, zapadniętych i popękanych ust. Prawdziwy Saie istniał w Przedstrzeni. Sęk w tym, że nie potrafił się tam dostać. Odkąd Filem Gadayro został zamordowany, wszyscy dilerzy pracujący dla jego korporacji zniknęli. Próżno było szukać ratunku u innych kompanii, choć BVFZ i Medcentra również miały swoje armie ćpunów. Metafizym z czarnego rynku nie był za darmo. Pieniądze, które i tak ledwo wystarczały na przeżycie, skończyły się Saiemu jeszcze przed ostatnią, feralną podróżą. Następnej pensji już nie dostał. Do wyboru pozostała mu jedynie trzeźwość, później ewentualna przerzutka na tańsze substancje. Substytuty prawdziwego haju, substytuty życia.

Za czas spędzony w Przedstrzeni oddał wszystko. Znajomych, dziewczynę, zdrowie. Został mu już tylko zasyfiony pokój w niewielkim mieszkanku w Grodzie Drahana, z którego niechybnie wywalą go rodzice, gdy dowiedzą się, że nie będzie przynosił pieniędzy do domu. W tym stanie nikt nie przyjąłby młodego Rdzennego do pracy. Nie chciał wylądować na ulicy jako żebrak, lecz wszystko wskazywało na to, że taki czeka go los. Wiele poświęciłby, żeby kilkunastogodzinne podróże za Ścianę Światła trwały całą wieczność. Sprzedałby duszę, żeby móc być tam jeszcze raz, a potem po prostu przestać istnieć i nie czuć już niczego, a zwłaszcza bólu.

Pracując dla Gadayro czuł się potrzebny. Kreował coś naprawdę wielkiego, rewolucyjnego, nawet nie wysilając się fizycznie. Jego myśli w Przedstrzeni tworzyły prawdziwe byty służące do konstruowania elektrowni eterowej, która mogła zaspokoić zapotrzebowanie na prąd całego Rdzenia. To nie było jednak najważniejsze. Najbardziej lubił fakt, że metafizym nie dawał zwykłego haju, lecz pozwalał przebywać w istniejącym naprawdę pięknym świecie, z dala od szarej codzienności.

Przygnieciony ciężarem frustracji spoczął na łóżku i gapił się w sufit. Choć w Grodzie Drahana przez okrągły rok panował tropikalny ukrop, Saie czuł przenikliwe zimno. Brzuch bolał go z głodu, lecz nawet nie chciało mu się ruszyć do kuchni po jeden z ostatnich kawałków chleba. Zacisnął powieki i spróbował opuścić jawę. Widział jakieś wzory ze światła, niby zniekształcone twarze. Sen nie przychodził. Na granicy świadomości czekał tylko żal, chaotyczny szał, pretensje do całego świata.

Po chwili tkwienia w bezruchu Saie zmusił się do wstania. Czuł potrzebę zażycia czegokolwiek, co oddali widmo przerażającej rzeczywistości. Czarnego Syropu, liści kaigorii, tedraksyny, nawet zwykłego destylatu dojezboża. Otworzył szufladę w komodzie. W stercie papierów powinien był leżeć świstek z adresem Kyhmosa, który handlował różnymi substancjami. Kumplował się z nim jeszcze za czasów, gdy wychodził z domu w innych celach niż odebranie kolejnych porcji metafizymu i schematów konstrukcji od Gadayro. Gdyby Saie spotkał się z dilerem, może ten ogarnąłby mu coś za darmo, ze względu na starą znajomość.

Gówno. Nie mógł znaleźć nawet tej przeklętej kartki. Z wściekłości wyjął szufladę i wysypał całą zawartość na podłogę. Usłyszał, jak coś stuknęło o deski, grzechocąc przy tym w charakterystyczny sposób. Mała plastikowa buteleczka z tabletkami. Cud. Saie natychmiast sięgnął po nią. W środku były jeszcze cztery dawki metafizymu. Nie miał pojęcia, skąd się tam wzięły. Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek wkładał tam towar. Nie pamiętał zresztą też wielu innych rzeczy. To nie miało jednak jakiegokolwiek znaczenia. Pobiegł do kuchni po wodę i za jednym zamachem połknął całą zawartość pojemnika. Pozostało tylko czekać.

Wrócił do sypialni i położył się na łóżku. Przez chwilę bał się, że znowu spotka Zazugha. Że znowu przeżyje to samo piekło, co ostatnim razem. Starał odpędzać te myśli. Przedstrzeń była teoretycznie nieograniczona, a nie musiał już teraz słuchać Gadayro. Mógł wylądować gdziekolwiek. Wszystko zależało od nastawienia. Błądził więc umysłem w nicości, byle dalej od problemów, byle dalej od Euijin, byle dalej od Zazugha i jego sług. Minuty mijały szybko. Otoczenie rozmazane. Saie czuł mrowienie w całym ciele, miał tysiące kończyn i tysiące szybko pulsujących serc. Wtedy nadszedł ten moment, gdy jaźń z zawrotną prędkością oddaliła się od ciała, przebiła Ścianę Światła i poszybowała w Przedstrzeń.

Nagle wszystko zniknęło. Kompletna czerń, zupełnie, jakby odcięło mu wzrok. Gdzieś w środku pola widzenia błysnęła mu fioletowa wstęga. Wrażenie ruchu minęło. Wyidealizowana, piękna i zdrowa postać Rdzennego zaczęła się materializować. Drobiny ciała pojawiały się znikąd, formując twarz, głowę, korpus, potem ręce i nogi. Saie czuł grunt pod stopami, lecz mógł swobodnie przemieszczać się w każdym kierunku, zupełnie jakby latał. W całej przestrzeni pływały dziwne chmury o różnych kształtach. Niektóre miały kolor fuksji, inne jagody. Każda z nich rzucała cień na wszystkie strony. Światło było niby rozproszone w otoczeniu, bez jednego lub kilku wyraźnych źródeł. Wszystko zdawało się dziwne, lecz dziwność była tu normą. I za to właśnie Saie tak bardzo kochał to, co znajdowało się za Ścianą Światła. Za jej tajemniczą atmosferę, za nierealność, która pozwalała zapomnieć o problemach. Nawet te elementy Przedstrzeni, które pozornie przerażały, zazwyczaj były na tyle odizolowane, by nie zaszkodzić psychice, a dało się w pełni je zgłębić. Zupełnie, jakby można było czuć dotyk przez pancerną szybę. Czasem jednak osłona pękała jak mydlana bańka. Tak było ostatnim razem, gdy plany budowy elektrowni eterowej zostały całkowicie przekreślone.

Rdzenny nie wiedział, gdzie dokładnie się znajduje, lecz przypuszczał, że nie znajdzie tu Zazugha. Nigdy nie rozumiał motywacji boga. Miał do dyspozycji wszystkie tereny za Ścianą Światła, a przeszkadzało mu to, że ludzie ściśnięci na Euijin chcą wykorzystać niewielką część do swoich celów. Potem na jakiś czas zniknął, by ponownie wrócić i zniszczyć wszystko, a pracownikom Gadayro sprawić cierpienie, które mogłoby stanowić definicję piekła. Saie nie chciał już o tym myśleć, lecz wciąż czuł echa przerażającego bólu.

By je odpędzić, postanowił skupić się na bieżących doznaniach. Podpłynął do jednego z fioletowych obłoczków i spróbował go dotknąć. Saie delikatnie zagłębił w nim dłoń, a otaczający go cień zniknął. Rdzenny poczuł dreszcz ekscytacji. Na placu budowy nie pojawiały się takie cuda. Zbliżył twarz do powierzchni dziwnego obiektu, chcąc sprawdzić, czy posiada jakiś zapach. Nie wyczuł żadnej woni. Z obłoczka nagle wyłoniła się okrągła wypustka, która otoczyła głowę podróżnika. Saie ujrzał w środku krajobraz złożony z setek stalowoszarych kolców. Przez chwilę miał wrażenie, jakby wciskały mu się do oczu. Nie czuł bólu, a moment później wszystko minęło. Nad równiną ostrych pali wisiała idealnie równa, gęsta siatka, zbudowana z niemalże nieskończenie cienkich linii. Choć Rdzenny tkwił w miejscu, jego punkt widzenia poszybował w górę, tak, że był na równi z podzieloną na kwadraty płaszczyzną. Siatka nagle zaczęła falować.

I wtedy doświadczył wszystkiego. Przez jego głowę przepływały strumienie informacji, na początku opisujących najbliższe otoczenie, potem pozostałą Przedstrzeń. Wiedział, co dzieje się teraz w poszczególnych jej częściach, lecz jego umysł nie był w stanie przetworzyć wszystkich danych. Czuł obecność kryształowych smoków, o wiele większych niż tych z legend Euijin. Widział, jak gładkie powierzchnie wypiętrzają się, marszczą, zgniatają i formują na nowo w kule, stożki i paraboloidy, gdzieś setki kilometrów od miejsca, w którym przebywał. Słyszał szepty bogów, zagubionych podróżników, duchów ukrytych w ciałach z płynnego metalu czy w słowach wydrapanych gdzieś na nieskończenie wysokich drzewach. Miał wrażenie, że zaraz pęknie mu czaszka. Próbował wyrwać się z objęć fioletowego obłoku, lecz nie był w stanie tego uczynić. Zbyt wiele danych naraz. Nie mógł się skupić na niczym, a tym bardziej na odczuwaniu przyjemności.

Nagle ponownie ujrzał Ścianę Światła. Przebił się przez nią i poszybował gdzieś nad Bezkresne Pustkowia. Saiego ogarnęło przerażenie. Nie chciał tam wracać. Nie wierzył, że haj mógł minąć tak szybko. Za wszelką cenę pragnął zawrócić, byleby tylko znowu nie leżeć w zatęchłym mieszkaniu, w mieście pełnym nienawistnych i pogardliwych ludzi.

Po chwili zorientował się, że nie zmierza do domu. Rozległe stepy wskazywały, że jego dusza, czy też jak wolą niektórzy świadomość, leci na północ od rodzinnego miasta. Znalazł się w gąszczu betonowych budowli o surowej architekturze, aż w końcu wyhamował w jednej z nich, w zadymionym pokoju pełnym szafek z aktami. Saie był pewny, że to Środek Świata. Do jego mózgu dotarła wiadomość o konkretnym położeniu. Nie miał natomiast pojęcia, czym mogło być to pomieszczenie, nie znał bowiem na tyle topografii stolicy Rdzenia.

Nagle zdał sobie sprawę, że oprócz niego w pokoju przebywa jeszcze dwóch mężczyzn. Przez chwilę myślał, że zostanie zauważony, lecz po chwili zorientował się, że nie posiada żadnej formy. Jego psychiczny awatar tkwił gdzieś w Przedstrzeni, zaś fizyczne ciało nadal leżało w mieszkaniu. W tym momencie nie miał kontroli nad żadnym z nich. Nie mógł też zmienić perspektywy, zmuszony był więc obserwować rozgrywającą się scenę.

Jeden z typów, przeraźliwie chudy i w okularach, siedział za biurkiem i nerwowo stukał piórem o blat. Drugi, niski i tłusty, palił papierosa za papierosem i opierał się o szafkę. Rozmawiali o czymś, lecz zrozumienie tematu konwersacji zajęło Saiemu dłuższą chwilę, lecz gdy wszystko stało się jasne…

-…słyszałem wyłącznie plotki. Przedstrzeń jest tak ogromna, że możemy nigdy nie znaleźć tego miejsca, nawet jeśli potroilibyśmy liczbę podróżników. Zresztą to nieistotne. Nasze badania skupiają się na innych obszarach. Większym problemem będzie to, czy BVFZ wykorzysta kryzys Gadayro i zostanie monopolistą na rynku energetycznym, no i czy my nie mamy jakiegoś szaleńca-idealisty w naszych szeregach. Ktoś mógłby wziąć przykład z tego gościa, który sprzątnął starego Filema.

– O co w ogóle chodzi z tymi całymi “podróżami”? – zapytał grubas. – Zawsze zastanawiałem się, w jaki sposób można przekroczyć za Ścianę Światła. Wiedziałem nawet, że mamy mały wydzialik zajmujący się tymi sprawami. Nigdy nie zadałem sobie jednak trudu, żeby rozwiać wątpliwości, aż wybuchła ta afera z elektrownią.

– To dosyć skomplikowana sprawa – odparł okularnik, ocierając chusteczką pot z czoła. - Ściany Światła nie sposób przekroczyć w sposób fizyczny. Nikt tak naprawdę nie jest pewny, z czego wynika ten fakt. Można za to utworzyć swojego rodzaju… Wizualizację własnych procesów myślowych, która jest w stanie przemierzać Przedstrzeń. Na dobrą sprawę to nic innego jak przeżycie pozacielesne przy specyficznym stanie umysłu. Da się osiągnąć go poprzez medytację, zresztą w ten sposób ludzie odbywali pierwsze podróże. Obecnie ta metoda jest niewygodna z dwóch względów. Po pierwsze, nauka wprowadzania w trans zajmuje zbyt dużo czasu. Po drugie, ćpuna z wypranym mózgiem łatwiej jest kontrolować. Wbrew pozorom nie wszystko zależy od metafizymu. To tylko zwykły psychodelik o średniej mocy. Kluczem do sukcesu jest warunkowanie podprogowe. To dzięki niemu pracownicy czują psychicznie związani z pracą w Przedstrzeni. Są dla nas niczym armia. W razie czego lojalność zawsze można wyegzekwować w nieco bardziej brutalny sposób…

Saiemu rozmazał się wzrok, a słowa wypowiadane przez korporacyjnych zaczęły brzmieć jak bełkot. Czuł, że nie należy do tego miejsca, nie należy do Euijin, nie należy do Przedstrzeni. Jego życie jest kłamstwem.

W umyśle znów zaszumiały mu setki informacji, a po chwili ciało zasemblowało na falującej siatce. Spadał wprost na najeżone kolcami podłoże. Był śmiertelnie przerażony, lecz zderzenie nie bolało. Powierzchnia zagięła się do wewnątrz i zniknęła, zaś Saie ponownie wylądował wśród dziwnych fioletowych obłoczków. Ujrzał również swojego poprzedniego awatara z głową utkwioną w jednym z nich. Nie był do końca pewny, co się stało. Odczuwał panikę, lecz nie wiedział, co jest jej przyczyną. Chciał po prostu uciec, wyrwać się z tego przeklętego potopu nielogicznych bodźców. Chciał umrzeć.

Nagle poprzednia wizualizacja ciała Saiego wyciągnęłaby naćpany czerep z kłębu fiołkowej pary. Wyciągnęłaby, gdyby tylko go miała. Zdekapitowany awatar opadł gdzieś w głąb morza chmur. Rdzennemu nagle przemknęło przez myśl, że już może nie żyć.

– Nie tego pragnąłeś, co? – usłyszał przytłumiony głos dobiegający jakby… Zewsząd. – W dziewięciu przypadkach na dziesięć dowiadujemy się prawdy gdy jest już za późno. Ale czy ma to jakiekolwiek znaczenie?

Saie miał wrażenie, że kiedyś już rozmawiał z tą osobą. Przypomniał sobie dawno zatarte wspomnienia. Mecze piłki nożnej na podwórku, butelki po destylacie dojezboża, śmiechy na klatce w bloku. Rozejrzał się dookoła, lecz nikogo nie zobaczył. Przedstrzeń nagle spowił gęsty cień i fioletowe obłoki gdzieś zniknęły. Z mroku wyłonił się za to niski, chudy mężczyzna o szkapowatej twarzy i krótkich, czarnych włosach. W tej samej nieśmiertelnej bejzbolowej koszulce Drahańskich Panter, którą nosił przez całą zawodówkę.

– Ryvo? To serio ty? – zapytał roztrzęsiony Saie. – Jak mnie tu znalazłeś? Zresztą nie ważne, dobrze że w ogóle tu jesteś. Przez moment myślałem, że zwariuję.

– Zawsze byłeś wariatem. Na dodatek rozpierdoliłeś wszystko, co mogłeś. Pieniądze, znajomości, więzi z rodziną. Ale nie mnie cię oceniać. Ludzie robili gorsze rzeczy.

– Skąd to wszystko wiesz? W Grodzie Drahana nikt nie widział cię od pięciu lat!

– W Przedstrzeni nie trudno o dostęp do informacji. Powinieneś zdawać sobie już z tego sprawę. Czy świadomość, że sprzedałeś duszę za nic, boli mocno?

– Znałeś prawdę, Ryvo? Dlaczego mi nie powiedziałeś? – załkał Saie, patrząc dawnemu przyjacielowi prosto w twarz. Czuł się oszukany, bezsilny. Nawet ci, których kiedyś szanował, mieli go za nic. – Dlaczego mi nie powiedziałeś, że można tu być bez metafizymu!

– Bałem się – odrzekł sucho Ryvo. – Pamiętasz, jaki byłem za łepka. Ciągle osrany. Myślałem, że jak rozejdzie się plotka, to dorwie mnie ktoś z rządu albo korporacje. Tak, to głupie. Ale inaczej nie potrafiłem. Zresztą nie do wszystkiego doszedłem od razu. To wymagało czasu, prób i błędów. Ty byłeś zbyt niecierpliwy. Nawet nie dałbyś rady.

– Jesteś skurwielem, Ryvo. – Saie złapał go za koszulkę i zaczął nim szarpać. – Mogłeś mi pomóc!

– Zostaw mnie! – krzyknął poddenerowany Ryvo. - Miałem przekreślić własne plany, żeby ratować ciebie? Dobrze wiesz, że sam jesteś sobie winien. Nic już z tym nie zrobisz. Chciałem tylko, żebyś nie umierał w kłamstwie. Widzisz, cały otaczający nas świat, czy to Euijin, czy to Przedstrzeń, to nic innego jak zbiory informacji pochodzące z różnych źródeł i nakładające się na siebie. My, ludzie, też jesteśmy takimi źródłami. Możemy manipulować danymi, i to nie ogranicza się wyłącznie do magii. Podróże za Ścianę Światła czy transfer eteru, którym się zajmowałeś, to zwyczajne kopiowanie pewnych charakterystyk. Poprosiłem kogoś, żeby sprowadził cię tutaj i dostarczył wizji z Medcentry. Jeszcze nie jest za późno, byś się nawrócił.

– Co? Jakie znowu nawrócenie? – zdziwił się Saie. – Sprawiłeś mi wyłącznie ból. – Wzrok znowu mu się rozmazał, czuł nieprzyjemne kłucie w klatce piersiowej. Organizm powoli wchłaniał metafizym. Stężenie zbliżało się do zabójczego. – Ból, od którego zawsze próbowałem uciec. Chrzanię to, że mogłem żyć normalnie. I tak nie miałem zbyt dobrych perspektyw. Wolę taki los niż beznadzieją walkę o przetrwanie.

– Bez bólu nie ma nadziei. – Ryvo przemówił obcym głosem, który przypomniał Saiemu, świeże, bolesne wydarzenia.

Dawny kolega narkomana wydmuchał obłok gęstej mgły, która zaczęła formować się w ludzką postać. Blada para nabrała kolorów, aż w końcu utworzyła ciało mężczyzny. Łysego, w futrzanym płaszczu. W jego oczach jakby zatopione nocne niebo. Nie do pomylenia.

– To znowu ty – powiedział roztrzęsiony ze strachu Saie. – Jak mnie tu znalazłeś?

– Czy dla boga to jakiś problem? – odparł Zazugh, uśmiechając się szyderczo. – Niektórzy mnie nim nazywają, choć tego nie lubię.

– Czemu mnie prześladujesz? – Saie zaczął zadawać kolejne pytania. – W czym przeszkadzała ci ta elektrownia?

– Byłoby ci miło, gdyby ktoś uwięził cię na długie lata, a w międzyczasie panoszył się w twojej ojczyźnie, gnębiąc poddanych i tworząc coś, co sprawi, że będą umierać z głodu?

– Dlaczego uczepiłeś się nas, zwykłych pracowników? Wykonywaliśmy tylko polecenia, nie wiedzieliśmy że tam żyją jakiekolwiek istoty, nie wspominając…

– Posłuszeństwo nie jest cnotą – przerwał mu Zazugh. – Tak samo jak nieświadomość nie jest usprawiedliwieniem.

– Wiesz co? – Ton Saiego stał się bardziej zdecydowany. Lęk powoli przeradzał się w gniew. – Nie ty jeden jesteś ofiarą. Przedstrzeń w porównaniu z Euijin jest rajem. Tak bardzo boli cię to, że też chcemy żyć dobrze? Nie masz pojęcia, co przeszedłem, zanim tu trafiłem.

– Owszem, mam – zaprzeczył Bóg, ponownie unosząc kącik ust w pogardliwym grymasie. – Wiem, że zniszczyłeś swoją szansę na normalny byt. Na miłość i przyjaźń. Nie jestem taki zły, jak ci się wydaje. Chciałem dać ci drugą szansę. Nie powinieneś umierać w kłamstwie. Jest jeszcze nadzieja. Mogę jeszcze uratować twoją duszę. Nośniki informacji nie podlegają prawom przyrody znanym na Euijin, ba, nawet chaosowi, który panuje tutaj. Są wieczne. Jeśli przyznasz się do błędu, możesz znaleźć się w dobrym miejscu.

– Nie ty pierwszy karmisz mnie wizją nieba. Wiedz, że znacznie bardziej wolę pustkę. Zwyczajną nicość. Chyba już ją czuję. Nie… mogę… oddychać…

Awatar Saiego powoli zaczął pękać. Rdzenny zdawał sobie sprawę, że to koniec. Odczuwał lęk, lecz był to strach przytłumiony, wręcz nieodróżnialny od podniecenia związanego z oczekiwaniem.

– Jeszcze kiedyś się spotkamy – rzekł z przekonaniem Zazugh.

– Oby nie. Znowu zepsułbyś… mi… haj. A ty, Ryvo… jesteś idiotą. Poz-wo-lił-byś mi… umrzeć… w spokoju, a potem… zapalił lufę… nad… moim grobem.

W końcu obraz ciała Rdzennego rozpadł się na tysiące drobnych kawałeczków. Ryvo spojrzał na Zazugha ze smutkiem w oczach.

– I co teraz? – zapytał boga.

– Twojego przyjaciela czeka niezbyt miły los – odparł Zazugh. – Nie wszystkim dane jest dostąpić zbawienia. Na mnie już pora. Wzywają mnie inni, którymi muszę się opiekować. Nie możesz się załamać, Ryvo. Pamiętaj o tym, co najważniejsze.

Zazugh wyparował, przenosząc się gdzieś w inne miejsce w Przedstrzeni. Rdzenny tkwił przez chwilę w bezruchu, dumając nad żywotem Saiego, po czym wycofał swoją świadomość z powrotem do niewielkiego szałasu w Rdzennych puszczach.


*



Ryvo był obeznany ze śmiercią. Zdążył się przyzwyczaić. Lecz odejście Saiego nie dawało mu spokoju. Nie chodziło o sam fakt utraty dawnego przyjaciela, lecz o jego postawę w ostatnich momentach życia. Saie miał rację. Nie warto szarpać się o coś, co jest zwyczajną wegetacją. Albo – co dla ciebie jest zwyczajną wegetacją. Niektórzy lubią proste życie. On sam po latach przebywania w dziczy i za Ścianą Światła nie mógłby pójść do pracy, założyć rodziny, czy oddawać się przyziemnym rozrywkom. Nawet nie potrafił się zmusić, żeby wrócić na jeden dzień do Grodu Drahana i odwiedzić grób Saiego. Ludzie pojawiali się i znikali, pozostawał jedynie sentyment. Ryvo twierdził, że nie należało mu ulegać, aby nie przesłonił teraźniejszości. Czuł się dziwnie. Z jednej strony był pewny, że nieśmiertelność jest możliwa. To dlatego poświęcił się i zaczął pomagać Zazughowi. Z drugiej przypuszczał, że choćby to była nieprawda, i nigdy nie spotka bliskich, którzy odeszli. to i tak nic się nie stanie. Samotność powoli odzierała z wszelkich uczuć.

Jesus Christ de Broglie

Niedziela, słoneczne popołudnie. Siedzę na ławce w parku, jem kanapkę, piję sok pomarańczowy z kartonika. I wkurwiam się, bo zapomniałem ipoda z domu, więc muszę słuchać bredni wygadywanych przez przechodniów.

– Mamo, a to prawda, że Bóg jest wszędzie?

– Tak, koteczku, tylko go nie widać.

– Mamo, a ile lat ma Bóg?

– Nieskończoność. Istniał od zawsze.

– Mamo, a nieskończoność to więcej niż milion?

– Tak, koteczku.

Pierdolenie o Szopenie. Wciąż te same tematy. Polityka, choroby, czyj chłopak przespał się z Anką, durne pytania dzieci. Tylko dlaczego ten krzak się pali?

– Psycholu, Psycholu! – Na dodatek jeszcze gada. Przysięgam, przez ostatnie dwa tygodnie nawet nie piłem.

– Czego? – spytałem, zorientowawszy się, że chodzi o mnie.

– Jam jest Pan, twój Bóg, który…

– Nie powinieneś mówić mi tego na jakiejś górze? – zauważyłem. – Ta akcja z gorejącym krzewem była chyba trochę wcześniej.

– Nieważne. Słuchaj, bo nie będę powtarzał dwa razy, i najlepiej gdzieś to sobie zapisz. Lambda równa się ha przez em razy fał. I my zatem mając dokoła siebie takie mnóstwo świadków, odłożywszy wszelki ciężar, a przede wszystkim grzech, który nas łatwo zwodzi, winniśmy wytrwale biec w wyznaczonych nam zawodach. Niech zaś dla was, umiłowani, nie będzie tajne to jedno, że jeden dzień u Pana jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień. Nie będziesz oglądał mojego oblicza, gdyż żaden człowiek nie może oglądać mojego oblicza. No i tyle w temacie.

Cyprysik gaśnie, rozglądam się dookoła. Ludzie dalej łażą wte i wewte jak gdyby nigdy nic. Ale faza. Zaczynam rozmyślać o tym, co przekazał mi Bóg. Najpierw podał mi wzór na falę materii. Potem zaczął rzucać jakimiś cytatami z Biblii. Zdają się być zupełnie niezwiązane ze sobą, ale gdyby je tak skorelować z tymi pytaniami, które przed chwilą mała dziewczynka zadawała swojej mamie… Eureka.

Grzech to ciężar. Ciężar to masa razy grawitacja. Bóg jest bez grzechu, więc nie ma masy. Jeśli masa będzie zdążać do zera, to długość fali będzie zdążać do nieskończoności. Bóg jest rozmyty w całym kosmosie. Jest wszędzie.

Jeden dzień jak tysiąc lat. Teoria względności. Jeśli Bóg poruszałby się z prędkością światła, to czas dla niego stałby w miejscu. Jest wieczny.

Żaden człowiek nie może oglądać mojego oblicza. Nawet taki elektron jest zbyt mikry, żeby odbił się od niego jakikolwiek strumień fotonów i dałoby radę uzyskać jego obraz. Bóg mógłby być jeszcze mniejszy, na przykład mierzyć długość Plancka. Nie widać Go.

Czy to oznacza, że Bóg jest niesamowicie małą cząstką bez masy poruszającą się z prędkością światła? Przez porównanie do dualizmu korpuskularno-falowego można by też jakoś wytłumaczyć jednoczesną boską i ludzką naturę Jezusa…


 Pewnie coś pokręciłem, a i tak nikt by mi nie uwierzył. Muszę zbierać się do domu. Jest wpół do czwartej, chyba ściągnął mi się już nowy Fallout…

Sunday, September 27, 2015

Hiperhelium

 Ludzie posiadali wiele złożonych cech. Jednak tę, którą Mayzee najbardziej podziwiał, a może nienawidził, była zdolność do tworzenia zbiorowej świadomości. Cała cywilizacja stanowiła jeden organizm kierujący się pewnymi wytycznymi uznanymi za dobre dla ogółu. I choć te aksjomaty zmieniały się na przestrzeni czasu, jednostka, która ich nie respektowała, została usuwana niczym gnijąca gałąź. Mayzee czekał na moment, w którym spotka go ten sam los.

Chłopak miał siedemnaście lat i żył w Feryzie. Miasto to wzniesiono na wysokiej górze Nhgrene położonej przy wewnętrznym promieniu Hogumu, ciała astralnego o kształcie torusa będącego domem dla wszystkich ludzi. Feryz uznawano za święte miejsce, bowiem gdy raz na rok słońce przelatywało przez pusty środek planety, był najbliżej macierzystej gwiazdy. Dzieci Gali
i Kehra gromadziły się tam, by czcić Światło, pierwszy dar boskiej pary, w przepięknych, starożytnych świątyniach.

Oczywiście Feryz nie przeżywał oblężenia pielgrzymów jedynie podczas hiperhelium. Całe rzesze przyjezdnych przewijały się przezeń praktycznie każdego dnia, sporo osób mieszkało tu również na stałe. Ktoś musiał zapewniać ludziom dach nad głową, żywić ich i leczyć. Przy tym ostatnim udzielał się Mayzee. Pracował w niewielkim zakładzie alchemicznym należącym do jego babci. Podobno miał talent do tworzenia eliksirów, choć osobiście twierdził, że przyjęto go tam z litości. Nie nadawał się na bycie kowalem czy strażnikiem, a rodzice nie pozwoliliby mu na bezczynne gnicie w domu. Siedział więc w zatęchłej piwnicy, miażdżąc w moździerzu akwamarynowe muchomory, doglądając fermentacji glistorostów czy gotując wywary z górskich szczurów. Od czasu do czasu dostawał reprymendy od babci za opieszałość lub niedokładność. Nie przejmował się nimi zbytnio, zresztą jak całym otaczającym go światem. Ciągle bujał głową w chmurach. Byłby świetnym kapłanem, gdyby nie uważał galakheranizmu za stek bzdur. Z istnieniem osobowych Bogów wiązało się zbyt wiele paradoksów, żeby mógł w nich uwierzyć. Większość społeczeństwa sądziła jednak inaczej, więc Mayzee wolał nie wychylać się ze swoimi poglądami. Kontemplował je w ciszy podczas wolnych chwil, które spędzał w niewielkim pokoju na poddaszu służącym za sypialnię.

Czynił to właśnie pewnego letniego dnia. Zbliżała się krótka noc, słońce powoli zachodziło za przeciwległy wałek hogumskiego obwarzanka. Leżące na nim krainy powoli pogrążały się w ciemnościach, a ich mieszkańcy szykowali się do snu. W Feryzie oznaczało to godzinną przerwę od pracy, zazwyczaj spędzaną na drzemce. Dziwne rytmy dobowe zależące od położenia danego miejsca na gigantycznym torusie były dowodem nie na wspaniałość, lecz głupotę Stwórców, przynajmniej według Mayzeego. Po co komu potrzebne dwie noce, z których jedna trwała na tyle krótko, że nie można było nawet porządnie się przekimać? Ci z zewnętrznej części obwarzanka mieli jeszcze gorzej, tam przez większość czasu nie dochodziło naturalne światło. No i jeszcze to przeklęte hiperhelium. Panował wtedy straszny upał, a tłumy spoconych ludzi podniecających się tym, że Słońce zakreśla ósemkę zamiast koła, nie stanowiły najmilszego towarzystwa. Święto odbywało się już za dwa dni. Przytłoczony tym faktem Mayzee odszedł od wąskiego okienka i oklapł na łóżko. Może prześpi się choć chwilę, zanim babka znów zagoni do roboty. Nagle usłyszał jakieś stłumione krzyki dochodzące z parteru. To mógł być niezadowolony klient, albo w gorszym przypadku napad. Mayzee wstał i zbiegł po schodach. Przy ladzie stał siwy, brodaty mężczyzna i szarpał babcię Beulinę za fartuch.

- Co tu się dzieje? - spytał chłopak.
- To ty! - staruch wskazał palcem na Mayzeego. - Przez ciebie moja córka nie żyje!
- Ginarze, uspokój się! - krzyknęła Beulina.

Młody alchemik kojarzył skądś tego gościa. Dosyć często przychodził do ich sklepu i zamawiał mnóstwo mikstur. Teraz zbliżał się w jego kierunku z zaciśniętymi pięściami. Wyglądał na naprawdę wściekłego. Mayzee domyślał się, że pewnie zepsuł któryś z eliksirów przez nieuwagę lub lenistwo. Być może niebiański syrop, nie chciało mu się dogotowywać go do końca. Ale żeby ktoś od tego umarł?

- Zapłacisz mi za to! - wydusił przez zaciśnięte zęby Ginar.

To nie były czcze pogróżki. Starzec rzucił się na chłopca, ale ten odepchnął go na regał z książkami i wybiegł z zakładu. Ktoś wreszcie zabrał się za odcinanie chorej gałęzi. Lecz Mayzee nie chciał ponosić konsekwencji za ignorancję. Wcześniej było to czymś odległym, wręcz nierzeczywistym. Teraz naprawdę chcą go dorwać. Wystraszony popędził gdzieś na oślep, byle dalej od sklepu.
Ginar po chwili podniósł się z ziemi. Poniosła go brawura. Miał szczęście, że młodzieniec uciekł zamiast wdawać się w bójkę.

- Nic ci nie jest? - spytała Beulina. - Możesz mi opowiedzieć wszystko jeszcze raz, powoli i spokojnie?
- To także twoja wina – rzucił mężczyzna. - Nie sprawdziłaś, czy eliksir był dobry. Ouhyn spodziewała się dziecka. Cierpiała na bóle brzucha, więc wypiła lekarstwo od was i... - Po policzkach Ginara popłynęły łzy. - Ja straciłem jedyną córkę...
- Przykro mi. - Beulina również wyraźnie posmutniała. - Tyle razy mówiłam Mayzeemu, żeby uważał! Nie mogę ciągle go pilnować. Jestem już stara, ledwie nadążam z pracą. Nic na to nie poradzę. To poważna sprawa, lepiej żeby rozstrzygnął ją Boży Sąd. Musimy tylko znaleźć chłopaka. Gala wie gdzie on się teraz podziewa...

*

Mayzee zatrzymał się w wąskim zaułku przy ulicy Królewskiej. Był zmęczony ucieczką i nadal mocno zdezorientowany całą sytuacją. Nie wiedział, co dalej robić. Jeśli rzeczywiście ktoś przez niego zginął, chłopak miał nie lada kłopoty. Niedługo o przestępstwie będzie wiedziało całe miasto. Mógłby udać do innej części Hogumu, na przykład na południe, ale nie miał przy sobie pieniędzy ani jedzenia. Niechybnie czeka go kilkanaście lat w celi, o ile wcześniej Ginar nie zemści się na nim. Będzie musiał spróbować uciec z Feryzu. Ale najpierw odpocznie.

Usiadł na bruku, opierając się plecami o ścianę kamienicy. Panowała niemal całkowita ciemność, tylko w niektórych oknach migotały świece. Mayzee tym razem cieszył się z faktu istnienia krótkiej nocy. Zauważy go mniej osób. Na całe szczęście bramy do miasta pozostawały otwarte przez cały czas, a straże nie pilnowały przejścia od setek lat. Życie w czasach pokoju miało swoje zalety.
Młody alchemik wstał i ruszył w dalszą drogę, lecz nagle poczuł czyjąś dłoń na swoim ramieniu.
- Dobra robota, mój synu.

Mayzee odwrócił się. W mroku niewiele widział, lecz był w stanie zauważyć, że ktoś, kto go zatrzymał, ma na sobie dziwną, pozbawioną otworów maskę o nieregularnym kształcie. Był ubrany w czarny płaszcz i skórzane rękawice.

- Kim jesteś? - zapytał przerażony chłopak.
- Jestem twoim Bogiem – odparł nieznajomy.
- Ty to Khar?
- Nie. Khar obróciłby cię w pył za liczne przewinienia, jak lubią to nazywać sprawiedliwi. Ja nazywam się Bdaad, Bóg Zawiedzionych Oczekiwań.
- Ja chyba śnię. – Mayzee pokręcił głową. - Muszę się obudzić!
- Wyparcie. - Głos Bdaada zawibrował w uszach młodzieńca. - Jakie to... Ludzkie. Nie, chłopcze, to wszystko dzieje się naprawdę. Przyczyniłeś się do pomnożenia mojej chwały. Odebrałeś kilku osobom nadzieję na radość. Nie doczekają się potomka. Pogrążą się w rozpaczy po stracie ukochanej córki i żony.
- Ona była w ciąży? - Praktykant osłupiał. - Ja nie chciałem tego zrobić, wcześniej nawet Cię nie znałem...
- Ale ja tak – rzekł Bóg. - Teraz zostaniesz moim sługą.
- Nie wiem, co o tym myśleć – wyznał Mayzee. - A co, jeśli się nie zgodzę?
- Mocno się zawiedziesz.

Bdaad chwycił za krawędź swojej maski i odchylił ją, zupełnie jakby otwierał drzwi. Nie miał twarzy. Jego oblicze stanowiła bezkresna otchłań wypełniona setkami mieniących się, kolorowych plam. Mayzee poczuł, jak głębia go zasysa, jak jego ciało opuszcza znany mu świat. Ciemny zaułek stał się maleńkim punktem wśród feerii barw, aż w końcu całkowicie zniknął.

*

Przeklęty chłopak przepadł gdzieś bez śladu. Nie odnalazł go nawet Mhurem, który dowiedziawszy o śmierci żony po powrocie z pracy osobiście praktycznie cały Feryz. Lecz wymierzenie kary Mayzeemu nie przywróci życia Ouhyn. To najbardziej bolało Ginara. Gdy tylko zamykał oczy, widział, jak jego córka upada, wymiotuje krwią, cała się trzęsie, by w końcu zastygnąć w bezruchu. Czuł, że te obrazy utkwią mu w pamięci do końca bezsensownego już życia.

Linia rodowa została przerwana. Wycięto z niej dwie osoby za jednym zamachem. Ginar kochał obie z całego serca, chociaż jedna z nich nawet nie zdążyła się narodzić. Pozostała tylko pustka. Pustka, która po pewnym czasie powinna zniknąć, bo przecież Ouhyn i jej dziecko byli już w lepszym miejscu, razem z Galą i Kherem. Każdy dobry człowiek prędzej czy później tam trafia. Lecz dla Ginara była to odległa perspektywa, wręcz niewyobrażalna. A może nawet i nierzeczywista. Kto bowiem jest w stanie z całą pewnością stwierdzić, że śmierć nie jest końcem istnienia? Dla starego człowieka klęczącego przed martwym ciałem córki leżącym na katafalku to wątpliwość straszna, a zarazem trudna do odrzucenia pod ciężarem rozpaczy.

Ginar spojrzał na obraz przedstawiający parę Bogów. Prosił ich o cud wskrzeszenia, albo chociaż jakiś znak, który utwierdzi jego wiarę w ponowne spotkanie z ukochanymi. Co jakiś czas modlitwy ustępowały użalaniu się na własnym losem. Choć do świątyni przybyły setki osób chcących pożegnać Ouhyn, Ginar czuł się całkowicie samotny, jakby zawieszony w nicości. Nawet jeśli Gala i Kher byli prawdziwi, nie mogli przełamać jego odosobnienia.

*
Święte księgi wspominały o wielu nadnaturalnych zjawiskach. Żadne z nich nie mogło jednak równać się z lewitowaniem w bezkresnej przestrzeni. Przemieszczające się w niej barwne plamy, widoczne, lecz nienamacalne, sprawiały, że Mayzeemu kręciło się w głowie.

- Co to za miejsce? - Chłopak zdziwił się, bowiem usłyszał swój głos, chociaż zdawało mu się, że wypowiada te słowa jedynie w myślach.
- Moja głowa – przemówił wibrującym tonem Bdaad. - Jesteś aż tak niedomyślny?
Mayzee nie wiedział, co odrzec. Cała sytuacja była wręcz okrutnie nierealna, odbierała niemal wszelkie zdolności do przeprowadzania logicznych analiz.
- Wygląda na to, że sprzeciwianie się Tobie nie ma sensu – wyznał po chwili młody alchemik. - Możesz przynajmniej wyjaśnić, co masz zamiar ze mną zrobić? Wspominałeś o tym, że zostanę Twoim sługą.
- Zgadza się – odparł Bóg.
- Na czym to miałoby polegać? - zapytał Mayzee.
- Wkrótce się dowiesz.

Chłopak nagle poczuł, jak ciągnie go jakaś niewidzialna siła. Zbliżał się z zawrotną prędkością do niewielkiego, czarnego punktu, który z czasem rósł, by stać się dosyć sporą wyrwą w kolorowej sferze. Mayzee przeleciał przez niego i wylądował pod gwiaździstym niebem Hogumu.

- Gdzie jesteśmy? - Praktykant rozglądał się po okolicy, lecz widział jedynie gęsty, bukowy las.
- Kilkanaście mil na północ od Feryzu – odrzekł Bdaad. - Powiedz mi, co kryje się w twoim sercu?
- Hę?
- O czym marzysz? Jakie jest twoje najskrytsze pragnienie?
- Aha, o to chodzi – zorientował się chłopak. Był odrobinę przerażony tajemniczym zachowaniem dziwnej istoty. - Chciałbym do końca życia nie pracować, nie musieć znosić towarzystwa idiotów, po prostu mieć spokój. To tyle, jeśli mam być szczery.
- Doskonale. Chodź za mną. Tylko ani słowa.

Mayzee mocno zacisnął usta, jakby bał się, że przez przypadek coś powie. Było bardzo ciemno. Hogum nie posiadał księżyca, a gwiazdy dawały jedynie słabe światło. Po kilku chwilach marszu w milczeniu dotarli na polanę na skraj lasu. W oddali widoczna była góra Nhgrene i spoczywający na niej Feryz. Jasne punkty rozsiane po całym mieście były z pewnością ogniskami zapalanymi na wieżach świątyń i basztach przy murze.

- Czuwają – rzekł Bdaad. - Dziś Słońce ma znaleźć się w środku świata.
- To już hiperhelium? Zdawało mi się, że minęła ledwie godzina - powiedział Mayzee, po czym zasłonił usta zorientowawszy się, że złamał zakaz Boga.
- Czas jest dla was dziwną rzeczą – odparł jak gdyby nigdy nic Bdaad. - Stoi w miejscu, gdy chcecie, by już upłynął. Pędzi, gdy chcecie go zatrzymać. Doprawdy ciężko dogodzić ludziom.
- Święte słowa – przyznał mu rację chłopak. - Przekonałem się o tym na własnej skórze.
- Usiądźmy – zarządził Bóg. - Twoje pragnienia nie są dobre dla mojego istnienia – dodał. - Są prawdziwe, lecz wiesz, że nigdy się nie spełnią, dlatego nie wyczekujesz ich realizacji. Odebranie nadziei nie sprawi ci bólu. Im zaś – wskazał dłonią na Feryz – wręcz przeciwnie. Głęboko wierzą, że hiperhelium nadejdzie dziś tak samo jak każdego roku. Obawiam się, że mocno się rozczarują.
- Dlaczego cieszysz się z czyjejś trwogi, jeśli mogę spytać?
- To nie mój wybór, tylko konieczność – odpowiedział Bdaad. - Widzisz, Bogowie są niczym innym jak wyobrażeniami o pewnych rzeczach. Nie istniejemy bez waszych myśli. To one nas karmią, dają nam siły. Niektórzy, na przykład Gala i Kher, powstali świadomie, inni, jak ja, są jedynie efektem ubocznym.
- Nie rozumiem - wyznał Mayzee. - Czy to oznacza, że jesteście tylko iluzją?
- Nie. Żyjemy naprawdę. Ale to wy o tym decydujecie, przynajmniej po części. Gala i Kher znikną, gdy tylko ludzie inaczej wytłumaczą sobie siły rządzące światem. Ja jestem wieczny. Nikt bowiem nie może egzystować bez oczekiwań. Czy matka, płodząc dziecko, liczy się z tym, że może ono nie przeżyć porodu? Czy rolnik, siejąc zboże, rozważa niepewność jego wykiełkowania? Nie. Każdy w głębi duszy chce, żeby działo się dobrze. A często jest wręcz przeciwnie. Tylko proszę, nie uważaj mnie za okrutnego. Ja tego nie prowokuję. To ślepy los albo wy sami zawodzicie innych. Ja tylko oddycham waszym żalem i cierpieniem.
- Skoro na tym Ci nie zależy, to po co Ci sługi?
- Wkrótce się tego dowiesz. A teraz obserwuj horyzont.
Świtało. Słońce pełzło po nieboskłonie, lecz nie zmierzało w kierunku środka gigantycznego torusa. Mayzee nie czuł się ani zmęczony, ani głodny. Czas upływał mu dosyć szybko. Wydawało mu się, że minęła zaledwie chwila, a dar Gali i Khera znikał już za przeciwległym wałkiem obwarzanka. Hiperhelium nie nastąpiło.
- Pragniesz. - Bdaad nagle wstał i zwrócił swoje zakryte stalą oblicze ku młodemu alchemikowi. - Pragniesz tam być, napawać się ich zwątpieniem, oglądać ich skonsternowane twarze, cieszyć się zawodem kapłanów i wiernych. A nade wszystko pragniesz uniknąć kary i przeżyć. Dlatego zaraz zginiesz, stając się moim sługą.
- Ale... Dlaczego? – spytał przerażony chłopak. - Skoro to nie twój wybór, to nie możesz się temu sprzeciwić?
- Nie. Moja wola jest bez znaczenia. Tak miało być. Umarłbyś prędzej czy później, nawet jeśli uniknąłbyś sprawiedliwości w Feryzie. Żegnaj.

Mayzee zerwał się na równe nogi ze strachu, lecz Bdaad niczego nie uczynił. Młodzieniec zaczął biec, lecz nie zdążył nawet dotrzeć do lasu. Na ziemię powalił go ogromny orzeł, który potem rozszarpał mu gardło dziobem. Bdaad z obrzydzeniem nasycił się strachem i rozpaczą chłopca. Nienawidził siebie za to, że musiał żywić się bólem. Chciał przestać istnieć, lecz nie mógł tego uczynić. Bóg Zawiedzionych Oczekiwań będzie karmił siebie dopóty, dopóki nie wyzionie ducha ostatni człowiek na Hogumie.

*

Hipersłońce nie wzeszło ani w tym roku, ani już w żadnym następnym. Niektórzy uznawali to za znak końca czasów, lecz i on nie nastąpił. Kapłani stwierdzili, że brak zmiany orbity gwiazdy jest wolą Gali i Khera. Część osób znalazła sobie nowych Bogów.

Ginar żył dalej, nadal opłakując córkę i wnuka, choć cierpienie po stracie z czasem malało. Pogodził się nawet z Beuliną, lecz wybaczenie nie wypełniało pustki. Na przemian to głęboko wierzył, że kiedyś ujrzy Ouhyn oraz swojego wnuka, to godził się z ostateczną stratą.


Bdaad zaś krążył po świecie w smutku, od czasu do czasu objawiając się swym sługom, również i Ginarowi. Był przy starcu, gdy ten, umierając, widział przed sobą jedynie nieprzeniknioną ciemność i niebyt.

Monday, September 21, 2015

Selectah: Skrecze i Krosfejdy [VIP]

Łeb mu pękał niczym orzech włoski traktowany tłuczkiem, a w ustach miał sucho jak po dobrej porcji kawałów, z których nikt się nie śmieje. Leżał gdzieś na niesamowicie twardych i zimnych panelach, udręczony przez nadmierny poziom aldehydu octowego w organizmie.

Z trudem otworzył oczy. Tyle razy obiecywał sobie, że to już ostatni raz. Jak zwykle skończyło się na: “No dawaj, ze mną się nie napijesz?”. Znowu urwał mu się film i wylądował w dziwnym miejscu. Z pomalowanego na czarno sufitu zwisała pojedyncza lampa okryta szklanym kloszem. Dźwignął się lekko, żeby rozejrzeć się dookoła. Znalazł się w niewielkim pomieszczeniu pozbawionym okien. Ściany były wyłożone matami dźwiękochłonnymi, zaś naprzeciwko wejścia znajdowało się dosyć duże biurko, na którym stało sporo sprzętu elektronicznego. Głośniki, laptop, mikrofon i kilka trudnych do zidentyfikowania pudełek podpiętych do mnóstwa kabli. Obok miejsca pracy stał niewysoki regał z półkami zapchanymi płytami CD oraz winylami.

To chyba jakieś studio nagraniowe - pomyślał Demetriusz, wstając z podłogi. - Lepiej się stąd zwinę, zanim ktoś mnie tu znajdzie. Tym razem naprawdę pojechałem po bandzie z melanżem…

Podszedł do drzwi i delikatnie nacisnął klamkę.

Kuźwa, zamknięte. Mógłbym spróbować je wyważyć, ale narobiłbym za dużo hałasu, i pewnie musiałbym zapłacić za naprawę. Poczekam tu trochę, może ktoś tu przyjdzie i mnie wypuści. Tylko jak ja mu to wszystko wytłumaczę?

Chłopak zbliżył się do biurka i zaczął się przyglądać przedmiotom zgromadzonym w pomieszczeniu. Przecież nikt nie obrazi się, jeśli posłucha sobie trochę muzyki dla zabicia czasu. Przejechał palcem po touchpadzie notebooka i otworzył folder o nazwie “Nowe utwory”.

Jego wzrok wciąż musiał nieco szwankować. Eksplorator plików twierdził, że w zbiorze znajduje się grubo ponad dwieście bilionów wave’ów. Zmrużył oczy i starał się jeszcze raz odczytać kilkunastocyfrową liczbę w prawym dolnym rogu okienka.

Przecież tam jak byk jest napisane: dwa trzy dwa siedem cztery dwa pięć dwa osiem cztery dwa jeden dziewięć zero trzy. Coś musi być nie tak z komputerem.

Wzruszył ramionami, po czym założył brązowe sennheisery i odtworzył pierwszą ścieżkę z listy. Jego bębenki zostały wprawione w drgania amen breakiem w tempie stu siedemdziesięciu czterech uderzeń na minutę uzupełnionym zsamplowanymi dźwiękami pianina. Zamknął oczy i odprężył się, wsłuchując się w rytm piosenki.


***

Gdy rozkoszował się linią basową jednego z jump-upowych kawałków, ktoś ściągnął mu słuchawki z głowy. Ze strachu o mało co nie spadł z obrotowego fotela.

– Jak się tutaj znalazłeś? – zapytał siwowłosy, brodaty mężczyzna ubrany w śmieszną różowawą sukienkę.

– Ten, tego, no… – wydukał mocno zmieszany młodzik. – Trochę popiliśmy i obudziłem się tutaj. Przysięgam, nie chciałem nic ukraść!

– To znowu te cholerne dubplate’y. – powiedział do siebie starszy pan, nie zważając na tłumaczenia intruza. – Chyba muszę w końcu dać sobie z nimi spokój.

– Jest pan szefem tego, yyy, studia? – ośmielił odezwać się Demetriusz. – Te nagrania są naprawdę świetne.

– Powiedzmy. To nic nadzwyczajnego. Nie mam co zrobić z wolnym czasem, więc bawię się w tworzenie muzyki.

– Czy pan sam skomponował to wszystko?

– Ta.

– Niesamowite! Występuje pan pod jakimś pseudonimem? Na komputerze widziałem tylko tytuły utworów. Koniecznie muszę kupić jeden z pana albumów.

– Mam różne ksywy. Jedni mówią na mnie Jahwe, drudzy Allah, inni Ahura Mazda, jeszcze inni Izanagi…

– Pan jest… Bogiem?

– Ech, nie lubię tego określenia. Wolę nazywać siebie Pierwszym Didżejem.

– Czy ja umarłem? Pójdę do piekła? – Wystraszył się chłopak. – Proszę, tylko nie to! Przyznaję, trochę naskrobałem w życiu, ale…

– Piekło? Jakie znowu piekło? Czego ci hejterzy o mnie nie wymyślą! Prawdziwy twórca nigdy nie porzuca swoich dzieł. Niestety, na raj musisz sobie jeszcze trochę poczekać. Nie zdążyłem jeszcze zmasterować piosenki, w której jesteś tylko składową harmoniczną werbla. No, miło się gawędziło, ale musisz wracać do swojego wszechświata. Bez ciebie nie ma tego doskonałego brzmienia…

Przedwieczny Selectah z głowy wziął do ręki dziesięciocalowy krążek pokryty lakierem nitrocelulozowym, upchnął do niego nieszczęsnego człowieka i następnie odłożył płytę na półkę.

– Co ja to miałem zrobić… – mruknął pod nosem siadając przy biurku. – A, zamówić nowy mikser!


***


– Demek, obudź się! Za chwilę starsi wracają z nocki.

Nastolatek, słysząc głos swojej siostry, rozwarł powieki i podniósł się z podłogi.

– Co się stało? – spytał. – Nic nie pamiętam.

– Wróciłeś pijany z baletów, zacząłeś słuchać muzyki na bombie i zasnąłeś – wyjaśniła mu. - Ogarnij się szybko i sprzątnij ten burdel. Chyba nie chcesz zaliczyć przypału?

Demetriusz omiótł wzrokiem mieszkanie. Rzeczywiście, narobił niezłego bałaganu. Wszędzie walały się kompakty z muzyką, szklany stolik do kawy był cały umazany sosem salsa, zaś na dywanie leżało mnóstwo pokruszonych nachosów. Trzeba to doprowadzić do porządku. Ale najpierw musi się czegoś napić. Poszedł do kuchni i opróżnił litrową butelkę mineralnej.

– Śniło mi się coś głupiego. Tylko nie mogę sobie przypomnieć, co…

– Sen mara, Bóg wiara, jakby to powiedziała nasza babcia – odrzekła mu beznamiętnie Eulalia.

– Fajna nuta – wyraził swoją opinię o utworze sączącym się z głośników podłączonych do leżącego ekranem do dołu smartfona jego bliźniaczki. – Chyba gdzieś już ją słyszałem. Jaki to był tytuł? A, już wiem: “Shifting of the Universe”, czy jakoś tak.

– Skąd to wiesz?! – zdziwiła się dziewczyna. – Przecież dopiero co puściłam swój stream na Soundcloudzie. Ten kawałek został wrzucony pięć minut temu, a artysta napisał, że nigdy wcześniej go nie publikował…

Demetriusz wybałuszył oczy, słysząc odpowiedź Eulalii.

– Serio? Na pewno już gdzieś to słyszałem, tylko za chuja nie mogę sobie przypomnieć okoliczności. Kto to nagrał?

– Breakcendence Squad. Wczoraj grali w „Neuromancerze”, wybieraliście się tam z ziomeczkami. Może ten kawałek leciał w ich secie?

– Kurwa, nie wiem… Chociaż nie, zdaje mi się, że słyszałem go we śnie. Byłem w studiu nagraniowym i odtwarzałem tę piosenkę z laptopa, a potem przyszedł właściciel tego studia, który wyglądał jak Bóg, no i niby był Bogiem…

– Co ty bredzisz? Chyba przydałby ci się detoks, bo zaczynasz mieć problemy z głową. I ogarnij w końcu ten bajzel.

Eulalia odwróciła się na krześle obrotowym i wróciła do przeglądania Instagrama. Demetriusz pozbierał płyty z muzyką, przetarł stolik morką ściereczką i odkurzył dywan, po czym poszedł do kuchni zrobić sobie śniadanie. Nie zbierało mu się na wymioty, więc pewnie wyrzygał się zaraz po imprezie. Jego pamięć przypominała pokaz slajdów. Będzie musiał drygnąć do Cyryla albo Łysego, żeby dowiedzieć się, co się działo.

Po chwili wrócili rodzice. Pomimo zmęczenia, przed pójściem spać zdążyli wygłosić Demetriuszowi kazanie o tym, jak bardzo się stoczył, odkąd poszedł do technikum, oraz o tym, że nie zdobędzie wykształcenia i będzie musiał zbierać ogórki w Niemczech, o ile wcześniej nie trafi do kryminału. Nastolatek puszczał wszystko mimo uszu, gapiąc się w talerz i powoli jedząc jajecznicę. Gdy starsi skończyli już ględzić i poszli do sypialni, odczekał kilkanaście minut, aby upewnić się, że wpadli w objęcia Morfeusza, a następnie wyślizgnął się z mieszkania.

Na klatce schodowej wybrał numer do Cyryla i przystawił telefon do ucha.

– Siema stary, pamiętasz może cokolwiek z piątkowego wyjścia?

– Hehehehe. Wiedziałem że o to zapytasz, królu parkietu. W końcówce popijałeś Jim Beama cydrem, a wcześniej podobno wbiłeś na backstage i siedziałeś tam chyba z półtorej godziny!

– Ta, no co ty gadasz?!

– Seryjnie, ziomek. Słuchaj, pogadamy później. Gram multi i teraz nie mam czasu…

– Zasrany no-lajf.

– Ty, żebym ci zaraz nie wrzucił fajnego zdjęcia na tablicę…

– Dobra dobra. Porozmawiamy później. Na razie.

– Nom, spoko. Narka.

Tablica. No właśnie, jeszcze nie sprawdził Facebooka. Pewnie ma z dwadzieścia zaproszeń do znajomych od ludzi z imprezy. Szarpnął za klamkę od drzwi i rozbujał je aż do końca ogranicznika, jednocześnie włączając transfer danych w telefonie. Dżingiel od powiadomień wybrzęczał kilkukrotnie. Rzeczywiście, trochę się tego nazbierało. Najpierw wiadomości. Ruda zapraszała go na domówkę w następny piątek. Znając życie rodzice go nie puszczą… O, jest coś w zakładce “Inne”. Jakiś Michał Patarowski.

„Siema, tu Pako z Breakcendence Squadu. Chcemy pogadac o ostatniej imprezie, nie wiem czy cokolwiek pamietasz, a wiele sie dzialo :-) jak mozesz to przyjdz dzisiaj o dwunastej na parkową 20/12. Daj znac czy pasuje ci termin. Tu masz moj nr 659823901”

Demetriusz sprawdził jego profil. Nie wyglądał na fałszywkę, dużo fotek z imprez i obserwujących. Chłopak postanowił wysłać SMS potwierdzającego przybycie. Chwilę później dostał odpowiedź: „ok bedziemy czekali”.

Niesamowite. Jeden z członków najlepszego kolektywu didżejów w mieście zaprosił go na spotkanie. To zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Chociaż, jak powiadają, alkohol łączy ludzi. Może rzeczywiście dobrze się poznali?

Do dwunastej zostało jeszcze sporo czasu. Demek był strasznie zmęczony, ale nie zamierzał wracać do domu. Ojciec nigdy nie spał długo i pewnie zaraz wyznaczyłby mu sto różnych pierdół do zrobienia, wcześniej zrywając go z łóżka. Poszedł do osiedlowego i kupił energetyka w dużej butelce. Wydał na niego ostatnie pieniądze, zatem był zmuszony iść piechotą. Po drodze wstąpił do galerii handlowej, gdzie grał na wystawowym pleju czwórce, dopóki nie przegonił go ktoś z obsługi. Potem kontynuował niespieszny spacer w kierunku Parkowej, aż po dwóch godzinach dotarł na miejsce. Nacisnął dwa razy guzik przy numerze 12. Nikt się nie odezwał, drzwi zaczęły brzęczeć. Chłopak pociągnął za klamkę i wszedł do środka wysokiej kamienicy. Wspiął się na czwarte piętro i zapukał do drzwi. Otworzył mu wysoki koleś w cienkich, brązowych dredach.

– Siema! – przywitał przybysza. – Ty to Demek, tak? – Nastolatek kiwnął głową. – Na mnie mówią Pako. Wejdź do środka.

Zapach gandzi unosił się w całym mieszkaniu. Było ładnie urządzone, lecz niesamowicie zabagałanione. Wszędzie walały się ubrania, talerze, winyle, kable, słuchawki. Pako zaprowadził go do salonu, gdzie reszta Breakcendence Squadu vel Maryn i T-Jay siedziała na kanapie i oglądała telewizję, racząc się blantem.

– Chcesz? – spytała T-Jay, podsuwając mu bata.

– Mogę ściągnąć tróję – odpowiedział odrobinę nieśmiało Demetriusz.

Chłopak wziął trzy buchy i podał dalej. Jazz był dobry, miał delikatnie cytrusowy posmak.

– Częstuj się, czym chcesz. – Michał wskazał przekąski leżące na stoliku do kawy. – Zrobić ci herbaty?

– Nie, dzięki. – odparł Demek. – To o czym chcieliście pogadać?

– Co pamiętasz z naszego spotkania ostatniej nocy? – zapytał Maryn.

– Szczerze mówiąc, nic. Film urwał mi się chwilę po tym jak skończyliście grać i wszedł Subtension. Dlaczego pytacie?

– Zdarzyło się wtedy coś bardzo ważnego – wyznał Pako. - Coś, co może zmienić cały świat.

Demek zdziwił się. Jego rozmówca nie wyglądał aż na tak zbakanego.

– Udało ci się przenieść do Boskiego Wymiaru – kontynuował didżej.

– Boskiego Wymiaru? Zaraz…

– Michał, on nie skleja nic z tego, co mówisz – wtrącił się Maryn. – Trzeba mu wytłumaczyć po kolei i łopatologicznie. Na ostatnich baletach ostro się naprułeś. Jakimś cudem udało ci się zbajerować ochroniarzy i wszedłeś do strefy VIP, gdzie odpoczywaliśmy po występie. Pogadaliśmy chwilę z tobą i postanowiliśmy sprawdzić, czy jesteś Wybrańcem. Wiem, to brzmi cholernie głupio, ale mówię serio. Nasz świat w rzeczywistości jest tylko utworem muzycznym tworzonym przez nadludzką istotę. Znasz takie powiedzonko, że Bóg jest didżejem? Ono mniej więcej oddaje całą sytuację. Osoby takie jak ty, mistyczni wybrańcy, są w stanie przenieść się do innego wymiaru i spotkać Stwórcę osobiście. Udało ci się tego dokonać ostatniej nocy, ale popełniliśmy błąd. Byłeś zbyt napierdolony, żeby zapamiętać cokolwiek, o czym ci mówiliśmy. Na dodatek na chwilę przed transferem zaliczyłeś zgona. Nie udało ci się zgarnąć sprzętu, którego Bóg używa do tworzenia piosenek-wszechświatów. Dzięki niemu można kontrolować rzeczywistość. Chcemy go wykorzystać, oczywiście w dobrym celu. Dlatego ściągnęliśmy cię tu, abyś dokończył swoją misję.

Demetriusz nie wiedział, czy śni, czy dostał nagłego nawrotu fazy. Taka historia mogła by mieć wzięcie w epoce kamienia łupanego, z zastrzeżeniem, że Bóg grałby na jakimś prymitywnym instrumencie zamiast sklejać sample w FL Studio, ale nie w dwudziestym pierwszym wieku. Tak czy inaczej, o ile Breakcendence Squad nie robi sobie z niego jaj, lepiej jest buszować po Boskim Wymiarze niż zamulać przed kompem słuchając wątów starszej. Nawet jeśli potem miałby się obudzić.

– Rzeczywiście, przypomina mi się coś takiego. Byłem w jakimś studiu nagraniowym i spotkałem kolesia, który przedstawił mi się jako Bóg. Nawijałem z nim o czymś, nie pamiętam już dokładnie czym, a potem przywalił mi dubplatem i odzyskałem świadomość na Ziemi.

– Prawdopodobnie w ten sposób wepchnął cię z powrotem do naszej rzeczywistości – wyjaśniła T-Jay. – Poprzednim wybrańcom udało się zdobyć ten utwór, jednak jeśli nie odtwarza się go na boskim sprzęcie jest nieodróżnialny od zwykłej piosenki – “Universe” Marcusa Intalexa i S.T. Files. Potrzebny nam będzie gramofon, CDJ, laptop, cokolwiek.

– Okej – powiedział Demetriusz. – To co mam zrobić, żeby przenieść się do świata bogów?

– Istnieje pewien kawałek, który na to pozwala, i to bez użycia artefaktów, ale tylko jeśli jesteś wybrańcem. – wyjaśnił Pako, wkładając kompakt do wieży hi-fi. Wystarczy, że dobrze się w niego wsłuchasz.

Z głośników zaczęła wydobywać się muzyka. Delikatne hi-haty, głęboki bas z syntezatora, kobieta recytująca pierwsze wersy Księgi Rodzaju. Definitywnie DJ Hype i jego “Closer To God”. Nastolatek zacisnął powieki. Po chwili zniknął zapach marihuany i uliczny szum dobiegający z uchylonego okna, a siedzisko kanapy stwardniało. Piosenka również powoli zaczęła cichnąć, aż w końcu Demetriusza otaczała jedynie cisza i ciemność. Otworzył oczy. Siedział na ławce znajdującej się na końcu długiego, oświetlonego jarzeniówkami korytarza. Wstał i podszedł do pierwszych drzwi. Na przykręconej do nich plakietce było napisane:

“Balihulalater a.k.a Knazjon a.k.a 09812738912 a.k.a Szemrzący Strumyk a.k.a…”

Demetriusz przestał czytać po po trzeciej linijce. Widocznie w innych światach też wyznają różne religie. Jego interesował Jahwe, czy może też Allah albo Śiwa.

Rozpoczął poszukiwania właściwego studia. Przypuszczał, że nie miałby szans w bezpośrednim starciu z bogiem, więc starał się, aby nikt nie wykrył jego obecności. Delikatnie stawiał kroki i co chwilę oglądał się za siebie. W końcu udało mu się znaleźć pracownię stworzyciela. Pociągnął delikatnie za klamkę i zajrzał do środka. Wnętrze wyglądało znajomo. Podobnie jak siedzący przy biurku starszy pan. Miał słuchawki na uszach i był wpatrzony w ekran macbooka. Demetriusz przewidywał spore szanse na pozostanie niezauważonym. Nie wyciągnie co prawda niczego spod rąk Selectora, ale może udać mu się zwinąć sprzęt leżący na szafce z płytami. Kucnął i zaczął skradać się w jej kierunku. Oddychał najciszej jak tylko potrafił. Nigdy w życiu tak się nie bał. Ze spotkania z Policją czy wkurzonymi karkami można jeszcze wyjść obronną ręką, ale stanąć oko w oko z Bogiem? Ostatnim razem poszło łagodnie, ale nawet Najwyższy nie ma nieskończonej cierpliwości do intruzów.

Dwa CDJe i mikser były w zasięgu ręki wybrańca. Wystarczyło je odpiąć i… znaleźć winyl, który pozwoli mu wrócić na Ziemię. Z tym mogło być trochę ciężej, więc postanowił zrobić to na początku. Na półkach były ułożone dziesiątki płyt. Wyciągnął pierwszą lepszą. Pudło. Wątpił, by “Stumihamooon” stanowił jedno z określeń jego uniwersum. Demek próbował przypomnieć sobie, jak wyglądał tamten nieszczęsny krążek. Był trochę mniejszy, chyba dziesięciocalowy, i miał zieloną nalepkę…

– Te sample są do dupy, muszę poszukać czegoś innego.

Serce Demetriusza usiłowało opuścić klatkę piersiową. Chłopak zerwał się na równe nogi, a Bóg odwrócił się w kierunku szafki.

– To znowu ty!

Mózg nastolatka pracował szybciej niż klaster komputerowy. Nie wiedział, dokąd uciekać, ani co odpowiedzieć. W akcie desperacji sprzedał Stworzycielowi kopa z partyzanta. Przedwieczny Selectah przewrócił się do tyłu razem z krzesłem, uderzając potylicą o kant biurka. Po upadku już się nie ruszał. Wystraszony Demetriusz zamknął drzwi do studia i zastawił je szafką, zastanawiając się, czy bycie wybrańcem oznacza posiadanie super mocy. Klęknął przy Bogu i przytknął palce do jego szyi. Tętno było nadal wyczuwalne. Czyli nie udało mu się pobić Nietzschego. Tak czy inaczej mógł teraz spokojnie splądrować studio.

Po kilkunastu minutach stał ze stosem fantów w rękach. Tuż przed nim, na podłodze leżał portal do zwykłego świata. Jeden skok i chłopak z powrotem wylądował w mieszkaniu Breakcendance Squadu.

– I jak? – zapytał Maryn.

– Izi jak jebanie. – Demetriusz odłożył sprzęt na stolik. – Jak mu pociągnąłem z laczka, to się nie pozbierał.

– Co? – zdziwił się Pako. – Pokonałeś Boga w walce?

– Nie był aż taki mocny jak przypuszczałem. Może to tylko zwykły człowiek z magicznym talentem? A my też kreujemy nowe wszechświaty, tworząc piosenki? Bóg wtedy byłby po prostu “poziom wyżej” od nas…

– Szkoda czasu na rozkminy. – T-Jay przerwała Demkowi wywód. – Podłączajcie zabawki.

– Od czego zaczynamy? – Pako zaczął rozkładać stos elektroniki.

– Niech będą CDJe. Korzystając z DAWów na laptopie możemy zbyt dużo namieszać.

– Co zamierzacie zrobić? – chciał się dowiedzieć Demetriusz.

– Według poprzednich wybrańców każdy utwór można porównać do osi czasu. Przewijanie do przodu i do tyłu oznaczałoby podróżowanie w czasie.

Gdy odtwarzacz był już gotowy do grania, T-Jay puściła płytę z “Universe”. Nagle jedynymi istniejącymi rzeczami pozostał Breakcendence Squad, Demetriusz, dwa CD-Je podpięte do lewitującego w nicości gniazdka, głośniki i podtrzymujący je stolik do kawy oraz osobliwość. Ten stan nie trwał zbyt długo, bowiem wszechświat zaczął się rozszerzać. Powstawała materia, z materii tworzyły się gwiazdy, z gwiazd galaktyki…

– Łał… – rozmarzył się Michał.

– Dobra, przewiń to, przecież każdy wie, jak wyglądały początki. No, może poza moherami.

T-Jay zakręciła talerzem, a czas popłynął z zawrotnym tempem. Przed oczami muzyków i wybrańca migały pierwsze organizmy żywe.

– Muszę zmniejszyć prędkość odtwarzania, bo gówno widzę – powiedziała T-Jay.

Artystka przesunęła pitch slider mocno w górę. Muzyka ucichła – częstotliwość spadła do rzędu infradźwięków. Wszechświat nadal przypominał odrobinę przyspieszony film, ale można było zauważyć więcej szczegółów.

– O, coś ciekawego.

T-Jay zrobiła bejbi skrecza i zatrzymała utwór. Znajdowali się w tej samej kamienicy co wcześniej, ale na oko pod koniec dziewiętnastego wieku. Ówcześni mieszkańcy zastygli w bezruchu. Maryn podszedł do młodej kobiety z filiżanką herbaty przy ustach i chciał ją lekko szturchnąć, lecz jego ręka przeniknęła przez ciało.

– Chujnia z grzybnią – skwitował. – Myślałem, że będziemy mogli zmienić historię. Na przykład zabić Hitlera.

– To mogłoby przynieść nieprzewidziane konsekwencje. – zauważył Pako. – Poza tym, wystarczy, że rozwiążemy zagadki z przeszłości.

– Albo poznać przyszłość – dodała T-Jay. – Nie gra mi tylko jedna rzecz. Jesteśmy prawie we współczesności, a piosenka już się kończy.

Kiedy utwór się zatrzymał, kalendarz na ścianie pokazywał dwutysięczny pierwszy.

– W tym roku Marcus Intalex i S.T. Files wydali “Universe” – poinformował Pako. – Co to może oznaczać?

– Może piosenka nie jest kompletna, tylko dopisywana na bieżąco? – Demetriusz podrapał się po głowie. – To oznaczałoby, że mamy starą wersję.

– Ale lipa. – Maryn wyglądał na wyraźnie zwiedzionego. – Myślałem, że będziemy w stanie zrobić coś więcej niż tylko zobaczyć przeszłość.

– To jeszcze nie wszystko – przypomniała T-Jay. – Na dobrą sprawę wykorzystaliśmy dopiero dwie funkcje CDJi. Pako, chcesz spróbować?

– Pewnie.

Michał podszedł do konsoli i poprosił Demka, żeby dał mu jakąś płytę od Boga. Chłopak wręczył didżejowi srebrny krążek, a ten załadował go na prawy deck. Puścił “Universe” jeszcze raz, odpalił też nową piosenkę i zaczął powoli przesuwać krosfejder. Zarówno piosenki, jak i wszechświaty zaczynały płynnie przechodzić jeden w drugi. Równoległe uniwersum zdawało się być znacznie młodsze, czas nie płynął bowiem tak szybko.

– Co z tego, że zobaczymy inną rzeczywistość, skoro nie możemy wejść w interakcję z nią? – Maryn kontynuował narzekanie. – To tak, jakbyśmy oglądali film.

Odtwarzania nagle zostało przerwane. Grupka młodych ludzi znajdowała teraz w jakiejś ogromnej, zatłoczonej sali. Na końcu stał tron zajęty przez tłuściocha w czerwonych szatach. Po obu jego stronach stali zakapturzeni mężczyźni dzierżący długie, drewniane laski.

– Co jest, do chuja?! – krzyknął Pako, bezskutecznie wciskając przycisk “Play”.

Z kostura gwardzisty wydobyła się kula światła i uderzyła prosto w stolik z CDJami. Eksplozja odrzuciła Demetriusza i muzyków na kilka metrów do tyłu. Wylądowali tuż pod stopami rozwścieczonych ludzi.

– Zostajecie skazani na śmierć za używanie wulgaryzmów w obliczu króla – oświadczył im przyboczny, który zaatakował ich chwilę wcześniej.

Zbrojni zaczęli zbliżać się do skonsternowanych przybyszów z innego wymiaru.

– Zaraz, żądamy osądu przez walkę! – wypalił Demek.

Członkowie Breakcendance Squadu spojrzeli na niego zdziwieni.

– No co, w “Grze o Tron” to zawsze działa. Dobra, Oberyn Martell może nie wyszedł na tym zbyt dobrze, ale przynajmniej Tyrion przeżył.

– Osąd przez walkę, powiadasz? – odezwał się król zachrypniętym głosem. – Jak sobie chcecie, i tak nie macie żadnych szans.

Demetriusz odwrócił się w stronę tłumu i zapytał:

– Czy ktoś z was jest gotowy wziąć udział w pojedynku w naszym imieniu? Oferujemy…

– Takiej opcji nie ma – przerwał mu jeden z gwardzistów. – Ktoś z was musi walczyć osobiście, skurwysyny.

– Możemy chociaż wybrać broń? – chciał się dowiedzieć Maryn.

– Oczywiście, przysługuje wam takie prawo. Szable, szpady, kostury, halabardy, a może mikrofony?

– Mikrofony? – zdziwiła się T-Jay. – Czy to oznacza bitwę fristajlową?

– Ma się rozumieć.

– Dajcie nam chwilę, musimy się naradzić – poprosił Demetriusz.

Zbrojny skinął głową, a oskarżeni zebrali się w kółku.

– Walka na rymy zdaje się być rozsądnym wyjściem, przynajmniej mamy jakieś szanse – stwierdził nastolatek. - Ktoś z was umie nawijać?

– Nie, zawsze mieliśmy od tego MC – powiedział Pako.

– Okej, w takim razie spróbuję coś polecieć. Trzymajcie kciuki.

Demek podszedł do zakapturzonych nieco niepewnym krokiem. Trochę żałował, że zgłosił się na ochotnika.

– Postanowiliśmy zmierzyć się z wami w rapie. Który z was będzie moim przeciwnikiem?

– Ja. – Najwyższy z gwardzistów wystąpił z szeregu.

– A zatem zaczynamy – obwieścił król. – Kolejka po osiem wersów, pierwszy będzie mój reprezentant.

Z tłumu wyłoniło się trzech grajków dzierżących bębenek, flet i lutnię. Kiedy bit rozbrzmiewał już na dobre, zbrojny zaczął rymować.

– Skądś się tu wziął warchlaku chędożony,

Jak śmiesz przy królu stać tak przystrojony?

Facjatę masz gładką niczym białogłowa,

I pewnie też w portkach ptaka nie chowasz.

Nędznyś mi parobku wrogiem,

Bowiem jam jest liryków Bogiem.

Znikaj stąd nim władca łypnie

Bo życie swe skończysz niechybnie!

Tłum zaczął wiwatować. Demetriusz miał mocno pod górkę. Odwrócił czapkę do tyłu i zacisnął rękę w pięść.

– Nie twój interes skąd jestem, buraku,

Wasz król jest tłusty jak żarcie w maku.

Białogłowy sam pewnie nie zaznałeś,

Za to po mydło w koszarach się schylałeś.

Jesteś liryków Bogiem?

Ja Bogiem zamiatałem podłogę.

Więc daj moim ziomkom spokój,

Albo rozwali cię prawdziwy rap z bloków!

– Łał!

– Ale pocisk!

– Rozkurwił!

Pozytywna reakcja gawiedzi dodała Demetriuszowi pewności siebie. Jego przeciwnik zaczął się lekko trząść.

– Nie nazywaj króla grubym, bo, bo…

Gwardzista zamilkł i stał przez chwilę bez ruchu, po czym uciekł ze sceny. Tłum zaczął skandować imię zwycięzcy, które wyjawił im Pako. Demetriusz zbijał piątki i odbierał gratulacje od pozostałych gwardzistów, jednak zauważył, że władca także stara się wymknąć.

– Ani kroku dalej, bo moi fani cię dojadą! – zagroził mu nastolatek. – A teraz gadaj, dlaczego chciałeś nas zabić. Nie wierzę w gadkę z wulgaryzmami, twój przydupas sam wcześniej zaklął i nawet nie zwróciłeś mu uwagi.


– To pułapka przygotowana przez Boga. Wiedział, że wrócisz, aby ukraść sprzęt. Chciał dać wam nauczkę, żeby ludzie już na dobre zaprzestali podróżowania pomiędzy wymiarami, jednocześnie nie skazując wybrańca na unicestwienie. Widzisz, każdego człowieka można porównać do bardzo małego fragmentu piosenki. Kiedy tak się przenoszą ze świata do świata, to tak jakby wstawić linię basową z dubstepu do marszu pogrzebowego.

– Zaczynam mieć już dosyć tego starego grzyba! – zirytował się Demetriusz. – Co on sobie wyobraża? To ja tu jestem wybrańcem! Trzeba pogadać z nim na poważnie. Pako, co ze sprzętem? Uda nam się przenieść do boskiego wymiaru?

– Na szczęście eksplozja niczego nie uszkodziła – odpowiedział Michał. – Ale nie mamy przy sobie płyty z “Closer To God”, więc musimy zahaczyć po drodze o Ziemię.

– W porządku. Wy – Demetriusz wskazał na gwardzistów. – pójdziecie z nami. Potrzebujemy dobrej obstawy.

Maryn stanął za konsoletą i krosfejdował wszystkich do mieszkania Breakcendence Squadu. Potem szybko wyciągnęła płytę z kawałkiem DJ Hype’a z wieży i wrzucił ją do odtwarzacza. Po chwili cała ekipa znalazła się na korytarzu w boskich siedzibach. Ze studiów zaczęli wychodzić Przedwieczni Selectorowie. Kroczyli w kierunku Demetriusza i jego towarzyszy, na czele nie kto inny jak sam Jahwe.

– Co to kurwa ma być? – wrzasnął Demetriusz, niesiony na euforycznej fali poczucia powołania. – Myślicie, że wasze wszechświaty są takie zajebiste, że nie można w nich nic zmienić? A co z AIDS? Rakiem? Głodem w Afryce?

– To kara za wasze przewinienia, grzesznicy! – odparł Allah. – Przemawia przez was pycha!

Nagle otworzyły się drzwi z prawej (lub z lewej, jeśli przyjąć perspektywę Boga) strony i wyszedł z nich niewysoki człowieczek o czerwonej skórze, zakręconych rogach i gustownej bródce.

– Nie wtrącaj się, Szatanie – powiedział do niego Ahura Mazda. – To sprawa między mną a moim dziełem.

– Jak zwykle robisz zadymę, Izanagi. Słychać was nawet przez wygłuszone ściany. Nie możesz dać temu chłopakowi trochę swobody? W końcu jest Wybrańcem.

– Jeszcze czego! Pewnie, zaraz ustąpię mu miejsca na posadzie Najwyższego! Wybraniec to tylko nic nie znaczący tytuł, zwykły bug w DAWie.

– Ten bug sprawi, że twoje rządy upadną, a we wszystkich wszechświatach zwycięży zło – powiedział stanowczo Angra Mainju. – Kiedy już rozprawi się z wami, jestem pewny, że dojdę z nim do porozumienia.

– Nic nie znaczący tytuł… Zło zwycięży… – Demetriusz poczuł się rozczarowany. – Ale przecież…

Chłopak poczuł, jak nagle otwiera się jego trzecie oko. Doznał nagłego przypływu doskonałej mądrości, a wokół jego ciała pojawiła się złocista aura.

– Gówno prawda! – krzyknął nastolatek. - Każdy człowiek tworzy swoją własną piosenkę, a wy nie macie nad nami kontroli! Jesteście tylko prehistorycznym wymysłem! To już wasz koniec! Super Hadouken Fus Ro Dah Rasengan Kamehameha!!!

Z rąk, oczu i ust wybrańca wystrzeliły strumienie ognia otoczone wyładowaniami elektrycznymi. Połowa budynku została unicestwiona razem z nadnaturalnymi istotami, odsłaniając Demetriuszowi i przyjaciołom dziesięciowymiarową przestrzeń astralną.

– To było niesamowite – zachwyciła się T-Jay.

– Jesteś potężny – powiedział Maryn. – Z takimi zdolnościami mógłbyś podbić wszystkie wszechświaty.

– Nie uczynię tego – wyznał Demetriusz. – Nie na tym polegała moja misja. Miałem wyzwolić wszystkie stworzenia i to zrobiłem. Teraz zostanę tu, aby w spokoju medytować. Wy musicie dalej iść przez swoje życie.

– Będziemy mogli wpadać do ciebie w odwiedziny? – zapytał Pako. – Myśleliśmy, żeby nagrać jakieś kawałki z MC, a ty jesteś całkiem dobry.

– Zgoda. Będę miał mnóstwo czasu na wymyślanie nowych zwrotek…