Opowiadania i historie utrzymywane w konwencji fantasy. Przeważnie oscyluję gdzieś na granicach mystical fantasy/metaphysical fiction, chociaż czasami pokuszę się też na sf i inne gatunki. Czasem z humorem, czasem na poważnie. Podziękowania dla wszystkich czytelników i wspierających.
Showing posts with label atompunk. Show all posts
Showing posts with label atompunk. Show all posts
Monday, October 10, 2016
Wednesday, September 21, 2016
Transdymensja [Euijin]
Całe
pokolenia spędzały życie otoczone fizycznie nieprzekraczalnym
murem. To mogłaby być przerażająca perspektywa. Lecz wbrew
pozorom życie toczyło się w miarę normalnie. Gdzieś daleko
na kontynencie ludzie wstawali wcześnie rano z łóżek, by
przepracować większą część dnia w tragicznych warunkach,
budując kapitał przemysłowców. Młodzi uczyli się zawodu lub,
jeśli posiadali większe zdolności umysłowe, zgłębiali tajniki
nauk magicznych. Schorowane od zanieczyszczonego powietrza babcie
pilnowały wnuków. Samotne matki stały w kolejce po zasiłek
dla bezrobotnych. Wszyscy mieli zbyt wiele spraw na głowie, by
przejmować się izolacją.
Kaim
znajdował się jednak w zgoła odmiennej sytuacji. Przebywał
w bazie badawczej na Czarnej Wyspie, położonej około dwieście
pięćdziesiąt kilometrów od Zielokradeł, skąd pochodził. Jego
zadaniem było właśnie badanie dziwnego tworu – Ściany Światła.
Granicy ich świata. Euijin.
Tu
magia to nie gusła i nienazwane moce, lecz przetwarzanie
informacji. Ogromna połać lądu i oceanów otoczona eteryczną
barierą zapętlającą jej obszar. Za murem – tajemnicza
i chaotyczna Przedstrzeń, dostępna jedynie dla tych, którzy
mieli odwagę wprowadzić swój umysł w odmienne stany
świadomości. Euijińczycy próbowali ją zbadać i eksploatować,
aby sprostać rosnącym wymaganiom rozwijającej się cywilizacji,
lecz napotkali opór ze strony boskiej istoty…
– Witam!
– Głos znajomego Lodogórala wyrwał Kaima z zamyślenia. –
Przyszedłem zobaczyć co u was i co? Jak zwykle się
obijacie…
Kaim
odwrócił się od biurka i zrobił groźną minę.
– My?
A posprzątaliście chociaż ten bajzel w dokumentach w tym
całym Fryarze czy Frearze?
Obaj
naukowcy roześmiali się głośno.
*
Głęboki
oddech. Powietrze zimne i wilgotne, jak zawsze na Zielokradłach.
Nawet wewnątrz ogromnej siedziby Kombinatu Elektromagicznego.
Tabuny
pracowników kroczyły korytarzem w stronę kantyny. Głównie
Zieludzie i Rdzenni, chociaż tu i ówdzie pojawiali się
także Lodogórale oraz Bezkresowianie. Ktokolwiek, kogo
ponadprzeciętna wiedza w zakresie techniki oraz kodowania run
została doceniona przez wydział kadr korporacji.
To
było fascynujące. Różnorodność, a zarazem jedność. Każda
rasa wyewoluowała z tego samego gatunku, niewielkiego
drapieżnika zamieszkującego puszczę w centrum Euijin.
Stworzyła odrębną kulturę, wyznawała inne wartości, a mimo
to wszystkie doszły do porozumienia niemalże bez większego
wysiłku. Choć dawne antagonizmy wciąż tkwiły w sercu,
wszyscy razem starali się o lepsze jutro.
I
oto ona pośród tego cudu, Hysya, młoda córka Kraju Północy,
wyrwała się z żelaznego uścisku biedy panującej w Klinie
i stała się kimś więcej niż tylko trybikiem w machinie
cywilizacji. Teraz jako wysoko postawiony specjalista Kombinatu
Elektromagicznego naprawdę może zmieniać świat, z niemalże
natychmiastowym efektem. Postanowiła wykorzystać to jak najpełniej.
Przerwa
obiadowa to dla niej strata czasu. Dlatego z trudem przebijała
się przez sunący w drugą stronę tłum, kierując się
w stronę hali z superkomputerem. Wedle przewidywań
program zbliża się do finiszu…
Zbiegła
po schodach i wkroczyła do podziemnego tunelu. Maszynę
umieszczono niemal przy samym brzegu morza, aby wymienniki ciepła
były zanurzone w wodzie. Kosztowało to ogromne sumy, lecz
liczyła się przede wszystkim wydajność.
Po
krótkim marszu Hysya dotarła do głównego wejścia. Przesunęła
kartą identyfikacyjną po czytniku runicznym. Wrota odblokowały się
i programistka wstąpiła do środka. Delikatny szmer układów
zintegrowanych, pisk purpurokryształowych kości pamięci
traktowanych niskim napięciem, sapanie pomp chłodziwa, migające
diody, kręcący się tu i ówdzie pracownicy. Kochała
atmosferę tego miejsca.
– O,
witam szefową! – odezwał się Maorn, wysoki Zielud. Przynajmniej
jak na ogólne standardy, znaczący wzrost był bowiem cechą
charakterystyczną tejże rasy.
– A
tam od razu szefową – odparła Hysya. – Nasze stanowiska są tak
samo ważne. Bez ciebie nie utrzymalibyśmy sprzętu w stanie
nadającym się do użytku.
– Elektromagia
bez przetwarzania informacji jest niczym. To ty jesteś władczynią
KEM-3.
– Dobra,
dosyć tego słodzenia. Jak tam parametry?
– KEM-3
wykonał dziewięćdziesiąt osiem procent zadanych komend. Dzisiaj
około ósmej wieczorem powinniśmy uzyskać ostateczny wynik.
– Tak
późno? – zdziwiła się Hysya.
– Wydajność
spadła, musieliśmy trochę zmniejszyć pobór mocy. Na instalacji
radiatora H7 popękały uszczelki, trzeba było go odciąć. Chłopaki
z obsługi technicznej właśnie zajmują się wymianą.
– Szlag
by to trafił. – Kobieta mocno zagryzła wargi. – Mam wrażenie,
że minęły wieki, odkąd uruchomiliśmy program. I tak mamy ogromne
szczęście, że księgowość w ogóle zgodziła się na niego
przy obecnych cenach prądu. Euijifina każe płacić za izotopy
promieniotwórcze jak za zboże, a węgla z Lodogór nie
opłaca się sprowadzać…
– Żałuję,
że projekt Gadayro nie wypalił – powiedział Maorn. – Mimo, iż
nigdy nie żyliśmy ze sobą w zgodzie. Elektrownia eterowa
mogłaby zmienić całe Euijin. Ciekawe, czy można by skonstruować
taką bez ingerencji w Przedstrzeń.
– To
raczej mało prawdopodobne. Bez zaklęć nie da rady pobrać eteru
zza Ściany Światła, a do ich wykonania potrzebna jest
energia. Prościej zbudować strukturę, która będzie go pompować
do Euijin. Jak się okazało, komuś to się nie spodobało.
– Nie
boisz się, że nas niedługo też zaczną ścigać bogowie albo
potwory? – zapytał Maorn.
– Mówisz
to do wychowanki klińskiej patologii. Przez kilkanaście lat
wychodząc z domu obawiałam się, że dostanę kosę pod żebra
od seryjnego mordercy, a wchodząc, że znowu wtłucze mi
najarany mechorostem ojciec. Teraz mam zacząć się lękać władców
przedstrzennych krain? Błagam. To ich problem, że nie chcą
współpracować. Z resztą, nie powinni się obrazić o ten
małą część terenu, którą im wyrwiemy.
– Obyś
miała rację. Miło się gawędziło, ale muszę sprawdzić, jak
idzie ekipie naprawczej.
– No
to leć, nie będę cię zatrzymywać.
Elektromagik
obrócił się na pięcie i zniknął gdzieś pomiędzy szafami
klastra. Hysya obeszła całą halę i porozmawiała
z pozostałymi specjalistami. Upewniwszy się, że każdy inny
element systemu pracuje w całkowitym porządku, wróciła do
swojego biura.
*
Magsmiter
nadal milczał. Żadnych wieści od ekipy KEM-3. Czyżby kolejna
usterka? Nie, nie może znowu iść do hali, na głowie ma następny
projekt, a terminy gonią… Spojrzała na ekran biurkowego
programatora. Musiała mrużyć oczy, aby kolumny run, słów i liczb
nie zlewały się w zielone szlaczki. Pisanie instrukcji do
systemu wspomagania toru jazdy w samochodach było wyjątkowo
żmudne.
Hysya
spojrzała za okno, potem na zegarek. Była dwudziesta pierwsza.
Nawet nie zorientowała się, że jest tak późno. Znowu została
w pracy po godzinach. Może powinna wreszcie odpocząć?
Przeciągnęła się na krześle i po chwili zastanowienia
wyłączyła programator, po czym opuściła siedzibę Kombinatu.
Drobne
krople deszczu zwilżały wszechobecny beton. Nie widziała potrzeby
zakładania kurtki, samochód zaparkowała nieopodal. Szybkim krokiem
podążyła w kierunku pojazdu.
Jak
na złość w torebce zabrzęczał magsmiter. Oby chodziło
o projekt, a nie o jakąś pierdołę.
– Hysya
Vadeloot, słucham.
– Tu
Maorn, mamy wieści od chłopaków z Czarnej Wyspy, program
został wykonany, wygląda na to, że wszystko przebiegło zgodnie
z planem…
– Czekaj,
ktoś kręci się koło mojego auta, za chwilę oddzwonię…
*
– Nie
wierzę w to – krzyczał Johaze. – Po prostu nie wierzę,
jeszcze pół godziny temu przekraczałem Ścianę Światła
dokładnie w tym miejscu, a teraz… Ona zniknęła.
– Nie
zniknęła, tylko została przesunięta. – Kaim poprawił
Lodogórala. – Z raportów załóg statków wynika, iż zmiany
objęły jedynie nasz rejon. Tak z resztą zakładał plan. I
tak mamy spore szczęście, że się powiódł.
– To
fantastyczne – zachwycił się Johaze. – Nowy obszar wygląda
niemal identycznie jak reszta Czarnej Wyspy. Patrz, nawet droga
ciągnie się dalej wzdłuż doliny!
– Nie
traćmy więcej czasu. Ładuj się do wozu, musimy sprawdzić nową
strefę.
Lodogóral
z długimi frędzlami na skórze i zieludzko-bezkresowiański
mieszaniec, który odziedziczył czekoladową karnację po ojcu oraz
pokaźny wzrost i włosy koloru trawy po matce, wsiedli do
sfatygowanej terenówki i ruszyli przed siebie. Obaj byli
pracownikami rządowych stacji badawczych. Kaim stacjonował na
Czarnej Wyspie położonej na północnym zachodzie Euijin, zaś
Johaze w devylańskiej kotlinie Frear na przeciwległym końcu
świata. Z racji tego, że obie bazy znajdowały się tuż przy
Ścianie Światła, w rzeczywistości dzieliło je niecałe
piętnaście minut jazdy samochodem, więc często wymieniały ze
sobą personel i zasoby. Przez projekt Hysyi zapowiadało się
jednak, że sytuacja ulegnie diametralnej zmianie. Naukowcy brnęli
w głąb lądu, a magicznej bariery ani śladu.
– Czy
w zaklęciach wykonywanych przez KEM-3 przyrost powierzchni był
dokładnie określony? – zapytał Johaze.
– Ustalili
go na pięćset kilometrów kwadratowych, lecz interferencja danych
mogła sporo namieszać, zwłaszcza przy tak skomplikowanym procesie
– odparł Kaim, przyhamowując pojazd przed głęboką kałużą. –
Jak tam parametry?
– Pole
magnetyczne i grawitacyjne w normie, nieco podniesione
natężenie eteru – recytował Lodogóral, gapiąc się
w multimiernik. – Warunki atmosferyczne w normie.
Konwersja informacji do euijińskiego standardu chyba się udała.
– Doskonale.
Będziemy mieli nowe tereny pod osadnictwo i uprawy, pewnie
znajdą się tu też jakieś złoża. Problem przeludnienia nam już
nie grozi. Może nawet uda się przesunąć Ścianę Światła na
tyle daleko, że ludzie o niej zapomną…
– To
byłoby wygodne – rzekł Johaze. – Pamiętam, jak trudno było
przyjąć do wiadomości, że nasz piękny i uporządkowany
świat to tylko bańka zawieszona w kompletnie chaotycznej
Przedstrzeni.
Terenówka
pędziła dalej szutrową drogą wzdłuż połaci soczyście zielonej
trawy poprzecinanych bazaltowymi skałami. Za nią sunął sznur
innych samochodów prowadzonych przez badaczy. Motor wył na
najwyższych obrotach. Wóz wspiął się na wysoki pagórek
i naukowcom ukazał się niecodzienny widok. Leżącą przed
nimi część doliny otaczał kamienny mur, wznoszący się wyżej
niż najpotężniejsze wieżowce w Środku Świata.
*
– Hej,
co ty robisz?! – krzyknęła Hysya do nieznajomego. – Spadaj
stąd!
– Ładny
samochód – odparł ten jak gdyby nigdy nic. – Musiałaś sporo
pracować, aby sobie na niego pozwolić… Szkoda, że wykorzystujesz
swoje umiejętności w niewłaściwy sposób.
Skóra
na głowie mężczyzny połyskiwała delikatnie w świetle
ulicznych lamp. Nie sposób było przypisać go do jakiejkolwiek rasy
czy ich kombinacji, styl płaszcza również wydawał się Hysyi
wyjątkowo dziwny.
– Nie
wiem, coś ty za jeden, ale naprawdę radzę ci zmiatać. –
Zieludka wykonała dłonią ruch w kierunku kieszeni, w której
trzymała magmiota.
– Obejdzie
się bez broni – powiedział obcy. – Wiedziałem, że chcesz ją
wyciągnąć od chwili, kiedy mnie zauważyłaś. Pozwól, że zrobię
to za ciebie.
Pistolet
wyfrunął z kurtki Hysyi i wylądował kilkanaście metrów
dalej.
– Ach,
zapomniałem się przedstawić. Mówią o mnie Zazugh. Chcę
z tobą porozmawiać i przekonać do walki o słuszną
sprawę. Może masz ochotę wziąć mnie na przejażdżkę? Nie daj
się namawiać.
Przeklęty
Maorn i jego proroctwa… Gdyby stracił posadę w Kombinacie,
mógłby zostać wróżbitą.
*
– Zauważyliśmy
dużą, kamienną strukturę w odległości około kilometra od
naszej pozycji. – Johaze raportował do bazy przez magsmiter. –
Zmierzamy w jej kierunku.
Kaim
ostro podkręcił tempo. Samochodów pozostałych badaczy zniknęły
w lusterkach.
– Niewiarygodne
– westchnął mieszaniec. – KEM-3 chyba poniosła odrobina
fantazji i umieścił tu fortyfikacje obronne. Albo konwersja
informacji zaszwankowała i utkwił tu artefakt z Przedstrzeni.
– O
kurde. Zawartość eteru skacze do końca skali – poinformował
towarzysza Lodogóral. – To chyba rzeczywiście anomalia zza Ściany
Światła. Musimy być czujni.
Wraz
ze skracającym się dystansem naukowcy zauważali coraz więcej
szczegółów budowli. Mur popękał i utworzyły się
w nim dosyć spore dziury. Wyrastały z niego drzewa
i spowijały pnącza.
I
co najważniejsze, pokryto go napisami. Od podstawy aż po blanki
okraszony był przez słowa, runy, znaki i cyfry.
Droga
prowadziła wprost na bramę pozbawioną wrót. Trudno było
stwierdzić, co znajduje się za nią. Multimiernik tykał
złowieszczo. Kaim zwolnił.
– Zaczekamy
na innych przed wjazdem – powiedział. – Rozsądnie będzie
zostawić auta w tym miejscu, zanim zorientujemy się, co jest
po drugiej stronie.
– Eter!
– wykrzyknął Johaze. – Czuję go! W całym ciele, mogę nim
oddychać, stój, chcę wyjść!
– Co
ty pieprzysz?! – Kaim osłupiał, zdziwiony zachowaniem Lodogórala.
Johaze
nagle odpiął pas bezpieczeństwa i chwycił za klamkę. Kaim
gwałtownie zahamował, przeczuwając, że jego partner zaraz
wyskoczy z samochodu. Devylańczyk prawie uderzył głową
w przednią szybę, lecz gdy tylko wóz się zatrzymał,
natychmiast wyszedł na zewnątrz i pobiegł w kierunku
bramy.
– Nie
podoba mi się to… – wymamrotał do siebie mieszaniec, gramoląc
się z terenówki.
*
O
tej porze obwodnica prowadząca z dzielnicy fabrycznej do
centrum Klina świeciła pustkami. Błękitny kompakt przemierzał ją
powoli, rozchlapując cienką warstwę wody na asfalcie. Był to
prototypowy model, napędzany w diametralnie odmienny sposób
niż tradycyjne wozy. Zamiast silnika spalającego purpurową bądź
zwykłą ropę, miał komputer wykonujący zaklęcia telekinetyczne.
Dzięki temu mógł przyspieszał i zatrzymywał się znacznie
szybciej niż zwykłe samochody, choć okupione to było krótszym
zasięgiem – akumulatory dostarczające prąd do jednostki
centralnej nie wystarczały na długo.
Jego
kierowcę zazwyczaj cieszyła jazda tą drogą, gdyż oznaczała
powrót do domu. Tym razem wolałby być w zupełnie innym
miejscu.
– Zgaduję,
że chciałeś się ze mną spotkać, bo nie spodobał ci się mój
projekt? – Hysya nerwowo skręciła kierownicą, starając się
ominąć ubytek w asfalcie. – I jesteś tym samym gościem,
który pokrzyżował szyki staremu Filemowi?
– O,
przepraszam – obruszył się Zazugh. – To Gadayro mnie oszukał
i uwięził, ja tylko broniłem swoich racji. Zdajesz się być
odważną kobietą. Niektórzy ludzie nie ośmieliliby się nazwać
mnie inaczej niż Panem. Lecz nie traktuj tego jako wadę, cenię
szczerość.
Kobieta
odgarnęła seledynową grzywkę z twarzy. Lewe tylne koło
stukało, spiker w eteradiu mówił piskliwym, irytującym
głosem… Czyżby lęk przed konfrontacją sprawiał, że zamiast na
rozmowie skupiała się na denerwujących błahostkach? Nie
rozumiała, co się z nią działo, przecież niejednokrotnie
znajdowała się w gorszej sytuacji.
– Wasze
działania są daremne – kontynuował bóg. – Zdaje się wam, że
żyjecie we wspaniałym świecie, i ciągle wam go mało.
Pragniecie coraz więcej i więcej, nie zważając na otoczenie.
Myślicie, że Przedstrzeń jest nienormalna, lecz rzeczywistość
jawi się inaczej… To Euijin jest odchyleniem, niewielką plamką
sztucznego porządku na nieskończonym morzu chaosu.
– Nie
rozumiem – stwierdziła Zieludka. – Zamieniliśmy tylko kawałek
waszego uniwersum, które jak sam wspominałeś nie ma granic, na
nasze. Skoro aż tak bardzo nie chcesz się dzielić, to dlaczego
załatwiasz tę sprawę ze mną, zwykłym inżynierem, a nie
z zarządem Kombinatu Elektromagicznego?
– Wszyscy
ci panowie na włościach to chciwi głupcy, pragnący jedynie, abym
nie wchodził im w drogę albo zniknął. Ale ty… Ty jesteś
inna. Wiesz, czym jest ból i cierpienie. Doświadczyłaś wielu
gorzkich przeżyć. Widzisz, nie chodzi o to, że
przeszkadza mi rozrost Euijin. Boli mnie sam fakt jej istnienia. To
miejsce to piekło. Trzeba je unicestwić, aby wyzwolić ludzi.
*
Kaim
popędził za Johazem. Niepokoił go fakt, że Lodogóral zniknął
z pola widzenia. Zatopił się w oślepiającej bieli po
drugiej stronie muru. Mieszaniec po chwili przekroczył wewnętrzną
bramę. Rozejrzał się dookoła, mrużąc oczy. Dokuczał mu głośny
szum i mrowienie w całym ciele. Znajdował się na
ogromnym placu, niemalże pustym za wyjątkiem wysokiego obelisku na
środku. Szczyt słupa jaśniał niebywale silnym światłem, które
dodatkowo odbijało się od podłoża. Badacz miał wrażenie, że
zaraz oślepnie. Jednak u podnóża monumentu udało mu się
wypatrzeć Johazego. Podbiegł do niego i chwycił za ramię.
– Co
ci odbiło? – zapytał, zaciskając powieki. – Musimy wrócić do
auta po sprzęt ochronny. Nie czujesz tego, co tu się dzieje? Zaraz
eksploduje mi głowa!
– To
nic nie da – odparł Devylańczyk. – Nie możesz odciąć się od
tych informacji! Rozumiesz to! Znaleźliśmy miejsce, z którego
emanuje cała rzeczywistość.
– Twierdzisz,
że stąd wydobywają się wszystkie dane o Euijin? Czy to
oznacza, że KEM-3 podczas konwersji w jakiś sposób odsłonił
Źródło naszego świata?
– Tak!
– krzyknął Johaze w mistycznym uniesieniu. – Przyjrzyj się
dobrze, a zobaczysz wszystkie krainy, od Bezkresnych Piasków po
Zielokradła! Wsłuchaj się, a do twych uszu dotrą słowa
każdego człowieka na Euijin! Skup się, a dotkniesz wszelkiej
żywej istoty!
– Szaleństwo.
– Kaim do tej pory nie mógł uwierzyć, w to, czego
doświadcza. – To miała być tylko teoria…
*
Skoro
Euijin to piekło, czy Przedstrzeń była rajem? Dlatego tyle osób
dałoby się pokroić za metafizym, byleby tylko dotknąć Nieba?
Jeśli to prawda, to czemu wszyscy wciąż tu tkwią, stawiając
czoła przeciwnościom losu, zamiast po prostu przenieść się za
Ścianę Światła? W głębi duszy czuła pragnienie ucieczki od
codziennych problemów, zapomnienia przykrych chwil, jakie przeżyła
w zwyczajnym świecie i uniknięcia tych, które mogły
czekać tuż za rogiem… Z drugiej strony nie mogła przekonać się,
aby zaufać Zazughowi.
– W
czym twój dom jest lepszy od naszego, że chcesz go zniszczyć
i zabrać nas do siebie? – Pragnęła się dowiedzieć Hysya.
– W
mym Królestwie nikt nie walczy o przeżycie. Nie ma własności
ani hierarchii. Nazywają mnie Panem, lecz naprawdę jestem tylko
Strażnikiem, który pilnuje, by nikomu nie działa się krzywda.
Zieludka
zjechała z obwodnicy. Jej dzielnica leżała jeszcze dalej na
południe, lecz w tej chwili nie miała zamiaru udać się do
domu. Liczyła na to, że gdy pokrąży trochę po centrum, Zazughowi
znudzi się rozmowa i zostawi ją w spokoju, albo znajdzie
pomoc u policjantów… W co ona wierzy, ten gość podobno stał
za zabójstwem samego Filema Gadayro, więc miałby bać się
gliniarzy?
– Dobrze
wiem, że nie mieszkasz w tych okolicach – rzekł bóg. –
Znam twoje myśli, wciąż próbujesz opracować plan pozbycia się
mnie. Po raz kolejny powtarzam, że nie musisz się niczego lękać.
Teraz
naprawdę znalazła się w sytuacji bez wyjścia.
– Powiedz
mi jedno. – Hysya odezwała się po chwili milczenia. – Czy za
Ścianą Światła nie ma bólu?
– Oczywiście,
że takie pojęcie istnieje wszędzie. Nie da się go ominąć. Ale
nie przejmuj się tym. To tylko jedno z wielu doświadczeń,
które wzbogaca nasze życie.
Zieludka
zwolniła i zaparkowała samochód na chodniku.
– Skoro
cierpienie to wspólna cecha Euijin i Przedstrzeni, to dlaczego
nie mogą współistnieć? – wyraziła zdziwienie Hysya. –
Przeszkadza ci to, że tu nie jesteśmy tobie poddani?
– Gdy
ujrzysz inny świat, prędko przekonasz się, iż Euijin jest
zwyrodnieniem. – Zazugh twardo bronił swoich racji.
–
A
gdy ty ujrzysz prawdziwe cierpienie, zrozumiesz, że to nie
tylko jedno
z wielu doświadczeń –
odparła Zieludka.
*
Pozostali
członkowie ekipy badawczej nie pojawiali się, mimo iż powinni
dogonić ich już jakiś czas temu. Może bali się tu wchodzić?
Kaim nie wiedział, co zrobić. Wrócić do auta po aparat
i multimetr, czy siłą zabrać stąd Johazego zanim zwariuje do
reszty i zwiewać?
– Mylisz
się. – Do uszu naukowca dobiegł delikatny głos. Czyżby
Lodogóral miał rację i z szumu można było wyłapywać
poszczególne dźwięki? – Z tego miejsca nie emanuje cała
rzeczywistość, a jedynie jej część.
Kaim
odwrócił się. Obok Johazego stała wysoka, zielonowłosa kobieta
w wypłowiałym swetrze i płóciennych spodniach.
– Co
masz na myśli? – zapytał Devylańczyk, niewzruszony faktem, że
nieznajoma ot tak po prostu pojawiła się znikąd. – Są też inne
obiekty emitujące informacje?
– Nie
obiekty. Istoty. Gdyby tak było, nie mielibyśmy wpływu na nasze
czyny – odparła. – Oglądalibyśmy życie tak jak widzowie
obserwują przedstawienie teatralne. Lecz my też jesteśmy Źródłami,
sami tworzymy naszą sztukę, modyfikując i tworząc dane.
– A
ty to kto? – wtrącił się Kaim. – Oprowadzasz ludzi po tej
atrakcji turystycznej, czy coś w tym stylu? Słaba fucha,
zważywszy na twoją umiejętność teleportacji.
– Możliwe,
iż jestem przewodnikiem. Wiele razy wyznaczałam drogę, którą
podążały zagubione dusze. Lecz przede wszystkim jestem rozwiniętym
bytem. Noszę imię Navar Faolis.
–
Powiedz
mi, Navar Faolis, dlaczego Źródło pozostawało ukryte przed
ludźmi? – Johaze wyglądał na wyraźnie podekscytowanego
spotkaniem z rozwiniętym
bytem,
cokolwiek kryło się za tym pojęciem. – Za pomocą superkomputera
powiększyliśmy powierzchnię Euijin, i to miejsce pojawiło
się po przesunięciu Ściany Światła.
Kaim
chciał powstrzymać kolegę przed wyjawieniem tajemnicy znanej
wyłącznie wysoko postawionym pracownikom Kombinatu i garstce
uczonych, ale doszedł do wniosku, że ich rozmówczyni i tak
pewnie wszystko już wie.
– Zaklęcie,
które wykonaliście, miało uboczne efekty. Oprócz utworzenia
nowych terenów z Przedstrzeni, zmieniło z powrotem ten
obszar w Euijin. – wyjaśniła Navar Faolis.
– Jak
to z powrotem? – zdziwił się Kaim.
– Źródło
odpowiada za fizyczną naturę waszego świata, wszystkie rządzące
nim reguły – wyjaśniła Navar Faolis. – W danych czasach
znajdowało się w Euijin. Ludzie wznieśli tu ten obelisk
i oddawali cześć Temu, co stworzyło rzeczywistość. Zaczęli
jednak obawiać się, że ktoś zacznie nim manipulować, aby
zniszczyć lub zmienić otaczające was uniwersum. Przy odpowiednim
wysiłku to możliwe. Pokażę wam.
Navar
Faolis wyciągnęła rękę w kierunku kuli światła. Po chwili
za obeliskiem pojawił się niewielki pagórek pokryty omszałymi
głazami.
– Dlatego
wasi przodkowie wybudowali mur – kontynuowała. – Potem, gdy to
okazało się niewystarczające, przenieśli ten rejon w inny
wymiar stworzony wyłącznie do tego celu, odrębny zarówno od
Euijin, jak i od Przedstrzeni. Dopilnowali, by każdy zapomniał
o fakcie istnienia Źródła, a mnie uczynili jego
Strażnikiem.
– Okej,
skoro nikt nie miał się o tym dowiedzieć, to dlaczego nas tu
wpuściłaś? – dociekał mieszaniec.
– Cywilizacja
znów staje się świadoma rzeczy, które dawno zostały zatracone.
Utrzymywanie Źródła w ukryciu stało się bezsensowne. Miałam
was o tym powiadomić, ale ostatecznie pozwoliłam odkryć to
osobiście. Istnieją potężni wrogowie, którzy będą chcieli
unicestwić ten świat, a ja w pojedynkę nie będę
w stanie go obronić. Potrzebuję pomocy ludzi.
– Zrobimy
to co w naszej mocy – zarzekał się Johaze.
– Wygląda
na poważną sprawę – westchnął Kaim. – Udokumentujemy to
wszystko i złożymy raport do Kombinatu Elektromagicznego.
Ciekawe, co na to powiedzą.
– Mogę
tu zostać? – zapytał Lodogóral. – To miejsce jest tak
wspaniałe…
– Z
pewnością jeszcze niejednokrotnie je odwiedzisz – rzekła Navar
Faolis. – Teraz powinieneś jednak zaświadczyć innym, o tym,
co widziałeś.
– Patrz,
przybyła reszta ekipy! – krzyknął do kolegi Kaim.
– Cholera,
jak tu jasno – odezwał się zdyszany Rareon, starszy Zielud
o włosach koloru patyny. – Przepraszam, że tyle na nas
czekaliście, ale złapaliśmy gumę w naszym wozie
i zablokowaliśmy drogę innym. Musieliśmy dotrzeć tu na
piechotę.
– Nie
uwierzycie w to, co zaraz usłyszycie… – zapewnił ich Kaim.
*
I
pokazała mu. Chłód klatki schodowej, ślady na plecach po klamrze
paska od spodni. Chwyt gwałciciela, z którego cudem udało się
jej wyrwać. Kolejny dzień spędzony o dwóch suchych bułkach
i szklance wody.
Cierpienie,
które wracało niemal każdego dnia. Bała się przywoływać te
wspomnienia, lecz była z nimi dobrze zaznajomiona. Odczytujący
jej myśli Zazugh nie. Złapał się za głowę i zgiął w pół
z bólu. Hysya wyskoczyła z samochodu i zaczęła
uciekać. Musi w jakiś sposób go powstrzymać, byleby tylko
inni przez to nie ucierpieli… Chyba będzie bezpiecznie.
Macierz
run. Transformacja.
Satra
Cy hai mi nema Dev.
Cynprowe
elektrody przemieniły się w wyjątkowo aktywny pierwiastek
devanghon, który zareagował z kwasem zawartym w akumulatorze
i doprowadził do eksplozji. Pojazd stanął w płomieniach.
Zieludka zniknęła gdzieś za rogiem.
Zazugh
wygramolił się z wraku, zdziwiony pochopnością i upartością
kobiety. Jego euijińskie ciało było tylko odrobinę osmolone.
Włożył wiele wysiłku w to, by nie dało się go tak łatwo
zniszczyć. Fizyczny awatar miał tu o wiele większe znaczenie
niż w Przedstrzeni.
Hysya
nie miała zamiaru zasilić jego szeregów. Lecz to bez znaczenia.
Wielu innych było gotowych za nim podążyć. Pozostali wkrótce
zostaną starci w pył razem z tym przeklętym miejscem.
*
– To
zaskakujące. Ciekawość wciąż popycha nas do odkrywania nowych
rzeczy, ale gdy posuniemy się za daleko, pojawia się strach przed
nieznanym… – powiedział Naydos Damilaan. – Sam też czuję się
niepewnie w tej sytuacji. Jeżeli to, co mówisz, jest prawdą,
znaleźliśmy się w niezłych tarapatach. Wstępne wyniki badań
nowych terenów Euijin przyniosły zaskakujące rezulataty, wręcz
wywracające do góry nogami całą posiadaną przez nas wiedzę.
Zawsze byłem przeciwny powszechnemu rozgłaszaniu o istnieniu
Przedstrzeni i innych tajemnicach świata nauki, jednak wygląda
na to, że nie będziemy mogli dłużej utrzymywać społeczeństwa
w nieświadomości. Musimy jednak być ostrożni, aby nie
wywołać paniki. Przyda ci się trochę wolnego, Vadeloot. Możemy
przydzielić ci kogoś do ochrony, na wszelki wypadek.
– To
nie będzie konieczne, panie prezesie – stwierdziła Hysya. –
Jutro mogę wrócić do pracy. Musimy dołożyć wszelkich starań,
żeby powstrzymać Zazugha. Powinniśmy skontaktować się z Gadayro,
kiedyś udało im się go uwięzić…
– Nic
się nie zmieniłaś. – Naydos pokręcił głową. – Zawsze
gotowa dać z siebie sto procent. I za to cię podziwiam.
Monday, November 23, 2015
Poznanie ma smak chemii [Świat Euijin]
Sprawa pozamiatana.
Życie w raju dobiegło końca. Nie będzie już łatwego zarobku,
ani codziennego zaspokajania pragnienia. Tego jedynego pragnienia, by
czuć się dobrze i na chwilę móc całkowicie zapomnieć o
rzeczywistości.
Spojrzenie w lustro
ukazało chodzący wieszak z kości pokryty bladą skórą. Saie nie
widział w nim siebie. Nie poznawał tego pustego, chemicznego
wzroku, zapadniętych i popękanych ust. Prawdziwy Saie istniał w
Przedstrzeni. Sęk w tym, że nie potrafił się tam dostać. Odkąd
Filem Gadayro został zamordowany, wszyscy dilerzy pracujący dla
jego korporacji zniknęli. Próżno było szukać ratunku u innych
kompanii, choć BVFZ i Medcentra również miały swoje armie ćpunów.
Metafizym z czarnego rynku nie był za darmo. Pieniądze, które i
tak ledwo wystarczały na przeżycie, skończyły się Saiemu jeszcze
przed ostatnią, feralną podróżą. Następnej pensji już nie
dostał. Do wyboru pozostała mu jedynie trzeźwość, później
ewentualna przerzutka na tańsze substancje. Substytuty prawdziwego
haju, substytuty życia.
Za czas spędzony w
Przedstrzeni oddał wszystko. Znajomych, dziewczynę, zdrowie. Został
mu już tylko zasyfiony pokój w niewielkim mieszkanku w Grodzie
Drahana, z którego niechybnie wywalą go rodzice, gdy dowiedzą się,
że nie będzie przynosił pieniędzy do domu. W tym stanie nikt nie
przyjąłby młodego Rdzennego do pracy. Nie chciał wylądować na
ulicy jako żebrak, lecz wszystko wskazywało na to, że taki czeka
go los. Wiele poświęciłby, żeby kilkunastogodzinne podróże za
Ścianę Światła trwały całą wieczność. Sprzedałby duszę,
żeby móc być tam jeszcze raz, a potem po prostu przestać istnieć
i nie czuć już niczego, a zwłaszcza bólu.
Pracując dla
Gadayro czuł się potrzebny. Kreował coś naprawdę wielkiego,
rewolucyjnego, nawet nie wysilając się fizycznie. Jego myśli w
Przedstrzeni tworzyły prawdziwe byty służące do konstruowania
elektrowni eterowej, która mogła zaspokoić zapotrzebowanie na prąd
całego Rdzenia. To nie było jednak najważniejsze. Najbardziej
lubił fakt, że metafizym nie dawał zwykłego haju, lecz pozwalał
przebywać w istniejącym naprawdę pięknym świecie, z dala od
szarej codzienności.
Przygnieciony
ciężarem frustracji spoczął na łóżku i gapił się w sufit.
Choć w Grodzie Drahana przez okrągły rok panował tropikalny
ukrop, Saie czuł przenikliwe zimno. Brzuch bolał go z głodu, lecz
nawet nie chciało mu się ruszyć do kuchni po jeden z ostatnich
kawałków chleba. Zacisnął powieki i spróbował opuścić jawę.
Widział jakieś wzory ze światła, niby zniekształcone twarze. Sen
nie przychodził. Na granicy świadomości czekał tylko żal,
chaotyczny szał, pretensje do całego świata.
Po chwili tkwienia w
bezruchu Saie zmusił się do wstania. Czuł potrzebę zażycia
czegokolwiek, co oddali widmo przerażającej rzeczywistości.
Czarnego Syropu, liści kaigorii, tedraksyny, nawet zwykłego
destylatu dojezboża. Otworzył szufladę w komodzie. W stercie
papierów powinien był leżeć świstek z adresem Kyhmosa, który
handlował różnymi substancjami. Kumplował się z nim jeszcze za
czasów, gdy wychodził z domu w innych celach niż odebranie
kolejnych porcji metafizymu i schematów konstrukcji od Gadayro.
Gdyby Saie spotkał się z dilerem, może ten ogarnąłby mu coś za
darmo, ze względu na starą znajomość.
Gówno. Nie mógł
znaleźć nawet tej przeklętej kartki. Z wściekłości wyjął
szufladę i wysypał całą zawartość na podłogę. Usłyszał, jak
coś stuknęło o deski, grzechocąc przy tym w charakterystyczny
sposób. Mała plastikowa buteleczka z tabletkami. Cud. Saie
natychmiast sięgnął po nią. W środku były jeszcze cztery dawki
metafizymu. Nie miał pojęcia, skąd się tam wzięły. Nie
przypominał sobie, by kiedykolwiek wkładał tam towar. Nie pamiętał
zresztą też wielu innych rzeczy. To nie miało jednak
jakiegokolwiek znaczenia. Pobiegł do kuchni po wodę i za jednym
zamachem połknął całą zawartość pojemnika. Pozostało tylko
czekać.
Wrócił do sypialni
i położył się na łóżku. Przez chwilę bał się, że znowu
spotka Zazugha. Że znowu przeżyje to samo piekło, co ostatnim
razem. Starał odpędzać te myśli. Przedstrzeń była teoretycznie
nieograniczona, a nie musiał już teraz słuchać Gadayro. Mógł
wylądować gdziekolwiek. Wszystko zależało od nastawienia. Błądził
więc umysłem w nicości, byle dalej od problemów, byle dalej od
Euijin, byle dalej od Zazugha i jego sług. Minuty mijały szybko.
Otoczenie rozmazane. Saie czuł mrowienie w całym ciele, miał
tysiące kończyn i tysiące szybko pulsujących serc. Wtedy nadszedł
ten moment, gdy jaźń z zawrotną prędkością oddaliła się od
ciała, przebiła Ścianę Światła i poszybowała w Przedstrzeń.
Nagle wszystko
zniknęło. Kompletna czerń, zupełnie, jakby odcięło mu wzrok.
Gdzieś w środku pola widzenia błysnęła mu fioletowa wstęga.
Wrażenie ruchu minęło. Wyidealizowana, piękna i zdrowa postać
Rdzennego zaczęła się materializować. Drobiny ciała pojawiały
się znikąd, formując twarz, głowę, korpus, potem ręce i nogi.
Saie czuł grunt pod stopami, lecz mógł swobodnie przemieszczać
się w każdym kierunku, zupełnie jakby latał. W całej przestrzeni
pływały dziwne chmury o różnych kształtach. Niektóre miały
kolor fuksji, inne jagody. Każda z nich rzucała cień na wszystkie
strony. Światło było niby rozproszone w otoczeniu, bez jednego lub
kilku wyraźnych źródeł. Wszystko zdawało się dziwne, lecz
dziwność była tu normą. I za to właśnie Saie tak bardzo kochał
to, co znajdowało się za Ścianą Światła. Za jej tajemniczą
atmosferę, za nierealność, która pozwalała zapomnieć o
problemach. Nawet te elementy Przedstrzeni, które pozornie
przerażały, zazwyczaj były na tyle odizolowane, by nie zaszkodzić
psychice, a dało się w pełni je zgłębić. Zupełnie, jakby można
było czuć dotyk przez pancerną szybę. Czasem jednak osłona
pękała jak mydlana bańka. Tak było ostatnim razem, gdy plany
budowy elektrowni eterowej zostały całkowicie przekreślone.
Rdzenny nie
wiedział, gdzie dokładnie się znajduje, lecz przypuszczał, że
nie znajdzie tu Zazugha. Nigdy nie rozumiał motywacji boga. Miał do
dyspozycji wszystkie tereny za Ścianą Światła, a przeszkadzało
mu to, że ludzie ściśnięci na Euijin chcą wykorzystać niewielką
część do swoich celów. Potem na jakiś czas zniknął, by
ponownie wrócić i zniszczyć wszystko, a pracownikom Gadayro
sprawić cierpienie, które mogłoby stanowić definicję piekła.
Saie nie chciał już o tym myśleć, lecz wciąż czuł echa
przerażającego bólu.
By je odpędzić,
postanowił skupić się na bieżących doznaniach. Podpłynął do
jednego z fioletowych obłoczków i spróbował go dotknąć. Saie
delikatnie zagłębił w nim dłoń, a otaczający go cień zniknął.
Rdzenny poczuł dreszcz ekscytacji. Na placu budowy nie pojawiały
się takie cuda. Zbliżył twarz do powierzchni dziwnego obiektu,
chcąc sprawdzić, czy posiada jakiś zapach. Nie wyczuł żadnej
woni. Z obłoczka nagle wyłoniła się okrągła wypustka, która
otoczyła głowę podróżnika. Saie ujrzał w środku krajobraz
złożony z setek stalowoszarych kolców. Przez chwilę miał
wrażenie, jakby wciskały mu się do oczu. Nie czuł bólu, a moment
później wszystko minęło. Nad równiną ostrych pali wisiała
idealnie równa, gęsta siatka, zbudowana z niemalże nieskończenie
cienkich linii. Choć Rdzenny tkwił w miejscu, jego punkt widzenia
poszybował w górę, tak, że był na równi z podzieloną na
kwadraty płaszczyzną. Siatka nagle zaczęła falować.
I wtedy doświadczył
wszystkiego. Przez jego głowę przepływały strumienie informacji,
na początku opisujących najbliższe otoczenie, potem pozostałą
Przedstrzeń. Wiedział, co dzieje się teraz w poszczególnych jej
częściach, lecz jego umysł nie był w stanie przetworzyć
wszystkich danych. Czuł obecność kryształowych smoków, o wiele
większych niż tych z legend Euijin. Widział, jak gładkie
powierzchnie wypiętrzają się, marszczą, zgniatają i formują na
nowo w kule, stożki i paraboloidy, gdzieś setki kilometrów od
miejsca, w którym przebywał. Słyszał szepty bogów, zagubionych
podróżników, duchów ukrytych w ciałach z płynnego metalu czy w
słowach wydrapanych gdzieś na nieskończenie wysokich drzewach.
Miał wrażenie, że zaraz pęknie mu czaszka. Próbował wyrwać się
z objęć fioletowego obłoku, lecz nie był w stanie tego uczynić.
Zbyt wiele danych naraz. Nie mógł się skupić na niczym, a tym
bardziej na odczuwaniu przyjemności.
Nagle ponownie
ujrzał Ścianę Światła. Przebił się przez nią i poszybował
gdzieś nad Bezkresne Pustkowia. Saiego ogarnęło przerażenie. Nie
chciał tam wracać. Nie wierzył, że haj mógł minąć tak szybko.
Za wszelką cenę pragnął zawrócić, byleby tylko znowu nie leżeć
w zatęchłym mieszkaniu, w mieście pełnym nienawistnych i
pogardliwych ludzi.
Po chwili
zorientował się, że nie zmierza do domu. Rozległe stepy
wskazywały, że jego dusza, czy też jak wolą niektórzy
świadomość, leci na północ od rodzinnego miasta. Znalazł się w
gąszczu betonowych budowli o surowej architekturze, aż w końcu
wyhamował w jednej z nich, w zadymionym pokoju pełnym szafek z
aktami. Saie był pewny, że to Środek Świata. Do jego mózgu
dotarła wiadomość o konkretnym położeniu. Nie miał natomiast
pojęcia, czym mogło być to pomieszczenie, nie znał bowiem na tyle
topografii stolicy Rdzenia.
Nagle zdał sobie
sprawę, że oprócz niego w pokoju przebywa jeszcze dwóch mężczyzn.
Przez chwilę myślał, że zostanie zauważony, lecz po chwili
zorientował się, że nie posiada żadnej formy. Jego psychiczny
awatar tkwił gdzieś w Przedstrzeni, zaś fizyczne ciało nadal
leżało w mieszkaniu. W tym momencie nie miał kontroli nad żadnym
z nich. Nie mógł też zmienić perspektywy, zmuszony był więc
obserwować rozgrywającą się scenę.
Jeden z typów,
przeraźliwie chudy i w okularach, siedział za biurkiem i nerwowo
stukał piórem o blat. Drugi, niski i tłusty, palił papierosa za
papierosem i opierał się o szafkę. Rozmawiali o czymś, lecz
zrozumienie tematu konwersacji zajęło Saiemu dłuższą chwilę,
lecz gdy wszystko stało się jasne…
-…słyszałem
wyłącznie plotki. Przedstrzeń jest tak ogromna, że możemy nigdy
nie znaleźć tego miejsca, nawet jeśli potroilibyśmy liczbę
podróżników. Zresztą to nieistotne. Nasze badania skupiają się
na innych obszarach. Większym problemem będzie to, czy BVFZ
wykorzysta kryzys Gadayro i zostanie monopolistą na rynku
energetycznym, no i czy my nie mamy jakiegoś szaleńca-idealisty w
naszych szeregach. Ktoś mógłby wziąć przykład z tego gościa,
który sprzątnął starego Filema.
– O co w ogóle
chodzi z tymi całymi “podróżami”? – zapytał grubas. –
Zawsze zastanawiałem się, w jaki sposób można przekroczyć za
Ścianę Światła. Wiedziałem nawet, że mamy mały wydzialik
zajmujący się tymi sprawami. Nigdy nie zadałem sobie jednak trudu,
żeby rozwiać wątpliwości, aż wybuchła ta afera z elektrownią.
– To dosyć
skomplikowana sprawa – odparł okularnik, ocierając chusteczką
pot z czoła. - Ściany Światła nie sposób przekroczyć w sposób
fizyczny. Nikt tak naprawdę nie jest pewny, z czego wynika ten fakt.
Można za to utworzyć swojego rodzaju… Wizualizację własnych
procesów myślowych, która jest w stanie przemierzać Przedstrzeń.
Na dobrą sprawę to nic innego jak przeżycie pozacielesne przy
specyficznym stanie umysłu. Da się osiągnąć go poprzez
medytację, zresztą w ten sposób ludzie odbywali pierwsze podróże.
Obecnie ta metoda jest niewygodna z dwóch względów. Po pierwsze,
nauka wprowadzania w trans zajmuje zbyt dużo czasu. Po drugie, ćpuna
z wypranym mózgiem łatwiej jest kontrolować. Wbrew pozorom nie
wszystko zależy od metafizymu. To tylko zwykły psychodelik o
średniej mocy. Kluczem do sukcesu jest warunkowanie podprogowe. To
dzięki niemu pracownicy czują psychicznie związani z pracą w
Przedstrzeni. Są dla nas niczym armia. W razie czego lojalność
zawsze można wyegzekwować w nieco bardziej brutalny sposób…
Saiemu rozmazał się
wzrok, a słowa wypowiadane przez korporacyjnych zaczęły brzmieć
jak bełkot. Czuł, że nie należy do tego miejsca, nie należy do
Euijin, nie należy do Przedstrzeni. Jego życie jest kłamstwem.
W umyśle znów
zaszumiały mu setki informacji, a po chwili ciało zasemblowało na
falującej siatce. Spadał wprost na najeżone kolcami podłoże. Był
śmiertelnie przerażony, lecz zderzenie nie bolało. Powierzchnia
zagięła się do wewnątrz i zniknęła, zaś Saie ponownie
wylądował wśród dziwnych fioletowych obłoczków. Ujrzał również
swojego poprzedniego awatara z głową utkwioną w jednym z nich. Nie
był do końca pewny, co się stało. Odczuwał panikę, lecz nie
wiedział, co jest jej przyczyną. Chciał po prostu uciec, wyrwać
się z tego przeklętego potopu nielogicznych bodźców. Chciał
umrzeć.
Nagle poprzednia
wizualizacja ciała Saiego wyciągnęłaby naćpany czerep z kłębu
fiołkowej pary. Wyciągnęłaby, gdyby tylko go miała.
Zdekapitowany awatar opadł gdzieś w głąb morza chmur. Rdzennemu
nagle przemknęło przez myśl, że już może nie żyć.
– Nie tego
pragnąłeś, co? – usłyszał przytłumiony głos dobiegający
jakby… Zewsząd. – W dziewięciu przypadkach na dziesięć
dowiadujemy się prawdy gdy jest już za późno. Ale czy ma to
jakiekolwiek znaczenie?
Saie miał wrażenie,
że kiedyś już rozmawiał z tą osobą. Przypomniał sobie dawno
zatarte wspomnienia. Mecze piłki nożnej na podwórku, butelki po
destylacie dojezboża, śmiechy na klatce w bloku. Rozejrzał się
dookoła, lecz nikogo nie zobaczył. Przedstrzeń nagle spowił gęsty
cień i fioletowe obłoki gdzieś zniknęły. Z mroku wyłonił się
za to niski, chudy mężczyzna o szkapowatej twarzy i krótkich,
czarnych włosach. W tej samej nieśmiertelnej bejzbolowej koszulce
Drahańskich Panter, którą nosił przez całą zawodówkę.
– Ryvo? To serio
ty? – zapytał roztrzęsiony Saie. – Jak mnie tu znalazłeś?
Zresztą nie ważne, dobrze że w ogóle tu jesteś. Przez moment
myślałem, że zwariuję.
– Zawsze byłeś
wariatem. Na dodatek rozpierdoliłeś wszystko, co mogłeś.
Pieniądze, znajomości, więzi z rodziną. Ale nie mnie cię
oceniać. Ludzie robili gorsze rzeczy.
– Skąd to
wszystko wiesz? W Grodzie Drahana nikt nie widział cię od pięciu
lat!
– W Przedstrzeni
nie trudno o dostęp do informacji. Powinieneś zdawać sobie już z
tego sprawę. Czy świadomość, że sprzedałeś duszę za nic, boli
mocno?
– Znałeś prawdę,
Ryvo? Dlaczego mi nie powiedziałeś? – załkał Saie, patrząc
dawnemu przyjacielowi prosto w twarz. Czuł się oszukany, bezsilny.
Nawet ci, których kiedyś szanował, mieli go za nic. – Dlaczego
mi nie powiedziałeś, że można tu być bez metafizymu!
– Bałem się –
odrzekł sucho Ryvo. – Pamiętasz, jaki byłem za łepka. Ciągle
osrany. Myślałem, że jak rozejdzie się plotka, to dorwie mnie
ktoś z rządu albo korporacje. Tak, to głupie. Ale inaczej nie
potrafiłem. Zresztą nie do wszystkiego doszedłem od razu. To
wymagało czasu, prób i błędów. Ty byłeś zbyt niecierpliwy.
Nawet nie dałbyś rady.
– Jesteś
skurwielem, Ryvo. – Saie złapał go za koszulkę i zaczął nim
szarpać. – Mogłeś mi pomóc!
– Zostaw mnie! –
krzyknął poddenerowany Ryvo. - Miałem przekreślić własne plany,
żeby ratować ciebie? Dobrze wiesz, że sam jesteś sobie winien.
Nic już z tym nie zrobisz. Chciałem tylko, żebyś nie umierał w
kłamstwie. Widzisz, cały otaczający nas świat, czy to Euijin, czy
to Przedstrzeń, to nic innego jak zbiory informacji pochodzące z
różnych źródeł i nakładające się na siebie. My, ludzie, też
jesteśmy takimi źródłami. Możemy manipulować danymi, i to nie
ogranicza się wyłącznie do magii. Podróże za Ścianę Światła
czy transfer eteru, którym się zajmowałeś, to zwyczajne
kopiowanie pewnych charakterystyk. Poprosiłem kogoś, żeby
sprowadził cię tutaj i dostarczył wizji z Medcentry. Jeszcze nie
jest za późno, byś się nawrócił.
– Co? Jakie znowu
nawrócenie? – zdziwił się Saie. – Sprawiłeś mi wyłącznie
ból. – Wzrok znowu mu się rozmazał, czuł nieprzyjemne kłucie w
klatce piersiowej. Organizm powoli wchłaniał metafizym. Stężenie
zbliżało się do zabójczego. – Ból, od którego zawsze
próbowałem uciec. Chrzanię to, że mogłem żyć normalnie. I tak
nie miałem zbyt dobrych perspektyw. Wolę taki los niż beznadzieją
walkę o przetrwanie.
– Bez bólu nie ma
nadziei. – Ryvo przemówił obcym głosem, który przypomniał
Saiemu, świeże, bolesne wydarzenia.
Dawny kolega
narkomana wydmuchał obłok gęstej mgły, która zaczęła formować
się w ludzką postać. Blada para nabrała kolorów, aż w końcu
utworzyła ciało mężczyzny. Łysego, w futrzanym płaszczu. W jego
oczach jakby zatopione nocne niebo. Nie do pomylenia.
– To znowu ty –
powiedział roztrzęsiony ze strachu Saie. – Jak mnie tu znalazłeś?
– Czy dla boga to
jakiś problem? – odparł Zazugh, uśmiechając się szyderczo. –
Niektórzy mnie nim nazywają, choć tego nie lubię.
– Czemu mnie
prześladujesz? – Saie zaczął zadawać kolejne pytania. – W
czym przeszkadzała ci ta elektrownia?
– Byłoby ci miło,
gdyby ktoś uwięził cię na długie lata, a w międzyczasie
panoszył się w twojej ojczyźnie, gnębiąc poddanych i tworząc
coś, co sprawi, że będą umierać z głodu?
– Dlaczego
uczepiłeś się nas, zwykłych pracowników? Wykonywaliśmy tylko
polecenia, nie wiedzieliśmy że tam żyją jakiekolwiek istoty, nie
wspominając…
– Posłuszeństwo
nie jest cnotą – przerwał mu Zazugh. – Tak samo jak
nieświadomość nie jest usprawiedliwieniem.
– Wiesz co? –
Ton Saiego stał się bardziej zdecydowany. Lęk powoli przeradzał
się w gniew. – Nie ty jeden jesteś ofiarą. Przedstrzeń w
porównaniu z Euijin jest rajem. Tak bardzo boli cię to, że też
chcemy żyć dobrze? Nie masz pojęcia, co przeszedłem, zanim tu
trafiłem.
– Owszem, mam –
zaprzeczył Bóg, ponownie unosząc kącik ust w pogardliwym
grymasie. – Wiem, że zniszczyłeś swoją szansę na normalny byt.
Na miłość i przyjaźń. Nie jestem taki zły, jak ci się wydaje.
Chciałem dać ci drugą szansę. Nie powinieneś umierać w
kłamstwie. Jest jeszcze nadzieja. Mogę jeszcze uratować twoją
duszę. Nośniki informacji nie podlegają prawom przyrody znanym na
Euijin, ba, nawet chaosowi, który panuje tutaj. Są wieczne. Jeśli
przyznasz się do błędu, możesz znaleźć się w dobrym miejscu.
– Nie ty pierwszy
karmisz mnie wizją nieba. Wiedz, że znacznie bardziej wolę pustkę.
Zwyczajną nicość. Chyba już ją czuję. Nie… mogę… oddychać…
Awatar Saiego powoli
zaczął pękać. Rdzenny zdawał sobie sprawę, że to koniec.
Odczuwał lęk, lecz był to strach przytłumiony, wręcz
nieodróżnialny od podniecenia związanego z oczekiwaniem.
– Jeszcze kiedyś
się spotkamy – rzekł z przekonaniem Zazugh.
– Oby nie. Znowu
zepsułbyś… mi… haj. A ty, Ryvo… jesteś idiotą.
Poz-wo-lił-byś mi… umrzeć… w spokoju, a potem… zapalił
lufę… nad… moim grobem.
W końcu obraz ciała
Rdzennego rozpadł się na tysiące drobnych kawałeczków. Ryvo
spojrzał na Zazugha ze smutkiem w oczach.
– I co teraz? –
zapytał boga.
– Twojego
przyjaciela czeka niezbyt miły los – odparł Zazugh. – Nie
wszystkim dane jest dostąpić zbawienia. Na mnie już pora. Wzywają
mnie inni, którymi muszę się opiekować. Nie możesz się załamać,
Ryvo. Pamiętaj o tym, co najważniejsze.
Zazugh wyparował,
przenosząc się gdzieś w inne miejsce w Przedstrzeni. Rdzenny tkwił
przez chwilę w bezruchu, dumając nad żywotem Saiego, po czym
wycofał swoją świadomość z powrotem do niewielkiego szałasu w
Rdzennych puszczach.
*
Ryvo był obeznany
ze śmiercią. Zdążył się przyzwyczaić. Lecz odejście Saiego
nie dawało mu spokoju. Nie chodziło o sam fakt utraty dawnego
przyjaciela, lecz o jego postawę w ostatnich momentach życia. Saie
miał rację. Nie warto szarpać się o coś, co jest zwyczajną
wegetacją. Albo – co dla ciebie jest zwyczajną wegetacją.
Niektórzy lubią proste życie. On sam po latach przebywania w
dziczy i za Ścianą Światła nie mógłby pójść do pracy,
założyć rodziny, czy oddawać się przyziemnym rozrywkom. Nawet
nie potrafił się zmusić, żeby wrócić na jeden dzień do Grodu
Drahana i odwiedzić grób Saiego. Ludzie pojawiali się i znikali,
pozostawał jedynie sentyment. Ryvo twierdził, że nie należało mu
ulegać, aby nie przesłonił teraźniejszości. Czuł się dziwnie.
Z jednej strony był pewny, że nieśmiertelność jest możliwa. To
dlatego poświęcił się i zaczął pomagać Zazughowi. Z drugiej
przypuszczał, że choćby to była nieprawda, i nigdy nie spotka
bliskich, którzy odeszli. to i tak nic się nie stanie. Samotność
powoli odzierała z wszelkich uczuć.
Subscribe to:
Posts (Atom)