Showing posts with label bogowie. Show all posts
Showing posts with label bogowie. Show all posts

Wednesday, September 21, 2016

Transdymensja [Euijin]

Całe pokolenia spędzały życie otoczone fizycznie nieprzekraczalnym murem. To mogłaby być przerażająca perspektywa. Lecz wbrew pozorom życie toczyło się w miarę normalnie. Gdzieś daleko na kontynencie ludzie wstawali wcześnie rano z łóżek, by przepracować większą część dnia w tragicznych warunkach, budując kapitał przemysłowców. Młodzi uczyli się zawodu lub, jeśli posiadali większe zdolności umysłowe, zgłębiali tajniki nauk magicznych. Schorowane od zanieczyszczonego powietrza babcie pilnowały wnuków. Samotne matki stały w kolejce po zasiłek dla bezrobotnych. Wszyscy mieli zbyt wiele spraw na głowie, by przejmować się izolacją.

Kaim znajdował się jednak w zgoła odmiennej sytuacji. Przebywał w bazie badawczej na Czarnej Wyspie, położonej około dwieście pięćdziesiąt kilometrów od Zielokradeł, skąd pochodził. Jego zadaniem było właśnie badanie dziwnego tworu – Ściany Światła. Granicy ich świata. Euijin.

Tu magia to nie gusła i nienazwane moce, lecz przetwarzanie informacji. Ogromna połać lądu i oceanów otoczona eteryczną barierą zapętlającą jej obszar. Za murem – tajemnicza i chaotyczna Przedstrzeń, dostępna jedynie dla tych, którzy mieli odwagę wprowadzić swój umysł w odmienne stany świadomości. Euijińczycy próbowali ją zbadać i eksploatować, aby sprostać rosnącym wymaganiom rozwijającej się cywilizacji, lecz napotkali opór ze strony boskiej istoty…

Witam! – Głos znajomego Lodogórala wyrwał Kaima z zamyślenia. – Przyszedłem zobaczyć co u was i co? Jak zwykle się obijacie…
Kaim odwrócił się od biurka i zrobił groźną minę.
My? A posprzątaliście chociaż ten bajzel w dokumentach w tym całym Fryarze czy Frearze?
Obaj naukowcy roześmiali się głośno.
*
 
 
Głęboki oddech. Powietrze zimne i wilgotne, jak zawsze na Zielokradłach. Nawet wewnątrz ogromnej siedziby Kombinatu Elektromagicznego.

Tabuny pracowników kroczyły korytarzem w stronę kantyny. Głównie Zieludzie i Rdzenni, chociaż tu i ówdzie pojawiali się także Lodogórale oraz Bezkresowianie. Ktokolwiek, kogo ponadprzeciętna wiedza w zakresie techniki oraz kodowania run została doceniona przez wydział kadr korporacji.

To było fascynujące. Różnorodność, a zarazem jedność. Każda rasa wyewoluowała z tego samego gatunku, niewielkiego drapieżnika zamieszkującego puszczę w centrum Euijin. Stworzyła odrębną kulturę, wyznawała inne wartości, a mimo to wszystkie doszły do porozumienia niemalże bez większego wysiłku. Choć dawne antagonizmy wciąż tkwiły w sercu, wszyscy razem starali się o lepsze jutro.

I oto ona pośród tego cudu, Hysya, młoda córka Kraju Północy, wyrwała się z żelaznego uścisku biedy panującej w Klinie i stała się kimś więcej niż tylko trybikiem w machinie cywilizacji. Teraz jako wysoko postawiony specjalista Kombinatu Elektromagicznego naprawdę może zmieniać świat, z niemalże natychmiastowym efektem. Postanowiła wykorzystać to jak najpełniej.

Przerwa obiadowa to dla niej strata czasu. Dlatego z trudem przebijała się przez sunący w drugą stronę tłum, kierując się w stronę hali z superkomputerem. Wedle przewidywań program zbliża się do finiszu…

Zbiegła po schodach i wkroczyła do podziemnego tunelu. Maszynę umieszczono niemal przy samym brzegu morza, aby wymienniki ciepła były zanurzone w wodzie. Kosztowało to ogromne sumy, lecz liczyła się przede wszystkim wydajność.

Po krótkim marszu Hysya dotarła do głównego wejścia. Przesunęła kartą identyfikacyjną po czytniku runicznym. Wrota odblokowały się i programistka wstąpiła do środka. Delikatny szmer układów zintegrowanych, pisk purpurokryształowych kości pamięci traktowanych niskim napięciem, sapanie pomp chłodziwa, migające diody, kręcący się tu i ówdzie pracownicy. Kochała atmosferę tego miejsca.

O, witam szefową! – odezwał się Maorn, wysoki Zielud. Przynajmniej jak na ogólne standardy, znaczący wzrost był bowiem cechą charakterystyczną tejże rasy.
A tam od razu szefową – odparła Hysya. – Nasze stanowiska są tak samo ważne. Bez ciebie nie utrzymalibyśmy sprzętu w stanie nadającym się do użytku.
Elektromagia bez przetwarzania informacji jest niczym. To ty jesteś władczynią KEM-3.
Dobra, dosyć tego słodzenia. Jak tam parametry?
KEM-3 wykonał dziewięćdziesiąt osiem procent zadanych komend. Dzisiaj około ósmej wieczorem powinniśmy uzyskać ostateczny wynik.
Tak późno? – zdziwiła się Hysya.
Wydajność spadła, musieliśmy trochę zmniejszyć pobór mocy. Na instalacji radiatora H7 popękały uszczelki, trzeba było go odciąć. Chłopaki z obsługi technicznej właśnie zajmują się wymianą.
Szlag by to trafił. – Kobieta mocno zagryzła wargi. – Mam wrażenie, że minęły wieki, odkąd uruchomiliśmy program. I tak mamy ogromne szczęście, że księgowość w ogóle zgodziła się na niego przy obecnych cenach prądu. Euijifina każe płacić za izotopy promieniotwórcze jak za zboże, a węgla z Lodogór nie opłaca się sprowadzać…
Żałuję, że projekt Gadayro nie wypalił – powiedział Maorn. – Mimo, iż nigdy nie żyliśmy ze sobą w zgodzie. Elektrownia eterowa mogłaby zmienić całe Euijin. Ciekawe, czy można by skonstruować taką bez ingerencji w Przedstrzeń.
To raczej mało prawdopodobne. Bez zaklęć nie da rady pobrać eteru zza Ściany Światła, a do ich wykonania potrzebna jest energia. Prościej zbudować strukturę, która będzie go pompować do Euijin. Jak się okazało, komuś to się nie spodobało.
Nie boisz się, że nas niedługo też zaczną ścigać bogowie albo potwory? – zapytał Maorn.
Mówisz to do wychowanki klińskiej patologii. Przez kilkanaście lat wychodząc z domu obawiałam się, że dostanę kosę pod żebra od seryjnego mordercy, a wchodząc, że znowu wtłucze mi najarany mechorostem ojciec. Teraz mam zacząć się lękać władców przedstrzennych krain? Błagam. To ich problem, że nie chcą współpracować. Z resztą, nie powinni się obrazić o ten małą część terenu, którą im wyrwiemy.
Obyś miała rację. Miło się gawędziło, ale muszę sprawdzić, jak idzie ekipie naprawczej.
No to leć, nie będę cię zatrzymywać.

Elektromagik obrócił się na pięcie i zniknął gdzieś pomiędzy szafami klastra. Hysya obeszła całą halę i porozmawiała z pozostałymi specjalistami. Upewniwszy się, że każdy inny element systemu pracuje w całkowitym porządku, wróciła do swojego biura.
 
 
*
 
Magsmiter nadal milczał. Żadnych wieści od ekipy KEM-3. Czyżby kolejna usterka? Nie, nie może znowu iść do hali, na głowie ma następny projekt, a terminy gonią… Spojrzała na ekran biurkowego programatora. Musiała mrużyć oczy, aby kolumny run, słów i liczb nie zlewały się w zielone szlaczki. Pisanie instrukcji do systemu wspomagania toru jazdy w samochodach było wyjątkowo żmudne.

Hysya spojrzała za okno, potem na zegarek. Była dwudziesta pierwsza. Nawet nie zorientowała się, że jest tak późno. Znowu została w pracy po godzinach. Może powinna wreszcie odpocząć? Przeciągnęła się na krześle i po chwili zastanowienia wyłączyła programator, po czym opuściła siedzibę Kombinatu.

Drobne krople deszczu zwilżały wszechobecny beton. Nie widziała potrzeby zakładania kurtki, samochód zaparkowała nieopodal. Szybkim krokiem podążyła w kierunku pojazdu.

Jak na złość w torebce zabrzęczał magsmiter. Oby chodziło o projekt, a nie o jakąś pierdołę.

Hysya Vadeloot, słucham.
Tu Maorn, mamy wieści od chłopaków z Czarnej Wyspy, program został wykonany, wygląda na to, że wszystko przebiegło zgodnie z planem…
Czekaj, ktoś kręci się koło mojego auta, za chwilę oddzwonię…
 
*
 
Nie wierzę w to – krzyczał Johaze. – Po prostu nie wierzę, jeszcze pół godziny temu przekraczałem Ścianę Światła dokładnie w tym miejscu, a teraz… Ona zniknęła.
Nie zniknęła, tylko została przesunięta. – Kaim poprawił Lodogórala. – Z raportów załóg statków wynika, iż zmiany objęły jedynie nasz rejon. Tak z resztą zakładał plan. I tak mamy spore szczęście, że się powiódł.
To fantastyczne – zachwycił się Johaze. – Nowy obszar wygląda niemal identycznie jak reszta Czarnej Wyspy. Patrz, nawet droga ciągnie się dalej wzdłuż doliny!
Nie traćmy więcej czasu. Ładuj się do wozu, musimy sprawdzić  nową strefę.

Lodogóral z długimi frędzlami na skórze i zieludzko-bezkresowiański mieszaniec, który odziedziczył czekoladową karnację po ojcu oraz pokaźny wzrost i włosy koloru trawy po matce, wsiedli do sfatygowanej terenówki i ruszyli przed siebie. Obaj byli pracownikami rządowych stacji badawczych. Kaim stacjonował na Czarnej Wyspie położonej na północnym zachodzie Euijin, zaś Johaze w devylańskiej kotlinie Frear na przeciwległym końcu świata. Z racji tego, że obie bazy znajdowały się tuż przy Ścianie Światła, w rzeczywistości dzieliło je niecałe piętnaście minut jazdy samochodem, więc często wymieniały ze sobą personel i zasoby. Przez projekt Hysyi zapowiadało się jednak, że sytuacja ulegnie diametralnej zmianie. Naukowcy brnęli w głąb lądu, a magicznej bariery ani śladu.

Czy w zaklęciach wykonywanych przez KEM-3 przyrost powierzchni był dokładnie określony? – zapytał Johaze.
Ustalili go na pięćset kilometrów kwadratowych, lecz interferencja danych mogła sporo namieszać, zwłaszcza przy tak skomplikowanym procesie – odparł Kaim, przyhamowując pojazd przed głęboką kałużą. – Jak tam parametry?
Pole magnetyczne i grawitacyjne w normie, nieco podniesione natężenie eteru – recytował Lodogóral, gapiąc się w multimiernik. – Warunki atmosferyczne w normie. Konwersja informacji do euijińskiego standardu chyba się udała.
Doskonale. Będziemy mieli nowe tereny pod osadnictwo i uprawy, pewnie znajdą się tu też jakieś złoża. Problem przeludnienia nam już nie grozi. Może nawet uda się przesunąć Ścianę Światła na tyle daleko, że ludzie o niej zapomną…
To byłoby wygodne – rzekł Johaze. – Pamiętam, jak trudno było przyjąć do wiadomości, że nasz piękny i uporządkowany świat to tylko bańka zawieszona w kompletnie chaotycznej Przedstrzeni.

Terenówka pędziła dalej szutrową drogą wzdłuż połaci soczyście zielonej trawy poprzecinanych bazaltowymi skałami. Za nią sunął sznur innych samochodów prowadzonych przez badaczy. Motor wył na najwyższych obrotach. Wóz wspiął się na wysoki pagórek i naukowcom ukazał się niecodzienny widok. Leżącą przed nimi część doliny otaczał kamienny mur, wznoszący się wyżej niż najpotężniejsze wieżowce w Środku Świata.
 
*
 
Hej, co ty robisz?! – krzyknęła Hysya do nieznajomego. – Spadaj stąd!
Ładny samochód – odparł ten jak gdyby nigdy nic. – Musiałaś sporo pracować, aby sobie na niego pozwolić… Szkoda, że wykorzystujesz swoje umiejętności w niewłaściwy sposób.

Skóra na głowie mężczyzny połyskiwała delikatnie w świetle ulicznych lamp. Nie sposób było przypisać go do jakiejkolwiek rasy czy ich kombinacji, styl płaszcza również wydawał się Hysyi wyjątkowo dziwny.

Nie wiem, coś ty za jeden, ale naprawdę radzę ci zmiatać. – Zieludka wykonała dłonią ruch w kierunku kieszeni, w której trzymała magmiota.
Obejdzie się bez broni – powiedział obcy. – Wiedziałem, że chcesz ją wyciągnąć od chwili, kiedy mnie zauważyłaś. Pozwól, że zrobię to za ciebie.

Pistolet wyfrunął z kurtki Hysyi i wylądował kilkanaście metrów dalej.

Ach, zapomniałem się przedstawić. Mówią o mnie Zazugh. Chcę z tobą porozmawiać i przekonać do walki o słuszną sprawę. Może masz ochotę wziąć mnie na przejażdżkę? Nie daj się namawiać.
Przeklęty Maorn i jego proroctwa… Gdyby stracił posadę w Kombinacie, mógłby zostać wróżbitą.
 
*
 
Zauważyliśmy dużą, kamienną strukturę w odległości około kilometra od naszej pozycji. – Johaze raportował do bazy przez magsmiter. – Zmierzamy w jej kierunku.
Kaim ostro podkręcił tempo. Samochodów pozostałych badaczy zniknęły w lusterkach. 
Niewiarygodne – westchnął mieszaniec. – KEM-3 chyba poniosła odrobina fantazji i umieścił tu fortyfikacje obronne. Albo konwersja informacji zaszwankowała i utkwił tu artefakt z Przedstrzeni.
O kurde. Zawartość eteru skacze do końca skali – poinformował towarzysza Lodogóral. – To chyba rzeczywiście anomalia zza Ściany Światła. Musimy być czujni.

Wraz ze skracającym się dystansem naukowcy zauważali coraz więcej szczegółów budowli.  Mur popękał i utworzyły się w nim dosyć spore dziury. Wyrastały z niego drzewa i spowijały pnącza.

I co najważniejsze, pokryto go napisami. Od podstawy aż po blanki okraszony był przez słowa, runy, znaki i cyfry.

Droga prowadziła wprost na bramę pozbawioną wrót. Trudno było stwierdzić, co znajduje się za nią. Multimiernik tykał złowieszczo. Kaim zwolnił.
Zaczekamy na innych przed wjazdem – powiedział. – Rozsądnie będzie zostawić auta w tym miejscu, zanim zorientujemy się, co jest po drugiej stronie.
Eter! – wykrzyknął Johaze. – Czuję go! W całym ciele, mogę nim oddychać, stój, chcę wyjść!
Co ty pieprzysz?! – Kaim osłupiał, zdziwiony zachowaniem Lodogórala.

Johaze nagle odpiął pas bezpieczeństwa i chwycił za klamkę. Kaim gwałtownie zahamował, przeczuwając, że jego partner zaraz wyskoczy z samochodu. Devylańczyk prawie uderzył głową w przednią szybę, lecz gdy tylko wóz się zatrzymał, natychmiast wyszedł na zewnątrz i pobiegł w kierunku bramy.
Nie podoba mi się to… – wymamrotał do siebie mieszaniec, gramoląc się z terenówki.
 
*
 

O tej porze obwodnica prowadząca z dzielnicy fabrycznej do centrum Klina świeciła pustkami. Błękitny kompakt przemierzał ją powoli, rozchlapując cienką warstwę wody na asfalcie. Był to prototypowy model, napędzany w diametralnie odmienny sposób niż tradycyjne wozy. Zamiast silnika spalającego purpurową bądź zwykłą ropę, miał komputer wykonujący zaklęcia telekinetyczne. Dzięki temu mógł przyspieszał i zatrzymywał się znacznie szybciej niż zwykłe samochody, choć okupione to było krótszym zasięgiem – akumulatory dostarczające prąd do jednostki centralnej nie wystarczały na długo.

Jego kierowcę zazwyczaj cieszyła jazda tą drogą, gdyż oznaczała powrót do domu. Tym razem wolałby być w zupełnie innym miejscu.

Zgaduję, że chciałeś się ze mną spotkać, bo nie spodobał ci się mój projekt? – Hysya nerwowo skręciła kierownicą, starając się ominąć ubytek w asfalcie. – I jesteś tym samym gościem, który pokrzyżował szyki staremu Filemowi?
O, przepraszam – obruszył się Zazugh. – To Gadayro mnie oszukał i uwięził, ja tylko broniłem swoich racji. Zdajesz się być odważną kobietą. Niektórzy ludzie nie ośmieliliby się nazwać mnie inaczej niż Panem. Lecz nie traktuj tego jako wadę, cenię szczerość.

Kobieta odgarnęła seledynową grzywkę z twarzy. Lewe tylne koło stukało, spiker w eteradiu mówił piskliwym, irytującym głosem… Czyżby lęk przed konfrontacją sprawiał, że zamiast na rozmowie skupiała się na denerwujących błahostkach? Nie rozumiała, co się z nią działo, przecież niejednokrotnie znajdowała się w gorszej sytuacji.

Wasze działania są daremne – kontynuował bóg. – Zdaje się wam, że żyjecie we wspaniałym świecie, i ciągle wam go mało. Pragniecie coraz więcej i więcej, nie zważając na otoczenie. Myślicie, że Przedstrzeń jest nienormalna, lecz rzeczywistość jawi się inaczej… To Euijin jest odchyleniem, niewielką plamką sztucznego porządku na nieskończonym morzu chaosu.
Nie rozumiem – stwierdziła Zieludka. – Zamieniliśmy tylko kawałek waszego uniwersum, które jak sam wspominałeś nie ma granic, na nasze. Skoro aż tak bardzo nie chcesz się dzielić, to dlaczego załatwiasz tę sprawę ze mną, zwykłym inżynierem, a nie z zarządem Kombinatu Elektromagicznego?
Wszyscy ci panowie na włościach to chciwi głupcy, pragnący jedynie, abym nie wchodził im w drogę albo zniknął. Ale ty… Ty jesteś inna. Wiesz, czym jest ból i cierpienie. Doświadczyłaś wielu gorzkich przeżyć. Widzisz, nie chodzi o to, że przeszkadza mi rozrost Euijin. Boli mnie sam fakt jej istnienia. To miejsce to piekło. Trzeba je unicestwić, aby wyzwolić ludzi.
 
*
 
Kaim popędził za Johazem. Niepokoił go fakt, że Lodogóral zniknął z pola widzenia. Zatopił się w oślepiającej bieli po drugiej stronie muru. Mieszaniec po chwili przekroczył wewnętrzną bramę. Rozejrzał się dookoła, mrużąc oczy. Dokuczał mu głośny szum i mrowienie w całym ciele. Znajdował się na ogromnym placu, niemalże pustym za wyjątkiem wysokiego obelisku na środku. Szczyt słupa jaśniał niebywale silnym światłem, które dodatkowo odbijało się od podłoża. Badacz miał wrażenie, że zaraz oślepnie. Jednak u podnóża monumentu udało mu się wypatrzeć Johazego. Podbiegł do niego i chwycił za ramię.

Co ci odbiło? – zapytał, zaciskając powieki. – Musimy wrócić do auta po sprzęt ochronny. Nie czujesz tego, co tu się dzieje? Zaraz eksploduje mi głowa!
To nic nie da – odparł Devylańczyk. – Nie możesz odciąć się od tych informacji! Rozumiesz to! Znaleźliśmy miejsce, z którego emanuje cała rzeczywistość.
Twierdzisz, że stąd wydobywają się wszystkie dane o Euijin? Czy to oznacza, że KEM-3 podczas konwersji w jakiś sposób odsłonił Źródło naszego świata?
Tak! – krzyknął Johaze w mistycznym uniesieniu. – Przyjrzyj się dobrze, a zobaczysz wszystkie krainy, od Bezkresnych Piasków po Zielokradła! Wsłuchaj się, a do twych uszu dotrą słowa każdego człowieka na Euijin! Skup się, a dotkniesz wszelkiej żywej istoty!
Szaleństwo. – Kaim do tej pory nie mógł uwierzyć, w to, czego doświadcza. – To miała być tylko teoria…
 
*
 
Skoro Euijin to piekło, czy Przedstrzeń była rajem? Dlatego tyle osób dałoby się pokroić za metafizym, byleby tylko dotknąć Nieba? Jeśli to prawda, to czemu wszyscy wciąż tu tkwią, stawiając czoła przeciwnościom losu, zamiast po prostu przenieść się za Ścianę Światła? W głębi duszy czuła pragnienie ucieczki od codziennych problemów, zapomnienia przykrych chwil, jakie przeżyła w zwyczajnym świecie i uniknięcia tych, które mogły czekać tuż za rogiem… Z drugiej strony nie mogła przekonać się, aby zaufać Zazughowi.

W czym twój dom jest lepszy od naszego, że chcesz go zniszczyć i zabrać nas do siebie? – Pragnęła się dowiedzieć Hysya.
W mym Królestwie nikt nie walczy o przeżycie. Nie ma własności ani hierarchii. Nazywają mnie Panem, lecz naprawdę jestem tylko Strażnikiem, który pilnuje, by nikomu nie działa się krzywda.

Zieludka zjechała z obwodnicy. Jej dzielnica leżała jeszcze dalej na południe, lecz w tej chwili nie miała zamiaru udać się do domu. Liczyła na to, że gdy pokrąży trochę po centrum, Zazughowi znudzi się rozmowa i zostawi ją w spokoju, albo znajdzie pomoc u policjantów… W co ona wierzy, ten gość podobno stał za zabójstwem samego Filema Gadayro, więc miałby bać się gliniarzy?

Dobrze wiem, że nie mieszkasz w tych okolicach – rzekł bóg. – Znam twoje myśli, wciąż próbujesz opracować plan pozbycia się mnie. Po raz kolejny powtarzam, że nie musisz się niczego lękać.

Teraz naprawdę znalazła się w sytuacji bez wyjścia.

Powiedz mi jedno. – Hysya odezwała się po chwili milczenia. – Czy za Ścianą Światła nie ma bólu?
Oczywiście, że takie pojęcie istnieje wszędzie. Nie da się go ominąć. Ale nie przejmuj się tym. To tylko jedno z wielu doświadczeń, które wzbogaca nasze życie.
Zieludka zwolniła i zaparkowała samochód na chodniku.
Skoro cierpienie to wspólna cecha Euijin i Przedstrzeni, to dlaczego nie mogą współistnieć? – wyraziła zdziwienie Hysya. – Przeszkadza ci to, że tu nie jesteśmy tobie poddani?
Gdy ujrzysz inny świat, prędko przekonasz się, iż Euijin jest zwyrodnieniem. – Zazugh twardo bronił swoich racji.
A gdy ty ujrzysz prawdziwe cierpienie, zrozumiesz, że to nie tylko jedno z wielu doświadczeń – odparła Zieludka.
 
*
 
Pozostali członkowie ekipy badawczej nie pojawiali się, mimo iż powinni dogonić ich już jakiś czas temu. Może bali się tu wchodzić? Kaim nie wiedział, co zrobić. Wrócić do auta po aparat i multimetr, czy siłą zabrać stąd Johazego zanim zwariuje do reszty i zwiewać?

Mylisz się. – Do uszu naukowca dobiegł delikatny głos. Czyżby Lodogóral miał rację i z szumu można było wyłapywać poszczególne dźwięki? – Z tego miejsca nie emanuje cała rzeczywistość, a jedynie jej część.
Kaim odwrócił się. Obok Johazego stała wysoka, zielonowłosa kobieta w wypłowiałym swetrze i płóciennych spodniach.
Co masz na myśli? – zapytał Devylańczyk, niewzruszony faktem, że nieznajoma ot tak po prostu pojawiła się znikąd. – Są też inne obiekty emitujące informacje?
Nie obiekty. Istoty. Gdyby tak było, nie mielibyśmy wpływu na nasze czyny – odparła. – Oglądalibyśmy życie tak jak widzowie obserwują przedstawienie teatralne. Lecz my też jesteśmy Źródłami, sami tworzymy naszą sztukę, modyfikując i tworząc dane.
A ty to kto? – wtrącił się Kaim. – Oprowadzasz ludzi po tej atrakcji turystycznej, czy coś w tym stylu? Słaba fucha, zważywszy na twoją umiejętność teleportacji.
Możliwe, iż jestem przewodnikiem. Wiele razy wyznaczałam drogę, którą podążały zagubione dusze. Lecz przede wszystkim jestem rozwiniętym bytem. Noszę imię Navar Faolis.
Powiedz mi, Navar Faolis, dlaczego Źródło pozostawało ukryte przed ludźmi? – Johaze wyglądał na wyraźnie podekscytowanego spotkaniem z rozwiniętym bytem, cokolwiek kryło się za tym pojęciem. – Za pomocą superkomputera powiększyliśmy powierzchnię Euijin, i to miejsce pojawiło się po przesunięciu Ściany Światła.

Kaim chciał powstrzymać kolegę przed wyjawieniem tajemnicy znanej wyłącznie wysoko postawionym pracownikom Kombinatu i garstce uczonych, ale doszedł do wniosku, że ich rozmówczyni i tak pewnie wszystko już wie.

Zaklęcie, które wykonaliście, miało uboczne efekty. Oprócz utworzenia nowych terenów z Przedstrzeni, zmieniło z powrotem ten obszar w Euijin. – wyjaśniła Navar Faolis.
Jak to z powrotem? – zdziwił się Kaim.
Źródło odpowiada za fizyczną naturę waszego świata, wszystkie rządzące nim reguły – wyjaśniła Navar Faolis. – W danych czasach znajdowało się w Euijin. Ludzie wznieśli tu ten obelisk i oddawali cześć Temu, co stworzyło rzeczywistość. Zaczęli jednak obawiać się, że ktoś zacznie nim manipulować, aby zniszczyć lub zmienić otaczające was uniwersum. Przy odpowiednim wysiłku to możliwe. Pokażę wam.

Navar Faolis wyciągnęła rękę w kierunku kuli światła. Po chwili za obeliskiem pojawił się niewielki pagórek pokryty omszałymi głazami.

Dlatego wasi przodkowie wybudowali mur – kontynuowała. – Potem, gdy to okazało się niewystarczające, przenieśli ten rejon w inny wymiar stworzony wyłącznie do tego celu, odrębny zarówno od Euijin, jak i od Przedstrzeni. Dopilnowali, by każdy zapomniał o fakcie istnienia Źródła, a mnie uczynili jego Strażnikiem.
Okej, skoro nikt nie miał się o tym dowiedzieć, to dlaczego nas tu wpuściłaś? – dociekał mieszaniec.
Cywilizacja znów staje się świadoma rzeczy, które dawno zostały zatracone. Utrzymywanie Źródła w ukryciu stało się bezsensowne. Miałam was o tym powiadomić, ale ostatecznie pozwoliłam odkryć to osobiście. Istnieją potężni wrogowie, którzy będą chcieli unicestwić ten świat, a ja w pojedynkę nie będę w stanie go obronić. Potrzebuję pomocy ludzi.
Zrobimy to co w naszej mocy – zarzekał się Johaze.
Wygląda na poważną sprawę – westchnął Kaim. – Udokumentujemy to wszystko i złożymy raport do Kombinatu Elektromagicznego. Ciekawe, co na to powiedzą.
Mogę tu zostać? – zapytał Lodogóral. – To miejsce jest tak wspaniałe…
Z pewnością jeszcze niejednokrotnie je odwiedzisz – rzekła Navar Faolis. – Teraz powinieneś jednak zaświadczyć innym, o tym, co widziałeś.
Patrz, przybyła reszta ekipy! – krzyknął do kolegi Kaim.
Cholera, jak tu jasno – odezwał się zdyszany Rareon, starszy Zielud o włosach koloru patyny. – Przepraszam, że tyle na nas czekaliście, ale złapaliśmy gumę w naszym wozie i zablokowaliśmy drogę innym. Musieliśmy dotrzeć tu na piechotę.
Nie uwierzycie w to, co zaraz usłyszycie… – zapewnił ich Kaim.
 
*
 
I pokazała mu. Chłód klatki schodowej, ślady na plecach po klamrze paska od spodni. Chwyt gwałciciela, z którego cudem udało się jej wyrwać. Kolejny dzień spędzony o dwóch suchych bułkach i szklance wody.

Cierpienie, które wracało niemal każdego dnia. Bała się przywoływać te wspomnienia, lecz była z nimi dobrze zaznajomiona. Odczytujący jej myśli Zazugh nie. Złapał się za głowę i zgiął w pół z bólu. Hysya wyskoczyła z samochodu i zaczęła uciekać. Musi w jakiś sposób go powstrzymać, byleby tylko inni przez to nie ucierpieli… Chyba będzie bezpiecznie.

Macierz run. Transformacja.

Satra Cy hai mi nema Dev.

Cynprowe elektrody przemieniły się w wyjątkowo aktywny pierwiastek devanghon, który zareagował z kwasem zawartym w akumulatorze i doprowadził do eksplozji. Pojazd stanął w płomieniach. Zieludka zniknęła gdzieś za rogiem.

Zazugh wygramolił się z wraku, zdziwiony pochopnością i upartością kobiety. Jego euijińskie ciało było tylko odrobinę osmolone. Włożył wiele wysiłku w to, by nie dało się go tak łatwo zniszczyć. Fizyczny awatar miał tu o wiele większe znaczenie niż w Przedstrzeni.

Hysya nie miała zamiaru zasilić jego szeregów. Lecz to bez znaczenia. Wielu innych było gotowych za nim podążyć. Pozostali wkrótce zostaną starci w pył razem z tym przeklętym miejscem.
 
*
 
To zaskakujące. Ciekawość wciąż popycha nas do odkrywania nowych rzeczy, ale gdy posuniemy się za daleko, pojawia się strach przed nieznanym… – powiedział Naydos Damilaan. – Sam też czuję się niepewnie w tej sytuacji. Jeżeli to, co mówisz, jest prawdą, znaleźliśmy się w niezłych tarapatach. Wstępne wyniki badań nowych terenów Euijin przyniosły zaskakujące rezulataty, wręcz wywracające do góry nogami całą posiadaną przez nas wiedzę. Zawsze byłem przeciwny powszechnemu rozgłaszaniu o istnieniu Przedstrzeni i innych tajemnicach świata nauki, jednak wygląda na to, że nie będziemy mogli dłużej utrzymywać społeczeństwa w nieświadomości. Musimy jednak być ostrożni, aby nie wywołać paniki. Przyda ci się trochę wolnego, Vadeloot. Możemy przydzielić ci kogoś do ochrony, na wszelki wypadek.
To nie będzie konieczne, panie prezesie – stwierdziła Hysya. – Jutro mogę wrócić do pracy. Musimy dołożyć wszelkich starań, żeby powstrzymać Zazugha. Powinniśmy skontaktować się z Gadayro, kiedyś udało im się go uwięzić…
Nic się nie zmieniłaś. – Naydos pokręcił głową. – Zawsze gotowa dać z siebie sto procent. I za to cię podziwiam.


Wednesday, June 22, 2016

Sunday, September 27, 2015

Hiperhelium

 Ludzie posiadali wiele złożonych cech. Jednak tę, którą Mayzee najbardziej podziwiał, a może nienawidził, była zdolność do tworzenia zbiorowej świadomości. Cała cywilizacja stanowiła jeden organizm kierujący się pewnymi wytycznymi uznanymi za dobre dla ogółu. I choć te aksjomaty zmieniały się na przestrzeni czasu, jednostka, która ich nie respektowała, została usuwana niczym gnijąca gałąź. Mayzee czekał na moment, w którym spotka go ten sam los.

Chłopak miał siedemnaście lat i żył w Feryzie. Miasto to wzniesiono na wysokiej górze Nhgrene położonej przy wewnętrznym promieniu Hogumu, ciała astralnego o kształcie torusa będącego domem dla wszystkich ludzi. Feryz uznawano za święte miejsce, bowiem gdy raz na rok słońce przelatywało przez pusty środek planety, był najbliżej macierzystej gwiazdy. Dzieci Gali
i Kehra gromadziły się tam, by czcić Światło, pierwszy dar boskiej pary, w przepięknych, starożytnych świątyniach.

Oczywiście Feryz nie przeżywał oblężenia pielgrzymów jedynie podczas hiperhelium. Całe rzesze przyjezdnych przewijały się przezeń praktycznie każdego dnia, sporo osób mieszkało tu również na stałe. Ktoś musiał zapewniać ludziom dach nad głową, żywić ich i leczyć. Przy tym ostatnim udzielał się Mayzee. Pracował w niewielkim zakładzie alchemicznym należącym do jego babci. Podobno miał talent do tworzenia eliksirów, choć osobiście twierdził, że przyjęto go tam z litości. Nie nadawał się na bycie kowalem czy strażnikiem, a rodzice nie pozwoliliby mu na bezczynne gnicie w domu. Siedział więc w zatęchłej piwnicy, miażdżąc w moździerzu akwamarynowe muchomory, doglądając fermentacji glistorostów czy gotując wywary z górskich szczurów. Od czasu do czasu dostawał reprymendy od babci za opieszałość lub niedokładność. Nie przejmował się nimi zbytnio, zresztą jak całym otaczającym go światem. Ciągle bujał głową w chmurach. Byłby świetnym kapłanem, gdyby nie uważał galakheranizmu za stek bzdur. Z istnieniem osobowych Bogów wiązało się zbyt wiele paradoksów, żeby mógł w nich uwierzyć. Większość społeczeństwa sądziła jednak inaczej, więc Mayzee wolał nie wychylać się ze swoimi poglądami. Kontemplował je w ciszy podczas wolnych chwil, które spędzał w niewielkim pokoju na poddaszu służącym za sypialnię.

Czynił to właśnie pewnego letniego dnia. Zbliżała się krótka noc, słońce powoli zachodziło za przeciwległy wałek hogumskiego obwarzanka. Leżące na nim krainy powoli pogrążały się w ciemnościach, a ich mieszkańcy szykowali się do snu. W Feryzie oznaczało to godzinną przerwę od pracy, zazwyczaj spędzaną na drzemce. Dziwne rytmy dobowe zależące od położenia danego miejsca na gigantycznym torusie były dowodem nie na wspaniałość, lecz głupotę Stwórców, przynajmniej według Mayzeego. Po co komu potrzebne dwie noce, z których jedna trwała na tyle krótko, że nie można było nawet porządnie się przekimać? Ci z zewnętrznej części obwarzanka mieli jeszcze gorzej, tam przez większość czasu nie dochodziło naturalne światło. No i jeszcze to przeklęte hiperhelium. Panował wtedy straszny upał, a tłumy spoconych ludzi podniecających się tym, że Słońce zakreśla ósemkę zamiast koła, nie stanowiły najmilszego towarzystwa. Święto odbywało się już za dwa dni. Przytłoczony tym faktem Mayzee odszedł od wąskiego okienka i oklapł na łóżko. Może prześpi się choć chwilę, zanim babka znów zagoni do roboty. Nagle usłyszał jakieś stłumione krzyki dochodzące z parteru. To mógł być niezadowolony klient, albo w gorszym przypadku napad. Mayzee wstał i zbiegł po schodach. Przy ladzie stał siwy, brodaty mężczyzna i szarpał babcię Beulinę za fartuch.

- Co tu się dzieje? - spytał chłopak.
- To ty! - staruch wskazał palcem na Mayzeego. - Przez ciebie moja córka nie żyje!
- Ginarze, uspokój się! - krzyknęła Beulina.

Młody alchemik kojarzył skądś tego gościa. Dosyć często przychodził do ich sklepu i zamawiał mnóstwo mikstur. Teraz zbliżał się w jego kierunku z zaciśniętymi pięściami. Wyglądał na naprawdę wściekłego. Mayzee domyślał się, że pewnie zepsuł któryś z eliksirów przez nieuwagę lub lenistwo. Być może niebiański syrop, nie chciało mu się dogotowywać go do końca. Ale żeby ktoś od tego umarł?

- Zapłacisz mi za to! - wydusił przez zaciśnięte zęby Ginar.

To nie były czcze pogróżki. Starzec rzucił się na chłopca, ale ten odepchnął go na regał z książkami i wybiegł z zakładu. Ktoś wreszcie zabrał się za odcinanie chorej gałęzi. Lecz Mayzee nie chciał ponosić konsekwencji za ignorancję. Wcześniej było to czymś odległym, wręcz nierzeczywistym. Teraz naprawdę chcą go dorwać. Wystraszony popędził gdzieś na oślep, byle dalej od sklepu.
Ginar po chwili podniósł się z ziemi. Poniosła go brawura. Miał szczęście, że młodzieniec uciekł zamiast wdawać się w bójkę.

- Nic ci nie jest? - spytała Beulina. - Możesz mi opowiedzieć wszystko jeszcze raz, powoli i spokojnie?
- To także twoja wina – rzucił mężczyzna. - Nie sprawdziłaś, czy eliksir był dobry. Ouhyn spodziewała się dziecka. Cierpiała na bóle brzucha, więc wypiła lekarstwo od was i... - Po policzkach Ginara popłynęły łzy. - Ja straciłem jedyną córkę...
- Przykro mi. - Beulina również wyraźnie posmutniała. - Tyle razy mówiłam Mayzeemu, żeby uważał! Nie mogę ciągle go pilnować. Jestem już stara, ledwie nadążam z pracą. Nic na to nie poradzę. To poważna sprawa, lepiej żeby rozstrzygnął ją Boży Sąd. Musimy tylko znaleźć chłopaka. Gala wie gdzie on się teraz podziewa...

*

Mayzee zatrzymał się w wąskim zaułku przy ulicy Królewskiej. Był zmęczony ucieczką i nadal mocno zdezorientowany całą sytuacją. Nie wiedział, co dalej robić. Jeśli rzeczywiście ktoś przez niego zginął, chłopak miał nie lada kłopoty. Niedługo o przestępstwie będzie wiedziało całe miasto. Mógłby udać do innej części Hogumu, na przykład na południe, ale nie miał przy sobie pieniędzy ani jedzenia. Niechybnie czeka go kilkanaście lat w celi, o ile wcześniej Ginar nie zemści się na nim. Będzie musiał spróbować uciec z Feryzu. Ale najpierw odpocznie.

Usiadł na bruku, opierając się plecami o ścianę kamienicy. Panowała niemal całkowita ciemność, tylko w niektórych oknach migotały świece. Mayzee tym razem cieszył się z faktu istnienia krótkiej nocy. Zauważy go mniej osób. Na całe szczęście bramy do miasta pozostawały otwarte przez cały czas, a straże nie pilnowały przejścia od setek lat. Życie w czasach pokoju miało swoje zalety.
Młody alchemik wstał i ruszył w dalszą drogę, lecz nagle poczuł czyjąś dłoń na swoim ramieniu.
- Dobra robota, mój synu.

Mayzee odwrócił się. W mroku niewiele widział, lecz był w stanie zauważyć, że ktoś, kto go zatrzymał, ma na sobie dziwną, pozbawioną otworów maskę o nieregularnym kształcie. Był ubrany w czarny płaszcz i skórzane rękawice.

- Kim jesteś? - zapytał przerażony chłopak.
- Jestem twoim Bogiem – odparł nieznajomy.
- Ty to Khar?
- Nie. Khar obróciłby cię w pył za liczne przewinienia, jak lubią to nazywać sprawiedliwi. Ja nazywam się Bdaad, Bóg Zawiedzionych Oczekiwań.
- Ja chyba śnię. – Mayzee pokręcił głową. - Muszę się obudzić!
- Wyparcie. - Głos Bdaada zawibrował w uszach młodzieńca. - Jakie to... Ludzkie. Nie, chłopcze, to wszystko dzieje się naprawdę. Przyczyniłeś się do pomnożenia mojej chwały. Odebrałeś kilku osobom nadzieję na radość. Nie doczekają się potomka. Pogrążą się w rozpaczy po stracie ukochanej córki i żony.
- Ona była w ciąży? - Praktykant osłupiał. - Ja nie chciałem tego zrobić, wcześniej nawet Cię nie znałem...
- Ale ja tak – rzekł Bóg. - Teraz zostaniesz moim sługą.
- Nie wiem, co o tym myśleć – wyznał Mayzee. - A co, jeśli się nie zgodzę?
- Mocno się zawiedziesz.

Bdaad chwycił za krawędź swojej maski i odchylił ją, zupełnie jakby otwierał drzwi. Nie miał twarzy. Jego oblicze stanowiła bezkresna otchłań wypełniona setkami mieniących się, kolorowych plam. Mayzee poczuł, jak głębia go zasysa, jak jego ciało opuszcza znany mu świat. Ciemny zaułek stał się maleńkim punktem wśród feerii barw, aż w końcu całkowicie zniknął.

*

Przeklęty chłopak przepadł gdzieś bez śladu. Nie odnalazł go nawet Mhurem, który dowiedziawszy o śmierci żony po powrocie z pracy osobiście praktycznie cały Feryz. Lecz wymierzenie kary Mayzeemu nie przywróci życia Ouhyn. To najbardziej bolało Ginara. Gdy tylko zamykał oczy, widział, jak jego córka upada, wymiotuje krwią, cała się trzęsie, by w końcu zastygnąć w bezruchu. Czuł, że te obrazy utkwią mu w pamięci do końca bezsensownego już życia.

Linia rodowa została przerwana. Wycięto z niej dwie osoby za jednym zamachem. Ginar kochał obie z całego serca, chociaż jedna z nich nawet nie zdążyła się narodzić. Pozostała tylko pustka. Pustka, która po pewnym czasie powinna zniknąć, bo przecież Ouhyn i jej dziecko byli już w lepszym miejscu, razem z Galą i Kherem. Każdy dobry człowiek prędzej czy później tam trafia. Lecz dla Ginara była to odległa perspektywa, wręcz niewyobrażalna. A może nawet i nierzeczywista. Kto bowiem jest w stanie z całą pewnością stwierdzić, że śmierć nie jest końcem istnienia? Dla starego człowieka klęczącego przed martwym ciałem córki leżącym na katafalku to wątpliwość straszna, a zarazem trudna do odrzucenia pod ciężarem rozpaczy.

Ginar spojrzał na obraz przedstawiający parę Bogów. Prosił ich o cud wskrzeszenia, albo chociaż jakiś znak, który utwierdzi jego wiarę w ponowne spotkanie z ukochanymi. Co jakiś czas modlitwy ustępowały użalaniu się na własnym losem. Choć do świątyni przybyły setki osób chcących pożegnać Ouhyn, Ginar czuł się całkowicie samotny, jakby zawieszony w nicości. Nawet jeśli Gala i Kher byli prawdziwi, nie mogli przełamać jego odosobnienia.

*
Święte księgi wspominały o wielu nadnaturalnych zjawiskach. Żadne z nich nie mogło jednak równać się z lewitowaniem w bezkresnej przestrzeni. Przemieszczające się w niej barwne plamy, widoczne, lecz nienamacalne, sprawiały, że Mayzeemu kręciło się w głowie.

- Co to za miejsce? - Chłopak zdziwił się, bowiem usłyszał swój głos, chociaż zdawało mu się, że wypowiada te słowa jedynie w myślach.
- Moja głowa – przemówił wibrującym tonem Bdaad. - Jesteś aż tak niedomyślny?
Mayzee nie wiedział, co odrzec. Cała sytuacja była wręcz okrutnie nierealna, odbierała niemal wszelkie zdolności do przeprowadzania logicznych analiz.
- Wygląda na to, że sprzeciwianie się Tobie nie ma sensu – wyznał po chwili młody alchemik. - Możesz przynajmniej wyjaśnić, co masz zamiar ze mną zrobić? Wspominałeś o tym, że zostanę Twoim sługą.
- Zgadza się – odparł Bóg.
- Na czym to miałoby polegać? - zapytał Mayzee.
- Wkrótce się dowiesz.

Chłopak nagle poczuł, jak ciągnie go jakaś niewidzialna siła. Zbliżał się z zawrotną prędkością do niewielkiego, czarnego punktu, który z czasem rósł, by stać się dosyć sporą wyrwą w kolorowej sferze. Mayzee przeleciał przez niego i wylądował pod gwiaździstym niebem Hogumu.

- Gdzie jesteśmy? - Praktykant rozglądał się po okolicy, lecz widział jedynie gęsty, bukowy las.
- Kilkanaście mil na północ od Feryzu – odrzekł Bdaad. - Powiedz mi, co kryje się w twoim sercu?
- Hę?
- O czym marzysz? Jakie jest twoje najskrytsze pragnienie?
- Aha, o to chodzi – zorientował się chłopak. Był odrobinę przerażony tajemniczym zachowaniem dziwnej istoty. - Chciałbym do końca życia nie pracować, nie musieć znosić towarzystwa idiotów, po prostu mieć spokój. To tyle, jeśli mam być szczery.
- Doskonale. Chodź za mną. Tylko ani słowa.

Mayzee mocno zacisnął usta, jakby bał się, że przez przypadek coś powie. Było bardzo ciemno. Hogum nie posiadał księżyca, a gwiazdy dawały jedynie słabe światło. Po kilku chwilach marszu w milczeniu dotarli na polanę na skraj lasu. W oddali widoczna była góra Nhgrene i spoczywający na niej Feryz. Jasne punkty rozsiane po całym mieście były z pewnością ogniskami zapalanymi na wieżach świątyń i basztach przy murze.

- Czuwają – rzekł Bdaad. - Dziś Słońce ma znaleźć się w środku świata.
- To już hiperhelium? Zdawało mi się, że minęła ledwie godzina - powiedział Mayzee, po czym zasłonił usta zorientowawszy się, że złamał zakaz Boga.
- Czas jest dla was dziwną rzeczą – odparł jak gdyby nigdy nic Bdaad. - Stoi w miejscu, gdy chcecie, by już upłynął. Pędzi, gdy chcecie go zatrzymać. Doprawdy ciężko dogodzić ludziom.
- Święte słowa – przyznał mu rację chłopak. - Przekonałem się o tym na własnej skórze.
- Usiądźmy – zarządził Bóg. - Twoje pragnienia nie są dobre dla mojego istnienia – dodał. - Są prawdziwe, lecz wiesz, że nigdy się nie spełnią, dlatego nie wyczekujesz ich realizacji. Odebranie nadziei nie sprawi ci bólu. Im zaś – wskazał dłonią na Feryz – wręcz przeciwnie. Głęboko wierzą, że hiperhelium nadejdzie dziś tak samo jak każdego roku. Obawiam się, że mocno się rozczarują.
- Dlaczego cieszysz się z czyjejś trwogi, jeśli mogę spytać?
- To nie mój wybór, tylko konieczność – odpowiedział Bdaad. - Widzisz, Bogowie są niczym innym jak wyobrażeniami o pewnych rzeczach. Nie istniejemy bez waszych myśli. To one nas karmią, dają nam siły. Niektórzy, na przykład Gala i Kher, powstali świadomie, inni, jak ja, są jedynie efektem ubocznym.
- Nie rozumiem - wyznał Mayzee. - Czy to oznacza, że jesteście tylko iluzją?
- Nie. Żyjemy naprawdę. Ale to wy o tym decydujecie, przynajmniej po części. Gala i Kher znikną, gdy tylko ludzie inaczej wytłumaczą sobie siły rządzące światem. Ja jestem wieczny. Nikt bowiem nie może egzystować bez oczekiwań. Czy matka, płodząc dziecko, liczy się z tym, że może ono nie przeżyć porodu? Czy rolnik, siejąc zboże, rozważa niepewność jego wykiełkowania? Nie. Każdy w głębi duszy chce, żeby działo się dobrze. A często jest wręcz przeciwnie. Tylko proszę, nie uważaj mnie za okrutnego. Ja tego nie prowokuję. To ślepy los albo wy sami zawodzicie innych. Ja tylko oddycham waszym żalem i cierpieniem.
- Skoro na tym Ci nie zależy, to po co Ci sługi?
- Wkrótce się tego dowiesz. A teraz obserwuj horyzont.
Świtało. Słońce pełzło po nieboskłonie, lecz nie zmierzało w kierunku środka gigantycznego torusa. Mayzee nie czuł się ani zmęczony, ani głodny. Czas upływał mu dosyć szybko. Wydawało mu się, że minęła zaledwie chwila, a dar Gali i Khera znikał już za przeciwległym wałkiem obwarzanka. Hiperhelium nie nastąpiło.
- Pragniesz. - Bdaad nagle wstał i zwrócił swoje zakryte stalą oblicze ku młodemu alchemikowi. - Pragniesz tam być, napawać się ich zwątpieniem, oglądać ich skonsternowane twarze, cieszyć się zawodem kapłanów i wiernych. A nade wszystko pragniesz uniknąć kary i przeżyć. Dlatego zaraz zginiesz, stając się moim sługą.
- Ale... Dlaczego? – spytał przerażony chłopak. - Skoro to nie twój wybór, to nie możesz się temu sprzeciwić?
- Nie. Moja wola jest bez znaczenia. Tak miało być. Umarłbyś prędzej czy później, nawet jeśli uniknąłbyś sprawiedliwości w Feryzie. Żegnaj.

Mayzee zerwał się na równe nogi ze strachu, lecz Bdaad niczego nie uczynił. Młodzieniec zaczął biec, lecz nie zdążył nawet dotrzeć do lasu. Na ziemię powalił go ogromny orzeł, który potem rozszarpał mu gardło dziobem. Bdaad z obrzydzeniem nasycił się strachem i rozpaczą chłopca. Nienawidził siebie za to, że musiał żywić się bólem. Chciał przestać istnieć, lecz nie mógł tego uczynić. Bóg Zawiedzionych Oczekiwań będzie karmił siebie dopóty, dopóki nie wyzionie ducha ostatni człowiek na Hogumie.

*

Hipersłońce nie wzeszło ani w tym roku, ani już w żadnym następnym. Niektórzy uznawali to za znak końca czasów, lecz i on nie nastąpił. Kapłani stwierdzili, że brak zmiany orbity gwiazdy jest wolą Gali i Khera. Część osób znalazła sobie nowych Bogów.

Ginar żył dalej, nadal opłakując córkę i wnuka, choć cierpienie po stracie z czasem malało. Pogodził się nawet z Beuliną, lecz wybaczenie nie wypełniało pustki. Na przemian to głęboko wierzył, że kiedyś ujrzy Ouhyn oraz swojego wnuka, to godził się z ostateczną stratą.


Bdaad zaś krążył po świecie w smutku, od czasu do czasu objawiając się swym sługom, również i Ginarowi. Był przy starcu, gdy ten, umierając, widział przed sobą jedynie nieprzeniknioną ciemność i niebyt.