Opowiadania i historie utrzymywane w konwencji fantasy. Przeważnie oscyluję gdzieś na granicach mystical fantasy/metaphysical fiction, chociaż czasami pokuszę się też na sf i inne gatunki. Czasem z humorem, czasem na poważnie. Podziękowania dla wszystkich czytelników i wspierających.
Showing posts with label opowiadanie. Show all posts
Showing posts with label opowiadanie. Show all posts
Thursday, February 21, 2019
Zarzewie – opowiadanie w magazynie "Silmaris"
W 10 numerze magazynu Silmaris ukazało się moje opowiadanie fantasy pt. "Zarzewie". Zapraszam do lektury: http://silmaris.pl/silmaris-32018/
Labels:
fantasy,
high fantasy,
magia,
opowiadanie,
religia,
zima
Thursday, September 27, 2018
"Prawdziwa Turija" - moje opowiadanie w magazynie Abyssos
W ostatnim numerze Abyssosu pojawiło się moje opowiadanie pt. Prawdziwa Turija. A w nim – trochę fizyki, trochę filozofii wschodu, trochę eksploracji kosmosu. Mieszanka wybuchowa ;)
Numer dostępny tutaj: http://abyssos.eu/2018/06/13/numer-8/
Opowiadanie można przeczytać także bezpośrednio na stronie internetowej magazynu: http://abyssos.eu/2018/08/01/sylwester-gdela-prawdziwa-turija/
Numer dostępny tutaj: http://abyssos.eu/2018/06/13/numer-8/
Opowiadanie można przeczytać także bezpośrednio na stronie internetowej magazynu: http://abyssos.eu/2018/08/01/sylwester-gdela-prawdziwa-turija/
Wednesday, October 18, 2017
Sunday, May 7, 2017
"Lustrmiasto"
W najnowszym Wydaniu Specjalnym Szortalu na Wynos znajdziecie moje opowiadanie pt. "Lustrmiasto" - gorąco zachęcam do lektury!
http://szortal.com/node/12093
http://szortal.com/node/12093
Sunday, February 5, 2017
Tuesday, February 16, 2016
Sunday, September 27, 2015
Hiperhelium
Ludzie posiadali
wiele złożonych cech. Jednak tę, którą Mayzee najbardziej
podziwiał, a może nienawidził, była zdolność do tworzenia
zbiorowej świadomości. Cała cywilizacja stanowiła jeden organizm
kierujący się pewnymi wytycznymi uznanymi za dobre dla ogółu. I
choć te aksjomaty zmieniały się na przestrzeni czasu, jednostka,
która ich nie respektowała, została usuwana niczym gnijąca gałąź.
Mayzee czekał na moment, w którym spotka go ten sam los.
Chłopak miał
siedemnaście lat i żył w Feryzie. Miasto to wzniesiono na wysokiej
górze Nhgrene położonej przy wewnętrznym promieniu Hogumu, ciała
astralnego o kształcie torusa będącego domem dla wszystkich ludzi.
Feryz uznawano za święte miejsce, bowiem gdy raz na rok słońce
przelatywało przez pusty środek planety, był najbliżej
macierzystej gwiazdy. Dzieci Gali
i Kehra gromadziły
się tam, by czcić Światło, pierwszy dar boskiej pary, w
przepięknych, starożytnych świątyniach.
Oczywiście Feryz
nie przeżywał oblężenia pielgrzymów jedynie podczas hiperhelium.
Całe rzesze przyjezdnych przewijały się przezeń praktycznie
każdego dnia, sporo osób mieszkało tu również na stałe. Ktoś
musiał zapewniać ludziom dach nad głową, żywić ich i leczyć.
Przy tym ostatnim udzielał się Mayzee. Pracował w niewielkim
zakładzie alchemicznym należącym do jego babci. Podobno miał
talent do tworzenia eliksirów, choć osobiście twierdził, że
przyjęto go tam z litości. Nie nadawał się na bycie kowalem czy
strażnikiem, a rodzice nie pozwoliliby mu na bezczynne gnicie w
domu. Siedział więc w zatęchłej piwnicy, miażdżąc w moździerzu
akwamarynowe muchomory, doglądając fermentacji glistorostów czy
gotując wywary z górskich szczurów. Od czasu do czasu dostawał
reprymendy od babci za opieszałość lub niedokładność. Nie
przejmował się nimi zbytnio, zresztą jak całym otaczającym go
światem. Ciągle bujał głową w chmurach. Byłby świetnym
kapłanem, gdyby nie uważał galakheranizmu za stek bzdur. Z
istnieniem osobowych Bogów wiązało się zbyt wiele paradoksów,
żeby mógł w nich uwierzyć. Większość społeczeństwa sądziła
jednak inaczej, więc Mayzee wolał nie wychylać się ze swoimi
poglądami. Kontemplował je w ciszy podczas wolnych chwil, które
spędzał w niewielkim pokoju na poddaszu służącym za sypialnię.
Czynił to właśnie
pewnego letniego dnia. Zbliżała się krótka noc, słońce powoli
zachodziło za przeciwległy wałek hogumskiego obwarzanka. Leżące
na nim krainy powoli pogrążały się w ciemnościach, a ich
mieszkańcy szykowali się do snu. W Feryzie oznaczało to godzinną
przerwę od pracy, zazwyczaj spędzaną na drzemce. Dziwne rytmy
dobowe zależące od położenia danego miejsca na gigantycznym
torusie były dowodem nie na wspaniałość, lecz głupotę Stwórców,
przynajmniej według Mayzeego. Po co komu potrzebne dwie noce, z
których jedna trwała na tyle krótko, że nie można było nawet
porządnie się przekimać? Ci z zewnętrznej części obwarzanka
mieli jeszcze gorzej, tam przez większość czasu nie dochodziło
naturalne światło. No i jeszcze to przeklęte hiperhelium. Panował
wtedy straszny upał, a tłumy spoconych ludzi podniecających się
tym, że Słońce zakreśla ósemkę zamiast koła, nie stanowiły
najmilszego towarzystwa. Święto odbywało się już za dwa dni.
Przytłoczony tym faktem Mayzee odszedł od wąskiego okienka i
oklapł na łóżko. Może prześpi się choć chwilę, zanim babka
znów zagoni do roboty. Nagle usłyszał jakieś stłumione krzyki
dochodzące z parteru. To mógł być niezadowolony klient, albo w
gorszym przypadku napad. Mayzee wstał i zbiegł po schodach. Przy
ladzie stał siwy, brodaty mężczyzna i szarpał babcię Beulinę za
fartuch.
- Co tu się dzieje?
- spytał chłopak.
- To ty! - staruch
wskazał palcem na Mayzeego. - Przez ciebie moja córka nie żyje!
- Ginarze, uspokój
się! - krzyknęła Beulina.
Młody alchemik
kojarzył skądś tego gościa. Dosyć często przychodził do ich
sklepu i zamawiał mnóstwo mikstur. Teraz zbliżał się w jego
kierunku z zaciśniętymi pięściami. Wyglądał na naprawdę
wściekłego. Mayzee domyślał się, że pewnie zepsuł któryś z
eliksirów przez nieuwagę lub lenistwo. Być może niebiański
syrop, nie chciało mu się dogotowywać go do końca. Ale żeby ktoś
od tego umarł?
- Zapłacisz mi za
to! - wydusił przez zaciśnięte zęby Ginar.
To nie były czcze
pogróżki. Starzec rzucił się na chłopca, ale ten odepchnął go
na regał z książkami i wybiegł z zakładu. Ktoś wreszcie zabrał
się za odcinanie chorej gałęzi. Lecz Mayzee nie chciał ponosić
konsekwencji za ignorancję. Wcześniej było to czymś odległym,
wręcz nierzeczywistym. Teraz naprawdę chcą go dorwać. Wystraszony
popędził gdzieś na oślep, byle dalej od sklepu.
Ginar po chwili
podniósł się z ziemi. Poniosła go brawura. Miał szczęście, że
młodzieniec uciekł zamiast wdawać się w bójkę.
- Nic ci nie jest? -
spytała Beulina. - Możesz mi opowiedzieć wszystko jeszcze raz,
powoli i spokojnie?
- To także twoja
wina – rzucił mężczyzna. - Nie sprawdziłaś, czy eliksir był
dobry. Ouhyn spodziewała się dziecka. Cierpiała na bóle brzucha,
więc wypiła lekarstwo od was i... - Po policzkach Ginara popłynęły
łzy. - Ja straciłem jedyną córkę...
- Przykro mi. -
Beulina również wyraźnie posmutniała. - Tyle razy mówiłam
Mayzeemu, żeby uważał! Nie mogę ciągle go pilnować. Jestem już
stara, ledwie nadążam z pracą. Nic na to nie poradzę. To poważna
sprawa, lepiej żeby rozstrzygnął ją Boży Sąd. Musimy tylko
znaleźć chłopaka. Gala wie gdzie on się teraz podziewa...
*
Mayzee zatrzymał
się w wąskim zaułku przy ulicy Królewskiej. Był zmęczony
ucieczką i nadal mocno zdezorientowany całą sytuacją. Nie
wiedział, co dalej robić. Jeśli rzeczywiście ktoś przez niego
zginął, chłopak miał nie lada kłopoty. Niedługo o przestępstwie
będzie wiedziało całe miasto. Mógłby udać do innej części
Hogumu, na przykład na południe, ale nie miał przy sobie pieniędzy
ani jedzenia. Niechybnie czeka go kilkanaście lat w celi, o ile
wcześniej Ginar nie zemści się na nim. Będzie musiał spróbować
uciec z Feryzu. Ale najpierw odpocznie.
Usiadł na bruku,
opierając się plecami o ścianę kamienicy. Panowała niemal
całkowita ciemność, tylko w niektórych oknach migotały świece.
Mayzee tym razem cieszył się z faktu istnienia krótkiej nocy.
Zauważy go mniej osób. Na całe szczęście bramy do miasta
pozostawały otwarte przez cały czas, a straże nie pilnowały
przejścia od setek lat. Życie w czasach pokoju miało swoje zalety.
Młody alchemik
wstał i ruszył w dalszą drogę, lecz nagle poczuł czyjąś dłoń
na swoim ramieniu.
- Dobra robota, mój
synu.
Mayzee odwrócił
się. W mroku niewiele widział, lecz był w stanie zauważyć, że
ktoś, kto go zatrzymał, ma na sobie dziwną, pozbawioną otworów
maskę o nieregularnym kształcie. Był ubrany w czarny płaszcz i
skórzane rękawice.
- Kim jesteś? -
zapytał przerażony chłopak.
- Jestem twoim
Bogiem – odparł nieznajomy.
- Ty to Khar?
- Nie. Khar
obróciłby cię w pył za liczne przewinienia,
jak lubią to nazywać sprawiedliwi. Ja nazywam się Bdaad, Bóg
Zawiedzionych Oczekiwań.
-
Ja chyba śnię. – Mayzee pokręcił głową. - Muszę się
obudzić!
-
Wyparcie. - Głos Bdaada zawibrował w uszach młodzieńca. - Jakie
to... Ludzkie. Nie, chłopcze, to wszystko dzieje się naprawdę.
Przyczyniłeś się do
pomnożenia mojej chwały.
Odebrałeś kilku osobom nadzieję na radość. Nie doczekają się
potomka.
Pogrążą się w rozpaczy po
stracie ukochanej córki i żony.
-
Ona była w ciąży? - Praktykant osłupiał. - Ja nie chciałem tego
zrobić, wcześniej nawet Cię nie znałem...
-
Ale ja tak – rzekł Bóg. - Teraz zostaniesz moim sługą.
-
Nie wiem, co o tym myśleć – wyznał Mayzee. - A co, jeśli się
nie zgodzę?
-
Mocno się zawiedziesz.
Bdaad
chwycił za krawędź swojej maski i odchylił ją, zupełnie jakby
otwierał drzwi. Nie miał twarzy. Jego oblicze stanowiła bezkresna
otchłań wypełniona setkami mieniących się, kolorowych plam.
Mayzee poczuł, jak głębia go zasysa, jak jego ciało opuszcza
znany mu świat. Ciemny
zaułek stał się maleńkim punktem wśród feerii barw, aż w końcu
całkowicie zniknął.
*
Przeklęty
chłopak przepadł gdzieś bez śladu. Nie odnalazł go nawet Mhurem,
który dowiedziawszy o śmierci żony po powrocie z pracy osobiście
praktycznie cały Feryz. Lecz wymierzenie kary Mayzeemu nie przywróci
życia Ouhyn. To najbardziej bolało Ginara. Gdy tylko
zamykał
oczy, widział, jak jego córka upada, wymiotuje krwią, cała się
trzęsie, by w końcu zastygnąć w bezruchu. Czuł,
że te obrazy
utkwią mu w pamięci do końca bezsensownego już życia.
Linia
rodowa została przerwana. Wycięto z niej dwie osoby za jednym
zamachem. Ginar kochał obie z całego serca, chociaż jedna z nich
nawet nie zdążyła się narodzić. Pozostała tylko pustka. Pustka,
która po pewnym czasie powinna zniknąć, bo przecież Ouhyn i jej
dziecko byli już w lepszym miejscu, razem z Galą i Kherem. Każdy
dobry człowiek prędzej czy później tam trafia. Lecz dla Ginara
była to odległa
perspektywa, wręcz
niewyobrażalna. A może nawet i nierzeczywista. Kto bowiem jest w
stanie z całą pewnością stwierdzić, że
śmierć nie jest końcem istnienia? Dla
starego człowieka klęczącego
przed martwym ciałem córki leżącym na katafalku to
wątpliwość straszna, a zarazem trudna
do odrzucenia pod ciężarem rozpaczy.
Ginar
spojrzał na obraz przedstawiający parę Bogów. Prosił
ich o cud wskrzeszenia, albo chociaż jakiś znak, który utwierdzi
jego wiarę w ponowne spotkanie z ukochanymi. Co
jakiś czas modlitwy ustępowały użalaniu się na własnym losem.
Choć do świątyni przybyły setki osób chcących pożegnać Ouhyn,
Ginar czuł się całkowicie
samotny, jakby zawieszony w
nicości. Nawet jeśli Gala i
Kher byli prawdziwi, nie mogli przełamać jego odosobnienia.
*
Święte księgi
wspominały o wielu nadnaturalnych zjawiskach. Żadne z nich nie
mogło jednak równać się z lewitowaniem w bezkresnej przestrzeni.
Przemieszczające się w niej barwne plamy, widoczne, lecz
nienamacalne, sprawiały, że Mayzeemu kręciło się w głowie.
- Co to za miejsce?
- Chłopak zdziwił się, bowiem usłyszał swój głos, chociaż
zdawało mu się, że wypowiada te słowa jedynie w myślach.
-
Moja głowa – przemówił wibrującym tonem Bdaad. - Jesteś aż
tak niedomyślny?
Mayzee
nie wiedział, co odrzec. Cała sytuacja była wręcz okrutnie
nierealna, odbierała niemal wszelkie zdolności do przeprowadzania
logicznych analiz.
-
Wygląda na to, że sprzeciwianie się Tobie nie ma sensu – wyznał
po chwili młody alchemik. - Możesz przynajmniej wyjaśnić, co masz
zamiar ze mną zrobić? Wspominałeś o tym, że zostanę Twoim
sługą.
-
Zgadza się – odparł Bóg.
-
Na czym to miałoby polegać? - zapytał Mayzee.
-
Wkrótce się dowiesz.
Chłopak
nagle poczuł, jak ciągnie go jakaś niewidzialna siła. Zbliżał
się z zawrotną prędkością do niewielkiego, czarnego punktu,
który z czasem rósł, by stać się dosyć sporą wyrwą w
kolorowej sferze. Mayzee przeleciał przez niego i wylądował pod
gwiaździstym niebem Hogumu.
-
Gdzie jesteśmy? - Praktykant rozglądał się po okolicy, lecz
widział jedynie gęsty, bukowy las.
-
Kilkanaście mil na północ od Feryzu – odrzekł Bdaad. - Powiedz
mi, co kryje się w twoim sercu?
-
Hę?
-
O czym marzysz? Jakie jest twoje najskrytsze pragnienie?
-
Aha, o to chodzi – zorientował się chłopak. Był odrobinę
przerażony tajemniczym zachowaniem dziwnej istoty. - Chciałbym do
końca życia nie pracować, nie musieć znosić towarzystwa idiotów,
po prostu mieć spokój. To tyle, jeśli mam być szczery.
-
Doskonale. Chodź za mną. Tylko ani słowa.
Mayzee
mocno zacisnął usta, jakby bał się, że przez przypadek coś
powie. Było bardzo ciemno. Hogum nie posiadał księżyca, a gwiazdy
dawały jedynie słabe światło. Po kilku chwilach marszu w
milczeniu dotarli na polanę na skraj lasu. W oddali widoczna była
góra Nhgrene i spoczywający na niej Feryz. Jasne punkty rozsiane po
całym mieście były z pewnością ogniskami zapalanymi na wieżach
świątyń i basztach przy murze.
-
Czuwają – rzekł Bdaad. - Dziś Słońce ma znaleźć się w
środku świata.
-
To już hiperhelium? Zdawało mi się, że minęła ledwie godzina -
powiedział Mayzee, po czym zasłonił usta zorientowawszy się, że
złamał zakaz Boga.
-
Czas jest dla was dziwną rzeczą – odparł jak gdyby nigdy nic
Bdaad. - Stoi w miejscu, gdy chcecie, by już upłynął. Pędzi, gdy
chcecie go zatrzymać. Doprawdy ciężko dogodzić ludziom.
-
Święte słowa – przyznał mu rację chłopak. - Przekonałem się
o tym na własnej skórze.
-
Usiądźmy – zarządził Bóg. - Twoje pragnienia nie są dobre dla
mojego istnienia – dodał. - Są prawdziwe, lecz wiesz, że nigdy
się nie spełnią, dlatego nie wyczekujesz ich realizacji. Odebranie
nadziei nie sprawi ci bólu. Im zaś – wskazał dłonią na Feryz –
wręcz przeciwnie. Głęboko wierzą, że hiperhelium nadejdzie dziś
tak samo jak każdego roku. Obawiam się, że mocno się rozczarują.
-
Dlaczego cieszysz się z czyjejś trwogi, jeśli mogę spytać?
-
To nie mój wybór, tylko konieczność – odpowiedział Bdaad.
- Widzisz, Bogowie są niczym innym jak wyobrażeniami o
pewnych rzeczach. Nie istniejemy bez waszych myśli. To one nas
karmią, dają nam siły. Niektórzy, na przykład Gala i Kher,
powstali świadomie, inni, jak ja, są jedynie efektem ubocznym.
-
Nie rozumiem - wyznał Mayzee. - Czy to oznacza, że jesteście tylko
iluzją?
-
Nie. Żyjemy naprawdę. Ale to wy o tym decydujecie, przynajmniej po
części. Gala i Kher znikną, gdy tylko ludzie inaczej wytłumaczą
sobie siły rządzące światem. Ja jestem wieczny. Nikt bowiem nie
może egzystować bez oczekiwań. Czy matka, płodząc dziecko, liczy
się z tym, że może ono nie przeżyć porodu? Czy rolnik, siejąc
zboże, rozważa niepewność jego wykiełkowania? Nie. Każdy w
głębi duszy chce, żeby działo się dobrze. A często jest wręcz
przeciwnie. Tylko proszę, nie uważaj mnie za okrutnego. Ja tego nie
prowokuję. To ślepy los albo wy sami zawodzicie innych. Ja tylko
oddycham waszym żalem i cierpieniem.
-
Skoro na tym Ci nie zależy, to po co Ci sługi?
-
Wkrótce się tego dowiesz. A teraz obserwuj horyzont.
Świtało.
Słońce pełzło po nieboskłonie, lecz nie zmierzało w kierunku
środka gigantycznego torusa. Mayzee nie czuł się ani zmęczony,
ani głodny. Czas upływał mu dosyć szybko. Wydawało mu się, że
minęła zaledwie chwila, a dar Gali i Khera znikał już za
przeciwległym wałkiem obwarzanka. Hiperhelium nie nastąpiło.
-
Pragniesz. - Bdaad nagle wstał i zwrócił swoje zakryte stalą
oblicze ku młodemu alchemikowi. - Pragniesz tam być, napawać się
ich zwątpieniem, oglądać ich skonsternowane twarze, cieszyć się
zawodem kapłanów i wiernych. A nade wszystko pragniesz uniknąć
kary i przeżyć. Dlatego zaraz zginiesz, stając się moim sługą.
-
Ale... Dlaczego? – spytał przerażony chłopak. - Skoro to nie
twój wybór, to nie możesz się temu sprzeciwić?
-
Nie. Moja wola jest bez znaczenia. Tak miało być. Umarłbyś
prędzej czy później, nawet jeśli uniknąłbyś sprawiedliwości w
Feryzie. Żegnaj.
Mayzee
zerwał się na równe nogi ze strachu, lecz Bdaad niczego nie
uczynił. Młodzieniec zaczął biec, lecz nie zdążył nawet
dotrzeć do lasu. Na ziemię powalił go ogromny orzeł, który potem
rozszarpał mu gardło dziobem. Bdaad z obrzydzeniem nasycił się
strachem i rozpaczą chłopca. Nienawidził siebie za to, że musiał
żywić się bólem. Chciał przestać istnieć, lecz nie mógł tego
uczynić. Bóg Zawiedzionych Oczekiwań będzie karmił siebie
dopóty, dopóki nie wyzionie ducha ostatni człowiek na Hogumie.
*
Hipersłońce
nie wzeszło ani w tym roku, ani już w żadnym następnym. Niektórzy
uznawali to za znak końca czasów, lecz i on nie nastąpił. Kapłani
stwierdzili, że brak zmiany orbity gwiazdy jest wolą Gali i Khera.
Część osób znalazła sobie nowych Bogów.
Ginar
żył dalej, nadal opłakując córkę i wnuka, choć cierpienie po
stracie z czasem malało. Pogodził się nawet z Beuliną, lecz
wybaczenie nie wypełniało pustki. Na przemian to głęboko wierzył,
że kiedyś ujrzy Ouhyn oraz swojego wnuka, to godził się z
ostateczną stratą.
Bdaad
zaś krążył po świecie w smutku, od czasu do czasu objawiając
się swym sługom, również i Ginarowi. Był przy starcu, gdy ten,
umierając, widział przed sobą jedynie nieprzeniknioną ciemność
i niebyt.
Monday, September 21, 2015
Selectah: Skrecze i Krosfejdy [VIP]
Łeb mu pękał
niczym orzech włoski traktowany tłuczkiem, a w ustach miał sucho
jak po dobrej porcji kawałów, z których nikt się nie śmieje.
Leżał gdzieś na niesamowicie twardych i zimnych panelach,
udręczony przez nadmierny poziom aldehydu octowego w organizmie.
Z trudem otworzył
oczy. Tyle razy obiecywał sobie, że to już ostatni raz. Jak zwykle
skończyło się na: “No dawaj, ze mną się nie napijesz?”.
Znowu urwał mu się film i wylądował w dziwnym miejscu. Z
pomalowanego na czarno sufitu zwisała pojedyncza lampa okryta
szklanym kloszem. Dźwignął się lekko, żeby rozejrzeć się
dookoła. Znalazł się w niewielkim pomieszczeniu pozbawionym okien.
Ściany były wyłożone matami dźwiękochłonnymi, zaś naprzeciwko
wejścia znajdowało się dosyć duże biurko, na którym stało
sporo sprzętu elektronicznego. Głośniki, laptop, mikrofon i kilka
trudnych do zidentyfikowania pudełek podpiętych do mnóstwa kabli.
Obok miejsca pracy stał niewysoki regał z półkami zapchanymi
płytami CD oraz winylami.
To chyba jakieś
studio nagraniowe - pomyślał Demetriusz, wstając z podłogi. -
Lepiej się stąd zwinę, zanim ktoś mnie tu znajdzie. Tym razem
naprawdę pojechałem po bandzie z melanżem…
Podszedł do drzwi i
delikatnie nacisnął klamkę.
Kuźwa, zamknięte.
Mógłbym spróbować je wyważyć, ale narobiłbym za dużo hałasu,
i pewnie musiałbym zapłacić za naprawę. Poczekam tu trochę, może
ktoś tu przyjdzie i mnie wypuści. Tylko jak ja mu to wszystko
wytłumaczę?
Chłopak zbliżył
się do biurka i zaczął się przyglądać przedmiotom zgromadzonym
w pomieszczeniu. Przecież nikt nie obrazi się, jeśli posłucha
sobie trochę muzyki dla zabicia czasu. Przejechał palcem po
touchpadzie notebooka i otworzył folder o nazwie “Nowe utwory”.
Jego wzrok wciąż
musiał nieco szwankować. Eksplorator plików twierdził, że w
zbiorze znajduje się grubo ponad dwieście bilionów wave’ów.
Zmrużył oczy i starał się jeszcze raz odczytać kilkunastocyfrową
liczbę w prawym dolnym rogu okienka.
Przecież tam jak
byk jest napisane: dwa trzy dwa siedem cztery dwa pięć dwa osiem
cztery dwa jeden dziewięć zero trzy. Coś musi być nie tak z
komputerem.
Wzruszył ramionami,
po czym założył brązowe sennheisery i odtworzył pierwszą
ścieżkę z listy. Jego bębenki zostały wprawione w drgania amen
breakiem w tempie stu siedemdziesięciu czterech uderzeń na minutę
uzupełnionym zsamplowanymi dźwiękami pianina. Zamknął oczy i
odprężył się, wsłuchując się w rytm piosenki.
***
Gdy rozkoszował się
linią basową jednego z jump-upowych kawałków, ktoś ściągnął
mu słuchawki z głowy. Ze strachu o mało co nie spadł z obrotowego
fotela.
– Jak się tutaj
znalazłeś? – zapytał siwowłosy, brodaty mężczyzna ubrany w
śmieszną różowawą sukienkę.
– Ten, tego, no…
– wydukał mocno zmieszany młodzik. – Trochę popiliśmy i
obudziłem się tutaj. Przysięgam, nie chciałem nic ukraść!
– To znowu te
cholerne dubplate’y. – powiedział do siebie starszy pan, nie
zważając na tłumaczenia intruza. – Chyba muszę w końcu dać
sobie z nimi spokój.
– Jest pan szefem
tego, yyy, studia? – ośmielił odezwać się Demetriusz. – Te
nagrania są naprawdę świetne.
– Powiedzmy. To
nic nadzwyczajnego. Nie mam co zrobić z wolnym czasem, więc bawię
się w tworzenie muzyki.
– Czy pan sam
skomponował to wszystko?
– Ta.
– Niesamowite!
Występuje pan pod jakimś pseudonimem? Na komputerze widziałem
tylko tytuły utworów. Koniecznie muszę kupić jeden z pana
albumów.
– Mam różne
ksywy. Jedni mówią na mnie Jahwe, drudzy Allah, inni Ahura Mazda,
jeszcze inni Izanagi…
– Pan jest…
Bogiem?
– Ech, nie lubię
tego określenia. Wolę nazywać siebie Pierwszym Didżejem.
– Czy ja umarłem?
Pójdę do piekła? – Wystraszył się chłopak. – Proszę, tylko
nie to! Przyznaję, trochę naskrobałem w życiu, ale…
– Piekło? Jakie
znowu piekło? Czego ci hejterzy o mnie nie wymyślą! Prawdziwy
twórca nigdy nie porzuca swoich dzieł. Niestety, na raj musisz
sobie jeszcze trochę poczekać. Nie zdążyłem jeszcze zmasterować
piosenki, w której jesteś tylko składową harmoniczną werbla. No,
miło się gawędziło, ale musisz wracać do swojego wszechświata.
Bez ciebie nie ma tego doskonałego brzmienia…
Przedwieczny
Selectah z głowy wziął do ręki dziesięciocalowy krążek pokryty
lakierem nitrocelulozowym, upchnął do niego nieszczęsnego
człowieka i następnie odłożył płytę na półkę.
– Co ja to miałem
zrobić… – mruknął pod nosem siadając przy biurku. – A,
zamówić nowy mikser!
***
– Demek, obudź
się! Za chwilę starsi wracają z nocki.
Nastolatek, słysząc
głos swojej siostry, rozwarł powieki i podniósł się z podłogi.
– Co się stało?
– spytał. – Nic nie pamiętam.
– Wróciłeś
pijany z baletów, zacząłeś słuchać muzyki na bombie i zasnąłeś
– wyjaśniła mu. - Ogarnij się szybko i sprzątnij ten burdel.
Chyba nie chcesz zaliczyć przypału?
Demetriusz omiótł
wzrokiem mieszkanie. Rzeczywiście, narobił niezłego bałaganu.
Wszędzie walały się kompakty z muzyką, szklany stolik do kawy był
cały umazany sosem salsa, zaś na dywanie leżało mnóstwo
pokruszonych nachosów. Trzeba to doprowadzić do porządku. Ale
najpierw musi się czegoś napić. Poszedł do kuchni i opróżnił
litrową butelkę mineralnej.
– Śniło mi się
coś głupiego. Tylko nie mogę sobie przypomnieć, co…
– Sen mara, Bóg
wiara, jakby to powiedziała nasza babcia – odrzekła mu
beznamiętnie Eulalia.
– Fajna nuta –
wyraził swoją opinię o utworze sączącym się z głośników
podłączonych do leżącego ekranem do dołu smartfona jego
bliźniaczki. – Chyba gdzieś już ją słyszałem. Jaki to był
tytuł? A, już wiem: “Shifting of the Universe”, czy jakoś tak.
– Skąd to wiesz?!
– zdziwiła się dziewczyna. – Przecież dopiero co puściłam
swój stream na Soundcloudzie. Ten kawałek został wrzucony pięć
minut temu, a artysta napisał, że nigdy wcześniej go nie
publikował…
Demetriusz
wybałuszył oczy, słysząc odpowiedź Eulalii.
– Serio? Na pewno
już gdzieś to słyszałem, tylko za chuja nie mogę sobie
przypomnieć okoliczności. Kto to nagrał?
– Breakcendence
Squad. Wczoraj grali w „Neuromancerze”, wybieraliście się tam z
ziomeczkami. Może ten kawałek leciał w ich secie?
– Kurwa, nie wiem…
Chociaż nie, zdaje mi się, że słyszałem go we śnie. Byłem w
studiu nagraniowym i odtwarzałem tę piosenkę z laptopa, a potem
przyszedł właściciel tego studia, który wyglądał jak Bóg, no i
niby był Bogiem…
– Co ty bredzisz?
Chyba przydałby ci się detoks, bo zaczynasz mieć problemy z głową.
I ogarnij w końcu ten bajzel.
Eulalia odwróciła
się na krześle obrotowym i wróciła do przeglądania Instagrama.
Demetriusz pozbierał płyty z muzyką, przetarł stolik morką
ściereczką i odkurzył dywan, po czym poszedł do kuchni zrobić
sobie śniadanie. Nie zbierało mu się na wymioty, więc pewnie
wyrzygał się zaraz po imprezie. Jego pamięć przypominała pokaz
slajdów. Będzie musiał drygnąć do Cyryla albo Łysego, żeby
dowiedzieć się, co się działo.
Po chwili wrócili
rodzice. Pomimo zmęczenia, przed pójściem spać zdążyli wygłosić
Demetriuszowi kazanie o tym, jak bardzo się stoczył, odkąd poszedł
do technikum, oraz o tym, że nie zdobędzie wykształcenia i będzie
musiał zbierać ogórki w Niemczech, o ile wcześniej nie trafi do
kryminału. Nastolatek puszczał wszystko mimo uszu, gapiąc się w
talerz i powoli jedząc jajecznicę. Gdy starsi skończyli już
ględzić i poszli do sypialni, odczekał kilkanaście minut, aby
upewnić się, że wpadli w objęcia Morfeusza, a następnie
wyślizgnął się z mieszkania.
Na klatce schodowej
wybrał numer do Cyryla i przystawił telefon do ucha.
– Siema stary,
pamiętasz może cokolwiek z piątkowego wyjścia?
– Hehehehe.
Wiedziałem że o to zapytasz, królu parkietu. W końcówce
popijałeś Jim Beama cydrem, a wcześniej podobno wbiłeś na
backstage i siedziałeś tam chyba z półtorej godziny!
– Ta, no co ty
gadasz?!
– Seryjnie,
ziomek. Słuchaj, pogadamy później. Gram multi i teraz nie mam
czasu…
– Zasrany no-lajf.
– Ty, żebym ci
zaraz nie wrzucił fajnego zdjęcia na tablicę…
– Dobra dobra.
Porozmawiamy później. Na razie.
– Nom, spoko.
Narka.
Tablica. No właśnie,
jeszcze nie sprawdził Facebooka. Pewnie ma z dwadzieścia zaproszeń
do znajomych od ludzi z imprezy. Szarpnął za klamkę od drzwi i
rozbujał je aż do końca ogranicznika, jednocześnie włączając
transfer danych w telefonie. Dżingiel od powiadomień wybrzęczał
kilkukrotnie. Rzeczywiście, trochę się tego nazbierało. Najpierw
wiadomości. Ruda zapraszała go na domówkę w następny piątek.
Znając życie rodzice go nie puszczą… O, jest coś w zakładce
“Inne”. Jakiś Michał Patarowski.
„Siema, tu Pako z
Breakcendence Squadu. Chcemy pogadac o ostatniej imprezie, nie wiem
czy cokolwiek pamietasz, a wiele sie dzialo :-) jak mozesz to przyjdz
dzisiaj o dwunastej na parkową 20/12. Daj znac czy pasuje ci termin.
Tu masz moj nr 659823901”
Demetriusz sprawdził
jego profil. Nie wyglądał na fałszywkę, dużo fotek z imprez i
obserwujących. Chłopak postanowił wysłać SMS potwierdzającego
przybycie. Chwilę później dostał odpowiedź: „ok bedziemy
czekali”.
Niesamowite. Jeden z
członków najlepszego kolektywu didżejów w mieście zaprosił go
na spotkanie. To zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Chociaż, jak
powiadają, alkohol łączy ludzi. Może rzeczywiście dobrze się
poznali?
Do dwunastej zostało
jeszcze sporo czasu. Demek był strasznie zmęczony, ale nie
zamierzał wracać do domu. Ojciec nigdy nie spał długo i pewnie
zaraz wyznaczyłby mu sto różnych pierdół do zrobienia, wcześniej
zrywając go z łóżka. Poszedł do osiedlowego i kupił energetyka
w dużej butelce. Wydał na niego ostatnie pieniądze, zatem był
zmuszony iść piechotą. Po drodze wstąpił do galerii handlowej,
gdzie grał na wystawowym pleju czwórce, dopóki nie przegonił go
ktoś z obsługi. Potem kontynuował niespieszny spacer w kierunku
Parkowej, aż po dwóch godzinach dotarł na miejsce. Nacisnął dwa
razy guzik przy numerze 12. Nikt się nie odezwał, drzwi zaczęły
brzęczeć. Chłopak pociągnął za klamkę i wszedł do środka
wysokiej kamienicy. Wspiął się na czwarte piętro i zapukał do
drzwi. Otworzył mu wysoki koleś w cienkich, brązowych dredach.
– Siema! –
przywitał przybysza. – Ty to Demek, tak? – Nastolatek kiwnął
głową. – Na mnie mówią Pako. Wejdź do środka.
Zapach gandzi unosił
się w całym mieszkaniu. Było ładnie urządzone, lecz niesamowicie
zabagałanione. Wszędzie walały się ubrania, talerze, winyle,
kable, słuchawki. Pako zaprowadził go do salonu, gdzie reszta
Breakcendence Squadu vel Maryn i T-Jay siedziała na kanapie i
oglądała telewizję, racząc się blantem.
– Chcesz? –
spytała T-Jay, podsuwając mu bata.
– Mogę ściągnąć
tróję – odpowiedział odrobinę nieśmiało Demetriusz.
Chłopak wziął
trzy buchy i podał dalej. Jazz był dobry, miał delikatnie
cytrusowy posmak.
– Częstuj się,
czym chcesz. – Michał wskazał przekąski leżące na stoliku do
kawy. – Zrobić ci herbaty?
– Nie, dzięki. –
odparł Demek. – To o czym chcieliście pogadać?
– Co pamiętasz z
naszego spotkania ostatniej nocy? – zapytał Maryn.
– Szczerze mówiąc,
nic. Film urwał mi się chwilę po tym jak skończyliście grać i
wszedł Subtension. Dlaczego pytacie?
– Zdarzyło się
wtedy coś bardzo ważnego – wyznał Pako. - Coś, co może zmienić
cały świat.
Demek zdziwił się.
Jego rozmówca nie wyglądał aż na tak zbakanego.
– Udało ci się
przenieść do Boskiego Wymiaru – kontynuował didżej.
– Boskiego
Wymiaru? Zaraz…
– Michał, on nie
skleja nic z tego, co mówisz – wtrącił się Maryn. – Trzeba mu
wytłumaczyć po kolei i łopatologicznie. Na ostatnich baletach
ostro się naprułeś. Jakimś cudem udało ci się zbajerować
ochroniarzy i wszedłeś do strefy VIP, gdzie odpoczywaliśmy po
występie. Pogadaliśmy chwilę z tobą i postanowiliśmy sprawdzić,
czy jesteś Wybrańcem. Wiem, to brzmi cholernie głupio, ale mówię
serio. Nasz świat w rzeczywistości jest tylko utworem muzycznym
tworzonym przez nadludzką istotę. Znasz takie powiedzonko, że Bóg
jest didżejem? Ono mniej więcej oddaje całą sytuację. Osoby
takie jak ty, mistyczni wybrańcy, są w stanie przenieść się do
innego wymiaru i spotkać Stwórcę osobiście. Udało ci się tego
dokonać ostatniej nocy, ale popełniliśmy błąd. Byłeś zbyt
napierdolony, żeby zapamiętać cokolwiek, o czym ci mówiliśmy. Na
dodatek na chwilę przed transferem zaliczyłeś zgona. Nie udało ci
się zgarnąć sprzętu, którego Bóg używa do tworzenia
piosenek-wszechświatów. Dzięki niemu można kontrolować
rzeczywistość. Chcemy go wykorzystać, oczywiście w dobrym celu.
Dlatego ściągnęliśmy cię tu, abyś dokończył swoją misję.
Demetriusz nie
wiedział, czy śni, czy dostał nagłego nawrotu fazy. Taka historia
mogła by mieć wzięcie w epoce kamienia łupanego, z zastrzeżeniem,
że Bóg grałby na jakimś prymitywnym instrumencie zamiast sklejać
sample w FL Studio, ale nie w dwudziestym pierwszym wieku. Tak czy
inaczej, o ile Breakcendence Squad nie robi sobie z niego jaj, lepiej
jest buszować po Boskim Wymiarze niż zamulać przed kompem
słuchając wątów starszej. Nawet jeśli potem miałby się
obudzić.
– Rzeczywiście,
przypomina mi się coś takiego. Byłem w jakimś studiu nagraniowym
i spotkałem kolesia, który przedstawił mi się jako Bóg.
Nawijałem z nim o czymś, nie pamiętam już dokładnie czym, a
potem przywalił mi dubplatem i odzyskałem świadomość na Ziemi.
– Prawdopodobnie w
ten sposób wepchnął cię z powrotem do naszej rzeczywistości –
wyjaśniła T-Jay. – Poprzednim wybrańcom udało się zdobyć ten
utwór, jednak jeśli nie odtwarza się go na boskim sprzęcie jest
nieodróżnialny od zwykłej piosenki – “Universe” Marcusa
Intalexa i S.T. Files. Potrzebny nam będzie gramofon, CDJ, laptop, cokolwiek.
– Okej –
powiedział Demetriusz. – To co mam zrobić, żeby przenieść się
do świata bogów?
– Istnieje pewien
kawałek, który na to pozwala, i to bez użycia artefaktów, ale
tylko jeśli jesteś wybrańcem. – wyjaśnił Pako, wkładając
kompakt do wieży hi-fi. Wystarczy, że dobrze się w niego
wsłuchasz.
Z głośników
zaczęła wydobywać się muzyka. Delikatne hi-haty, głęboki bas z
syntezatora, kobieta recytująca pierwsze wersy Księgi Rodzaju.
Definitywnie DJ Hype i jego “Closer To God”. Nastolatek zacisnął
powieki. Po chwili zniknął zapach marihuany i uliczny szum
dobiegający z uchylonego okna, a siedzisko kanapy stwardniało.
Piosenka również powoli zaczęła cichnąć, aż w końcu
Demetriusza otaczała jedynie cisza i ciemność. Otworzył oczy.
Siedział na ławce znajdującej się na końcu długiego,
oświetlonego jarzeniówkami korytarza. Wstał i podszedł do
pierwszych drzwi. Na przykręconej do nich plakietce było napisane:
“Balihulalater
a.k.a Knazjon a.k.a 09812738912 a.k.a Szemrzący Strumyk a.k.a…”
Demetriusz przestał
czytać po po trzeciej linijce. Widocznie w innych światach też
wyznają różne religie. Jego interesował Jahwe, czy może też
Allah albo Śiwa.
Rozpoczął
poszukiwania właściwego studia. Przypuszczał, że nie miałby
szans w bezpośrednim starciu z bogiem, więc starał się, aby nikt
nie wykrył jego obecności. Delikatnie stawiał kroki i co chwilę
oglądał się za siebie. W końcu udało mu się znaleźć pracownię
stworzyciela. Pociągnął delikatnie za klamkę i zajrzał do
środka. Wnętrze wyglądało znajomo. Podobnie jak siedzący przy
biurku starszy pan. Miał słuchawki na uszach i był wpatrzony w
ekran macbooka. Demetriusz przewidywał spore szanse na pozostanie
niezauważonym. Nie wyciągnie co prawda niczego spod rąk Selectora,
ale może udać mu się zwinąć sprzęt leżący na szafce z
płytami. Kucnął i zaczął skradać się w jej kierunku. Oddychał
najciszej jak tylko potrafił. Nigdy w życiu tak się nie bał. Ze
spotkania z Policją czy wkurzonymi karkami można jeszcze wyjść
obronną ręką, ale stanąć oko w oko z Bogiem? Ostatnim razem
poszło łagodnie, ale nawet Najwyższy nie ma nieskończonej
cierpliwości do intruzów.
Dwa CDJe i mikser
były w zasięgu ręki wybrańca. Wystarczyło je odpiąć i…
znaleźć winyl, który pozwoli mu wrócić na Ziemię. Z tym mogło
być trochę ciężej, więc postanowił zrobić to na początku. Na
półkach były ułożone dziesiątki płyt. Wyciągnął pierwszą
lepszą. Pudło. Wątpił, by “Stumihamooon” stanowił jedno z
określeń jego uniwersum. Demek próbował przypomnieć sobie, jak
wyglądał tamten nieszczęsny krążek. Był trochę mniejszy,
chyba dziesięciocalowy, i miał zieloną nalepkę…
– Te sample są do
dupy, muszę poszukać czegoś innego.
Serce Demetriusza
usiłowało opuścić klatkę piersiową. Chłopak zerwał się na
równe nogi, a Bóg odwrócił się w kierunku szafki.
– To znowu ty!
Mózg nastolatka
pracował szybciej niż klaster komputerowy. Nie wiedział, dokąd
uciekać, ani co odpowiedzieć. W akcie desperacji sprzedał
Stworzycielowi kopa z partyzanta. Przedwieczny Selectah przewrócił
się do tyłu razem z krzesłem, uderzając potylicą o kant biurka.
Po upadku już się nie ruszał. Wystraszony Demetriusz zamknął
drzwi do studia i zastawił je szafką, zastanawiając się, czy
bycie wybrańcem oznacza posiadanie super mocy. Klęknął przy Bogu
i przytknął palce do jego szyi. Tętno było nadal wyczuwalne.
Czyli nie udało mu się pobić Nietzschego. Tak czy inaczej mógł
teraz spokojnie splądrować studio.
Po kilkunastu
minutach stał ze stosem fantów w rękach. Tuż przed nim, na
podłodze leżał portal do zwykłego świata. Jeden skok i chłopak
z powrotem wylądował w mieszkaniu Breakcendance Squadu.
– I jak? –
zapytał Maryn.
– Izi jak jebanie.
– Demetriusz odłożył sprzęt na stolik. – Jak mu pociągnąłem
z laczka, to się nie pozbierał.
– Co? – zdziwił
się Pako. – Pokonałeś Boga w walce?
– Nie był aż
taki mocny jak przypuszczałem. Może to tylko zwykły człowiek z
magicznym talentem? A my też kreujemy nowe wszechświaty, tworząc
piosenki? Bóg wtedy byłby po prostu “poziom wyżej” od nas…
– Szkoda czasu na
rozkminy. – T-Jay przerwała Demkowi wywód. – Podłączajcie
zabawki.
– Od czego
zaczynamy? – Pako zaczął rozkładać stos elektroniki.
– Niech będą
CDJe. Korzystając z DAWów na laptopie możemy zbyt dużo
namieszać.
– Co zamierzacie
zrobić? – chciał się dowiedzieć Demetriusz.
– Według
poprzednich wybrańców każdy utwór można porównać do osi czasu.
Przewijanie do przodu i do tyłu oznaczałoby podróżowanie w
czasie.
Gdy odtwarzacz był
już gotowy do grania, T-Jay puściła płytę z “Universe”.
Nagle jedynymi istniejącymi rzeczami pozostał Breakcendence Squad,
Demetriusz, dwa CD-Je podpięte do lewitującego w nicości gniazdka,
głośniki i podtrzymujący je stolik do kawy oraz osobliwość. Ten
stan nie trwał zbyt długo, bowiem wszechświat zaczął się
rozszerzać. Powstawała materia, z materii tworzyły się gwiazdy, z
gwiazd galaktyki…
– Łał… –
rozmarzył się Michał.
– Dobra, przewiń
to, przecież każdy wie, jak wyglądały początki. No, może poza
moherami.
T-Jay zakręciła
talerzem, a czas popłynął z zawrotnym tempem. Przed oczami
muzyków i wybrańca migały pierwsze organizmy żywe.
– Muszę
zmniejszyć prędkość odtwarzania, bo gówno widzę – powiedziała
T-Jay.
Artystka przesunęła
pitch slider mocno w górę. Muzyka ucichła – częstotliwość
spadła do rzędu infradźwięków. Wszechświat nadal przypominał
odrobinę przyspieszony film, ale można było zauważyć więcej
szczegółów.
– O, coś
ciekawego.
T-Jay zrobiła bejbi
skrecza i zatrzymała utwór. Znajdowali się w tej samej kamienicy
co wcześniej, ale na oko pod koniec dziewiętnastego wieku. Ówcześni
mieszkańcy zastygli w bezruchu. Maryn podszedł do młodej kobiety z
filiżanką herbaty przy ustach i chciał ją lekko szturchnąć,
lecz jego ręka przeniknęła przez ciało.
– Chujnia z
grzybnią – skwitował. – Myślałem, że będziemy mogli zmienić
historię. Na przykład zabić Hitlera.
– To mogłoby
przynieść nieprzewidziane konsekwencje. – zauważył Pako. –
Poza tym, wystarczy, że rozwiążemy zagadki z przeszłości.
– Albo poznać
przyszłość – dodała T-Jay. – Nie gra mi tylko jedna rzecz.
Jesteśmy prawie we współczesności, a piosenka już się kończy.
Kiedy utwór się
zatrzymał, kalendarz na ścianie pokazywał dwutysięczny pierwszy.
– W tym roku
Marcus Intalex i S.T. Files wydali “Universe” – poinformował
Pako. – Co to może oznaczać?
– Może piosenka
nie jest kompletna, tylko dopisywana na bieżąco? – Demetriusz
podrapał się po głowie. – To oznaczałoby, że mamy starą
wersję.
– Ale lipa. –
Maryn wyglądał na wyraźnie zwiedzionego. – Myślałem, że
będziemy w stanie zrobić coś więcej niż tylko zobaczyć
przeszłość.
– To jeszcze nie
wszystko – przypomniała T-Jay. – Na dobrą sprawę
wykorzystaliśmy dopiero dwie funkcje CDJi. Pako, chcesz spróbować?
– Pewnie.
Michał podszedł do
konsoli i poprosił Demka, żeby dał mu jakąś płytę od Boga.
Chłopak wręczył didżejowi srebrny krążek, a ten załadował go
na prawy deck. Puścił “Universe” jeszcze raz, odpalił też
nową piosenkę i zaczął powoli przesuwać krosfejder. Zarówno
piosenki, jak i wszechświaty zaczynały płynnie przechodzić jeden
w drugi. Równoległe uniwersum zdawało się być znacznie młodsze,
czas nie płynął bowiem tak szybko.
– Co z tego, że
zobaczymy inną rzeczywistość, skoro nie możemy wejść w
interakcję z nią? – Maryn kontynuował narzekanie. – To tak,
jakbyśmy oglądali film.
Odtwarzania nagle
zostało przerwane. Grupka młodych ludzi znajdowała teraz w jakiejś
ogromnej, zatłoczonej sali. Na końcu stał tron zajęty przez
tłuściocha w czerwonych szatach. Po obu jego stronach stali
zakapturzeni mężczyźni dzierżący długie, drewniane laski.
– Co jest, do
chuja?! – krzyknął Pako, bezskutecznie wciskając przycisk
“Play”.
Z kostura gwardzisty
wydobyła się kula światła i uderzyła prosto w stolik z CDJami.
Eksplozja odrzuciła Demetriusza i muzyków na kilka metrów do tyłu.
Wylądowali tuż pod stopami rozwścieczonych ludzi.
– Zostajecie
skazani na śmierć za używanie wulgaryzmów w obliczu króla –
oświadczył im przyboczny, który zaatakował ich chwilę wcześniej.
Zbrojni zaczęli
zbliżać się do skonsternowanych przybyszów z innego wymiaru.
– Zaraz, żądamy
osądu przez walkę! – wypalił Demek.
Członkowie
Breakcendance Squadu spojrzeli na niego zdziwieni.
– No co, w “Grze
o Tron” to zawsze działa. Dobra, Oberyn Martell może nie wyszedł
na tym zbyt dobrze, ale przynajmniej Tyrion przeżył.
– Osąd przez
walkę, powiadasz? – odezwał się król zachrypniętym głosem. –
Jak sobie chcecie, i tak nie macie żadnych szans.
Demetriusz odwrócił
się w stronę tłumu i zapytał:
– Czy ktoś z was
jest gotowy wziąć udział w pojedynku w naszym imieniu? Oferujemy…
– Takiej opcji nie
ma – przerwał mu jeden z gwardzistów. – Ktoś z was musi
walczyć osobiście, skurwysyny.
– Możemy chociaż
wybrać broń? – chciał się dowiedzieć Maryn.
– Oczywiście,
przysługuje wam takie prawo. Szable, szpady, kostury, halabardy, a
może mikrofony?
– Mikrofony? –
zdziwiła się T-Jay. – Czy to oznacza bitwę fristajlową?
– Ma się
rozumieć.
– Dajcie nam
chwilę, musimy się naradzić – poprosił Demetriusz.
Zbrojny skinął
głową, a oskarżeni zebrali się w kółku.
– Walka na rymy
zdaje się być rozsądnym wyjściem, przynajmniej mamy jakieś
szanse – stwierdził nastolatek. - Ktoś z was umie nawijać?
– Nie, zawsze
mieliśmy od tego MC – powiedział Pako.
– Okej, w takim
razie spróbuję coś polecieć. Trzymajcie kciuki.
Demek podszedł do
zakapturzonych nieco niepewnym krokiem. Trochę żałował, że
zgłosił się na ochotnika.
– Postanowiliśmy
zmierzyć się z wami w rapie. Który z was będzie moim
przeciwnikiem?
– Ja. –
Najwyższy z gwardzistów wystąpił z szeregu.
– A zatem
zaczynamy – obwieścił król. – Kolejka po osiem wersów,
pierwszy będzie mój reprezentant.
Z tłumu wyłoniło
się trzech grajków dzierżących bębenek, flet i lutnię. Kiedy
bit rozbrzmiewał już na dobre, zbrojny zaczął rymować.
– Skądś się tu
wziął warchlaku chędożony,
Jak śmiesz przy
królu stać tak przystrojony?
Facjatę masz gładką
niczym białogłowa,
I pewnie też w
portkach ptaka nie chowasz.
Nędznyś mi parobku
wrogiem,
Bowiem jam jest
liryków Bogiem.
Znikaj stąd nim
władca łypnie
Bo życie swe
skończysz niechybnie!
Tłum zaczął
wiwatować. Demetriusz miał mocno pod górkę. Odwrócił czapkę do
tyłu i zacisnął rękę w pięść.
– Nie twój
interes skąd jestem, buraku,
Wasz król jest
tłusty jak żarcie w maku.
Białogłowy sam
pewnie nie zaznałeś,
Za to po mydło w
koszarach się schylałeś.
Jesteś liryków
Bogiem?
Ja Bogiem zamiatałem
podłogę.
Więc daj moim
ziomkom spokój,
Albo rozwali cię
prawdziwy rap z bloków!
– Łał!
– Ale pocisk!
– Rozkurwił!
Pozytywna reakcja
gawiedzi dodała Demetriuszowi pewności siebie. Jego przeciwnik
zaczął się lekko trząść.
– Nie nazywaj
króla grubym, bo, bo…
Gwardzista zamilkł
i stał przez chwilę bez ruchu, po czym uciekł ze sceny. Tłum
zaczął skandować imię zwycięzcy, które wyjawił im Pako.
Demetriusz zbijał piątki i odbierał gratulacje od pozostałych
gwardzistów, jednak zauważył, że władca także stara się
wymknąć.
– Ani kroku dalej,
bo moi fani cię dojadą! – zagroził mu nastolatek. – A teraz
gadaj, dlaczego chciałeś nas zabić. Nie wierzę w gadkę z
wulgaryzmami, twój przydupas sam wcześniej zaklął i nawet nie
zwróciłeś mu uwagi.
– To pułapka
przygotowana przez Boga. Wiedział, że wrócisz, aby ukraść
sprzęt. Chciał dać wam nauczkę, żeby ludzie już na dobre
zaprzestali podróżowania pomiędzy wymiarami, jednocześnie nie
skazując wybrańca na unicestwienie. Widzisz, każdego człowieka
można porównać do bardzo małego fragmentu piosenki. Kiedy tak się
przenoszą ze świata do świata, to tak jakby wstawić linię basową
z dubstepu do marszu pogrzebowego.
– Zaczynam mieć
już dosyć tego starego grzyba! – zirytował się Demetriusz. –
Co on sobie wyobraża? To ja tu jestem wybrańcem! Trzeba pogadać z
nim na poważnie. Pako, co ze sprzętem? Uda nam się przenieść do
boskiego wymiaru?
– Na szczęście
eksplozja niczego nie uszkodziła – odpowiedział Michał. – Ale
nie mamy przy sobie płyty z “Closer To God”, więc musimy
zahaczyć po drodze o Ziemię.
– W porządku. Wy
– Demetriusz wskazał na gwardzistów. – pójdziecie z nami.
Potrzebujemy dobrej obstawy.
Maryn stanął za
konsoletą i krosfejdował wszystkich do mieszkania Breakcendence
Squadu. Potem szybko wyciągnęła płytę z kawałkiem DJ Hype’a z
wieży i wrzucił ją do odtwarzacza. Po chwili cała ekipa znalazła
się na korytarzu w boskich siedzibach. Ze studiów zaczęli
wychodzić Przedwieczni Selectorowie. Kroczyli w kierunku Demetriusza
i jego towarzyszy, na czele nie kto inny jak sam Jahwe.
– Co to kurwa ma
być? – wrzasnął Demetriusz, niesiony na euforycznej fali
poczucia powołania. – Myślicie, że wasze wszechświaty są takie
zajebiste, że nie można w nich nic zmienić? A co z AIDS? Rakiem?
Głodem w Afryce?
– To kara za wasze
przewinienia, grzesznicy! – odparł Allah. – Przemawia przez was
pycha!
Nagle otworzyły się
drzwi z prawej (lub z lewej, jeśli przyjąć perspektywę Boga)
strony i wyszedł z nich niewysoki człowieczek o czerwonej skórze,
zakręconych rogach i gustownej bródce.
– Nie wtrącaj
się, Szatanie – powiedział do niego Ahura Mazda. – To sprawa
między mną a moim dziełem.
– Jak zwykle
robisz zadymę, Izanagi. Słychać was nawet przez wygłuszone
ściany. Nie możesz dać temu chłopakowi trochę swobody? W końcu
jest Wybrańcem.
– Jeszcze czego!
Pewnie, zaraz ustąpię mu miejsca na posadzie Najwyższego!
Wybraniec to tylko nic nie znaczący tytuł, zwykły bug w DAWie.
– Ten bug sprawi,
że twoje rządy upadną, a we wszystkich wszechświatach zwycięży
zło – powiedział stanowczo Angra Mainju. – Kiedy już rozprawi
się z wami, jestem pewny, że dojdę z nim do porozumienia.
– Nic nie znaczący
tytuł… Zło zwycięży… – Demetriusz poczuł się
rozczarowany. – Ale przecież…
Chłopak poczuł,
jak nagle otwiera się jego trzecie oko. Doznał nagłego przypływu
doskonałej mądrości, a wokół jego ciała pojawiła się złocista
aura.
– Gówno prawda! –
krzyknął nastolatek. - Każdy człowiek tworzy swoją własną
piosenkę, a wy nie macie nad nami kontroli! Jesteście tylko
prehistorycznym wymysłem! To już wasz koniec! Super Hadouken Fus
Ro Dah Rasengan Kamehameha!!!
Z rąk, oczu i ust
wybrańca wystrzeliły strumienie ognia otoczone wyładowaniami
elektrycznymi. Połowa budynku została unicestwiona razem z
nadnaturalnymi istotami, odsłaniając Demetriuszowi i przyjaciołom
dziesięciowymiarową przestrzeń astralną.
– To było
niesamowite – zachwyciła się T-Jay.
– Jesteś potężny
– powiedział Maryn. – Z takimi zdolnościami mógłbyś podbić
wszystkie wszechświaty.
– Nie uczynię
tego – wyznał Demetriusz. – Nie na tym polegała moja misja.
Miałem wyzwolić wszystkie stworzenia i to zrobiłem. Teraz zostanę
tu, aby w spokoju medytować. Wy musicie dalej iść przez swoje
życie.
– Będziemy mogli
wpadać do ciebie w odwiedziny? – zapytał Pako. – Myśleliśmy,
żeby nagrać jakieś kawałki z MC, a ty jesteś całkiem dobry.
– Zgoda. Będę
miał mnóstwo czasu na wymyślanie nowych zwrotek…
Friday, September 11, 2015
"Chata płaczu"
---Klin siekiery z każdym zamachem wygryzał kolejne skrawki młodej maramfy. Drzewo mocno się chybotało, gubiąc igły. Tsoman był okropnie zmęczony, lecz pocieszał się faktem, że wkrótce skończy pracę. Po dwóch kolejnych uderzeniach młody mężczyzna kopnął pień i dwumekanowa roślina opadła z hukiem na ziemię. Musiał jeszcze dotaszczyć ją do domu, a to spory kawałek drogi. Obszedł ciemnozieloną koronę i chwycił za czubek, oblepiając wielgachną łapę żywicą. Mocnym szarpnięciem przerwał ostatni pas kory i pospiesznie ruszył w kierunku schronienia, jak gdyby bał się, że inne maramfy zemszczą się za śmierć siostry pod toporem.
---Marsz przez las strasznie się dłużył. Trasę znał już na pamięć. Zbliżająca się zima oznaczała częste wyprawy po opał. Ojciec uznał, że lepiej będzie zgromadzić zapasy teraz, niż przedzierać się przez śniegi, by uzupełniać je na bieżąco. Nigdy nie protestował, gdy robota spadała na niego. Lubił samotne spacery, lecz teraz marzył jedynie o ciepłym posiłku.
---Przybywszy na skraj boru, był już w stanie dostrzec chatę otoczoną zaoranym poletkiem. Jej wznoszenie ukończyli całkiem niedawno, bo niecałe cztery oktawy temu. Do budowy użyli pięknego drewna o jasnobrązowym odcieniu. Było wyjątkowo twarde, a przy tym lekkie. Ojciec mówił, że takie drzewa nie rosły na Fyranie. Chłopak nie miał prawa tego pamiętać, więc traktował to jako ciekawostkę. Najważniejsze dla niego było solidność i ciepło, których nie gwarantowało poprzednie schronienie w Kalum na wybrzeżu. Majuk został tam wraz ze swoją narzeczoną. Tsoman nie dziwił się tej decyzji. Brat miał dosyć ojca i chciał założyć własną rodzinę. On sam miał już mocno zszargane nerwy przez postawę Nausara, lecz radzenie sobie w życiu na własną rękę wydawało się jak na razie gorszą opcją.
---Gdy dotarł na miejsce, zostawił drzewo na podwórzu i wszedł do środka. W nozdrza uderzył go zapach duszonego mięsa.
- Co dziś na obiad? - zapytał podochocony.
- Potrawka z polędwicy – odparł ciepły głos należący do kobiety w średnim wieku.
- Doskonale! To moje ulubione danie – wyznał z radością Tsoman.
- Masz taki sam gust jak matka – odezwał się Nausar.
---Młodzieniec nieco posmutniał. Umarła na nieznaną chorobę dwa lata temu. Ojciec nie potrafił się z tym pogodzić. Choć znalazł nową partnerkę, wciąż wspominał o miłości swojego życia. Czasami, kiedy wypił za dużo samogonu, opowiadał młodszemu synowi o ich pierwszych latach spędzonych razem. Tsomanowi miał w zwyczaju ignorować nudzące go historie, i jeśli nie miał ochoty ich słuchać po prostu kładł się spać, lecz Nausar nie zwracał na to uwagi i dalej plótł pogrążony w alkoholowej melancholii.
---Bansja postawiła na stole garnek z przyrządzoną wieprzowiną, po czym doniosła talerze i sztućce. Tsoman usiadł na krześle i grzecznie czekał, aż ojciec i macocha nałożą swoje porcje. Wiele razy zastanawiał się nad tym, jak wielką i niemalże bezwarunkową miłością Bansja musi darzyć Nausara. Ten człowiek żył przeszłością. Prawdziwą uczuciem darzył jedynie Manirę, matkę Tsomana. Kimkolwiek nie byłaby nowa kobieta, i tak traktowałby ją tylko jako gospodynię domową dodatkowo ogrzewającą łoże.
---Zdawało się jednak, że Bansji przynajmniej częściowo to wystarcza. Była samotna przez bardzo długi czas. Jej rodzina zginęła w zagładzie Fyranu. Na statku transportującym uciekinierów poznała Nausara i Manirę i z czasem została najbliższą przyjaciółką rodziny Hyruganów. Choć nigdy wcześniej nie okazywała tego wprost, czuła coś do ojca Tsomana, więc oczywistym faktem było, że po śmierci Maniry prędzej czy później zastąpi ją.
- Dlaczego zamilkliście? Czyżby nie podobało wam się...
- Och, daj spokój, Nausarze – przerwała mu kobieta. - Rozmawialiśmy ten temat setki razy. Ta strata dotknęła cię o wiele bardziej niż kogokolwiek innego, ale nie możesz ciągle babrać się we wspomnieniach.
---Bliscy dokładali wszelkich starań, żeby wdowiec rozpoczął życie na nowo. Stary dom w Kalum, w którym Hyruganowie mieszkali przez dwanaście lat, wciąż przypominał mu o zmarłej żonie, więc Bansja nalegała na przeprowadzkę w głąb lądu. Ten pomysł spodobał się Majukowi, który mimo szczerych chęci po pewnym czasie miał już dosyć smutków i żali ojca. Pierworodny syn Nausara zorganizował transport dobytku po okazyjnej cenie i obiecał pomoc przy wznoszeniu chaty. Po kilku miesiącach błagań głowa rodziny ostatecznie została przekonana i razem wyruszyli w poszukiwaniu dogodnej siedziby. Osiedli na górzystym terenie, niecałe dwieście pięćdziesiąt dramekanów na wschód od Kalum. Rejony te dopiero były kolonizowane, więc mogli przebierać pomiędzy nienależącymi do nikogo połaciami ziemi. Tsomanowi nie widziało się bytowanie na odludziu, lecz jego brat nie zgodził się na to, żeby został razem z nim w Kalum. Pocieszał się świadomością, że za góra rok miał opuścić dom w celu zarobienia pierwszych pieniędzy i znalezienia towarzyszki życia. Druga część planu zakładała ponowne sprowadzenie do rodzinnego gniazda, aby spłodzić potomków oraz pomagać ojcu i macosze w uprawie ziemi i hodowli zwierząt. Ten cel wyznaczony przez Nausara podobał mu się już nieco mniej.
- Drzewo, które przyniosłem do domu, jest dosyć spore. – Tsoman zmienił nagle temat, aby zapobiec kolejnej scysji. - Oporządzenie go zajmie strasznie dużo czasu. Pomożesz mi, tato?
- Oczywiście, synu – odparł Nausar, starając się trzymać emocje na wodzy.
- Miałeś naprawić bramę do stodoły – powiedziała z wyrzutem Bansja.
- Z pewnością znajdziemy na to czas, we dwójkę szybciej się pracuje. - Chłopak po raz kolejny próbował złagodzić nastroje.
---Wszyscy przestali się odzywać i kontynuowali spożywanie posiłku. Tsoman skończył jako pierwszy i zajął nieco wygodniejszą pozycję na krześle. Zostało wykonane ręcznie przez Nausara, który wykształcił się na cieślę długo przed przybyciem na Lokamon. W cały domu można było podziwiać kunszt jego rzemiosła, od przepięknych zdobień na krokwiach po meble zbite z wręcz nadludzką precyzją. Twórca przytulnej posiadłości Hyruganów przeżuł ostatni kęs mięsa i razem z synem wyszli na zewnątrz, żeby pociąć drzewo. Bansja zajęła się sprzątaniem, przeklinając lenistwo mężczyzn, którzy nie raczyli nawet odnieść naczyń do kuchni.
*
---Tsoman obudził się późnym rankiem. Dzień spędzony na ciężkiej pracy mocno dawał się we znaki jego ciału. Zastanawiał się, jakie zdania dostanie do wykonania dzisiaj, w myślach jęcząc nad dolą człowieka nieposiadającego znacznego majątku. Każdy, któremu udało się dotrzeć na Lokamon, miał szansę zostać kimś wielkim. Tsoman słyszał wiele historii o ludziach podejmujących się wypraw w głąb lądu i znajdujących ogromne skarby. Nausar zadowalał się jednak spokojnym żywotem rzemieślnika w pierwszej osadzie na nowym kontynencie, pamiętającej jeszcze czasy sprzed zagłady Fyranu. Chłopak pragnął, żeby jego ojciec był odkrywcą, lecz nie dziwił się, dlaczego nim nie został. Jemu też nie chciałoby się tyle podróżować.
---Powoli otworzył powieki i wyjrzał przez okno. Słońce było już wysoko. Gdzieś w zakamarkach umysłu czaiła się najnowsza opowieść ojca, który wczoraj wieczorem znowu trochę wypił. Nie dowiedział się z niej nic interesującego. Świadomość otrzymania od matki wyjątkowo pięknych ubrań w prezencie na trzecie urodziny wcale nie czyniła go szczęśliwszym. Wygramolił się spod koca, wstał z łóżka, ubrał się i wyszedł ze swojego pokoju do wspólnej izby. Było pusto, Bansja i Nausar pewnie zajmowali się już sprawunkami za zewnątrz. Chata miała jeszcze dwie wydzielone sypialnie, jedną przeznaczoną dla gospodarzy i jedną pustą przygotowaną na powiększenie rodziny. Wzniesienie domu zajęło mnóstwo czasu, a praca była wymagająca nawet po ściągnięciu do pomocy dwóch robotników z pobliskiej osady, niemniej jednak Hyruganowie byli dumni ze swojego dzieła. Piękny odcień drzewa, przypominający nieco bursztyn, dodawał wnętrzu ciepła i przytulnej atmosfery. Tsoman do tej pory pamiętał, jak bardzo męczyli się przy wycince...
---Chłopak zakrztusił się wodą i nieomal wypuścił z rąk dzbanek. To, co zobaczył obok malutkiego pejzażu na pewno było twarzą. I to nie byle kogo. Odłożył naczynie na stół i jeszcze raz spojrzał w tamtą stronę. Ujrzał wizerunek Maniry, relief wystający z równej powierzchni ściany.
- Tsoman, moje dziecko... - przemówiła do niego płaskorzeźba.
- Czym ty jesteś?! - wrzasnął przestraszony młodzieniec.
- Twoją matką, Tsomanie. Nie poznajesz mnie?
---Nie wierzył własnym oczom. To coś było takie rzeczywiste, tak wiernie oddawało wszystkie szczegóły, i na dodatek się poruszało.
- Pewnie mam zwidy. - Tsoman wyparł się zmysłom, nieudolnie próbując mówić spokojnym tonem. - Idź precz, maro!
- Posłuchaj mnie. - Nawet jej głos był identyczny. - Nie wiem, jak się tutaj znalazłam, ale istnieję wewnątrz tego domu...
---Tsoman pospieszył w kierunku drzwi. Relief przesuwał się po ścianie, podążając za nim.
- Zaczekaj! - krzyknęła drewniana Manira.
---Chłopak jednak nie zwrócił na to uwagi i pokręcił głową, jak gdyby chciał otrząsnąć się ze snu. Wyszedł na zewnątrz, uwalniając się od dziwnej halucynacji. Starał się uspokoić i udawać, że nic się nie stało, aby nie wzbudzić podejrzeń. Ruszył w kierunku obory, mając nadzieje znaleźć tam ojca lub Bansję.
***
---Gonitwa myśli przetaczała się przez umysł Tsomana. Nie potrafił przekonać siebie, że został zwiedziony przez własne oczy. Jak każdy rodowity Fyrańczyk wierzył w istnienie duchów, lecz nagłe pojawienie się jego matki na ścianie domu porządnie nim wstrząsnęło. Mędrcy głosili, że dusze po śmierci udają się do raju, gdzie bytują w wiecznej szczęśliwości. Tsoman nie wiedział, dlaczego Manira miałaby nagle wrócić do świata żywych. Po Lokamonie krążyły plotki o ludziach parających się tajemnymi sztukami, którzy podobno byli w stanie uczynić różne cuda. Lecz kto mógłby zakląć osobę w drewnie?
---Chłopak powoli kończył układanie szczapek na rozpałkę w szopce. Wiedział, że prędzej czy później będzie musiał ponownie wejść do chaty, choćby po to, aby coś zjeść. Bał się tego, przewidując, iż dziwnym zachowaniem może zwrócić uwagę ojca i macochy. Gdy spotkał Bansję w oborze, ta uznała, że wygląda na mocno przestraszonego. Wykręcił się koszmarem, który podobno dręczył go w nocy.
---Wcisnął ostatni kawałek rozłupanego pniaka w szparę pomiędzy sufitem a resztą opału i wyszedł z drewutni. Zajrzał do obory, mając nadzieję, że będzie tam któryś z opiekunów i wyznaczy mu kolejne zadanie, odraczając tym samym powrót do domu. Ku rozczarowaniu zastał wyłącznie stałych bywalców, czyli świnie i kozy. Nausar nie wspominał nic o wybieraniu się do lasu. Nie było widać ich w okolicy, więc z pewnością robili coś w chatce. Przebywanie przez dłuższy czas na świeżym powietrzu bez wyraźnego powodu mogło wzbudzić jeszcze większe podejrzenia, zwłaszcza że aura dziś zbytnio nie dopisywała. Zacisnął pięści, po raz kolejny powtórzył w duchu, że nie stało się nic nadzwyczajnego, i ruszył w kierunku domu.
---Siedziba Hyruganów leżała w odległości sześciu dramekanów od Munabu, najbliższej ludzkiej osady, co gwarantowało jej mieszkańcom spokój, lecz z drugiej strony czasami zmuszało do całodziennych wypraw w celu skorzystania z usług kowala czy garncarza. Okolica, w której się osiedlili, była wyjątkowa. Soczyście zielone łąki rozciągały się wśród pagórków, zaś iglaste lasy pokrywały wyższe wzniesienia. W oddali na wschodzie majaczyły ośnieżone granie. Tsoman jednak nie myślał teraz o otaczających go krajobrazach. Niechętnie stawiał krok za krokiem na wydeptanej ścieżce, powoli zbliżając się do chaty. Słyszał stłumione krzyki Bansji i Nausara. Zastanawiał się, o co posprzeczali się tym razem. Na całe szczęście godzenie się przychodziło im łatwiej niż wszczynanie kłótni. Chłopak pociągnął za klamkę i wszedł do środka.
- To na pewno ma jakiś związek z nieczystymi sprawami! - oburzyła się macocha.
- Nie możemy postępować pochopnie. - Ojciec próbował ją uspokoić. - Może chciała nam coś przekazać?
- Najlepiej będzie pójść po Mędrca do Munabu. On coś zaradzi w tej sprawie.
- Gdybyś dała się jej wypowiedzieć, wiedzielibyśmy więcej.
- Jasne, obwiniaj mnie za to, że rzuciłam talerzem w Manirę, bo nagle pojawiła się na naszej ścianie! O mało co nie dostałam ataku serca!
---Tsoman przemieścił się z sieni do wspólnej izby, wprawiając swoich opiekunów w zakłopotanie.
- A co ty tutaj robisz? - zapytał ojciec.
- Ja też widziałem mamę, a raczej jej twarz – powiedział Tsoman, przyznając się tym samym do podsłuchiwania. - Dziś rano, tuż po tym, jak wstałem z łóżka.
- Skoro pojawiła się tu wcześniej, być może wróci ponownie – zauważył Nausar.
- Jestem tu przez cały czas – usłyszeli głos za swoimi plecami. Relief Maniry umiejscowił się tuż obok glinianego kominka.
- Jak to możliwe? - zdziwiła się Bansja.
- Nie mam pojęcia – odparła Manira. - Po prostu znalazłam się tu poprzedniej nocy. Mogę się ukazywać i chować, ale jestem cały czas obecna w tym domu, w ścianach, w podłodze, w dachu.
- Byłaś w raju? - chciał się dowiedzieć Nausar. - Dlaczego wróciłaś do świata żywych?
- Nie widziałam raju. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętam, był moment śmierci.
- Za tym muszą stać jakieś złe siły – stwierdziła macocha Tsomana.
- Nie potrafię powiedzieć, co jest tego przyczyną. Czuję się normalnie, widzę i słyszę to co dzieje się wewnątrz, poprawnie myślę. Tylko, że jestem zaklęta w drewnie...
- Może istnieje jakiś sposób, żeby cię stąd wydostać? - rzekł Nausar z nadzieją w głosie. Oczy Bansji momentalnie zaświeciły się ze złości.
- Powinniśmy umożliwić ci powrót do raju – zasugerowała jedyna kobieta z krwi i kości w towarzystwie. - Poradzimy się Mędrca Jesoma.
- Nie ulega wątpliwości, że lepiej przebywać w raju niż w deskach. Lecz z drugiej strony, cieszę się, że jestem tu z wami. Na pewno macie dużo do opowiedzenia. Wiele rzeczy się pozmieniało... Dosyć szybko zajęłaś się moim mężem, Bansjo.
---Nausar i jego partnerka poczerwienieli ze wstydu. Mężczyzna próbował wytłumaczyć się z podjętej decyzji.
- Nie wiedziałem, że kiedyś wrócisz na ziemię. A po drugiej stronie życia wszyscy kochają się tak samo...
- Mniejsza z tym. Gdzie jest Majuk? Czyżby założył już własną rodzinę?
- Tak. Mieszka w Kalumie razem z Nimeną. Dostaliśmy od nich list trzy oktawy temu, dobrze im się wiedzie, spodziewają się dziecka.
---Tsoman powoli zaczynał mieć dosyć absurdalności obecnej sytuacji. Ojciec był niesamowicie podekscytowany, Bansja zaś mocno zdenerwowana. Żadnemu z nich nie zdawało się jednak przeszkadzać, że prowadzą konwersację z płaskorzeźbą. W pewnym momencie chłopak nie wytrzymał napięcia.
- To nonsens! Czy my jesteśmy nienormalni? Dlaczego rozmawiamy ze ścianą?!
---Obrócił się na pięcie i wybiegł z domu.
***
---W ciągu ostatniej oktawy atmosfera w rodzinie Hyruganów stała się nie do zniesienia. Całe zajście zdziwiło Mędrca Jesoma w równym stopniu co mieszkańców domu. Nie był w stanie pomóc im w żaden sposób, tłumacząc się brakiem wiedzy. Polecił im, aby starali się zachować pokój między sobą i nie wszczynali kłótni. Przychodziło im to jednak z wielkim trudem.
---Bansję denerwowało to, że znajdowali się pod ciągłą obserwacją jej poprzedniczki. Kobiety często obrzucały się uszczypliwymi komentarzami. Macocha Tsomana uważała, że czas Maniry minął i nie powinna się wtrącać w ich życie. Ta z kolei obwiniała Bansję o fałszywość i manipulowanie Nausarem.
---Zachowanie mężczyzny nie sprzyjało budowaniu przyjaznych relacji. Spędzał dużo czasu na rozmowach ze zmarłą żoną, wzbudzając zazdrość u Bansji. Raz przyłapała go na tym, jak całował drewniany relief. Tego dnia najbardziej ucierpiała zastawa stołowa, która skurczyła się niemal do połowy poprzedniego stanu.
---Tsoman mimo początkowej niechęci powoli zaczął akceptować fakt, że matka będzie towarzyszyć im przez dłuższy czas. Pragnął tylko, żeby dorośli wreszcie doszli do porozumienia. Niespodziewany powrót Maniry w dziwnej formie nie zrobił na nim aż takiego wrażenia jak na Nausarze. Strata matki bardzo zabolała chłopaka, jednak zdążył pozbierać się dosyć szybko. Był nauczony dostosowywać się do ciągle zmieniających się warunków. Miał cztery lata, gdy razem z rodzicami i bratem uciekł z trawionego lodowym ogniem kontynentu. Niewyobrażalna katastrofa kosztowała życie większość rozumnych istot stąpających w owym czasie po tym świecie, a przynajmniej tak zdawało się tym, którzy przeżyli. Nie wiedzieli bowiem, czy gdziekolwiek indziej znajdują się zamieszkałe ziemie. Fyran, kolebkę ludzkości, unicestwiła katastrofa przewidziana przez Bezimiennego Proroka. Ci, którzy uwierzyli jego przepowiedniom, zawczasu udali się na Lokamon, położony dwa tysiące dramekanów na wschód. Plotki głosiły, że był znacznie rozleglejszy od Fyranu i nie było na nim śladu tubylców. Jego kolonizację podjęto jeszcze przed zagładą, lecz na stałe przebywało tam nie więcej niż trzy tysiące dusz. Rozsądne szacunki zakładały, że w wyniku masowej emigracji przybyło ich kolejne czterdzieści tysięcy. Niewiele, zważywszy na to, że ciała milionów spoczywały teraz zamrożone na górach lodowych, pływających kawałkach Fyranu. Nadzieję na odbudowę cywilizacji spoczywała na barkach Tsomana i jego rówieśników.
---Syn Nausara był obciążony nie tylko odpowiedzialnością za przyszłość, lecz także kolejną marafmą targaną do domu. Ta miała być już ostatnia, opał ledwo mieścił się w drewutni. Perspektywa końca roboty dodawała mu otuchy, sprawiając, że przyspieszył krok. I tak przybył na miejsce za późno, by zapobiec wydarzeniom, które na zawsze zmieniły jego życie.
---Słup dymu unosił się nad chatą. Chłopak puścił drzewo i podbiegł do niej. Pomarańczowe jęzory ognia trawiły siedzibę Hyruganów, zwęglając miesiące ciężkiej pracy. Bardziej przerażające były jednak dwa nieruchome, zakrwawione ciała leżące na ziemi.
***
- Dlaczego to zrobiłaś?!
- Miałam już dosyć tego obłędu! Nie możemy żyć razem z duchem!
- Ale to był jedyny sposób na kontakt z Manirą!
- Chciałam, ci pomóc. To nie prowadziłoby do niczego...
- Nie chciałaś pomóc mi, chciałaś pomóc sobie! Manira od zawsze ci przeszkadzała! Zapłacisz mi za to, suko!
---Nausar wyciągnął z kieszeni nóż i dźgnął nim Bansję w pierś. Kobieta zawyła z bólu i osunęła się z łoskotem na podłoże. Ojciec Tsomana dyszał ciężko, nabuzowany szaleńczym gniewem. Chaty nie dało się już ugasić, pożar objął cały budynek. Poszedł tylko nakarmić świnie w oborze, a ona wykorzystała to, żeby zniszczyć jego marzenia o odzyskaniu żony. Czuł się całkowicie bezradny. Lecz wiedział, że się mylił. Był jeszcze inny sposób na połączenie się z Manirą.
***
---Tsoman domyślał się, co mogło się stać. W pierwszym momencie żałował, że nie pospieszył się ze ścięciem drzewa. Jednak po chwili uświadomił sobie, że nie zawróci czasu, otarł łzy i zaczął kombinować nad tym, co z tym wszystkim zrobić. Mógłby udać do Munabu i poprosić mieszkańców o pomoc. Hyruganowie czasami odwiedzali wioskę i mieli tam kilku znajomych. Tsoman bał się jednak, że nie uwierzą w to, co im opowie, i obarczą go winą za śmierć Bansji i Nausara. A nawet jeśli jakoś by to wyjaśnił, nosiłby na sobie piętno sieroty, opuszczonego przez los. Nie chciał tego. Wolał nie wracać też do Kalumu. Majuk miał już dosyć własnych problemów. Na Lokamonie czekało mnóstwo miejsc, w których mógł zacząć życie na nowo, samodzielnie. Wybór padł na Vydar, sporą osadę położoną po drugiej stronie lasu, prawie trzynaście dramekanów stąd. Ani on, ani jego opiekunowie nigdy się tam nie zjawili, co gwarantowało pożądaną anonimowość. Zanim wyruszył, musiał jednak chwilę odpocząć, zebrać potrzebne rzeczy i dokończyć kilka spraw. Wykopał skrzynkę z oszczędnościami i puścił zwierzęta wolno, wcześniej wydoiwszy kozę i wypiwszy trochę mleka. To jedyne, czym mógł wypełnić żołądek. Zapasy spłonęły wraz z chatą, a zabicie i przyrządzenie świni zajęłoby zbyt dużo czasu. Dym na pewno przyciągnął uwagę kogoś z Munabu, więc Tsoman uznał, że lepiej będzie jak najszybciej opuścić to miejsce. W duchu dziękował, że nie minęło jeszcze południe. Miał szansę dotrzeć do Vydaru przed zmrokiem.
---Nie zdobył się na pochowanie Bansji i Nausara. Bał się dotknąć ciał, poza tym munabańczycy zyskaliby pewność, że żyje. Co więcej, ręka Nausara zaciśnięta na nożu wbitym we własne żebra jawnie wskazywała na samobójstwo i oczyszczała Tsomana z potencjalnych zarzutów. Tak przynajmniej mu się wydawało.
---Niestety, żadne torby ani plecaki nie ocalały z pożaru, więc nie mógł wziąć ze sobą wiele. Ograniczył się do siekiery, manierki zabranej wcześniej na wyprawę do lasu i ponownie napełnionej mlekiem oraz kilku złotych monet wyciągniętych ze skrytki. Spojrzał jeszcze raz na martwe ciała, zacisnął pięści i ruszył w drogę.
***
- Co tu się stało? - zapytał Cydas.
- Wygląda na poważną sprawę – stwierdziła Paquai. - Dwa trupy, w tym jeden, który najprawdopodobniej sam pozbawił się życia. No i ta zjarana chałupa...
- Rozejrzyjmy się się, może znajdziemy coś ciekawego – zaproponował podróżnik.
---Dwójka objuczonych wędrowców zaczęła kręcić się po okolicy. Natknęli się na niewielką dziurę w ziemi, pustą oborę i szopkę zapchaną drewnem. Najbardziej zaintrygowały ich jednak zgliszcza domu.
- Wygląda na to, że zbudowano ją z dziwnego drzewa, które widzieliśmy w tamtym lesie – powiedziała Paquai, pokazując towarzyszowi kawałek lekko zwęglonej belki.
- Rzeczywiście. Nie rozumiem tylko, po co komu chata wykonana z surowca o tak ogromnej pojemności magicznej?
- Mogli nie być tego świadomi. Ta roślina nie występuje na wybrzeżu. Sądzę, iż jesteśmy pierwszymi, którzy odkryli jej właściwości.
- Musimy przekazać nasze doświadczenia innym. Trzeba jak najprędzej dotrzeć do Kalumu, można też sprzedać trochę opowieści po drodze.
- Spójrz na to... – Paquai wyciągnęła palec w kierunku spalonej deski, na której widniała wyrzeźbiona twarz, zastygła w grymasie strachu.
- Wolę nie wiedzieć czym to jest...
***
---I tak oto rozpoczęło się dorosłe życie Tsomana, przedwcześnie wymuszone przez czyny przez jego ojca, który swoimi opowieściami nieświadomie przeniósł osobowość zmarłej żony na chatę wykonaną z magicznego drewna. Ta historia jest jedną z wielu opowieści o kolonizatorach Lokamonu, wraz z biegiem czasu odkrywających coraz więcej tajemnic otaczającego ich świata...
---Marsz przez las strasznie się dłużył. Trasę znał już na pamięć. Zbliżająca się zima oznaczała częste wyprawy po opał. Ojciec uznał, że lepiej będzie zgromadzić zapasy teraz, niż przedzierać się przez śniegi, by uzupełniać je na bieżąco. Nigdy nie protestował, gdy robota spadała na niego. Lubił samotne spacery, lecz teraz marzył jedynie o ciepłym posiłku.
---Przybywszy na skraj boru, był już w stanie dostrzec chatę otoczoną zaoranym poletkiem. Jej wznoszenie ukończyli całkiem niedawno, bo niecałe cztery oktawy temu. Do budowy użyli pięknego drewna o jasnobrązowym odcieniu. Było wyjątkowo twarde, a przy tym lekkie. Ojciec mówił, że takie drzewa nie rosły na Fyranie. Chłopak nie miał prawa tego pamiętać, więc traktował to jako ciekawostkę. Najważniejsze dla niego było solidność i ciepło, których nie gwarantowało poprzednie schronienie w Kalum na wybrzeżu. Majuk został tam wraz ze swoją narzeczoną. Tsoman nie dziwił się tej decyzji. Brat miał dosyć ojca i chciał założyć własną rodzinę. On sam miał już mocno zszargane nerwy przez postawę Nausara, lecz radzenie sobie w życiu na własną rękę wydawało się jak na razie gorszą opcją.
---Gdy dotarł na miejsce, zostawił drzewo na podwórzu i wszedł do środka. W nozdrza uderzył go zapach duszonego mięsa.
- Co dziś na obiad? - zapytał podochocony.
- Potrawka z polędwicy – odparł ciepły głos należący do kobiety w średnim wieku.
- Doskonale! To moje ulubione danie – wyznał z radością Tsoman.
- Masz taki sam gust jak matka – odezwał się Nausar.
---Młodzieniec nieco posmutniał. Umarła na nieznaną chorobę dwa lata temu. Ojciec nie potrafił się z tym pogodzić. Choć znalazł nową partnerkę, wciąż wspominał o miłości swojego życia. Czasami, kiedy wypił za dużo samogonu, opowiadał młodszemu synowi o ich pierwszych latach spędzonych razem. Tsomanowi miał w zwyczaju ignorować nudzące go historie, i jeśli nie miał ochoty ich słuchać po prostu kładł się spać, lecz Nausar nie zwracał na to uwagi i dalej plótł pogrążony w alkoholowej melancholii.
---Bansja postawiła na stole garnek z przyrządzoną wieprzowiną, po czym doniosła talerze i sztućce. Tsoman usiadł na krześle i grzecznie czekał, aż ojciec i macocha nałożą swoje porcje. Wiele razy zastanawiał się nad tym, jak wielką i niemalże bezwarunkową miłością Bansja musi darzyć Nausara. Ten człowiek żył przeszłością. Prawdziwą uczuciem darzył jedynie Manirę, matkę Tsomana. Kimkolwiek nie byłaby nowa kobieta, i tak traktowałby ją tylko jako gospodynię domową dodatkowo ogrzewającą łoże.
---Zdawało się jednak, że Bansji przynajmniej częściowo to wystarcza. Była samotna przez bardzo długi czas. Jej rodzina zginęła w zagładzie Fyranu. Na statku transportującym uciekinierów poznała Nausara i Manirę i z czasem została najbliższą przyjaciółką rodziny Hyruganów. Choć nigdy wcześniej nie okazywała tego wprost, czuła coś do ojca Tsomana, więc oczywistym faktem było, że po śmierci Maniry prędzej czy później zastąpi ją.
- Dlaczego zamilkliście? Czyżby nie podobało wam się...
- Och, daj spokój, Nausarze – przerwała mu kobieta. - Rozmawialiśmy ten temat setki razy. Ta strata dotknęła cię o wiele bardziej niż kogokolwiek innego, ale nie możesz ciągle babrać się we wspomnieniach.
---Bliscy dokładali wszelkich starań, żeby wdowiec rozpoczął życie na nowo. Stary dom w Kalum, w którym Hyruganowie mieszkali przez dwanaście lat, wciąż przypominał mu o zmarłej żonie, więc Bansja nalegała na przeprowadzkę w głąb lądu. Ten pomysł spodobał się Majukowi, który mimo szczerych chęci po pewnym czasie miał już dosyć smutków i żali ojca. Pierworodny syn Nausara zorganizował transport dobytku po okazyjnej cenie i obiecał pomoc przy wznoszeniu chaty. Po kilku miesiącach błagań głowa rodziny ostatecznie została przekonana i razem wyruszyli w poszukiwaniu dogodnej siedziby. Osiedli na górzystym terenie, niecałe dwieście pięćdziesiąt dramekanów na wschód od Kalum. Rejony te dopiero były kolonizowane, więc mogli przebierać pomiędzy nienależącymi do nikogo połaciami ziemi. Tsomanowi nie widziało się bytowanie na odludziu, lecz jego brat nie zgodził się na to, żeby został razem z nim w Kalum. Pocieszał się świadomością, że za góra rok miał opuścić dom w celu zarobienia pierwszych pieniędzy i znalezienia towarzyszki życia. Druga część planu zakładała ponowne sprowadzenie do rodzinnego gniazda, aby spłodzić potomków oraz pomagać ojcu i macosze w uprawie ziemi i hodowli zwierząt. Ten cel wyznaczony przez Nausara podobał mu się już nieco mniej.
- Drzewo, które przyniosłem do domu, jest dosyć spore. – Tsoman zmienił nagle temat, aby zapobiec kolejnej scysji. - Oporządzenie go zajmie strasznie dużo czasu. Pomożesz mi, tato?
- Oczywiście, synu – odparł Nausar, starając się trzymać emocje na wodzy.
- Miałeś naprawić bramę do stodoły – powiedziała z wyrzutem Bansja.
- Z pewnością znajdziemy na to czas, we dwójkę szybciej się pracuje. - Chłopak po raz kolejny próbował złagodzić nastroje.
---Wszyscy przestali się odzywać i kontynuowali spożywanie posiłku. Tsoman skończył jako pierwszy i zajął nieco wygodniejszą pozycję na krześle. Zostało wykonane ręcznie przez Nausara, który wykształcił się na cieślę długo przed przybyciem na Lokamon. W cały domu można było podziwiać kunszt jego rzemiosła, od przepięknych zdobień na krokwiach po meble zbite z wręcz nadludzką precyzją. Twórca przytulnej posiadłości Hyruganów przeżuł ostatni kęs mięsa i razem z synem wyszli na zewnątrz, żeby pociąć drzewo. Bansja zajęła się sprzątaniem, przeklinając lenistwo mężczyzn, którzy nie raczyli nawet odnieść naczyń do kuchni.
*
---Tsoman obudził się późnym rankiem. Dzień spędzony na ciężkiej pracy mocno dawał się we znaki jego ciału. Zastanawiał się, jakie zdania dostanie do wykonania dzisiaj, w myślach jęcząc nad dolą człowieka nieposiadającego znacznego majątku. Każdy, któremu udało się dotrzeć na Lokamon, miał szansę zostać kimś wielkim. Tsoman słyszał wiele historii o ludziach podejmujących się wypraw w głąb lądu i znajdujących ogromne skarby. Nausar zadowalał się jednak spokojnym żywotem rzemieślnika w pierwszej osadzie na nowym kontynencie, pamiętającej jeszcze czasy sprzed zagłady Fyranu. Chłopak pragnął, żeby jego ojciec był odkrywcą, lecz nie dziwił się, dlaczego nim nie został. Jemu też nie chciałoby się tyle podróżować.
---Powoli otworzył powieki i wyjrzał przez okno. Słońce było już wysoko. Gdzieś w zakamarkach umysłu czaiła się najnowsza opowieść ojca, który wczoraj wieczorem znowu trochę wypił. Nie dowiedział się z niej nic interesującego. Świadomość otrzymania od matki wyjątkowo pięknych ubrań w prezencie na trzecie urodziny wcale nie czyniła go szczęśliwszym. Wygramolił się spod koca, wstał z łóżka, ubrał się i wyszedł ze swojego pokoju do wspólnej izby. Było pusto, Bansja i Nausar pewnie zajmowali się już sprawunkami za zewnątrz. Chata miała jeszcze dwie wydzielone sypialnie, jedną przeznaczoną dla gospodarzy i jedną pustą przygotowaną na powiększenie rodziny. Wzniesienie domu zajęło mnóstwo czasu, a praca była wymagająca nawet po ściągnięciu do pomocy dwóch robotników z pobliskiej osady, niemniej jednak Hyruganowie byli dumni ze swojego dzieła. Piękny odcień drzewa, przypominający nieco bursztyn, dodawał wnętrzu ciepła i przytulnej atmosfery. Tsoman do tej pory pamiętał, jak bardzo męczyli się przy wycince...
---Chłopak zakrztusił się wodą i nieomal wypuścił z rąk dzbanek. To, co zobaczył obok malutkiego pejzażu na pewno było twarzą. I to nie byle kogo. Odłożył naczynie na stół i jeszcze raz spojrzał w tamtą stronę. Ujrzał wizerunek Maniry, relief wystający z równej powierzchni ściany.
- Tsoman, moje dziecko... - przemówiła do niego płaskorzeźba.
- Czym ty jesteś?! - wrzasnął przestraszony młodzieniec.
- Twoją matką, Tsomanie. Nie poznajesz mnie?
---Nie wierzył własnym oczom. To coś było takie rzeczywiste, tak wiernie oddawało wszystkie szczegóły, i na dodatek się poruszało.
- Pewnie mam zwidy. - Tsoman wyparł się zmysłom, nieudolnie próbując mówić spokojnym tonem. - Idź precz, maro!
- Posłuchaj mnie. - Nawet jej głos był identyczny. - Nie wiem, jak się tutaj znalazłam, ale istnieję wewnątrz tego domu...
---Tsoman pospieszył w kierunku drzwi. Relief przesuwał się po ścianie, podążając za nim.
- Zaczekaj! - krzyknęła drewniana Manira.
---Chłopak jednak nie zwrócił na to uwagi i pokręcił głową, jak gdyby chciał otrząsnąć się ze snu. Wyszedł na zewnątrz, uwalniając się od dziwnej halucynacji. Starał się uspokoić i udawać, że nic się nie stało, aby nie wzbudzić podejrzeń. Ruszył w kierunku obory, mając nadzieje znaleźć tam ojca lub Bansję.
***
---Gonitwa myśli przetaczała się przez umysł Tsomana. Nie potrafił przekonać siebie, że został zwiedziony przez własne oczy. Jak każdy rodowity Fyrańczyk wierzył w istnienie duchów, lecz nagłe pojawienie się jego matki na ścianie domu porządnie nim wstrząsnęło. Mędrcy głosili, że dusze po śmierci udają się do raju, gdzie bytują w wiecznej szczęśliwości. Tsoman nie wiedział, dlaczego Manira miałaby nagle wrócić do świata żywych. Po Lokamonie krążyły plotki o ludziach parających się tajemnymi sztukami, którzy podobno byli w stanie uczynić różne cuda. Lecz kto mógłby zakląć osobę w drewnie?
---Chłopak powoli kończył układanie szczapek na rozpałkę w szopce. Wiedział, że prędzej czy później będzie musiał ponownie wejść do chaty, choćby po to, aby coś zjeść. Bał się tego, przewidując, iż dziwnym zachowaniem może zwrócić uwagę ojca i macochy. Gdy spotkał Bansję w oborze, ta uznała, że wygląda na mocno przestraszonego. Wykręcił się koszmarem, który podobno dręczył go w nocy.
---Wcisnął ostatni kawałek rozłupanego pniaka w szparę pomiędzy sufitem a resztą opału i wyszedł z drewutni. Zajrzał do obory, mając nadzieję, że będzie tam któryś z opiekunów i wyznaczy mu kolejne zadanie, odraczając tym samym powrót do domu. Ku rozczarowaniu zastał wyłącznie stałych bywalców, czyli świnie i kozy. Nausar nie wspominał nic o wybieraniu się do lasu. Nie było widać ich w okolicy, więc z pewnością robili coś w chatce. Przebywanie przez dłuższy czas na świeżym powietrzu bez wyraźnego powodu mogło wzbudzić jeszcze większe podejrzenia, zwłaszcza że aura dziś zbytnio nie dopisywała. Zacisnął pięści, po raz kolejny powtórzył w duchu, że nie stało się nic nadzwyczajnego, i ruszył w kierunku domu.
---Siedziba Hyruganów leżała w odległości sześciu dramekanów od Munabu, najbliższej ludzkiej osady, co gwarantowało jej mieszkańcom spokój, lecz z drugiej strony czasami zmuszało do całodziennych wypraw w celu skorzystania z usług kowala czy garncarza. Okolica, w której się osiedlili, była wyjątkowa. Soczyście zielone łąki rozciągały się wśród pagórków, zaś iglaste lasy pokrywały wyższe wzniesienia. W oddali na wschodzie majaczyły ośnieżone granie. Tsoman jednak nie myślał teraz o otaczających go krajobrazach. Niechętnie stawiał krok za krokiem na wydeptanej ścieżce, powoli zbliżając się do chaty. Słyszał stłumione krzyki Bansji i Nausara. Zastanawiał się, o co posprzeczali się tym razem. Na całe szczęście godzenie się przychodziło im łatwiej niż wszczynanie kłótni. Chłopak pociągnął za klamkę i wszedł do środka.
- To na pewno ma jakiś związek z nieczystymi sprawami! - oburzyła się macocha.
- Nie możemy postępować pochopnie. - Ojciec próbował ją uspokoić. - Może chciała nam coś przekazać?
- Najlepiej będzie pójść po Mędrca do Munabu. On coś zaradzi w tej sprawie.
- Gdybyś dała się jej wypowiedzieć, wiedzielibyśmy więcej.
- Jasne, obwiniaj mnie za to, że rzuciłam talerzem w Manirę, bo nagle pojawiła się na naszej ścianie! O mało co nie dostałam ataku serca!
---Tsoman przemieścił się z sieni do wspólnej izby, wprawiając swoich opiekunów w zakłopotanie.
- A co ty tutaj robisz? - zapytał ojciec.
- Ja też widziałem mamę, a raczej jej twarz – powiedział Tsoman, przyznając się tym samym do podsłuchiwania. - Dziś rano, tuż po tym, jak wstałem z łóżka.
- Skoro pojawiła się tu wcześniej, być może wróci ponownie – zauważył Nausar.
- Jestem tu przez cały czas – usłyszeli głos za swoimi plecami. Relief Maniry umiejscowił się tuż obok glinianego kominka.
- Jak to możliwe? - zdziwiła się Bansja.
- Nie mam pojęcia – odparła Manira. - Po prostu znalazłam się tu poprzedniej nocy. Mogę się ukazywać i chować, ale jestem cały czas obecna w tym domu, w ścianach, w podłodze, w dachu.
- Byłaś w raju? - chciał się dowiedzieć Nausar. - Dlaczego wróciłaś do świata żywych?
- Nie widziałam raju. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętam, był moment śmierci.
- Za tym muszą stać jakieś złe siły – stwierdziła macocha Tsomana.
- Nie potrafię powiedzieć, co jest tego przyczyną. Czuję się normalnie, widzę i słyszę to co dzieje się wewnątrz, poprawnie myślę. Tylko, że jestem zaklęta w drewnie...
- Może istnieje jakiś sposób, żeby cię stąd wydostać? - rzekł Nausar z nadzieją w głosie. Oczy Bansji momentalnie zaświeciły się ze złości.
- Powinniśmy umożliwić ci powrót do raju – zasugerowała jedyna kobieta z krwi i kości w towarzystwie. - Poradzimy się Mędrca Jesoma.
- Nie ulega wątpliwości, że lepiej przebywać w raju niż w deskach. Lecz z drugiej strony, cieszę się, że jestem tu z wami. Na pewno macie dużo do opowiedzenia. Wiele rzeczy się pozmieniało... Dosyć szybko zajęłaś się moim mężem, Bansjo.
---Nausar i jego partnerka poczerwienieli ze wstydu. Mężczyzna próbował wytłumaczyć się z podjętej decyzji.
- Nie wiedziałem, że kiedyś wrócisz na ziemię. A po drugiej stronie życia wszyscy kochają się tak samo...
- Mniejsza z tym. Gdzie jest Majuk? Czyżby założył już własną rodzinę?
- Tak. Mieszka w Kalumie razem z Nimeną. Dostaliśmy od nich list trzy oktawy temu, dobrze im się wiedzie, spodziewają się dziecka.
---Tsoman powoli zaczynał mieć dosyć absurdalności obecnej sytuacji. Ojciec był niesamowicie podekscytowany, Bansja zaś mocno zdenerwowana. Żadnemu z nich nie zdawało się jednak przeszkadzać, że prowadzą konwersację z płaskorzeźbą. W pewnym momencie chłopak nie wytrzymał napięcia.
- To nonsens! Czy my jesteśmy nienormalni? Dlaczego rozmawiamy ze ścianą?!
---Obrócił się na pięcie i wybiegł z domu.
***
---W ciągu ostatniej oktawy atmosfera w rodzinie Hyruganów stała się nie do zniesienia. Całe zajście zdziwiło Mędrca Jesoma w równym stopniu co mieszkańców domu. Nie był w stanie pomóc im w żaden sposób, tłumacząc się brakiem wiedzy. Polecił im, aby starali się zachować pokój między sobą i nie wszczynali kłótni. Przychodziło im to jednak z wielkim trudem.
---Bansję denerwowało to, że znajdowali się pod ciągłą obserwacją jej poprzedniczki. Kobiety często obrzucały się uszczypliwymi komentarzami. Macocha Tsomana uważała, że czas Maniry minął i nie powinna się wtrącać w ich życie. Ta z kolei obwiniała Bansję o fałszywość i manipulowanie Nausarem.
---Zachowanie mężczyzny nie sprzyjało budowaniu przyjaznych relacji. Spędzał dużo czasu na rozmowach ze zmarłą żoną, wzbudzając zazdrość u Bansji. Raz przyłapała go na tym, jak całował drewniany relief. Tego dnia najbardziej ucierpiała zastawa stołowa, która skurczyła się niemal do połowy poprzedniego stanu.
---Tsoman mimo początkowej niechęci powoli zaczął akceptować fakt, że matka będzie towarzyszyć im przez dłuższy czas. Pragnął tylko, żeby dorośli wreszcie doszli do porozumienia. Niespodziewany powrót Maniry w dziwnej formie nie zrobił na nim aż takiego wrażenia jak na Nausarze. Strata matki bardzo zabolała chłopaka, jednak zdążył pozbierać się dosyć szybko. Był nauczony dostosowywać się do ciągle zmieniających się warunków. Miał cztery lata, gdy razem z rodzicami i bratem uciekł z trawionego lodowym ogniem kontynentu. Niewyobrażalna katastrofa kosztowała życie większość rozumnych istot stąpających w owym czasie po tym świecie, a przynajmniej tak zdawało się tym, którzy przeżyli. Nie wiedzieli bowiem, czy gdziekolwiek indziej znajdują się zamieszkałe ziemie. Fyran, kolebkę ludzkości, unicestwiła katastrofa przewidziana przez Bezimiennego Proroka. Ci, którzy uwierzyli jego przepowiedniom, zawczasu udali się na Lokamon, położony dwa tysiące dramekanów na wschód. Plotki głosiły, że był znacznie rozleglejszy od Fyranu i nie było na nim śladu tubylców. Jego kolonizację podjęto jeszcze przed zagładą, lecz na stałe przebywało tam nie więcej niż trzy tysiące dusz. Rozsądne szacunki zakładały, że w wyniku masowej emigracji przybyło ich kolejne czterdzieści tysięcy. Niewiele, zważywszy na to, że ciała milionów spoczywały teraz zamrożone na górach lodowych, pływających kawałkach Fyranu. Nadzieję na odbudowę cywilizacji spoczywała na barkach Tsomana i jego rówieśników.
---Syn Nausara był obciążony nie tylko odpowiedzialnością za przyszłość, lecz także kolejną marafmą targaną do domu. Ta miała być już ostatnia, opał ledwo mieścił się w drewutni. Perspektywa końca roboty dodawała mu otuchy, sprawiając, że przyspieszył krok. I tak przybył na miejsce za późno, by zapobiec wydarzeniom, które na zawsze zmieniły jego życie.
---Słup dymu unosił się nad chatą. Chłopak puścił drzewo i podbiegł do niej. Pomarańczowe jęzory ognia trawiły siedzibę Hyruganów, zwęglając miesiące ciężkiej pracy. Bardziej przerażające były jednak dwa nieruchome, zakrwawione ciała leżące na ziemi.
***
- Dlaczego to zrobiłaś?!
- Miałam już dosyć tego obłędu! Nie możemy żyć razem z duchem!
- Ale to był jedyny sposób na kontakt z Manirą!
- Chciałam, ci pomóc. To nie prowadziłoby do niczego...
- Nie chciałaś pomóc mi, chciałaś pomóc sobie! Manira od zawsze ci przeszkadzała! Zapłacisz mi za to, suko!
---Nausar wyciągnął z kieszeni nóż i dźgnął nim Bansję w pierś. Kobieta zawyła z bólu i osunęła się z łoskotem na podłoże. Ojciec Tsomana dyszał ciężko, nabuzowany szaleńczym gniewem. Chaty nie dało się już ugasić, pożar objął cały budynek. Poszedł tylko nakarmić świnie w oborze, a ona wykorzystała to, żeby zniszczyć jego marzenia o odzyskaniu żony. Czuł się całkowicie bezradny. Lecz wiedział, że się mylił. Był jeszcze inny sposób na połączenie się z Manirą.
***
---Tsoman domyślał się, co mogło się stać. W pierwszym momencie żałował, że nie pospieszył się ze ścięciem drzewa. Jednak po chwili uświadomił sobie, że nie zawróci czasu, otarł łzy i zaczął kombinować nad tym, co z tym wszystkim zrobić. Mógłby udać do Munabu i poprosić mieszkańców o pomoc. Hyruganowie czasami odwiedzali wioskę i mieli tam kilku znajomych. Tsoman bał się jednak, że nie uwierzą w to, co im opowie, i obarczą go winą za śmierć Bansji i Nausara. A nawet jeśli jakoś by to wyjaśnił, nosiłby na sobie piętno sieroty, opuszczonego przez los. Nie chciał tego. Wolał nie wracać też do Kalumu. Majuk miał już dosyć własnych problemów. Na Lokamonie czekało mnóstwo miejsc, w których mógł zacząć życie na nowo, samodzielnie. Wybór padł na Vydar, sporą osadę położoną po drugiej stronie lasu, prawie trzynaście dramekanów stąd. Ani on, ani jego opiekunowie nigdy się tam nie zjawili, co gwarantowało pożądaną anonimowość. Zanim wyruszył, musiał jednak chwilę odpocząć, zebrać potrzebne rzeczy i dokończyć kilka spraw. Wykopał skrzynkę z oszczędnościami i puścił zwierzęta wolno, wcześniej wydoiwszy kozę i wypiwszy trochę mleka. To jedyne, czym mógł wypełnić żołądek. Zapasy spłonęły wraz z chatą, a zabicie i przyrządzenie świni zajęłoby zbyt dużo czasu. Dym na pewno przyciągnął uwagę kogoś z Munabu, więc Tsoman uznał, że lepiej będzie jak najszybciej opuścić to miejsce. W duchu dziękował, że nie minęło jeszcze południe. Miał szansę dotrzeć do Vydaru przed zmrokiem.
---Nie zdobył się na pochowanie Bansji i Nausara. Bał się dotknąć ciał, poza tym munabańczycy zyskaliby pewność, że żyje. Co więcej, ręka Nausara zaciśnięta na nożu wbitym we własne żebra jawnie wskazywała na samobójstwo i oczyszczała Tsomana z potencjalnych zarzutów. Tak przynajmniej mu się wydawało.
---Niestety, żadne torby ani plecaki nie ocalały z pożaru, więc nie mógł wziąć ze sobą wiele. Ograniczył się do siekiery, manierki zabranej wcześniej na wyprawę do lasu i ponownie napełnionej mlekiem oraz kilku złotych monet wyciągniętych ze skrytki. Spojrzał jeszcze raz na martwe ciała, zacisnął pięści i ruszył w drogę.
***
- Co tu się stało? - zapytał Cydas.
- Wygląda na poważną sprawę – stwierdziła Paquai. - Dwa trupy, w tym jeden, który najprawdopodobniej sam pozbawił się życia. No i ta zjarana chałupa...
- Rozejrzyjmy się się, może znajdziemy coś ciekawego – zaproponował podróżnik.
---Dwójka objuczonych wędrowców zaczęła kręcić się po okolicy. Natknęli się na niewielką dziurę w ziemi, pustą oborę i szopkę zapchaną drewnem. Najbardziej zaintrygowały ich jednak zgliszcza domu.
- Wygląda na to, że zbudowano ją z dziwnego drzewa, które widzieliśmy w tamtym lesie – powiedziała Paquai, pokazując towarzyszowi kawałek lekko zwęglonej belki.
- Rzeczywiście. Nie rozumiem tylko, po co komu chata wykonana z surowca o tak ogromnej pojemności magicznej?
- Mogli nie być tego świadomi. Ta roślina nie występuje na wybrzeżu. Sądzę, iż jesteśmy pierwszymi, którzy odkryli jej właściwości.
- Musimy przekazać nasze doświadczenia innym. Trzeba jak najprędzej dotrzeć do Kalumu, można też sprzedać trochę opowieści po drodze.
- Spójrz na to... – Paquai wyciągnęła palec w kierunku spalonej deski, na której widniała wyrzeźbiona twarz, zastygła w grymasie strachu.
- Wolę nie wiedzieć czym to jest...
***
---I tak oto rozpoczęło się dorosłe życie Tsomana, przedwcześnie wymuszone przez czyny przez jego ojca, który swoimi opowieściami nieświadomie przeniósł osobowość zmarłej żony na chatę wykonaną z magicznego drewna. Ta historia jest jedną z wielu opowieści o kolonizatorach Lokamonu, wraz z biegiem czasu odkrywających coraz więcej tajemnic otaczającego ich świata...
Subscribe to:
Posts (Atom)