Showing posts with label opowiadanie. Show all posts
Showing posts with label opowiadanie. Show all posts

Thursday, February 21, 2019

Thursday, September 27, 2018

"Prawdziwa Turija" - moje opowiadanie w magazynie Abyssos

W ostatnim numerze Abyssosu pojawiło się moje opowiadanie pt. Prawdziwa Turija. A w nim – trochę fizyki, trochę filozofii wschodu, trochę eksploracji kosmosu. Mieszanka wybuchowa ;)
Numer dostępny tutaj: http://abyssos.eu/2018/06/13/numer-8/
Opowiadanie można przeczytać także bezpośrednio na stronie internetowej magazynu: http://abyssos.eu/2018/08/01/sylwester-gdela-prawdziwa-turija/

Sunday, May 7, 2017

"Lustrmiasto"

W najnowszym Wydaniu Specjalnym Szortalu na Wynos znajdziecie moje opowiadanie pt. "Lustrmiasto" - gorąco zachęcam do lektury!
http://szortal.com/node/12093

Sunday, September 27, 2015

Hiperhelium

 Ludzie posiadali wiele złożonych cech. Jednak tę, którą Mayzee najbardziej podziwiał, a może nienawidził, była zdolność do tworzenia zbiorowej świadomości. Cała cywilizacja stanowiła jeden organizm kierujący się pewnymi wytycznymi uznanymi za dobre dla ogółu. I choć te aksjomaty zmieniały się na przestrzeni czasu, jednostka, która ich nie respektowała, została usuwana niczym gnijąca gałąź. Mayzee czekał na moment, w którym spotka go ten sam los.

Chłopak miał siedemnaście lat i żył w Feryzie. Miasto to wzniesiono na wysokiej górze Nhgrene położonej przy wewnętrznym promieniu Hogumu, ciała astralnego o kształcie torusa będącego domem dla wszystkich ludzi. Feryz uznawano za święte miejsce, bowiem gdy raz na rok słońce przelatywało przez pusty środek planety, był najbliżej macierzystej gwiazdy. Dzieci Gali
i Kehra gromadziły się tam, by czcić Światło, pierwszy dar boskiej pary, w przepięknych, starożytnych świątyniach.

Oczywiście Feryz nie przeżywał oblężenia pielgrzymów jedynie podczas hiperhelium. Całe rzesze przyjezdnych przewijały się przezeń praktycznie każdego dnia, sporo osób mieszkało tu również na stałe. Ktoś musiał zapewniać ludziom dach nad głową, żywić ich i leczyć. Przy tym ostatnim udzielał się Mayzee. Pracował w niewielkim zakładzie alchemicznym należącym do jego babci. Podobno miał talent do tworzenia eliksirów, choć osobiście twierdził, że przyjęto go tam z litości. Nie nadawał się na bycie kowalem czy strażnikiem, a rodzice nie pozwoliliby mu na bezczynne gnicie w domu. Siedział więc w zatęchłej piwnicy, miażdżąc w moździerzu akwamarynowe muchomory, doglądając fermentacji glistorostów czy gotując wywary z górskich szczurów. Od czasu do czasu dostawał reprymendy od babci za opieszałość lub niedokładność. Nie przejmował się nimi zbytnio, zresztą jak całym otaczającym go światem. Ciągle bujał głową w chmurach. Byłby świetnym kapłanem, gdyby nie uważał galakheranizmu za stek bzdur. Z istnieniem osobowych Bogów wiązało się zbyt wiele paradoksów, żeby mógł w nich uwierzyć. Większość społeczeństwa sądziła jednak inaczej, więc Mayzee wolał nie wychylać się ze swoimi poglądami. Kontemplował je w ciszy podczas wolnych chwil, które spędzał w niewielkim pokoju na poddaszu służącym za sypialnię.

Czynił to właśnie pewnego letniego dnia. Zbliżała się krótka noc, słońce powoli zachodziło za przeciwległy wałek hogumskiego obwarzanka. Leżące na nim krainy powoli pogrążały się w ciemnościach, a ich mieszkańcy szykowali się do snu. W Feryzie oznaczało to godzinną przerwę od pracy, zazwyczaj spędzaną na drzemce. Dziwne rytmy dobowe zależące od położenia danego miejsca na gigantycznym torusie były dowodem nie na wspaniałość, lecz głupotę Stwórców, przynajmniej według Mayzeego. Po co komu potrzebne dwie noce, z których jedna trwała na tyle krótko, że nie można było nawet porządnie się przekimać? Ci z zewnętrznej części obwarzanka mieli jeszcze gorzej, tam przez większość czasu nie dochodziło naturalne światło. No i jeszcze to przeklęte hiperhelium. Panował wtedy straszny upał, a tłumy spoconych ludzi podniecających się tym, że Słońce zakreśla ósemkę zamiast koła, nie stanowiły najmilszego towarzystwa. Święto odbywało się już za dwa dni. Przytłoczony tym faktem Mayzee odszedł od wąskiego okienka i oklapł na łóżko. Może prześpi się choć chwilę, zanim babka znów zagoni do roboty. Nagle usłyszał jakieś stłumione krzyki dochodzące z parteru. To mógł być niezadowolony klient, albo w gorszym przypadku napad. Mayzee wstał i zbiegł po schodach. Przy ladzie stał siwy, brodaty mężczyzna i szarpał babcię Beulinę za fartuch.

- Co tu się dzieje? - spytał chłopak.
- To ty! - staruch wskazał palcem na Mayzeego. - Przez ciebie moja córka nie żyje!
- Ginarze, uspokój się! - krzyknęła Beulina.

Młody alchemik kojarzył skądś tego gościa. Dosyć często przychodził do ich sklepu i zamawiał mnóstwo mikstur. Teraz zbliżał się w jego kierunku z zaciśniętymi pięściami. Wyglądał na naprawdę wściekłego. Mayzee domyślał się, że pewnie zepsuł któryś z eliksirów przez nieuwagę lub lenistwo. Być może niebiański syrop, nie chciało mu się dogotowywać go do końca. Ale żeby ktoś od tego umarł?

- Zapłacisz mi za to! - wydusił przez zaciśnięte zęby Ginar.

To nie były czcze pogróżki. Starzec rzucił się na chłopca, ale ten odepchnął go na regał z książkami i wybiegł z zakładu. Ktoś wreszcie zabrał się za odcinanie chorej gałęzi. Lecz Mayzee nie chciał ponosić konsekwencji za ignorancję. Wcześniej było to czymś odległym, wręcz nierzeczywistym. Teraz naprawdę chcą go dorwać. Wystraszony popędził gdzieś na oślep, byle dalej od sklepu.
Ginar po chwili podniósł się z ziemi. Poniosła go brawura. Miał szczęście, że młodzieniec uciekł zamiast wdawać się w bójkę.

- Nic ci nie jest? - spytała Beulina. - Możesz mi opowiedzieć wszystko jeszcze raz, powoli i spokojnie?
- To także twoja wina – rzucił mężczyzna. - Nie sprawdziłaś, czy eliksir był dobry. Ouhyn spodziewała się dziecka. Cierpiała na bóle brzucha, więc wypiła lekarstwo od was i... - Po policzkach Ginara popłynęły łzy. - Ja straciłem jedyną córkę...
- Przykro mi. - Beulina również wyraźnie posmutniała. - Tyle razy mówiłam Mayzeemu, żeby uważał! Nie mogę ciągle go pilnować. Jestem już stara, ledwie nadążam z pracą. Nic na to nie poradzę. To poważna sprawa, lepiej żeby rozstrzygnął ją Boży Sąd. Musimy tylko znaleźć chłopaka. Gala wie gdzie on się teraz podziewa...

*

Mayzee zatrzymał się w wąskim zaułku przy ulicy Królewskiej. Był zmęczony ucieczką i nadal mocno zdezorientowany całą sytuacją. Nie wiedział, co dalej robić. Jeśli rzeczywiście ktoś przez niego zginął, chłopak miał nie lada kłopoty. Niedługo o przestępstwie będzie wiedziało całe miasto. Mógłby udać do innej części Hogumu, na przykład na południe, ale nie miał przy sobie pieniędzy ani jedzenia. Niechybnie czeka go kilkanaście lat w celi, o ile wcześniej Ginar nie zemści się na nim. Będzie musiał spróbować uciec z Feryzu. Ale najpierw odpocznie.

Usiadł na bruku, opierając się plecami o ścianę kamienicy. Panowała niemal całkowita ciemność, tylko w niektórych oknach migotały świece. Mayzee tym razem cieszył się z faktu istnienia krótkiej nocy. Zauważy go mniej osób. Na całe szczęście bramy do miasta pozostawały otwarte przez cały czas, a straże nie pilnowały przejścia od setek lat. Życie w czasach pokoju miało swoje zalety.
Młody alchemik wstał i ruszył w dalszą drogę, lecz nagle poczuł czyjąś dłoń na swoim ramieniu.
- Dobra robota, mój synu.

Mayzee odwrócił się. W mroku niewiele widział, lecz był w stanie zauważyć, że ktoś, kto go zatrzymał, ma na sobie dziwną, pozbawioną otworów maskę o nieregularnym kształcie. Był ubrany w czarny płaszcz i skórzane rękawice.

- Kim jesteś? - zapytał przerażony chłopak.
- Jestem twoim Bogiem – odparł nieznajomy.
- Ty to Khar?
- Nie. Khar obróciłby cię w pył za liczne przewinienia, jak lubią to nazywać sprawiedliwi. Ja nazywam się Bdaad, Bóg Zawiedzionych Oczekiwań.
- Ja chyba śnię. – Mayzee pokręcił głową. - Muszę się obudzić!
- Wyparcie. - Głos Bdaada zawibrował w uszach młodzieńca. - Jakie to... Ludzkie. Nie, chłopcze, to wszystko dzieje się naprawdę. Przyczyniłeś się do pomnożenia mojej chwały. Odebrałeś kilku osobom nadzieję na radość. Nie doczekają się potomka. Pogrążą się w rozpaczy po stracie ukochanej córki i żony.
- Ona była w ciąży? - Praktykant osłupiał. - Ja nie chciałem tego zrobić, wcześniej nawet Cię nie znałem...
- Ale ja tak – rzekł Bóg. - Teraz zostaniesz moim sługą.
- Nie wiem, co o tym myśleć – wyznał Mayzee. - A co, jeśli się nie zgodzę?
- Mocno się zawiedziesz.

Bdaad chwycił za krawędź swojej maski i odchylił ją, zupełnie jakby otwierał drzwi. Nie miał twarzy. Jego oblicze stanowiła bezkresna otchłań wypełniona setkami mieniących się, kolorowych plam. Mayzee poczuł, jak głębia go zasysa, jak jego ciało opuszcza znany mu świat. Ciemny zaułek stał się maleńkim punktem wśród feerii barw, aż w końcu całkowicie zniknął.

*

Przeklęty chłopak przepadł gdzieś bez śladu. Nie odnalazł go nawet Mhurem, który dowiedziawszy o śmierci żony po powrocie z pracy osobiście praktycznie cały Feryz. Lecz wymierzenie kary Mayzeemu nie przywróci życia Ouhyn. To najbardziej bolało Ginara. Gdy tylko zamykał oczy, widział, jak jego córka upada, wymiotuje krwią, cała się trzęsie, by w końcu zastygnąć w bezruchu. Czuł, że te obrazy utkwią mu w pamięci do końca bezsensownego już życia.

Linia rodowa została przerwana. Wycięto z niej dwie osoby za jednym zamachem. Ginar kochał obie z całego serca, chociaż jedna z nich nawet nie zdążyła się narodzić. Pozostała tylko pustka. Pustka, która po pewnym czasie powinna zniknąć, bo przecież Ouhyn i jej dziecko byli już w lepszym miejscu, razem z Galą i Kherem. Każdy dobry człowiek prędzej czy później tam trafia. Lecz dla Ginara była to odległa perspektywa, wręcz niewyobrażalna. A może nawet i nierzeczywista. Kto bowiem jest w stanie z całą pewnością stwierdzić, że śmierć nie jest końcem istnienia? Dla starego człowieka klęczącego przed martwym ciałem córki leżącym na katafalku to wątpliwość straszna, a zarazem trudna do odrzucenia pod ciężarem rozpaczy.

Ginar spojrzał na obraz przedstawiający parę Bogów. Prosił ich o cud wskrzeszenia, albo chociaż jakiś znak, który utwierdzi jego wiarę w ponowne spotkanie z ukochanymi. Co jakiś czas modlitwy ustępowały użalaniu się na własnym losem. Choć do świątyni przybyły setki osób chcących pożegnać Ouhyn, Ginar czuł się całkowicie samotny, jakby zawieszony w nicości. Nawet jeśli Gala i Kher byli prawdziwi, nie mogli przełamać jego odosobnienia.

*
Święte księgi wspominały o wielu nadnaturalnych zjawiskach. Żadne z nich nie mogło jednak równać się z lewitowaniem w bezkresnej przestrzeni. Przemieszczające się w niej barwne plamy, widoczne, lecz nienamacalne, sprawiały, że Mayzeemu kręciło się w głowie.

- Co to za miejsce? - Chłopak zdziwił się, bowiem usłyszał swój głos, chociaż zdawało mu się, że wypowiada te słowa jedynie w myślach.
- Moja głowa – przemówił wibrującym tonem Bdaad. - Jesteś aż tak niedomyślny?
Mayzee nie wiedział, co odrzec. Cała sytuacja była wręcz okrutnie nierealna, odbierała niemal wszelkie zdolności do przeprowadzania logicznych analiz.
- Wygląda na to, że sprzeciwianie się Tobie nie ma sensu – wyznał po chwili młody alchemik. - Możesz przynajmniej wyjaśnić, co masz zamiar ze mną zrobić? Wspominałeś o tym, że zostanę Twoim sługą.
- Zgadza się – odparł Bóg.
- Na czym to miałoby polegać? - zapytał Mayzee.
- Wkrótce się dowiesz.

Chłopak nagle poczuł, jak ciągnie go jakaś niewidzialna siła. Zbliżał się z zawrotną prędkością do niewielkiego, czarnego punktu, który z czasem rósł, by stać się dosyć sporą wyrwą w kolorowej sferze. Mayzee przeleciał przez niego i wylądował pod gwiaździstym niebem Hogumu.

- Gdzie jesteśmy? - Praktykant rozglądał się po okolicy, lecz widział jedynie gęsty, bukowy las.
- Kilkanaście mil na północ od Feryzu – odrzekł Bdaad. - Powiedz mi, co kryje się w twoim sercu?
- Hę?
- O czym marzysz? Jakie jest twoje najskrytsze pragnienie?
- Aha, o to chodzi – zorientował się chłopak. Był odrobinę przerażony tajemniczym zachowaniem dziwnej istoty. - Chciałbym do końca życia nie pracować, nie musieć znosić towarzystwa idiotów, po prostu mieć spokój. To tyle, jeśli mam być szczery.
- Doskonale. Chodź za mną. Tylko ani słowa.

Mayzee mocno zacisnął usta, jakby bał się, że przez przypadek coś powie. Było bardzo ciemno. Hogum nie posiadał księżyca, a gwiazdy dawały jedynie słabe światło. Po kilku chwilach marszu w milczeniu dotarli na polanę na skraj lasu. W oddali widoczna była góra Nhgrene i spoczywający na niej Feryz. Jasne punkty rozsiane po całym mieście były z pewnością ogniskami zapalanymi na wieżach świątyń i basztach przy murze.

- Czuwają – rzekł Bdaad. - Dziś Słońce ma znaleźć się w środku świata.
- To już hiperhelium? Zdawało mi się, że minęła ledwie godzina - powiedział Mayzee, po czym zasłonił usta zorientowawszy się, że złamał zakaz Boga.
- Czas jest dla was dziwną rzeczą – odparł jak gdyby nigdy nic Bdaad. - Stoi w miejscu, gdy chcecie, by już upłynął. Pędzi, gdy chcecie go zatrzymać. Doprawdy ciężko dogodzić ludziom.
- Święte słowa – przyznał mu rację chłopak. - Przekonałem się o tym na własnej skórze.
- Usiądźmy – zarządził Bóg. - Twoje pragnienia nie są dobre dla mojego istnienia – dodał. - Są prawdziwe, lecz wiesz, że nigdy się nie spełnią, dlatego nie wyczekujesz ich realizacji. Odebranie nadziei nie sprawi ci bólu. Im zaś – wskazał dłonią na Feryz – wręcz przeciwnie. Głęboko wierzą, że hiperhelium nadejdzie dziś tak samo jak każdego roku. Obawiam się, że mocno się rozczarują.
- Dlaczego cieszysz się z czyjejś trwogi, jeśli mogę spytać?
- To nie mój wybór, tylko konieczność – odpowiedział Bdaad. - Widzisz, Bogowie są niczym innym jak wyobrażeniami o pewnych rzeczach. Nie istniejemy bez waszych myśli. To one nas karmią, dają nam siły. Niektórzy, na przykład Gala i Kher, powstali świadomie, inni, jak ja, są jedynie efektem ubocznym.
- Nie rozumiem - wyznał Mayzee. - Czy to oznacza, że jesteście tylko iluzją?
- Nie. Żyjemy naprawdę. Ale to wy o tym decydujecie, przynajmniej po części. Gala i Kher znikną, gdy tylko ludzie inaczej wytłumaczą sobie siły rządzące światem. Ja jestem wieczny. Nikt bowiem nie może egzystować bez oczekiwań. Czy matka, płodząc dziecko, liczy się z tym, że może ono nie przeżyć porodu? Czy rolnik, siejąc zboże, rozważa niepewność jego wykiełkowania? Nie. Każdy w głębi duszy chce, żeby działo się dobrze. A często jest wręcz przeciwnie. Tylko proszę, nie uważaj mnie za okrutnego. Ja tego nie prowokuję. To ślepy los albo wy sami zawodzicie innych. Ja tylko oddycham waszym żalem i cierpieniem.
- Skoro na tym Ci nie zależy, to po co Ci sługi?
- Wkrótce się tego dowiesz. A teraz obserwuj horyzont.
Świtało. Słońce pełzło po nieboskłonie, lecz nie zmierzało w kierunku środka gigantycznego torusa. Mayzee nie czuł się ani zmęczony, ani głodny. Czas upływał mu dosyć szybko. Wydawało mu się, że minęła zaledwie chwila, a dar Gali i Khera znikał już za przeciwległym wałkiem obwarzanka. Hiperhelium nie nastąpiło.
- Pragniesz. - Bdaad nagle wstał i zwrócił swoje zakryte stalą oblicze ku młodemu alchemikowi. - Pragniesz tam być, napawać się ich zwątpieniem, oglądać ich skonsternowane twarze, cieszyć się zawodem kapłanów i wiernych. A nade wszystko pragniesz uniknąć kary i przeżyć. Dlatego zaraz zginiesz, stając się moim sługą.
- Ale... Dlaczego? – spytał przerażony chłopak. - Skoro to nie twój wybór, to nie możesz się temu sprzeciwić?
- Nie. Moja wola jest bez znaczenia. Tak miało być. Umarłbyś prędzej czy później, nawet jeśli uniknąłbyś sprawiedliwości w Feryzie. Żegnaj.

Mayzee zerwał się na równe nogi ze strachu, lecz Bdaad niczego nie uczynił. Młodzieniec zaczął biec, lecz nie zdążył nawet dotrzeć do lasu. Na ziemię powalił go ogromny orzeł, który potem rozszarpał mu gardło dziobem. Bdaad z obrzydzeniem nasycił się strachem i rozpaczą chłopca. Nienawidził siebie za to, że musiał żywić się bólem. Chciał przestać istnieć, lecz nie mógł tego uczynić. Bóg Zawiedzionych Oczekiwań będzie karmił siebie dopóty, dopóki nie wyzionie ducha ostatni człowiek na Hogumie.

*

Hipersłońce nie wzeszło ani w tym roku, ani już w żadnym następnym. Niektórzy uznawali to za znak końca czasów, lecz i on nie nastąpił. Kapłani stwierdzili, że brak zmiany orbity gwiazdy jest wolą Gali i Khera. Część osób znalazła sobie nowych Bogów.

Ginar żył dalej, nadal opłakując córkę i wnuka, choć cierpienie po stracie z czasem malało. Pogodził się nawet z Beuliną, lecz wybaczenie nie wypełniało pustki. Na przemian to głęboko wierzył, że kiedyś ujrzy Ouhyn oraz swojego wnuka, to godził się z ostateczną stratą.


Bdaad zaś krążył po świecie w smutku, od czasu do czasu objawiając się swym sługom, również i Ginarowi. Był przy starcu, gdy ten, umierając, widział przed sobą jedynie nieprzeniknioną ciemność i niebyt.

Monday, September 21, 2015

Selectah: Skrecze i Krosfejdy [VIP]

Łeb mu pękał niczym orzech włoski traktowany tłuczkiem, a w ustach miał sucho jak po dobrej porcji kawałów, z których nikt się nie śmieje. Leżał gdzieś na niesamowicie twardych i zimnych panelach, udręczony przez nadmierny poziom aldehydu octowego w organizmie.

Z trudem otworzył oczy. Tyle razy obiecywał sobie, że to już ostatni raz. Jak zwykle skończyło się na: “No dawaj, ze mną się nie napijesz?”. Znowu urwał mu się film i wylądował w dziwnym miejscu. Z pomalowanego na czarno sufitu zwisała pojedyncza lampa okryta szklanym kloszem. Dźwignął się lekko, żeby rozejrzeć się dookoła. Znalazł się w niewielkim pomieszczeniu pozbawionym okien. Ściany były wyłożone matami dźwiękochłonnymi, zaś naprzeciwko wejścia znajdowało się dosyć duże biurko, na którym stało sporo sprzętu elektronicznego. Głośniki, laptop, mikrofon i kilka trudnych do zidentyfikowania pudełek podpiętych do mnóstwa kabli. Obok miejsca pracy stał niewysoki regał z półkami zapchanymi płytami CD oraz winylami.

To chyba jakieś studio nagraniowe - pomyślał Demetriusz, wstając z podłogi. - Lepiej się stąd zwinę, zanim ktoś mnie tu znajdzie. Tym razem naprawdę pojechałem po bandzie z melanżem…

Podszedł do drzwi i delikatnie nacisnął klamkę.

Kuźwa, zamknięte. Mógłbym spróbować je wyważyć, ale narobiłbym za dużo hałasu, i pewnie musiałbym zapłacić za naprawę. Poczekam tu trochę, może ktoś tu przyjdzie i mnie wypuści. Tylko jak ja mu to wszystko wytłumaczę?

Chłopak zbliżył się do biurka i zaczął się przyglądać przedmiotom zgromadzonym w pomieszczeniu. Przecież nikt nie obrazi się, jeśli posłucha sobie trochę muzyki dla zabicia czasu. Przejechał palcem po touchpadzie notebooka i otworzył folder o nazwie “Nowe utwory”.

Jego wzrok wciąż musiał nieco szwankować. Eksplorator plików twierdził, że w zbiorze znajduje się grubo ponad dwieście bilionów wave’ów. Zmrużył oczy i starał się jeszcze raz odczytać kilkunastocyfrową liczbę w prawym dolnym rogu okienka.

Przecież tam jak byk jest napisane: dwa trzy dwa siedem cztery dwa pięć dwa osiem cztery dwa jeden dziewięć zero trzy. Coś musi być nie tak z komputerem.

Wzruszył ramionami, po czym założył brązowe sennheisery i odtworzył pierwszą ścieżkę z listy. Jego bębenki zostały wprawione w drgania amen breakiem w tempie stu siedemdziesięciu czterech uderzeń na minutę uzupełnionym zsamplowanymi dźwiękami pianina. Zamknął oczy i odprężył się, wsłuchując się w rytm piosenki.


***

Gdy rozkoszował się linią basową jednego z jump-upowych kawałków, ktoś ściągnął mu słuchawki z głowy. Ze strachu o mało co nie spadł z obrotowego fotela.

– Jak się tutaj znalazłeś? – zapytał siwowłosy, brodaty mężczyzna ubrany w śmieszną różowawą sukienkę.

– Ten, tego, no… – wydukał mocno zmieszany młodzik. – Trochę popiliśmy i obudziłem się tutaj. Przysięgam, nie chciałem nic ukraść!

– To znowu te cholerne dubplate’y. – powiedział do siebie starszy pan, nie zważając na tłumaczenia intruza. – Chyba muszę w końcu dać sobie z nimi spokój.

– Jest pan szefem tego, yyy, studia? – ośmielił odezwać się Demetriusz. – Te nagrania są naprawdę świetne.

– Powiedzmy. To nic nadzwyczajnego. Nie mam co zrobić z wolnym czasem, więc bawię się w tworzenie muzyki.

– Czy pan sam skomponował to wszystko?

– Ta.

– Niesamowite! Występuje pan pod jakimś pseudonimem? Na komputerze widziałem tylko tytuły utworów. Koniecznie muszę kupić jeden z pana albumów.

– Mam różne ksywy. Jedni mówią na mnie Jahwe, drudzy Allah, inni Ahura Mazda, jeszcze inni Izanagi…

– Pan jest… Bogiem?

– Ech, nie lubię tego określenia. Wolę nazywać siebie Pierwszym Didżejem.

– Czy ja umarłem? Pójdę do piekła? – Wystraszył się chłopak. – Proszę, tylko nie to! Przyznaję, trochę naskrobałem w życiu, ale…

– Piekło? Jakie znowu piekło? Czego ci hejterzy o mnie nie wymyślą! Prawdziwy twórca nigdy nie porzuca swoich dzieł. Niestety, na raj musisz sobie jeszcze trochę poczekać. Nie zdążyłem jeszcze zmasterować piosenki, w której jesteś tylko składową harmoniczną werbla. No, miło się gawędziło, ale musisz wracać do swojego wszechświata. Bez ciebie nie ma tego doskonałego brzmienia…

Przedwieczny Selectah z głowy wziął do ręki dziesięciocalowy krążek pokryty lakierem nitrocelulozowym, upchnął do niego nieszczęsnego człowieka i następnie odłożył płytę na półkę.

– Co ja to miałem zrobić… – mruknął pod nosem siadając przy biurku. – A, zamówić nowy mikser!


***


– Demek, obudź się! Za chwilę starsi wracają z nocki.

Nastolatek, słysząc głos swojej siostry, rozwarł powieki i podniósł się z podłogi.

– Co się stało? – spytał. – Nic nie pamiętam.

– Wróciłeś pijany z baletów, zacząłeś słuchać muzyki na bombie i zasnąłeś – wyjaśniła mu. - Ogarnij się szybko i sprzątnij ten burdel. Chyba nie chcesz zaliczyć przypału?

Demetriusz omiótł wzrokiem mieszkanie. Rzeczywiście, narobił niezłego bałaganu. Wszędzie walały się kompakty z muzyką, szklany stolik do kawy był cały umazany sosem salsa, zaś na dywanie leżało mnóstwo pokruszonych nachosów. Trzeba to doprowadzić do porządku. Ale najpierw musi się czegoś napić. Poszedł do kuchni i opróżnił litrową butelkę mineralnej.

– Śniło mi się coś głupiego. Tylko nie mogę sobie przypomnieć, co…

– Sen mara, Bóg wiara, jakby to powiedziała nasza babcia – odrzekła mu beznamiętnie Eulalia.

– Fajna nuta – wyraził swoją opinię o utworze sączącym się z głośników podłączonych do leżącego ekranem do dołu smartfona jego bliźniaczki. – Chyba gdzieś już ją słyszałem. Jaki to był tytuł? A, już wiem: “Shifting of the Universe”, czy jakoś tak.

– Skąd to wiesz?! – zdziwiła się dziewczyna. – Przecież dopiero co puściłam swój stream na Soundcloudzie. Ten kawałek został wrzucony pięć minut temu, a artysta napisał, że nigdy wcześniej go nie publikował…

Demetriusz wybałuszył oczy, słysząc odpowiedź Eulalii.

– Serio? Na pewno już gdzieś to słyszałem, tylko za chuja nie mogę sobie przypomnieć okoliczności. Kto to nagrał?

– Breakcendence Squad. Wczoraj grali w „Neuromancerze”, wybieraliście się tam z ziomeczkami. Może ten kawałek leciał w ich secie?

– Kurwa, nie wiem… Chociaż nie, zdaje mi się, że słyszałem go we śnie. Byłem w studiu nagraniowym i odtwarzałem tę piosenkę z laptopa, a potem przyszedł właściciel tego studia, który wyglądał jak Bóg, no i niby był Bogiem…

– Co ty bredzisz? Chyba przydałby ci się detoks, bo zaczynasz mieć problemy z głową. I ogarnij w końcu ten bajzel.

Eulalia odwróciła się na krześle obrotowym i wróciła do przeglądania Instagrama. Demetriusz pozbierał płyty z muzyką, przetarł stolik morką ściereczką i odkurzył dywan, po czym poszedł do kuchni zrobić sobie śniadanie. Nie zbierało mu się na wymioty, więc pewnie wyrzygał się zaraz po imprezie. Jego pamięć przypominała pokaz slajdów. Będzie musiał drygnąć do Cyryla albo Łysego, żeby dowiedzieć się, co się działo.

Po chwili wrócili rodzice. Pomimo zmęczenia, przed pójściem spać zdążyli wygłosić Demetriuszowi kazanie o tym, jak bardzo się stoczył, odkąd poszedł do technikum, oraz o tym, że nie zdobędzie wykształcenia i będzie musiał zbierać ogórki w Niemczech, o ile wcześniej nie trafi do kryminału. Nastolatek puszczał wszystko mimo uszu, gapiąc się w talerz i powoli jedząc jajecznicę. Gdy starsi skończyli już ględzić i poszli do sypialni, odczekał kilkanaście minut, aby upewnić się, że wpadli w objęcia Morfeusza, a następnie wyślizgnął się z mieszkania.

Na klatce schodowej wybrał numer do Cyryla i przystawił telefon do ucha.

– Siema stary, pamiętasz może cokolwiek z piątkowego wyjścia?

– Hehehehe. Wiedziałem że o to zapytasz, królu parkietu. W końcówce popijałeś Jim Beama cydrem, a wcześniej podobno wbiłeś na backstage i siedziałeś tam chyba z półtorej godziny!

– Ta, no co ty gadasz?!

– Seryjnie, ziomek. Słuchaj, pogadamy później. Gram multi i teraz nie mam czasu…

– Zasrany no-lajf.

– Ty, żebym ci zaraz nie wrzucił fajnego zdjęcia na tablicę…

– Dobra dobra. Porozmawiamy później. Na razie.

– Nom, spoko. Narka.

Tablica. No właśnie, jeszcze nie sprawdził Facebooka. Pewnie ma z dwadzieścia zaproszeń do znajomych od ludzi z imprezy. Szarpnął za klamkę od drzwi i rozbujał je aż do końca ogranicznika, jednocześnie włączając transfer danych w telefonie. Dżingiel od powiadomień wybrzęczał kilkukrotnie. Rzeczywiście, trochę się tego nazbierało. Najpierw wiadomości. Ruda zapraszała go na domówkę w następny piątek. Znając życie rodzice go nie puszczą… O, jest coś w zakładce “Inne”. Jakiś Michał Patarowski.

„Siema, tu Pako z Breakcendence Squadu. Chcemy pogadac o ostatniej imprezie, nie wiem czy cokolwiek pamietasz, a wiele sie dzialo :-) jak mozesz to przyjdz dzisiaj o dwunastej na parkową 20/12. Daj znac czy pasuje ci termin. Tu masz moj nr 659823901”

Demetriusz sprawdził jego profil. Nie wyglądał na fałszywkę, dużo fotek z imprez i obserwujących. Chłopak postanowił wysłać SMS potwierdzającego przybycie. Chwilę później dostał odpowiedź: „ok bedziemy czekali”.

Niesamowite. Jeden z członków najlepszego kolektywu didżejów w mieście zaprosił go na spotkanie. To zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Chociaż, jak powiadają, alkohol łączy ludzi. Może rzeczywiście dobrze się poznali?

Do dwunastej zostało jeszcze sporo czasu. Demek był strasznie zmęczony, ale nie zamierzał wracać do domu. Ojciec nigdy nie spał długo i pewnie zaraz wyznaczyłby mu sto różnych pierdół do zrobienia, wcześniej zrywając go z łóżka. Poszedł do osiedlowego i kupił energetyka w dużej butelce. Wydał na niego ostatnie pieniądze, zatem był zmuszony iść piechotą. Po drodze wstąpił do galerii handlowej, gdzie grał na wystawowym pleju czwórce, dopóki nie przegonił go ktoś z obsługi. Potem kontynuował niespieszny spacer w kierunku Parkowej, aż po dwóch godzinach dotarł na miejsce. Nacisnął dwa razy guzik przy numerze 12. Nikt się nie odezwał, drzwi zaczęły brzęczeć. Chłopak pociągnął za klamkę i wszedł do środka wysokiej kamienicy. Wspiął się na czwarte piętro i zapukał do drzwi. Otworzył mu wysoki koleś w cienkich, brązowych dredach.

– Siema! – przywitał przybysza. – Ty to Demek, tak? – Nastolatek kiwnął głową. – Na mnie mówią Pako. Wejdź do środka.

Zapach gandzi unosił się w całym mieszkaniu. Było ładnie urządzone, lecz niesamowicie zabagałanione. Wszędzie walały się ubrania, talerze, winyle, kable, słuchawki. Pako zaprowadził go do salonu, gdzie reszta Breakcendence Squadu vel Maryn i T-Jay siedziała na kanapie i oglądała telewizję, racząc się blantem.

– Chcesz? – spytała T-Jay, podsuwając mu bata.

– Mogę ściągnąć tróję – odpowiedział odrobinę nieśmiało Demetriusz.

Chłopak wziął trzy buchy i podał dalej. Jazz był dobry, miał delikatnie cytrusowy posmak.

– Częstuj się, czym chcesz. – Michał wskazał przekąski leżące na stoliku do kawy. – Zrobić ci herbaty?

– Nie, dzięki. – odparł Demek. – To o czym chcieliście pogadać?

– Co pamiętasz z naszego spotkania ostatniej nocy? – zapytał Maryn.

– Szczerze mówiąc, nic. Film urwał mi się chwilę po tym jak skończyliście grać i wszedł Subtension. Dlaczego pytacie?

– Zdarzyło się wtedy coś bardzo ważnego – wyznał Pako. - Coś, co może zmienić cały świat.

Demek zdziwił się. Jego rozmówca nie wyglądał aż na tak zbakanego.

– Udało ci się przenieść do Boskiego Wymiaru – kontynuował didżej.

– Boskiego Wymiaru? Zaraz…

– Michał, on nie skleja nic z tego, co mówisz – wtrącił się Maryn. – Trzeba mu wytłumaczyć po kolei i łopatologicznie. Na ostatnich baletach ostro się naprułeś. Jakimś cudem udało ci się zbajerować ochroniarzy i wszedłeś do strefy VIP, gdzie odpoczywaliśmy po występie. Pogadaliśmy chwilę z tobą i postanowiliśmy sprawdzić, czy jesteś Wybrańcem. Wiem, to brzmi cholernie głupio, ale mówię serio. Nasz świat w rzeczywistości jest tylko utworem muzycznym tworzonym przez nadludzką istotę. Znasz takie powiedzonko, że Bóg jest didżejem? Ono mniej więcej oddaje całą sytuację. Osoby takie jak ty, mistyczni wybrańcy, są w stanie przenieść się do innego wymiaru i spotkać Stwórcę osobiście. Udało ci się tego dokonać ostatniej nocy, ale popełniliśmy błąd. Byłeś zbyt napierdolony, żeby zapamiętać cokolwiek, o czym ci mówiliśmy. Na dodatek na chwilę przed transferem zaliczyłeś zgona. Nie udało ci się zgarnąć sprzętu, którego Bóg używa do tworzenia piosenek-wszechświatów. Dzięki niemu można kontrolować rzeczywistość. Chcemy go wykorzystać, oczywiście w dobrym celu. Dlatego ściągnęliśmy cię tu, abyś dokończył swoją misję.

Demetriusz nie wiedział, czy śni, czy dostał nagłego nawrotu fazy. Taka historia mogła by mieć wzięcie w epoce kamienia łupanego, z zastrzeżeniem, że Bóg grałby na jakimś prymitywnym instrumencie zamiast sklejać sample w FL Studio, ale nie w dwudziestym pierwszym wieku. Tak czy inaczej, o ile Breakcendence Squad nie robi sobie z niego jaj, lepiej jest buszować po Boskim Wymiarze niż zamulać przed kompem słuchając wątów starszej. Nawet jeśli potem miałby się obudzić.

– Rzeczywiście, przypomina mi się coś takiego. Byłem w jakimś studiu nagraniowym i spotkałem kolesia, który przedstawił mi się jako Bóg. Nawijałem z nim o czymś, nie pamiętam już dokładnie czym, a potem przywalił mi dubplatem i odzyskałem świadomość na Ziemi.

– Prawdopodobnie w ten sposób wepchnął cię z powrotem do naszej rzeczywistości – wyjaśniła T-Jay. – Poprzednim wybrańcom udało się zdobyć ten utwór, jednak jeśli nie odtwarza się go na boskim sprzęcie jest nieodróżnialny od zwykłej piosenki – “Universe” Marcusa Intalexa i S.T. Files. Potrzebny nam będzie gramofon, CDJ, laptop, cokolwiek.

– Okej – powiedział Demetriusz. – To co mam zrobić, żeby przenieść się do świata bogów?

– Istnieje pewien kawałek, który na to pozwala, i to bez użycia artefaktów, ale tylko jeśli jesteś wybrańcem. – wyjaśnił Pako, wkładając kompakt do wieży hi-fi. Wystarczy, że dobrze się w niego wsłuchasz.

Z głośników zaczęła wydobywać się muzyka. Delikatne hi-haty, głęboki bas z syntezatora, kobieta recytująca pierwsze wersy Księgi Rodzaju. Definitywnie DJ Hype i jego “Closer To God”. Nastolatek zacisnął powieki. Po chwili zniknął zapach marihuany i uliczny szum dobiegający z uchylonego okna, a siedzisko kanapy stwardniało. Piosenka również powoli zaczęła cichnąć, aż w końcu Demetriusza otaczała jedynie cisza i ciemność. Otworzył oczy. Siedział na ławce znajdującej się na końcu długiego, oświetlonego jarzeniówkami korytarza. Wstał i podszedł do pierwszych drzwi. Na przykręconej do nich plakietce było napisane:

“Balihulalater a.k.a Knazjon a.k.a 09812738912 a.k.a Szemrzący Strumyk a.k.a…”

Demetriusz przestał czytać po po trzeciej linijce. Widocznie w innych światach też wyznają różne religie. Jego interesował Jahwe, czy może też Allah albo Śiwa.

Rozpoczął poszukiwania właściwego studia. Przypuszczał, że nie miałby szans w bezpośrednim starciu z bogiem, więc starał się, aby nikt nie wykrył jego obecności. Delikatnie stawiał kroki i co chwilę oglądał się za siebie. W końcu udało mu się znaleźć pracownię stworzyciela. Pociągnął delikatnie za klamkę i zajrzał do środka. Wnętrze wyglądało znajomo. Podobnie jak siedzący przy biurku starszy pan. Miał słuchawki na uszach i był wpatrzony w ekran macbooka. Demetriusz przewidywał spore szanse na pozostanie niezauważonym. Nie wyciągnie co prawda niczego spod rąk Selectora, ale może udać mu się zwinąć sprzęt leżący na szafce z płytami. Kucnął i zaczął skradać się w jej kierunku. Oddychał najciszej jak tylko potrafił. Nigdy w życiu tak się nie bał. Ze spotkania z Policją czy wkurzonymi karkami można jeszcze wyjść obronną ręką, ale stanąć oko w oko z Bogiem? Ostatnim razem poszło łagodnie, ale nawet Najwyższy nie ma nieskończonej cierpliwości do intruzów.

Dwa CDJe i mikser były w zasięgu ręki wybrańca. Wystarczyło je odpiąć i… znaleźć winyl, który pozwoli mu wrócić na Ziemię. Z tym mogło być trochę ciężej, więc postanowił zrobić to na początku. Na półkach były ułożone dziesiątki płyt. Wyciągnął pierwszą lepszą. Pudło. Wątpił, by “Stumihamooon” stanowił jedno z określeń jego uniwersum. Demek próbował przypomnieć sobie, jak wyglądał tamten nieszczęsny krążek. Był trochę mniejszy, chyba dziesięciocalowy, i miał zieloną nalepkę…

– Te sample są do dupy, muszę poszukać czegoś innego.

Serce Demetriusza usiłowało opuścić klatkę piersiową. Chłopak zerwał się na równe nogi, a Bóg odwrócił się w kierunku szafki.

– To znowu ty!

Mózg nastolatka pracował szybciej niż klaster komputerowy. Nie wiedział, dokąd uciekać, ani co odpowiedzieć. W akcie desperacji sprzedał Stworzycielowi kopa z partyzanta. Przedwieczny Selectah przewrócił się do tyłu razem z krzesłem, uderzając potylicą o kant biurka. Po upadku już się nie ruszał. Wystraszony Demetriusz zamknął drzwi do studia i zastawił je szafką, zastanawiając się, czy bycie wybrańcem oznacza posiadanie super mocy. Klęknął przy Bogu i przytknął palce do jego szyi. Tętno było nadal wyczuwalne. Czyli nie udało mu się pobić Nietzschego. Tak czy inaczej mógł teraz spokojnie splądrować studio.

Po kilkunastu minutach stał ze stosem fantów w rękach. Tuż przed nim, na podłodze leżał portal do zwykłego świata. Jeden skok i chłopak z powrotem wylądował w mieszkaniu Breakcendance Squadu.

– I jak? – zapytał Maryn.

– Izi jak jebanie. – Demetriusz odłożył sprzęt na stolik. – Jak mu pociągnąłem z laczka, to się nie pozbierał.

– Co? – zdziwił się Pako. – Pokonałeś Boga w walce?

– Nie był aż taki mocny jak przypuszczałem. Może to tylko zwykły człowiek z magicznym talentem? A my też kreujemy nowe wszechświaty, tworząc piosenki? Bóg wtedy byłby po prostu “poziom wyżej” od nas…

– Szkoda czasu na rozkminy. – T-Jay przerwała Demkowi wywód. – Podłączajcie zabawki.

– Od czego zaczynamy? – Pako zaczął rozkładać stos elektroniki.

– Niech będą CDJe. Korzystając z DAWów na laptopie możemy zbyt dużo namieszać.

– Co zamierzacie zrobić? – chciał się dowiedzieć Demetriusz.

– Według poprzednich wybrańców każdy utwór można porównać do osi czasu. Przewijanie do przodu i do tyłu oznaczałoby podróżowanie w czasie.

Gdy odtwarzacz był już gotowy do grania, T-Jay puściła płytę z “Universe”. Nagle jedynymi istniejącymi rzeczami pozostał Breakcendence Squad, Demetriusz, dwa CD-Je podpięte do lewitującego w nicości gniazdka, głośniki i podtrzymujący je stolik do kawy oraz osobliwość. Ten stan nie trwał zbyt długo, bowiem wszechświat zaczął się rozszerzać. Powstawała materia, z materii tworzyły się gwiazdy, z gwiazd galaktyki…

– Łał… – rozmarzył się Michał.

– Dobra, przewiń to, przecież każdy wie, jak wyglądały początki. No, może poza moherami.

T-Jay zakręciła talerzem, a czas popłynął z zawrotnym tempem. Przed oczami muzyków i wybrańca migały pierwsze organizmy żywe.

– Muszę zmniejszyć prędkość odtwarzania, bo gówno widzę – powiedziała T-Jay.

Artystka przesunęła pitch slider mocno w górę. Muzyka ucichła – częstotliwość spadła do rzędu infradźwięków. Wszechświat nadal przypominał odrobinę przyspieszony film, ale można było zauważyć więcej szczegółów.

– O, coś ciekawego.

T-Jay zrobiła bejbi skrecza i zatrzymała utwór. Znajdowali się w tej samej kamienicy co wcześniej, ale na oko pod koniec dziewiętnastego wieku. Ówcześni mieszkańcy zastygli w bezruchu. Maryn podszedł do młodej kobiety z filiżanką herbaty przy ustach i chciał ją lekko szturchnąć, lecz jego ręka przeniknęła przez ciało.

– Chujnia z grzybnią – skwitował. – Myślałem, że będziemy mogli zmienić historię. Na przykład zabić Hitlera.

– To mogłoby przynieść nieprzewidziane konsekwencje. – zauważył Pako. – Poza tym, wystarczy, że rozwiążemy zagadki z przeszłości.

– Albo poznać przyszłość – dodała T-Jay. – Nie gra mi tylko jedna rzecz. Jesteśmy prawie we współczesności, a piosenka już się kończy.

Kiedy utwór się zatrzymał, kalendarz na ścianie pokazywał dwutysięczny pierwszy.

– W tym roku Marcus Intalex i S.T. Files wydali “Universe” – poinformował Pako. – Co to może oznaczać?

– Może piosenka nie jest kompletna, tylko dopisywana na bieżąco? – Demetriusz podrapał się po głowie. – To oznaczałoby, że mamy starą wersję.

– Ale lipa. – Maryn wyglądał na wyraźnie zwiedzionego. – Myślałem, że będziemy w stanie zrobić coś więcej niż tylko zobaczyć przeszłość.

– To jeszcze nie wszystko – przypomniała T-Jay. – Na dobrą sprawę wykorzystaliśmy dopiero dwie funkcje CDJi. Pako, chcesz spróbować?

– Pewnie.

Michał podszedł do konsoli i poprosił Demka, żeby dał mu jakąś płytę od Boga. Chłopak wręczył didżejowi srebrny krążek, a ten załadował go na prawy deck. Puścił “Universe” jeszcze raz, odpalił też nową piosenkę i zaczął powoli przesuwać krosfejder. Zarówno piosenki, jak i wszechświaty zaczynały płynnie przechodzić jeden w drugi. Równoległe uniwersum zdawało się być znacznie młodsze, czas nie płynął bowiem tak szybko.

– Co z tego, że zobaczymy inną rzeczywistość, skoro nie możemy wejść w interakcję z nią? – Maryn kontynuował narzekanie. – To tak, jakbyśmy oglądali film.

Odtwarzania nagle zostało przerwane. Grupka młodych ludzi znajdowała teraz w jakiejś ogromnej, zatłoczonej sali. Na końcu stał tron zajęty przez tłuściocha w czerwonych szatach. Po obu jego stronach stali zakapturzeni mężczyźni dzierżący długie, drewniane laski.

– Co jest, do chuja?! – krzyknął Pako, bezskutecznie wciskając przycisk “Play”.

Z kostura gwardzisty wydobyła się kula światła i uderzyła prosto w stolik z CDJami. Eksplozja odrzuciła Demetriusza i muzyków na kilka metrów do tyłu. Wylądowali tuż pod stopami rozwścieczonych ludzi.

– Zostajecie skazani na śmierć za używanie wulgaryzmów w obliczu króla – oświadczył im przyboczny, który zaatakował ich chwilę wcześniej.

Zbrojni zaczęli zbliżać się do skonsternowanych przybyszów z innego wymiaru.

– Zaraz, żądamy osądu przez walkę! – wypalił Demek.

Członkowie Breakcendance Squadu spojrzeli na niego zdziwieni.

– No co, w “Grze o Tron” to zawsze działa. Dobra, Oberyn Martell może nie wyszedł na tym zbyt dobrze, ale przynajmniej Tyrion przeżył.

– Osąd przez walkę, powiadasz? – odezwał się król zachrypniętym głosem. – Jak sobie chcecie, i tak nie macie żadnych szans.

Demetriusz odwrócił się w stronę tłumu i zapytał:

– Czy ktoś z was jest gotowy wziąć udział w pojedynku w naszym imieniu? Oferujemy…

– Takiej opcji nie ma – przerwał mu jeden z gwardzistów. – Ktoś z was musi walczyć osobiście, skurwysyny.

– Możemy chociaż wybrać broń? – chciał się dowiedzieć Maryn.

– Oczywiście, przysługuje wam takie prawo. Szable, szpady, kostury, halabardy, a może mikrofony?

– Mikrofony? – zdziwiła się T-Jay. – Czy to oznacza bitwę fristajlową?

– Ma się rozumieć.

– Dajcie nam chwilę, musimy się naradzić – poprosił Demetriusz.

Zbrojny skinął głową, a oskarżeni zebrali się w kółku.

– Walka na rymy zdaje się być rozsądnym wyjściem, przynajmniej mamy jakieś szanse – stwierdził nastolatek. - Ktoś z was umie nawijać?

– Nie, zawsze mieliśmy od tego MC – powiedział Pako.

– Okej, w takim razie spróbuję coś polecieć. Trzymajcie kciuki.

Demek podszedł do zakapturzonych nieco niepewnym krokiem. Trochę żałował, że zgłosił się na ochotnika.

– Postanowiliśmy zmierzyć się z wami w rapie. Który z was będzie moim przeciwnikiem?

– Ja. – Najwyższy z gwardzistów wystąpił z szeregu.

– A zatem zaczynamy – obwieścił król. – Kolejka po osiem wersów, pierwszy będzie mój reprezentant.

Z tłumu wyłoniło się trzech grajków dzierżących bębenek, flet i lutnię. Kiedy bit rozbrzmiewał już na dobre, zbrojny zaczął rymować.

– Skądś się tu wziął warchlaku chędożony,

Jak śmiesz przy królu stać tak przystrojony?

Facjatę masz gładką niczym białogłowa,

I pewnie też w portkach ptaka nie chowasz.

Nędznyś mi parobku wrogiem,

Bowiem jam jest liryków Bogiem.

Znikaj stąd nim władca łypnie

Bo życie swe skończysz niechybnie!

Tłum zaczął wiwatować. Demetriusz miał mocno pod górkę. Odwrócił czapkę do tyłu i zacisnął rękę w pięść.

– Nie twój interes skąd jestem, buraku,

Wasz król jest tłusty jak żarcie w maku.

Białogłowy sam pewnie nie zaznałeś,

Za to po mydło w koszarach się schylałeś.

Jesteś liryków Bogiem?

Ja Bogiem zamiatałem podłogę.

Więc daj moim ziomkom spokój,

Albo rozwali cię prawdziwy rap z bloków!

– Łał!

– Ale pocisk!

– Rozkurwił!

Pozytywna reakcja gawiedzi dodała Demetriuszowi pewności siebie. Jego przeciwnik zaczął się lekko trząść.

– Nie nazywaj króla grubym, bo, bo…

Gwardzista zamilkł i stał przez chwilę bez ruchu, po czym uciekł ze sceny. Tłum zaczął skandować imię zwycięzcy, które wyjawił im Pako. Demetriusz zbijał piątki i odbierał gratulacje od pozostałych gwardzistów, jednak zauważył, że władca także stara się wymknąć.

– Ani kroku dalej, bo moi fani cię dojadą! – zagroził mu nastolatek. – A teraz gadaj, dlaczego chciałeś nas zabić. Nie wierzę w gadkę z wulgaryzmami, twój przydupas sam wcześniej zaklął i nawet nie zwróciłeś mu uwagi.


– To pułapka przygotowana przez Boga. Wiedział, że wrócisz, aby ukraść sprzęt. Chciał dać wam nauczkę, żeby ludzie już na dobre zaprzestali podróżowania pomiędzy wymiarami, jednocześnie nie skazując wybrańca na unicestwienie. Widzisz, każdego człowieka można porównać do bardzo małego fragmentu piosenki. Kiedy tak się przenoszą ze świata do świata, to tak jakby wstawić linię basową z dubstepu do marszu pogrzebowego.

– Zaczynam mieć już dosyć tego starego grzyba! – zirytował się Demetriusz. – Co on sobie wyobraża? To ja tu jestem wybrańcem! Trzeba pogadać z nim na poważnie. Pako, co ze sprzętem? Uda nam się przenieść do boskiego wymiaru?

– Na szczęście eksplozja niczego nie uszkodziła – odpowiedział Michał. – Ale nie mamy przy sobie płyty z “Closer To God”, więc musimy zahaczyć po drodze o Ziemię.

– W porządku. Wy – Demetriusz wskazał na gwardzistów. – pójdziecie z nami. Potrzebujemy dobrej obstawy.

Maryn stanął za konsoletą i krosfejdował wszystkich do mieszkania Breakcendence Squadu. Potem szybko wyciągnęła płytę z kawałkiem DJ Hype’a z wieży i wrzucił ją do odtwarzacza. Po chwili cała ekipa znalazła się na korytarzu w boskich siedzibach. Ze studiów zaczęli wychodzić Przedwieczni Selectorowie. Kroczyli w kierunku Demetriusza i jego towarzyszy, na czele nie kto inny jak sam Jahwe.

– Co to kurwa ma być? – wrzasnął Demetriusz, niesiony na euforycznej fali poczucia powołania. – Myślicie, że wasze wszechświaty są takie zajebiste, że nie można w nich nic zmienić? A co z AIDS? Rakiem? Głodem w Afryce?

– To kara za wasze przewinienia, grzesznicy! – odparł Allah. – Przemawia przez was pycha!

Nagle otworzyły się drzwi z prawej (lub z lewej, jeśli przyjąć perspektywę Boga) strony i wyszedł z nich niewysoki człowieczek o czerwonej skórze, zakręconych rogach i gustownej bródce.

– Nie wtrącaj się, Szatanie – powiedział do niego Ahura Mazda. – To sprawa między mną a moim dziełem.

– Jak zwykle robisz zadymę, Izanagi. Słychać was nawet przez wygłuszone ściany. Nie możesz dać temu chłopakowi trochę swobody? W końcu jest Wybrańcem.

– Jeszcze czego! Pewnie, zaraz ustąpię mu miejsca na posadzie Najwyższego! Wybraniec to tylko nic nie znaczący tytuł, zwykły bug w DAWie.

– Ten bug sprawi, że twoje rządy upadną, a we wszystkich wszechświatach zwycięży zło – powiedział stanowczo Angra Mainju. – Kiedy już rozprawi się z wami, jestem pewny, że dojdę z nim do porozumienia.

– Nic nie znaczący tytuł… Zło zwycięży… – Demetriusz poczuł się rozczarowany. – Ale przecież…

Chłopak poczuł, jak nagle otwiera się jego trzecie oko. Doznał nagłego przypływu doskonałej mądrości, a wokół jego ciała pojawiła się złocista aura.

– Gówno prawda! – krzyknął nastolatek. - Każdy człowiek tworzy swoją własną piosenkę, a wy nie macie nad nami kontroli! Jesteście tylko prehistorycznym wymysłem! To już wasz koniec! Super Hadouken Fus Ro Dah Rasengan Kamehameha!!!

Z rąk, oczu i ust wybrańca wystrzeliły strumienie ognia otoczone wyładowaniami elektrycznymi. Połowa budynku została unicestwiona razem z nadnaturalnymi istotami, odsłaniając Demetriuszowi i przyjaciołom dziesięciowymiarową przestrzeń astralną.

– To było niesamowite – zachwyciła się T-Jay.

– Jesteś potężny – powiedział Maryn. – Z takimi zdolnościami mógłbyś podbić wszystkie wszechświaty.

– Nie uczynię tego – wyznał Demetriusz. – Nie na tym polegała moja misja. Miałem wyzwolić wszystkie stworzenia i to zrobiłem. Teraz zostanę tu, aby w spokoju medytować. Wy musicie dalej iść przez swoje życie.

– Będziemy mogli wpadać do ciebie w odwiedziny? – zapytał Pako. – Myśleliśmy, żeby nagrać jakieś kawałki z MC, a ty jesteś całkiem dobry.

– Zgoda. Będę miał mnóstwo czasu na wymyślanie nowych zwrotek…

Friday, September 11, 2015

"Chata płaczu"

---Klin siekiery z każdym zamachem wygryzał kolejne skrawki młodej maramfy. Drzewo mocno się chybotało, gubiąc igły. Tsoman był okropnie zmęczony, lecz pocieszał się faktem, że wkrótce skończy pracę. Po dwóch kolejnych uderzeniach młody mężczyzna kopnął pień i dwumekanowa roślina opadła z hukiem na ziemię. Musiał jeszcze dotaszczyć ją do domu, a to spory kawałek drogi. Obszedł ciemnozieloną koronę i chwycił za czubek, oblepiając wielgachną łapę żywicą. Mocnym szarpnięciem przerwał ostatni pas kory i pospiesznie ruszył w kierunku schronienia, jak gdyby bał się, że inne maramfy zemszczą się za śmierć siostry pod toporem.
---Marsz przez las strasznie się dłużył. Trasę znał już na pamięć. Zbliżająca się zima oznaczała częste wyprawy po opał. Ojciec uznał, że lepiej będzie zgromadzić zapasy teraz, niż przedzierać się przez śniegi, by uzupełniać je na bieżąco. Nigdy nie protestował, gdy robota spadała na niego. Lubił samotne spacery, lecz teraz marzył jedynie o ciepłym posiłku.
---Przybywszy na skraj boru, był już w stanie dostrzec chatę otoczoną zaoranym poletkiem. Jej wznoszenie ukończyli całkiem niedawno, bo niecałe cztery oktawy temu. Do budowy użyli pięknego drewna o jasnobrązowym odcieniu. Było wyjątkowo twarde, a przy tym lekkie. Ojciec mówił, że takie drzewa nie rosły na Fyranie. Chłopak nie miał prawa tego pamiętać, więc traktował to jako ciekawostkę. Najważniejsze dla niego było solidność i ciepło, których nie gwarantowało poprzednie schronienie w Kalum na wybrzeżu. Majuk został tam wraz ze swoją narzeczoną. Tsoman nie dziwił się tej decyzji. Brat miał dosyć ojca i chciał założyć własną rodzinę. On sam miał już mocno zszargane nerwy przez postawę Nausara, lecz radzenie sobie w życiu na własną rękę wydawało się jak na razie gorszą opcją.
---Gdy dotarł na miejsce, zostawił drzewo na podwórzu i wszedł do środka. W nozdrza uderzył go zapach duszonego mięsa.
- Co dziś na obiad? - zapytał podochocony.
- Potrawka z polędwicy – odparł ciepły głos należący do kobiety w średnim wieku.
- Doskonale! To moje ulubione danie – wyznał z radością Tsoman.
- Masz taki sam gust jak matka – odezwał się Nausar.
---Młodzieniec nieco posmutniał. Umarła na nieznaną chorobę dwa lata temu. Ojciec nie potrafił się z tym pogodzić. Choć znalazł nową partnerkę, wciąż wspominał o miłości swojego życia. Czasami, kiedy wypił za dużo samogonu, opowiadał młodszemu synowi o ich pierwszych latach spędzonych razem. Tsomanowi miał w zwyczaju ignorować nudzące go historie, i jeśli nie miał ochoty ich słuchać po prostu kładł się spać, lecz Nausar nie zwracał na to uwagi i dalej plótł pogrążony w alkoholowej melancholii.
---Bansja postawiła na stole garnek z przyrządzoną wieprzowiną, po czym doniosła talerze i sztućce. Tsoman usiadł na krześle i grzecznie czekał, aż ojciec i macocha nałożą swoje porcje. Wiele razy zastanawiał się nad tym, jak wielką i niemalże bezwarunkową miłością Bansja musi darzyć Nausara. Ten człowiek żył przeszłością. Prawdziwą uczuciem darzył jedynie Manirę, matkę Tsomana. Kimkolwiek nie byłaby nowa kobieta, i tak traktowałby ją tylko jako gospodynię domową dodatkowo ogrzewającą łoże.
---Zdawało się jednak, że Bansji przynajmniej częściowo to wystarcza. Była samotna przez bardzo długi czas. Jej rodzina zginęła w zagładzie Fyranu. Na statku transportującym uciekinierów poznała Nausara i Manirę i z czasem została najbliższą przyjaciółką rodziny Hyruganów. Choć nigdy wcześniej nie okazywała tego wprost, czuła coś do ojca Tsomana, więc oczywistym faktem było, że po śmierci Maniry prędzej czy później zastąpi ją.
- Dlaczego zamilkliście? Czyżby nie podobało wam się...
- Och, daj spokój, Nausarze – przerwała mu kobieta. - Rozmawialiśmy ten temat setki razy. Ta strata dotknęła cię o wiele bardziej niż kogokolwiek innego, ale nie możesz ciągle babrać się we wspomnieniach.
---Bliscy dokładali wszelkich starań, żeby wdowiec rozpoczął życie na nowo. Stary dom w Kalum, w którym Hyruganowie mieszkali przez dwanaście lat, wciąż przypominał mu o zmarłej żonie, więc Bansja nalegała na przeprowadzkę w głąb lądu. Ten pomysł spodobał się Majukowi, który mimo szczerych chęci po pewnym czasie miał już dosyć smutków i żali ojca. Pierworodny syn Nausara zorganizował transport dobytku po okazyjnej cenie i obiecał pomoc przy wznoszeniu chaty. Po kilku miesiącach błagań głowa rodziny ostatecznie została przekonana i razem wyruszyli w poszukiwaniu dogodnej siedziby. Osiedli na górzystym terenie, niecałe dwieście pięćdziesiąt dramekanów na wschód od Kalum. Rejony te dopiero były kolonizowane, więc mogli przebierać pomiędzy nienależącymi do nikogo połaciami ziemi. Tsomanowi nie widziało się bytowanie na odludziu, lecz jego brat nie zgodził się na to, żeby został razem z nim w Kalum. Pocieszał się świadomością, że za góra rok miał opuścić dom w celu zarobienia pierwszych pieniędzy i znalezienia towarzyszki życia. Druga część planu zakładała ponowne sprowadzenie do rodzinnego gniazda, aby spłodzić potomków oraz pomagać ojcu i macosze w uprawie ziemi i hodowli zwierząt. Ten cel wyznaczony przez Nausara podobał mu się już nieco mniej.
- Drzewo, które przyniosłem do domu, jest dosyć spore. – Tsoman zmienił nagle temat, aby zapobiec kolejnej scysji. - Oporządzenie go zajmie strasznie dużo czasu. Pomożesz mi, tato?
- Oczywiście, synu – odparł Nausar, starając się trzymać emocje na wodzy.
- Miałeś naprawić bramę do stodoły – powiedziała z wyrzutem Bansja.
- Z pewnością znajdziemy na to czas, we dwójkę szybciej się pracuje. - Chłopak po raz kolejny próbował złagodzić nastroje.
---Wszyscy przestali się odzywać i kontynuowali spożywanie posiłku. Tsoman skończył jako pierwszy i zajął nieco wygodniejszą pozycję na krześle. Zostało wykonane ręcznie przez Nausara, który wykształcił się na cieślę długo przed przybyciem na Lokamon. W cały domu można było podziwiać kunszt jego rzemiosła, od przepięknych zdobień na krokwiach po meble zbite z wręcz nadludzką precyzją. Twórca przytulnej posiadłości Hyruganów przeżuł ostatni kęs mięsa i razem z synem wyszli na zewnątrz, żeby pociąć drzewo. Bansja zajęła się sprzątaniem, przeklinając lenistwo mężczyzn, którzy nie raczyli nawet odnieść naczyń do kuchni. 

*

---Tsoman obudził się późnym rankiem. Dzień spędzony na ciężkiej pracy mocno dawał się we znaki jego ciału. Zastanawiał się, jakie zdania dostanie do wykonania dzisiaj, w myślach jęcząc nad dolą człowieka nieposiadającego znacznego majątku. Każdy, któremu udało się dotrzeć na Lokamon, miał szansę zostać kimś wielkim. Tsoman słyszał wiele historii o ludziach podejmujących się wypraw w głąb lądu i znajdujących ogromne skarby. Nausar zadowalał się jednak spokojnym żywotem rzemieślnika w pierwszej osadzie na nowym kontynencie, pamiętającej jeszcze czasy sprzed zagłady Fyranu. Chłopak pragnął, żeby jego ojciec był odkrywcą, lecz nie dziwił się, dlaczego nim nie został. Jemu też nie chciałoby się tyle podróżować. 
---Powoli otworzył powieki i wyjrzał przez okno. Słońce było już wysoko. Gdzieś w zakamarkach umysłu czaiła się najnowsza opowieść ojca, który wczoraj wieczorem znowu trochę wypił. Nie dowiedział się z niej nic interesującego. Świadomość otrzymania od matki wyjątkowo pięknych ubrań w prezencie na trzecie urodziny wcale nie czyniła go szczęśliwszym. Wygramolił się spod koca, wstał z łóżka, ubrał się i wyszedł ze swojego pokoju do wspólnej izby. Było pusto, Bansja i Nausar pewnie zajmowali się już sprawunkami za zewnątrz. Chata miała jeszcze dwie wydzielone sypialnie, jedną przeznaczoną dla gospodarzy i jedną pustą przygotowaną na powiększenie rodziny. Wzniesienie domu zajęło mnóstwo czasu, a praca była wymagająca nawet po ściągnięciu do pomocy dwóch robotników z pobliskiej osady, niemniej jednak Hyruganowie byli dumni ze swojego dzieła. Piękny odcień drzewa, przypominający nieco bursztyn, dodawał wnętrzu ciepła i przytulnej atmosfery. Tsoman do tej pory pamiętał, jak bardzo męczyli się przy wycince...
---Chłopak zakrztusił się wodą i nieomal wypuścił z rąk dzbanek. To, co zobaczył obok malutkiego pejzażu na pewno było twarzą. I to nie byle kogo. Odłożył naczynie na stół i jeszcze raz spojrzał w tamtą stronę. Ujrzał wizerunek Maniry, relief wystający z równej powierzchni ściany.
- Tsoman, moje dziecko... - przemówiła do niego płaskorzeźba.
- Czym ty jesteś?! - wrzasnął przestraszony młodzieniec.
- Twoją matką, Tsomanie. Nie poznajesz mnie?
---Nie wierzył własnym oczom. To coś było takie rzeczywiste, tak wiernie oddawało wszystkie szczegóły, i na dodatek się poruszało.
- Pewnie mam zwidy. - Tsoman wyparł się zmysłom, nieudolnie próbując mówić spokojnym tonem. - Idź precz, maro!
- Posłuchaj mnie. - Nawet jej głos był identyczny. - Nie wiem, jak się tutaj znalazłam, ale istnieję wewnątrz tego domu...
---Tsoman pospieszył w kierunku drzwi. Relief przesuwał się po ścianie, podążając za nim.
- Zaczekaj! - krzyknęła drewniana Manira.
---Chłopak jednak nie zwrócił na to uwagi i pokręcił głową, jak gdyby chciał otrząsnąć się ze snu. Wyszedł na zewnątrz, uwalniając się od dziwnej halucynacji. Starał się uspokoić i udawać, że nic się nie stało, aby nie wzbudzić podejrzeń. Ruszył w kierunku obory, mając nadzieje znaleźć tam ojca lub Bansję.

***

---Gonitwa myśli przetaczała się przez umysł Tsomana. Nie potrafił przekonać siebie, że został zwiedziony przez własne oczy. Jak każdy rodowity Fyrańczyk wierzył w istnienie duchów, lecz nagłe pojawienie się jego matki na ścianie domu porządnie nim wstrząsnęło. Mędrcy głosili, że dusze po śmierci udają się do raju, gdzie bytują w wiecznej szczęśliwości. Tsoman nie wiedział, dlaczego Manira miałaby nagle wrócić do świata żywych. Po Lokamonie krążyły plotki o ludziach parających się tajemnymi sztukami, którzy podobno byli w stanie uczynić różne cuda. Lecz kto mógłby zakląć osobę w drewnie?
---Chłopak powoli kończył układanie szczapek na rozpałkę w szopce. Wiedział, że prędzej czy później będzie musiał ponownie wejść do chaty, choćby po to, aby coś zjeść. Bał się tego, przewidując, iż dziwnym zachowaniem może zwrócić uwagę ojca i macochy. Gdy spotkał Bansję w oborze, ta uznała, że wygląda na mocno przestraszonego. Wykręcił się koszmarem, który podobno dręczył go w nocy.
---Wcisnął ostatni kawałek rozłupanego pniaka w szparę pomiędzy sufitem a resztą opału i wyszedł z drewutni. Zajrzał do obory, mając nadzieję, że będzie tam któryś z opiekunów i wyznaczy mu kolejne zadanie, odraczając tym samym powrót do domu. Ku rozczarowaniu zastał wyłącznie stałych bywalców, czyli świnie i kozy. Nausar nie wspominał nic o wybieraniu się do lasu. Nie było widać ich w okolicy, więc z pewnością robili coś w chatce. Przebywanie przez dłuższy czas na świeżym powietrzu bez wyraźnego powodu mogło wzbudzić jeszcze większe podejrzenia, zwłaszcza że aura dziś zbytnio nie dopisywała. Zacisnął pięści, po raz kolejny powtórzył w duchu, że nie stało się nic nadzwyczajnego, i ruszył w kierunku domu.
---Siedziba Hyruganów leżała w odległości sześciu dramekanów od Munabu, najbliższej ludzkiej osady, co gwarantowało jej mieszkańcom spokój, lecz z drugiej strony czasami zmuszało do całodziennych wypraw w celu skorzystania z usług kowala czy garncarza. Okolica, w której się osiedlili, była wyjątkowa. Soczyście zielone łąki rozciągały się wśród pagórków, zaś iglaste lasy pokrywały wyższe wzniesienia. W oddali na wschodzie majaczyły ośnieżone granie. Tsoman jednak nie myślał teraz o otaczających go krajobrazach. Niechętnie stawiał krok za krokiem na wydeptanej ścieżce, powoli zbliżając się do chaty. Słyszał stłumione krzyki Bansji i Nausara. Zastanawiał się, o co posprzeczali się tym razem. Na całe szczęście godzenie się przychodziło im łatwiej niż wszczynanie kłótni. Chłopak pociągnął za klamkę i wszedł do środka.
- To na pewno ma jakiś związek z nieczystymi sprawami! - oburzyła się macocha.
- Nie możemy postępować pochopnie. - Ojciec próbował ją uspokoić. - Może chciała nam coś przekazać?
- Najlepiej będzie pójść po Mędrca do Munabu. On coś zaradzi w tej sprawie.
- Gdybyś dała się jej wypowiedzieć, wiedzielibyśmy więcej.
- Jasne, obwiniaj mnie za to, że rzuciłam talerzem w Manirę, bo nagle pojawiła się na naszej ścianie! O mało co nie dostałam ataku serca!
---Tsoman przemieścił się z sieni do wspólnej izby, wprawiając swoich opiekunów w zakłopotanie.
- A co ty tutaj robisz? - zapytał ojciec.
- Ja też widziałem mamę, a raczej jej twarz – powiedział Tsoman, przyznając się tym samym do podsłuchiwania. - Dziś rano, tuż po tym, jak wstałem z łóżka.
- Skoro pojawiła się tu wcześniej, być może wróci ponownie – zauważył Nausar.
- Jestem tu przez cały czas – usłyszeli głos za swoimi plecami. Relief Maniry umiejscowił się tuż obok glinianego kominka.
- Jak to możliwe? - zdziwiła się Bansja.
- Nie mam pojęcia – odparła Manira. - Po prostu znalazłam się tu poprzedniej nocy. Mogę się ukazywać i chować, ale jestem cały czas obecna w tym domu, w ścianach, w podłodze, w dachu.
- Byłaś w raju? - chciał się dowiedzieć Nausar. - Dlaczego wróciłaś do świata żywych?
- Nie widziałam raju. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętam, był moment śmierci.
- Za tym muszą stać jakieś złe siły – stwierdziła macocha Tsomana.
- Nie potrafię powiedzieć, co jest tego przyczyną. Czuję się normalnie, widzę i słyszę to co dzieje się wewnątrz, poprawnie myślę. Tylko, że jestem zaklęta w drewnie...
- Może istnieje jakiś sposób, żeby cię stąd wydostać? - rzekł Nausar z nadzieją w głosie. Oczy Bansji momentalnie zaświeciły się ze złości.
- Powinniśmy umożliwić ci powrót do raju – zasugerowała jedyna kobieta z krwi i kości w towarzystwie. - Poradzimy się Mędrca Jesoma.
- Nie ulega wątpliwości, że lepiej przebywać w raju niż w deskach. Lecz z drugiej strony, cieszę się, że jestem tu z wami. Na pewno macie dużo do opowiedzenia. Wiele rzeczy się pozmieniało... Dosyć szybko zajęłaś się moim mężem, Bansjo.
---Nausar i jego partnerka poczerwienieli ze wstydu. Mężczyzna próbował wytłumaczyć się z podjętej decyzji.
- Nie wiedziałem, że kiedyś wrócisz na ziemię. A po drugiej stronie życia wszyscy kochają się tak samo...
- Mniejsza z tym. Gdzie jest Majuk? Czyżby założył już własną rodzinę?
- Tak. Mieszka w Kalumie razem z Nimeną. Dostaliśmy od nich list trzy oktawy temu, dobrze im się wiedzie, spodziewają się dziecka.
---Tsoman powoli zaczynał mieć dosyć absurdalności obecnej sytuacji. Ojciec był niesamowicie podekscytowany, Bansja zaś mocno zdenerwowana. Żadnemu z nich nie zdawało się jednak przeszkadzać, że prowadzą konwersację z płaskorzeźbą. W pewnym momencie chłopak nie wytrzymał napięcia.
- To nonsens! Czy my jesteśmy nienormalni? Dlaczego rozmawiamy ze ścianą?!
---Obrócił się na pięcie i wybiegł z domu.

***

---W ciągu ostatniej oktawy atmosfera w rodzinie Hyruganów stała się nie do zniesienia. Całe zajście zdziwiło Mędrca Jesoma w równym stopniu co mieszkańców domu. Nie był w stanie pomóc im w żaden sposób, tłumacząc się brakiem wiedzy. Polecił im, aby starali się zachować pokój między sobą i nie wszczynali kłótni. Przychodziło im to jednak z wielkim trudem.
---Bansję denerwowało to, że znajdowali się pod ciągłą obserwacją jej poprzedniczki. Kobiety często obrzucały się uszczypliwymi komentarzami. Macocha Tsomana uważała, że czas Maniry minął i nie powinna się wtrącać w ich życie. Ta z kolei obwiniała Bansję o fałszywość i manipulowanie Nausarem.
---Zachowanie mężczyzny nie sprzyjało budowaniu przyjaznych relacji. Spędzał dużo czasu na rozmowach ze zmarłą żoną, wzbudzając zazdrość u Bansji. Raz przyłapała go na tym, jak całował drewniany relief. Tego dnia najbardziej ucierpiała zastawa stołowa, która skurczyła się niemal do połowy poprzedniego stanu.
---Tsoman mimo początkowej niechęci powoli zaczął akceptować fakt, że matka będzie towarzyszyć im przez dłuższy czas. Pragnął tylko, żeby dorośli wreszcie doszli do porozumienia. Niespodziewany powrót Maniry w dziwnej formie nie zrobił na nim aż takiego wrażenia jak na Nausarze. Strata matki bardzo zabolała chłopaka, jednak zdążył pozbierać się dosyć szybko. Był nauczony dostosowywać się do ciągle zmieniających się warunków. Miał cztery lata, gdy razem z rodzicami i bratem uciekł z trawionego lodowym ogniem kontynentu. Niewyobrażalna katastrofa kosztowała życie większość rozumnych istot stąpających w owym czasie po tym świecie, a przynajmniej tak zdawało się tym, którzy przeżyli. Nie wiedzieli bowiem, czy gdziekolwiek indziej znajdują się zamieszkałe ziemie. Fyran, kolebkę ludzkości, unicestwiła katastrofa przewidziana przez Bezimiennego Proroka. Ci, którzy uwierzyli jego przepowiedniom, zawczasu udali się na Lokamon, położony dwa tysiące dramekanów na wschód. Plotki głosiły, że był znacznie rozleglejszy od Fyranu i nie było na nim śladu tubylców. Jego kolonizację podjęto jeszcze przed zagładą, lecz na stałe przebywało tam nie więcej niż trzy tysiące dusz. Rozsądne szacunki zakładały, że w wyniku masowej emigracji przybyło ich kolejne czterdzieści tysięcy. Niewiele, zważywszy na to, że ciała milionów spoczywały teraz zamrożone na górach lodowych, pływających kawałkach Fyranu. Nadzieję na odbudowę cywilizacji spoczywała na barkach Tsomana i jego rówieśników.
---Syn Nausara był obciążony nie tylko odpowiedzialnością za przyszłość, lecz także kolejną marafmą targaną do domu. Ta miała być już ostatnia, opał ledwo mieścił się w drewutni. Perspektywa końca roboty dodawała mu otuchy, sprawiając, że przyspieszył krok. I tak przybył na miejsce za późno, by zapobiec wydarzeniom, które na zawsze zmieniły jego życie.
---Słup dymu unosił się nad chatą. Chłopak puścił drzewo i podbiegł do niej. Pomarańczowe jęzory ognia trawiły siedzibę Hyruganów, zwęglając miesiące ciężkiej pracy. Bardziej przerażające były jednak dwa nieruchome, zakrwawione ciała leżące na ziemi.

***

- Dlaczego to zrobiłaś?!
- Miałam już dosyć tego obłędu! Nie możemy żyć razem z duchem!
- Ale to był jedyny sposób na kontakt z Manirą!
- Chciałam, ci pomóc. To nie prowadziłoby do niczego...
- Nie chciałaś pomóc mi, chciałaś pomóc sobie! Manira od zawsze ci przeszkadzała! Zapłacisz mi za to, suko!
---Nausar wyciągnął z kieszeni nóż i dźgnął nim Bansję w pierś. Kobieta zawyła z bólu i osunęła się z łoskotem na podłoże. Ojciec Tsomana dyszał ciężko, nabuzowany szaleńczym gniewem. Chaty nie dało się już ugasić, pożar objął cały budynek. Poszedł tylko nakarmić świnie w oborze, a ona wykorzystała to, żeby zniszczyć jego marzenia o odzyskaniu żony. Czuł się całkowicie bezradny. Lecz wiedział, że się mylił. Był jeszcze inny sposób na połączenie się z Manirą.

***

---Tsoman domyślał się, co mogło się stać. W pierwszym momencie żałował, że nie pospieszył się ze ścięciem drzewa. Jednak po chwili uświadomił sobie, że nie zawróci czasu, otarł łzy i zaczął kombinować nad tym, co z tym wszystkim zrobić. Mógłby udać do Munabu i poprosić mieszkańców o pomoc. Hyruganowie czasami odwiedzali wioskę i mieli tam kilku znajomych. Tsoman bał się jednak, że nie uwierzą w to, co im opowie, i obarczą go winą za śmierć Bansji i Nausara. A nawet jeśli jakoś by to wyjaśnił, nosiłby na sobie piętno sieroty, opuszczonego przez los. Nie chciał tego. Wolał nie wracać też do Kalumu. Majuk miał już dosyć własnych problemów. Na Lokamonie czekało mnóstwo miejsc, w których mógł zacząć życie na nowo, samodzielnie. Wybór padł na Vydar, sporą osadę położoną po drugiej stronie lasu, prawie trzynaście dramekanów stąd. Ani on, ani jego opiekunowie nigdy się tam nie zjawili, co gwarantowało pożądaną anonimowość. Zanim wyruszył, musiał jednak chwilę odpocząć, zebrać potrzebne rzeczy i dokończyć kilka spraw. Wykopał skrzynkę z oszczędnościami i puścił zwierzęta wolno, wcześniej wydoiwszy kozę i wypiwszy trochę mleka. To jedyne, czym mógł wypełnić żołądek. Zapasy spłonęły wraz z chatą, a zabicie i przyrządzenie świni zajęłoby zbyt dużo czasu. Dym na pewno przyciągnął uwagę kogoś z Munabu, więc Tsoman uznał, że lepiej będzie jak najszybciej opuścić to miejsce. W duchu dziękował, że nie minęło jeszcze południe. Miał szansę dotrzeć do Vydaru przed zmrokiem.
---Nie zdobył się na pochowanie Bansji i Nausara. Bał się dotknąć ciał, poza tym munabańczycy zyskaliby pewność, że żyje. Co więcej, ręka Nausara zaciśnięta na nożu wbitym we własne żebra jawnie wskazywała na samobójstwo i oczyszczała Tsomana z potencjalnych zarzutów. Tak przynajmniej mu się wydawało. 
---Niestety, żadne torby ani plecaki nie ocalały z pożaru, więc nie mógł wziąć ze sobą wiele. Ograniczył się do siekiery, manierki zabranej wcześniej na wyprawę do lasu i ponownie napełnionej mlekiem oraz kilku złotych monet wyciągniętych ze skrytki. Spojrzał jeszcze raz na martwe ciała, zacisnął pięści i ruszył w drogę.

***

- Co tu się stało? - zapytał Cydas.
- Wygląda na poważną sprawę – stwierdziła Paquai. - Dwa trupy, w tym jeden, który najprawdopodobniej sam pozbawił się życia. No i ta zjarana chałupa...
- Rozejrzyjmy się się, może znajdziemy coś ciekawego – zaproponował podróżnik.
---Dwójka objuczonych wędrowców zaczęła kręcić się po okolicy. Natknęli się na niewielką dziurę w ziemi, pustą oborę i szopkę zapchaną drewnem. Najbardziej zaintrygowały ich jednak zgliszcza domu.
- Wygląda na to, że zbudowano ją z dziwnego drzewa, które widzieliśmy w tamtym lesie – powiedziała Paquai, pokazując towarzyszowi kawałek lekko zwęglonej belki.
- Rzeczywiście. Nie rozumiem tylko, po co komu chata wykonana z surowca o tak ogromnej pojemności magicznej?
- Mogli nie być tego świadomi. Ta roślina nie występuje na wybrzeżu. Sądzę, iż jesteśmy pierwszymi, którzy odkryli jej właściwości.
- Musimy przekazać nasze doświadczenia innym. Trzeba jak najprędzej dotrzeć do Kalumu, można też sprzedać trochę opowieści po drodze.
- Spójrz na to... – Paquai wyciągnęła palec w kierunku spalonej deski, na której widniała wyrzeźbiona twarz, zastygła w grymasie strachu.
- Wolę nie wiedzieć czym to jest...

***

---I tak oto rozpoczęło się dorosłe życie Tsomana, przedwcześnie wymuszone przez czyny przez jego ojca, który swoimi opowieściami nieświadomie przeniósł osobowość zmarłej żony na chatę wykonaną z magicznego drewna. Ta historia jest jedną z wielu opowieści o kolonizatorach Lokamonu, wraz z biegiem czasu odkrywających coraz więcej tajemnic otaczającego ich świata...