Showing posts with label metafizyka. Show all posts
Showing posts with label metafizyka. Show all posts

Friday, September 7, 2018

Terrapercepcja

Zwycięski szort z konkursu "Morskie Oko" organizowanego na przełomie lat 2017/2018 na portalu Nowej Fantastyki: https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/19800

Sunday, February 5, 2017

Zabawki

Wszelkie istnienie ograniczało się do wielkiej kuli pełnej błota i skał oraz wiszącego nad nią błękitnego nieba.Wszelkie istnienie ograniczało się do wielkiej kuli pełnej błota i skał oraz wiszącego nad nią błękitnego nieba.

Drobiny tworzyły ogromne struktury, perfekcyjne w swej stateczności i nieożywieniu. Przemiany zachodziły powoli, zgodnie ze ślepym losem.

Ból, strach, miłość i szczęście pozostawały nieodkryte. Nie było świadomości, która mogła ich doznać.

I wtedy zjawił się On. Niektórzy mówią, że więzy krwi łączyły Go z Krukiem, który zbawił świat cierpieniem.

Gawron.

Przemierzał przestworza, myśląc o różnych sprawach. Po pewnym czasie podróż okazała się nużąca. Pozbawiona celu.

Zmęczony Ptak wylądował na ziemi. Bezkres gliny, bazaltu i gnejsu przyprawiał Go o smutek. W tym doskonałym, uśpionym świecie Gawron był sam.

Nagle poczuł, że może to zmienić. Powołać do życia coś na Swój obraz, ruchomego i zmiennego.

Gawron kreował. Lepił za pomocą woli coraz to nowe kształty, po czym wkładał w nie tchnienie, by tak jak On przemieniały otoczenie. Nazwał je zabawkami.

Powierzchnia cichej, martwej bryły wypełniła się gwarem. Posiadły ją rośliny i zwierzęta, także i takie, których dłonie oraz umysły miały moc stwórczą niemalże równą tej Gawrona.

Ptak ucieszył się. Nie był już odosobniony. Istoty kochały Go. Niektóre otoczyły Gawrona czcią, choć wcale o to nie prosił.

Lecz radość nie trwała długo. Zabawki różniły się od skał i gleb. Nie mogły być idealne, choć Gawron włożył w ich powstanie całe serce. Przekonał się, że Jego dzieci zaznają wiele złego.

Kreatury były kruche. Umierały przez wypadki. Pożerały siebie nawzajem. Wciąż walczyły, zadając innym ból.

Ludzie, najbardziej złożone z dzieł Ptaka, wręcz uczynili z rywalizacji obrzydliwą sztukę. Przelewali myśli w Słowa, za które gotowe byli zabijać i okaleczać braci. Nie zważali na nic. Jednocześnie użalali się nad własnym życiem. Część znienawidziła Gawrona za to, że nim ich obdarzył. Nazwała Go Demiurgiem i oskarżyła o wykorzystanie do samolubnych celów.

Gawron nie potrafił pomóc zabawkom. Nawet tym, które nie zapomniały o Stworzycielu i wciąż Go wzywały. Czuł się winny, że skazał tak wielu na cierpienie.

Zapragnął, by obrócić wszystko z powrotem w proch, aby potem mógł odlecieć i pogrążyć się w szaleństwie. Lecz wtedy usłyszał głos jednej z zabawek. Młodego człowieka umierającego na straszliwą zarazę.

– Dziękuję za to, że żyłem – powiedział chłopiec.

– Dlaczego? – zdziwił się Gawron. – Czyż nie sprowadziłem na ciebie niedoli?

– Owszem. Ale również dzięki Tobie oglądałem wschodzące słońce. Poczułem smak świeżego chleba w ustach. Przytulałem się do matki. To piękne.

Demiurg przybył do miejsca, w którym przebywało dziecko. Leżało na łożu, oczekując na nadchodzącą śmierć.

– Znam cię – rzekł Ptak tuż po wylądowaniu na wezgłowiu. – Wpadłeś do strumienia i zaziębiłeś się. Nie masz do Mnie żalu o to, że mogło być inaczej? Że mogłeś przeżyć jeszcze wiele lat w zdrowiu?

– Nie lubię się zastanawiać nad tym, czego nie ma – odparł chłopiec. – Wolę cieszyć się z tego, co jest.

– Jesteś tylko zabawką w Mych skrzydłach. Powinno cię to przerażać.

– Zabawki lubią każdą chwilę, jaką spędza z nimi ich posiadacz.

Dziecko wydało ostatnie tchnienie, a jego duch połączył się z Gawronem.

Ptak zapłakał. I zrozumiał.

Choć nie potrafił dać wszystkiego Swym dzieciom, dał im naprawdę wiele.Drobiny tworzyły ogromne struktury, perfekcyjne w swej stateczności i nieożywieniu. Przemiany zachodziły powoli, zgodnie ze ślepym losem.
Ból, strach, miłość i szczęście pozostawały nieodkryte. Nie było świadomości, która mogła ich doznać.
I wtedy zjawił się On. Niektórzy mówią, że więzy krwi łączyły Go z Krukiem, który zbawił świat cierpieniem.
Gawron.
Przemierzał przestworza, myśląc o różnych sprawach. Po pewnym czasie podróż okazała się nużąca. Pozbawiona celu.
Zmęczony Ptak wylądował na ziemi. Bezkres gliny, bazaltu i gnejsu przyprawiał Go o smutek. W tym doskonałym, uśpionym świecie Gawron był sam.
Nagle poczuł, że może to zmienić. Powołać do życia coś na Swój obraz, ruchomego i zmiennego.
Gawron kreował. Lepił za pomocą woli coraz to nowe kształty, po czym wkładał w nie tchnienie, by tak jak On przemieniały otoczenie. Nazwał je zabawkami.
Powierzchnia cichej, martwej bryły wypełniła się gwarem. Posiadły ją rośliny i zwierzęta, także i takie, których dłonie oraz umysły miały moc stwórczą niemalże równą tej Gawrona.
Ptak ucieszył się. Nie był już odosobniony. Istoty kochały Go. Niektóre otoczyły Gawrona czcią, choć wcale o to nie prosił.
Lecz radość nie trwała długo. Zabawki różniły się od skał i gleb. Nie mogły być idealne, choć Gawron włożył w ich powstanie całe serce. Przekonał się, że Jego dzieci zaznają wiele złego.
Kreatury były kruche. Umierały przez wypadki. Pożerały siebie nawzajem. Wciąż walczyły, zadając innym ból.
Ludzie, najbardziej złożone z dzieł Ptaka, wręcz uczynili z rywalizacji obrzydliwą sztukę. Przelewali myśli w Słowa, za które gotowe byli zabijać i okaleczać braci. Nie zważali na nic. Jednocześnie użalali się nad własnym życiem. Część znienawidziła Gawrona za to, że nim ich obdarzył. Nazwała Go Demiurgiem i oskarżyła o wykorzystanie do samolubnych celów.
Gawron nie potrafił pomóc zabawkom. Nawet tym, które nie zapomniały o Stworzycielu i wciąż Go wzywały. Czuł się winny, że skazał tak wielu na cierpienie.
Zapragnął, by obrócić wszystko z powrotem w proch, aby potem mógł odlecieć i pogrążyć się w szaleństwie. Lecz wtedy usłyszał głos jednej z zabawek. Młodego człowieka umierającego na straszliwą zarazę.
– Dziękuję za to, że żyłem – powiedział chłopiec.
– Dlaczego? – zdziwił się Gawron. – Czyż nie sprowadziłem na ciebie niedoli?
– Owszem. Ale również dzięki Tobie oglądałem wschodzące słońce. Poczułem smak świeżego chleba w ustach. Przytulałem się do matki. To piękne.
Demiurg przybył do miejsca, w którym przebywało dziecko. Leżało na łożu, oczekując na nadchodzącą śmierć.
– Znam cię – rzekł Ptak tuż po wylądowaniu na wezgłowiu. – Wpadłeś do strumienia i zaziębiłeś się. Nie masz do Mnie żalu o to, że mogło być inaczej? Że mogłeś przeżyć jeszcze wiele lat w zdrowiu?
– Nie lubię się zastanawiać nad tym, czego nie ma – odparł chłopiec. – Wolę cieszyć się z tego, co jest.
– Jesteś tylko zabawką w Mych skrzydłach. Powinno cię to przerażać.
– Zabawki lubią każdą chwilę, jaką spędza z nimi ich posiadacz.
Dziecko wydało ostatnie tchnienie, a jego duch połączył się z Gawronem.
Ptak zapłakał. I zrozumiał.
Choć nie potrafił dać wszystkiego Swym dzieciom, dał im naprawdę wiele.

Wednesday, June 22, 2016

Czas czasu

Fizyka nie należała do ulubionych przedmiotów Marcela. Rok szkolny dopiero się zaczynał, a już niedługo pierwsza kartkówka… Na szczęście zakres materiału ograniczał się do podstawowych pojęć. Dłużące się powroty autobusem do domu były doskonałym momentem, by je sobie przypomnieć. Czarnowłosy licealista otworzył opasły podręcznik i zaczął zgłębiać jego tajemnice.

Wielkości fizyczne możemy podzielić na skalarne oraz wektorowe. Przykładem wielkości skalarnej jest czas.

Te dwa zdania zdołały już znudzić Marcela. Żałował, że nie wziął ze sobą słuchawek, mógłby zrelaksować się przy muzyce. Zerknął na chwilę na krajobraz za oknem, po czym z powrotem skierował wzrok na książkę.

Przykładem wielkości wektorowej jest czas.

Zaraz, czy przed chwilą nie przeczytał zupełnie odmiennego twierdzenia? Pewnie rozkojarzył się i pomieszał słowa.

Zrozumienie tej kwestii jest wyjątkowo ważne, dlatego poświęcimy jej sporo uwagi. Zacznijmy od omówienia każdej ze składowych wektora w trójwymiarowym układzie współrzędnych kartezjańskich. Składowa x jest niczym innym jak chronologią zdarzeń, określeniem ich kolejności oraz odstępów między nimi. Jej przyrost możemy zaobserwować na co dzień. Wystarczy spojrzeć przed siebie.

Zdziwiony Marcel podniósł na chwilę głowę. Nie zauważywszy niczego ciekawego, wrócił do lektury.

Nieco rzadszym zjawiskiem jest wektor z ujemną składową x, znany kolokwialnie jako „cofanie czasu”. Kończąc czytać to zdanie, powinieneś go doświadczyć.

Uczeń nagle poczuł, jak pas bezpieczeństwa zaciska się mu na klatce piersiowej. Ludzie w autobusie mówili wspak. Nowiutki solaris również poruszał się do tyłu. Po chwili wszystko wróciło do normy. Podekscytowany nastolatek zaczął pochłaniać kolejne akapity podręcznika.

Przejdźmy do składowej y. Wyznacza ona różnice pomiędzy poszczególnymi wszechświatami w multiwersum. Przykładowo, przesunięcie się o czterdzieści i dwie setne sekundy (jednostka ta odnosi się do wszystkich wektorów, nie obdarzonych wyłącznie składową x) w kierunku -y oznaczałoby przeniesie się do świata o identycznym wieku, w którym Hitler wygrał II wojnę światową. Zademonstrujmy to.

Obraz przed oczami Marcela rozmazał się, a moment później wyostrzył. Na ulicznych latarniach wisiały flagi ze swastykami. Współpasażerowie posługiwali się niemieckim, tymże językiem zapisano też hasła na bilbordach reklamowych.

Składowa z bywa również nazywana składową metafizyczną, gdyż w odróżnieniu od dwóch poprzednich nie jest związana z materią, a z planem astralnym. Definiuje ona stany duszy, w jakich znajdują się istoty w danym wszechświecie i chwili. Dla przykładu przeniesiemy czytelnika do metawersum, w którym jego ciało astralne jest oświecone i wyzwolone.

Wszystko zdawało się zwyczajne. Autobus pędził do przodu, ludzie rozmawiali po polsku. Lecz Marcel odczuwał niesamowite uniesienie i lekkość, nagle jego życie nabrało niesamowitej głębi…

Znając wartości wszystkich składowych możemy dokładnie określić wektor czasu. Jeżeli zaczepilibyśmy w punkcie (0,0) układu współrzędnych, uzyskalibyśmy obiekt, który byłby tym, czym jest wektor położenia dla przestrzeni. Pozostaje jeszcze kwestia czwartego wymiaru dla czasu, tak zwanego „czasu czasu”. Byt umiejscowiony w danym punkcie przestrzeni, wszechświecie, momencie chronologicznym i stanie metafizycznym, nie przebywa tam wiecznie, lecz przez określony czas czasu. Oznacza to, że jakaś inna istota może lub mogła znaleźć się w tym samym położeniu, zarówno przestrzennym, jak i czasowym. Aby to zobrazować, sam autor podręcznika zajmie pozycje zajęte wcześniej przez czytelnika.

Marcel nie siedział już przy oknie. Stał obok kasownika, patrząc, jak dziwna, zakapturzona postać spoczywa na jego miejscu, cofa się w czasie, podróżuje do równoległego świata, pogrąża się w duchowej ekstazie. I chłopak znów wrócił pod okno.

Czas czasu również rozbiega się w czterech wymiarach, z których ostatni nosi nazwę czasu czasu czasu. Nie istnieją kolejne podskładowe czasu, gdyż trójca jest bytem perfekcyjnym. Mamy więc siedem wymiarów czasowych i trzy przestrzenne, w sumie dziesięć. Spekuluje się również o istnieniu jeszcze jednego, Boskiego Wymiaru, który kompletowałby obraz jedenastowymiarowej przestrzeni opisywanej przez M-Teorię. Zagadnienia te jednak znacznie wykraczają poza obszar fizyki nauczanej w liceum. Omówimy teraz przykłady wielkości skalarnych…

Marcel zauważył, że podręcznik zmienił swój wygląd. Kartki zżółkły, zamiast śliskiej okładki pod palcami czuł drewnianą oprawę. Uczeń zamknął księgę i spojrzał na tytuł.
 
Symetria firmamentu, czyli kilka słów o Rzeczywistości
autorstwa
Nikczemnego Gnostyka

Monday, February 8, 2016

Nieoficjalny Jah

 Kolejna nudna wycieczka. Rozkrzyczane dzieci siostry powoli doprowadzały Pawła do szału. W sumie nie wiedział, dlaczego się na to zgodził. Chyba wyłącznie ze względu na matkę i jej gadkę o zacieśnianiu rodzinnych więzi. Tak bardzo chciałby, żeby poza pieniędzmi na utrzymanie czasami dawała mu jeszcze spokój.

Lato w pełni. Upał był niemiłosierny. Jola po raz kolejny upomniała swoje bachory, żeby tak nie biegały, bo się przewrócą i spadną im lody, a ona nie będzie po raz kolejny kupowała nowych. Paweł snuł się powoli za nimi, sącząc mineralną z butelki i przeklinając gruczoły potowe. Na szczęście to już prawie koniec. Łebki chcą jeszcze tylko zobaczyć lwy i spadamy do domu. Z powrotem w chłodzonym wentylatorem pokoju, jedząc pizzę, śliniąc się do zdjęć pięknych dziewczyn, grając w durne strzelanki online dla zabicia czasu bądź ucząc się jakichś pierdół, które i tak potem nie przydadzą się w karierze zawodowej. Życie nie miało sensu. Nic, tylko wykonywanie obowiązków i konsumpcja. Wszystko sprowadzało się wyłącznie do zaspokajania bazowych potrzeb. Miał tego dość.

Przytłoczony egzystencjalnym ciężarem Paweł usiadł na ławce tuż przed wybiegiem dla lwów. Dzieci Joli przylgnęły do pancernej szyby w nadziei na wypatrzenie dzikich kotów. Nic z tego. Drapieżniki pewnie leżały gdzieś w wysokich trawach, rozleniwione brakiem konieczności samodzielnego zdobywania pożywienia. Paweł niemal zzieleniał z zazdrości na samą myśl o tym, że on mógłby się pogrążyć w takim błogostanie...

Minęło kilka chwil, a lwów ani śladu. Rozczarowane maluchy nie miały zamiaru odchodzić od wybiegu mimo usilnych nalegań mamy. W końcu Jola straciła cierpliwość i zagroziła, że pójdzie bez nich. Jej brat zaczął podnosić się z ławki, licząc na to, że wreszcie opuszczą ten przeklęty ogród zoologiczny.

Lecz nagle zrobiło się ciemno i zimno. Na niebie jednolitemu błękitowi ustąpił granat okraszony świecącymi punktami. Wystraszony Paweł rozejrzał się dookoła. Zwiedzający gdzieś zniknęli, cała infrastruktura zresztą też. Nic, tylko morze trawy smagane wichrem i wielkie baobaby.

Chłopak nie miał pojęcia, co się stało. Usłyszał donośny ryk. Ogarnęło go przerażenie, lecz nie mógł uciekać. Stał sparaliżowany, modląc się , by to wszystko okazało się jedynie halucynacją. Z gęstwiny wyłonił się potężny lew z ciemnobrązową grzywą. Majestatycznie kroczył w kierunku człowieka, zupełnie jakby wiedział, że ten nie jest w stanie się oddalić.

- Nie bój się – przemówił grubym głosem drapieżnik. - Jestem tu dla ciebie. Usiądź.
Paweł wykonał polecenie lwa. Dalej nie był do końca pewny tego, co się dzieje. Dziki kot podszedł bliżej i położył się przy nim.
- Posłuchaj teraz uważnie – ciągnął dalej król zwierząt. - Może uznasz to wszystko za objawienie, może stwierdzisz, że sam to wymyśliłeś albo wyśniłeś. Nieistotne. Chcę, żebyś wiedział jedno. Nie powinieneś się zadręczać.
Paweł w głębi duszy powoli czuł, jak lęk ustępuje. Zdawał sobie sprawę z surrealizmu sytuacji i dobrych, choć jeszcze niezrozumiałych intencji czworonożnego rozmówcy.
- Czym ja się zadręczam? - zapytał, nagle wątpiąc w to, co konstytuowało jego osobowość.
- Bezsensem – odparł lew. - Wiarą w to, że wszystkie działania są w dłuższej perspektywy pozbawione znaczenia. Nawet jeśli rzeczywiście światem kierują wyłącznie ślepy los i naturalne popędy, to czy poddanie się temu faktowi czyni cię szczęśliwym?

Milczenie. Ciszę zakłócał jedynie szum wiatru.

- Sam możesz wyznaczyć, co chcesz osiągnąć i dążyć do tego z całej siły. Gdyby ci się nie udało, obierzesz inny cel. Wydaje się głupie, lecz dzięki temu będziesz miał coś, na czym oprzesz życie. Coś niekoniecznie nadprzyrodzonego czy wielkiego, lecz własnego.
- Dlaczego mi o tym mówisz? - Paweł złapał się na tym, że mimowolnie zaczął głaskać zwierzę po grzbiecie.
- Bo mi na tobie zależy. Mnie, Lwowi Judy, prawdziwemu Mesjaszowi.
- Nie rozumiem. Dlaczego akurat na mnie, bezwartościowemu młokosowi? Czy nie lepiej było zainteresować się jakimś szanowanym człowiekiem?
- Szanowani ludzie za mną nie przepadają – wyznał Mesjasz. - Interesuje ich tylko kodeks i rytuał, a widzisz, ja lubię załatwiać sprawy nieoficjalnie...

Wtem znów zrobiło się jasno, a wielki kot znalazł się za pancerną szybą. Chłopak zorientował się, że znów znajduje się w zoo i siedzi na murze otaczającym wybieg.

- Hej, Paweł! – usłyszał głos siostry. - Zbieraj się, idziemy. Gapisz się od dwóch minut na tego lwa jak jakiś wariat. Znowu odpłynąłeś w ten swój świat fantazji?


Monday, November 23, 2015

Jesus Christ de Broglie

Niedziela, słoneczne popołudnie. Siedzę na ławce w parku, jem kanapkę, piję sok pomarańczowy z kartonika. I wkurwiam się, bo zapomniałem ipoda z domu, więc muszę słuchać bredni wygadywanych przez przechodniów.

– Mamo, a to prawda, że Bóg jest wszędzie?

– Tak, koteczku, tylko go nie widać.

– Mamo, a ile lat ma Bóg?

– Nieskończoność. Istniał od zawsze.

– Mamo, a nieskończoność to więcej niż milion?

– Tak, koteczku.

Pierdolenie o Szopenie. Wciąż te same tematy. Polityka, choroby, czyj chłopak przespał się z Anką, durne pytania dzieci. Tylko dlaczego ten krzak się pali?

– Psycholu, Psycholu! – Na dodatek jeszcze gada. Przysięgam, przez ostatnie dwa tygodnie nawet nie piłem.

– Czego? – spytałem, zorientowawszy się, że chodzi o mnie.

– Jam jest Pan, twój Bóg, który…

– Nie powinieneś mówić mi tego na jakiejś górze? – zauważyłem. – Ta akcja z gorejącym krzewem była chyba trochę wcześniej.

– Nieważne. Słuchaj, bo nie będę powtarzał dwa razy, i najlepiej gdzieś to sobie zapisz. Lambda równa się ha przez em razy fał. I my zatem mając dokoła siebie takie mnóstwo świadków, odłożywszy wszelki ciężar, a przede wszystkim grzech, który nas łatwo zwodzi, winniśmy wytrwale biec w wyznaczonych nam zawodach. Niech zaś dla was, umiłowani, nie będzie tajne to jedno, że jeden dzień u Pana jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień. Nie będziesz oglądał mojego oblicza, gdyż żaden człowiek nie może oglądać mojego oblicza. No i tyle w temacie.

Cyprysik gaśnie, rozglądam się dookoła. Ludzie dalej łażą wte i wewte jak gdyby nigdy nic. Ale faza. Zaczynam rozmyślać o tym, co przekazał mi Bóg. Najpierw podał mi wzór na falę materii. Potem zaczął rzucać jakimiś cytatami z Biblii. Zdają się być zupełnie niezwiązane ze sobą, ale gdyby je tak skorelować z tymi pytaniami, które przed chwilą mała dziewczynka zadawała swojej mamie… Eureka.

Grzech to ciężar. Ciężar to masa razy grawitacja. Bóg jest bez grzechu, więc nie ma masy. Jeśli masa będzie zdążać do zera, to długość fali będzie zdążać do nieskończoności. Bóg jest rozmyty w całym kosmosie. Jest wszędzie.

Jeden dzień jak tysiąc lat. Teoria względności. Jeśli Bóg poruszałby się z prędkością światła, to czas dla niego stałby w miejscu. Jest wieczny.

Żaden człowiek nie może oglądać mojego oblicza. Nawet taki elektron jest zbyt mikry, żeby odbił się od niego jakikolwiek strumień fotonów i dałoby radę uzyskać jego obraz. Bóg mógłby być jeszcze mniejszy, na przykład mierzyć długość Plancka. Nie widać Go.

Czy to oznacza, że Bóg jest niesamowicie małą cząstką bez masy poruszającą się z prędkością światła? Przez porównanie do dualizmu korpuskularno-falowego można by też jakoś wytłumaczyć jednoczesną boską i ludzką naturę Jezusa…


 Pewnie coś pokręciłem, a i tak nikt by mi nie uwierzył. Muszę zbierać się do domu. Jest wpół do czwartej, chyba ściągnął mi się już nowy Fallout…

Thursday, July 30, 2015

"Najeźdźcy"

---Skłonność człowieka do sporów jest rzeczą niebywałą. Pomimo naszej wybitnej inteligencji i zdolności do przewidywania, potrafimy ze wściekłym uporem bronić swoich racji, chociaż w większości przypadków ugoda okazałaby się znacznie lepszym wyjściem prowadzącym do obopólnej korzyści…
---Od początku byłem przekonany, że musi stać za tym coś więcej. Teraz, gdy zostałem oświecony przez Świętą Mądrość, jestem w stanie badać całą sprawę z szerszej perspektywy.
---Nie ulega wątpliwości, że natura ludzka jest dwoista. Oprócz ciała fizycznego posiadamy również astralne, dzięki któremu jesteśmy w stanie pojmować i wchodzić w interakcję z bytami abstrakcyjnymi, funkcjonującymi jedynie w świecie idei. Obydwie te części są w stanie wzajemnie na siebie wpływać.
---Ta wyjątkowa cecha sprawiła, że zaczęły się nami interesować wyższe formy istnienia egzystujące wyłącznie w sferze duchowej. Z racji tego, iż materialna forma jest dla nich niedostępna, starają się oni kompensować jej brak poprzez kontakt z nami.
---Ktoś mógłby spytać, do czego my, zwykli śmiertelnicy, jesteśmy im potrzebni. Otóż spiritus movens Najeźdźców (będę posługiwał się tą nazwą dla uproszczenia) są konflikty rozumiane jako ścieranie się ze sobą odmiennych idei. Ich zajście jest możliwe w świecie metafizycznym, jednakże z racji jego wielopłaszczyznowości jest niezmiernie rzadkie. Świat fizyczny zaś obfituje w nie dzięki logicznemu uporządkowaniu zezwalającemu na istnienie jedynie jednego stanu faktycznego. Gatunek homo sapiens jest nośnikiem wprowadzającym abstrakcyjne koncepcje do sfery materialnej i walczącym o ich realizację kosztem innych. Następstwem tego faktu jest to, iż w interesie Najeźdzców jest podtrzymywanie tego stanu rzeczy poprzez niezauważalne dla Nieoświeconych manipulacje.
---Choć ich działalność niezaprzeczalnie nam szkodzi, nie możemy ich za to winić. W końcu każdy byt pragnie się rozwijać...


listopad 2014

Monday, December 29, 2014

"Brud"

O utworze: Szort o rzeczywistości widzianej z nieco szerszej perspektywy.
_________________________________________________________________

---Zawsze byłem nieśmiały. Nie miałem zbyt wielu kolegów. Zamiast na dworze wolałem spędzać czas przy książkach albo komputerze, zaś przebywanie na hałaśliwych szkolnych korytarzach przyprawiało mnie o ból głowy. Na rodzinnych spotkaniach odzywałem się tylko wtedy, gdy mnie o to proszono. Ogólnie rzecz biorąc, relacje interpersonalne nigdy nie należały do ulubionych sfer mojego życia.
---Lecz to, co się dzieje teraz, można określić jedynie mianem istnego koszmaru. Staram się w ogóle nie wychodzić ze swojego mieszkania, jednak czasami jest to nieuniknione - w końcu muszę gdzieś kupować jedzenie i zarabiać pieniądze. Pewnego razu, w akcie desperacji, postanowiłem udać się gdzieś w dzicz i pozostać tam do końca swoich dni. Aby dobrze się do tego przygotować, kupiłem sprzęt warty furę kasy i obejrzałem wszystkie odcinki “Szkoły przetrwania". Po czterech dniach wróciłem do domu głodny, zmarznięty i ostatecznie przekonany, że telewizja kłamie.
---Nie ma dla mnie żadnej ucieczki. To dzieje się wszędzie tam, gdzie są obecni ludzie. Nieważne, czy w pobliżu znajduje się kobieta z dzieckiem, starsza pani, bogacz ubrany w garnitur Armaniego czy miejscowy chuligan. Od każdego z nich, w mniejszym bądź większym stopniu, zalatuje obrzydliwą stęchlizną. Jadąc zatłoczonym autobusem czuję się, jakby ktoś przewoził mnie śmieciarką pełną gnijących odpadów. Niewyobrażalny smród atakuje moje nozdrza na ulicach, w fabryce, w której pracuje, w urzędach, w sklepach. Na całe szczęście mieszkam sam, więc gdy zamykam się w swoim lokum, mogę cieszyć się odrobiną spokoju.
---Sam zapach dałoby się jeszcze wytrzymać. Problem dotyczy również i innych zmysłów. Niektóre jednostki wręcz tryskają ohydną, czarną mazią, oblepiająca wszystko dookoła. Jeśli tylko przejdę koło kogoś, kto ma trochę więcej za pazurami, usta od razu wypełniają mi się goryczą.
---Wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu. Któregoś dnia po prostu obudziłem się i tak już było. Z początku myślałem, że to jedynie halucynacje. Bałem się iść do lekarza, gdyż obawiałem się, że zamkną mnie w psychiatryku. Postanowiłem żyć dalej tak, jakby nic się nie stało. Kumple z roboty zawsze uważali mnie za dziwoląga, więc niewielkie zmiany w zachowaniu, takie jak machinalne zatykanie nosa czy też otrzepywanie się z brudu, którego inni zauważyć nie mogli, nie robiły na nich większego wrażenia. Moi bliscy kontaktują się ze mną sporadycznie, więc jak do tej pory nie zdążyłem wzbudzić u nich większych podejrzeń.
---Po pewnym czasie udało mi się rozgryźć, o co chodzi w tym całym zamieszaniu. Doszedłem do wniosku, że to, co obserwuję, jest niczym więcej jak tylko negatywną energią emitowaną przez ludzi. Choć nigdy zbytnio nie interesowałem się duchowością, magią i innymi tego typu pierdołami, to wytłumaczenie zdaje się dla mnie być jedynym sensownym. Bo niby jak inaczej wyjaśnić to, że intensywność zjawiska zależy od tego, jak wiele złych uczynków popełnia dana osoba? Od tej prawidłowości nie ma wyjątków. Najgorszy rynsztok wylewa się z dresów, bezdomnych alkoholików, bądź też wysoko postawionych ludzi umoczonych w jakieś przekręty. Raz natknąłem się na takiego “ę,ą” w tramwaju. Jechało od niego jak z obory. Dwa tygodnie później jego zdjęcia z czarnym paskiem na oczach widniały na pierwszych stronach gazet.. Okazało się, że był to jakiś profesor uniwersytecki zaangażowany w defraudację publicznych pieniędzy. 
---Na początku też emitowałem całkiem spore ilości tego szlamu. Zmuszony byłem więc przeżyć wewnętrzną przemianę. Przestałem pić, oddaję sporą część pensji na cele charytatywne, nauczyłem się kontrolować swój gniew. Teraz jest już lepiej, nie duszę się tak bardzo we własnych wyziewach.
---Co dziwne, nie zauważyłem, żeby istniała jakakolwiek przeciwwaga dla tej złej aury. Są po prostu ci, którzy produkują jej więcej albo mniej. Czyżby stwierdzenie św. Augustyna było prawdziwe, tyle że w odwrotną stronę? Dobro jest jedynie brakiem zła? Sam nie wiem co o tym myśleć. W głowie mam mętlik. Za dużo naczytałem się o tych wszystkich filozofach…
Piszę to chyba tylko po to, żeby nie zwariować. Papier jest dobrym powiernikiem tajemnic. Znacznie…

***

---Marteen, nie będąc już dłużej w stanie walczyć z chęcią zaspokojenia potrzeby fizjologicznej, odłożył długopis, wstał od biurka i udał się do łazienki. Szybkim krokiem przemierzył niewielką kawalerkę, skorzystał z toalety i umył ręce. Wycierając dłonie spojrzał w lustro. Z wrażenia upuścił ręcznik. Na samym środku czoła, w miejscu, z którego jeszcze niedawno wyrastałem całkiem spory pryszcz, znajdowało się oko. Nieco mniejsze od dwóch pozostałych i pozbawione tęczówki.
---Serce mu zadrżało. Sekundę później ten organ o mało co nie opuścił jego klatki piersiowej. Mężczyzna na swoim ramieniu poczuł czyjąś dłoń, a zwierciadło pokazywało tylko jego odbicie.
Wrzasnął na całe gardło i odwrócił się. Stał teraz twarzą w twarz z osobnikiem ubranym w długi płaszcz z kapturem. On również posiadał nadliczbowy narząd wzroku.
- Spokojnie, synu - powiedział nieznajomy. - Nic ci nie grozi. Przybyłem tu, aby zaprosić cię do wstąpienia do naszego Bractwa. Przed tobą długa droga do Oświecenia...


pażdziernik 2014

"Kruk"

O utworze: Krótka opowiastka filozoficzna w stylu przypowieści.
___________________________________________________________________________

---Wszelkie istnienie zawierało się w obecnym kształcie od zarania dziejów. Nikt nie zadawał pytań o początek. Nikt nie szukał sensu. 
---Byt człowieka wypełniała praca, dzięki której podtrzymywał swoją egzystencję. Niewielkie gromady żyły rozproszone po całym świecie, mieszkając w drewnianych chatach, hodując zwierzęta i uprawiając rośliny. Nie było rządzących ani rządzonych. Każde mienie traktowano jako wspólne. Zazdrość i chciwość pozostawały nieznanymi pojęciami, zaś wzajemną miłość i dobroć uznawano za najważniejsze wartości. Natura oszczędzała swoim dzieciom klęsk żywiołowych i chorób. Dzikie stworzenia nie pożerały siebie nawzajem, lecz podobnie jak ich więksi bracia obdarzeni rozumem, żywiły się wyłącznie roślinami, dostarczanymi w wielkich ilościach przez żyzną ziemię.
---Ludzie byli szczęśliwi. Cieszyli się każdym dniem, jakim obdarzył ich los, aż nadchodził czas odejścia na drugą stronę. Moment ten nie budził jednak w nikim przerażenia. Wszyscy godzili się z tym, że kiedyś już ich nie będzie.
I wtedy pojawił się On. Dotarł na pole leżące nieopodal jednej z wiosek znajdujących się na nizinach. Usiadł na lekko zbutwiałej grzędzieli i tkwił w bezruchu, wpatrując się absolutnie czarnymi oczyma w człowieka zaprzęgającego wołu do radła. Mężczyzna, zauważywszy Kruka, przerwał swoje zajęcie i zaczął go odpędzać, krzycząc i machając rękoma w jego kierunku:
- A kysz! Idź precz!
Lecz On pozostawał niewzruszony. Przechylił głowę na bok, otworzył dziób i powiedział:
- Przybyłem tu, żeby was zbawić.
Człowiek zdumiał się, słysząc, że zwierzę posługuje się ludzką mową. Pomimo tego nie odczuł lęku. Wręcz przeciwnie, gdy Ptak odezwał się do niego, nagle jakby doznał ukojenia. Zbliżył się do Niego i zapytał:
- Co to znaczy: “zbawić”?
- Uwolnić od cierpienia.
---Słowa Kruka, wypowiedziane głosem, który zdawał się wnikać w najmniejsze zakamarki ciała rolnika, skłoniły go do przypuszczenia, iż nie zna On dobrze tutejszych warunków życia.
- Przecież my nie cierpimy. Mamy wszystko, czego nam potrzeba. 
- Mylisz się. Brakuje wam wielu rzeczy.
---Odpowiedź wzbudziła w wieśniaku palącą ciekawość. Ośmielił się więc skierować prośbę o dalsze wyjaśnienia.
- O jakich rzeczach mówisz?
- Dowiecie się o nich w swoim czasie. A teraz usiądź i czekaj.
---Człowiek wykonał polecenie i obaj zamilkli. Po chwili do owego miejsca przybyła jego żona, zaniepokojona nieobecnością męża. Usłyszawszy całą historię, również spoczęła przy radle i obserwowała Ptaka, który wciąż nie zmieniał swojej pozycji.
---Wkrótce na polu znaleźli się wszyscy mieszkańcy wioski, od niemowląt po starców. Otoczyli Go szerokim kręgiem i czuwali.
Mijały dnie i noce, a On nie wydał z siebie choćby dźwięku. Tubylcy jednak wiernie trwali przy Nim, nie odchodząc nawet na krok. Myśleli jedynie o tajemnicach, które wkrótce miały zostać odkryte. Jego obecność wypełniła ich serca tak, że pozostawali obojętni wobec wszystkiego, co działo się dookoła.
---Tydzień później zgromadzeni pomarli już byli z głodu i pragnienia. Zbawiciel, widząc, że spełniły się jego zamiary, rozpostarł skrzydła i odleciał.

***

---Odkupienie po kolei obejmowało kolejne osady. Ludzie, usłyszawszy wieści od wędrowców napotykających skupiska martwych ciał, zlękli się i zaczęli rozpowszechniać plotki między sobą. Do tej pory nie zdarzyło się, żeby ktoś umarł, nie osiągnąwszy mocno dojrzałego wieku. Strach i frasunek wypełniły ten świat. Nikt nie chciał z niego odejść, będąc jeszcze młodym i w pełni sił. 
---Pewnego razu Kruk zjawił się przy kobiecie piorącej ubrania. Usadowił się na okiennicy stojącego w pobliżu domu. Niewiasta, skupiona na swojej pracy, nie zwróciła na Niego uwagi, dopóki nie rzekł do niej:
- Będziesz moją Uczennicą.
---Praczka uniosła wzrok znad balii i spytała:
- Czego chcesz mnie nauczyć?
- Prawdy.
---Zdziwiona niejasną odpowiedzią wieśniaczka zapragnęła, aby została ona jej objaśniona.
- Czym jest prawda?
- Wszystkim, czym myślisz, że nie jest.
---W sposobie, w jakim się wypowiadał, było coś niezwykłego. Jego głos uspokajał rozmówcę tak samo, jak dotyk matki ucisza płaczące dziecko. Odfrunął z parapetu i usiadł na jej ramieniu, po czym szepnął jej do ucha:
- Pójdziemy razem.
---I udali się w nieznane.


***

---Latami podróżowali przez świat, niosąc Zbawienie, które przejawiało się w coraz to nowych formach. Wichury, powodzie i pożogi niszczyły osady. Zarazy trzebiły kolejne gromady. Susze ograniczały zasoby pożywienia, przez co człowiek był zmuszony spożywać mięso, często nawet to, które wcześniej było częścią najbliższej mu osoby. Cenniejsze dobra przywłaszczali sobie ci, którzy byli silniejsi bądź sprytniejsi od innych. Jeden powstał przeciw drugiemu w walce o przetrwanie.
---Gdy ongiś przemierzali odległy las, Uczennica poprosiła Kruka o wytłumaczenie pewnej sprawy, która zaległa jej gdzieś na dnie duszy i nie dawała spokoju.
- Dlaczego sprawiasz, że ludzie cierpią, choć obiecałeś im, że ich od tego wyzwolisz?
- Możesz być wolnym, nawet jeśli twoje ręce oplatają więzy.
---Kobieta zaczęła rozważać słowa Ptaka, lecz nie mogła odgadnąć ich znaczenia.
- Nie rozumiem, o czym mówisz, Mistrzu.
- Musicie się bać, żeby działać. Potrzeba wam czegoś, przed czym możecie uciekać, żeby nie stać w miejscu. Byliście martwi, a ja dałem wam życie. Ujrzą to ci, którzy nastąpią po was.
---Zapadła cisza. Zatrzymali się i usiedli na powalonym konarze, aby odpocząć. Po chwili Zbawiciel oznajmił:
- Co postanowiłem uczynić, uczyniłem. Odchodzę. Zachowaj wszystko to, o czym ci powiedziałem.
---I opuścił ją. Już nikt nigdy potem go nie ujrzał. 


***

- Jesteś świrem, Piter - stwierdził Albert po wysłuchaniu historii. - Chyba nie powiesz mi, że uznajesz to za coś więcej niż tylko mit? 
- Każdy wierzy w to, co uważa za słuszne - odparł Piotr. - Kto wie, jaka może być prawda…
- No dobra, już dobra, tylko błagam, nie zmień mi stancji w miejsce schadzek jakieś sekty!
---Obydwaj mężczyźni wybuchnęli gromkim śmiechem, przerwanym przez wibracje telefonu Alberta. 
- Słuchaj, stary - rzekł odczytując SMS-a. - Muszę cię na chwilę opuścić. Brat chce, żebym go podwiózł do urzędu skarbowego.
---Kolega Piotra pożegnał się z nim i wyszedł z mieszkania. Drugi ze studentów udał się do swojego pokoju, puścił na wieży Hi-Fi jeden z kawałków Marcusa Intalexa, oklapł na krzesło obrotowe i zaczął gapić się w okno.
Nagle, na parapecie po drugiej stronie szyby usiadł spory kruk. 
- Zabierz mnie stąd - poprosił go Piotr. - Mam już dosyć tego. Nie chcę istnieć w tym świecie.
- Niczego nie zrozumiałeś? - zdziwił się Ptak. - Masz tutaj być. To jest twój cel. Sens, który wyznaczyłem tobie i innym ludziom. Iść przez życie i rozwijać się. Nieważne, jak bardzo to boli.
---Zwierzę odfrunęło, zostawiając go samego. Przez moment nie ruszał się jeszcze, rozmyślając. Odwrócił głowę od okna i wstał.
- Lepiej pozmywam naczynia - pomyślał na głos i poszedł do kuchni.

wrzesień 2014