Opowiadania i historie utrzymywane w konwencji fantasy. Przeważnie oscyluję gdzieś na granicach mystical fantasy/metaphysical fiction, chociaż czasami pokuszę się też na sf i inne gatunki. Czasem z humorem, czasem na poważnie. Podziękowania dla wszystkich czytelników i wspierających.
Showing posts with label metafizyka. Show all posts
Showing posts with label metafizyka. Show all posts
Friday, September 7, 2018
Terrapercepcja
Zwycięski szort z konkursu "Morskie Oko" organizowanego na przełomie lat 2017/2018 na portalu Nowej Fantastyki: https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/19800
Sunday, May 7, 2017
"Lustrmiasto"
W najnowszym Wydaniu Specjalnym Szortalu na Wynos znajdziecie moje opowiadanie pt. "Lustrmiasto" - gorąco zachęcam do lektury!
http://szortal.com/node/12093
http://szortal.com/node/12093
Sunday, February 5, 2017
Zabawki
Wszelkie istnienie ograniczało się do wielkiej kuli pełnej błota i skał oraz wiszącego nad nią błękitnego nieba.Wszelkie istnienie
ograniczało się do wielkiej kuli pełnej błota i skał oraz
wiszącego nad nią błękitnego nieba.
Drobiny tworzyły
ogromne struktury, perfekcyjne w swej stateczności i nieożywieniu.
Przemiany zachodziły powoli, zgodnie ze ślepym losem.
Ból, strach, miłość
i szczęście pozostawały nieodkryte. Nie było świadomości, która
mogła ich doznać.
I wtedy zjawił się
On. Niektórzy mówią, że więzy krwi łączyły Go z Krukiem,
który zbawił świat cierpieniem.
Gawron.
Przemierzał
przestworza, myśląc o różnych sprawach. Po pewnym czasie podróż
okazała się nużąca. Pozbawiona celu.
Zmęczony Ptak
wylądował na ziemi. Bezkres gliny, bazaltu i gnejsu przyprawiał Go
o smutek. W tym doskonałym, uśpionym świecie Gawron był sam.
Nagle poczuł, że
może to zmienić. Powołać do życia coś na Swój obraz, ruchomego
i zmiennego.
Gawron kreował.
Lepił za pomocą woli coraz to nowe kształty, po czym wkładał w
nie tchnienie, by tak jak On przemieniały otoczenie. Nazwał je
zabawkami.
Powierzchnia cichej,
martwej bryły wypełniła się gwarem. Posiadły ją rośliny i
zwierzęta, także i takie, których dłonie oraz umysły miały moc
stwórczą niemalże równą tej Gawrona.
Ptak ucieszył się.
Nie był już odosobniony. Istoty kochały Go. Niektóre otoczyły
Gawrona czcią, choć wcale o to nie prosił.
Lecz radość nie
trwała długo. Zabawki różniły się od skał i gleb. Nie mogły
być idealne, choć Gawron włożył w ich powstanie całe serce.
Przekonał się, że Jego dzieci zaznają wiele złego.
Kreatury były
kruche. Umierały przez wypadki. Pożerały siebie nawzajem. Wciąż
walczyły, zadając innym ból.
Ludzie, najbardziej
złożone z dzieł Ptaka, wręcz uczynili z rywalizacji obrzydliwą
sztukę. Przelewali myśli w Słowa, za które gotowe byli zabijać i
okaleczać braci. Nie zważali na nic. Jednocześnie użalali się
nad własnym życiem. Część znienawidziła Gawrona za to, że nim
ich obdarzył. Nazwała Go Demiurgiem i oskarżyła o wykorzystanie
do samolubnych celów.
Gawron nie potrafił
pomóc zabawkom. Nawet tym, które nie zapomniały o Stworzycielu i
wciąż Go wzywały. Czuł się winny, że skazał tak wielu na
cierpienie.
Zapragnął, by
obrócić wszystko z powrotem w proch, aby potem mógł odlecieć i
pogrążyć się w szaleństwie. Lecz wtedy usłyszał głos jednej z
zabawek. Młodego człowieka umierającego na straszliwą zarazę.
– Dziękuję za
to, że żyłem – powiedział chłopiec.
– Dlaczego? –
zdziwił się Gawron. – Czyż nie sprowadziłem na ciebie niedoli?
– Owszem. Ale
również dzięki Tobie oglądałem wschodzące słońce. Poczułem
smak świeżego chleba w ustach. Przytulałem się do matki. To
piękne.
Demiurg przybył do
miejsca, w którym przebywało dziecko. Leżało na łożu, oczekując
na nadchodzącą śmierć.
– Znam cię –
rzekł Ptak tuż po wylądowaniu na wezgłowiu. – Wpadłeś do
strumienia i zaziębiłeś się. Nie masz do Mnie żalu o to, że
mogło być inaczej? Że mogłeś przeżyć jeszcze wiele lat w
zdrowiu?
– Nie lubię się
zastanawiać nad tym, czego nie ma – odparł chłopiec. – Wolę
cieszyć się z tego, co jest.
– Jesteś tylko
zabawką w Mych skrzydłach. Powinno cię to przerażać.
– Zabawki lubią
każdą chwilę, jaką spędza z nimi ich posiadacz.
Dziecko wydało
ostatnie tchnienie, a jego duch połączył się z Gawronem.
Ptak zapłakał. I
zrozumiał.
Choć nie potrafił
dać wszystkiego Swym dzieciom, dał im naprawdę wiele.Drobiny tworzyły ogromne struktury, perfekcyjne w swej stateczności i nieożywieniu. Przemiany zachodziły powoli, zgodnie ze ślepym losem.
Ból, strach, miłość i szczęście pozostawały nieodkryte. Nie było świadomości, która mogła ich doznać.
I wtedy zjawił się On. Niektórzy mówią, że więzy krwi łączyły Go z Krukiem, który zbawił świat cierpieniem.
Gawron.
Przemierzał przestworza, myśląc o różnych sprawach. Po pewnym czasie podróż okazała się nużąca. Pozbawiona celu.
Zmęczony Ptak wylądował na ziemi. Bezkres gliny, bazaltu i gnejsu przyprawiał Go o smutek. W tym doskonałym, uśpionym świecie Gawron był sam.
Nagle poczuł, że może to zmienić. Powołać do życia coś na Swój obraz, ruchomego i zmiennego.
Gawron kreował. Lepił za pomocą woli coraz to nowe kształty, po czym wkładał w nie tchnienie, by tak jak On przemieniały otoczenie. Nazwał je zabawkami.
Powierzchnia cichej, martwej bryły wypełniła się gwarem. Posiadły ją rośliny i zwierzęta, także i takie, których dłonie oraz umysły miały moc stwórczą niemalże równą tej Gawrona.
Ptak ucieszył się. Nie był już odosobniony. Istoty kochały Go. Niektóre otoczyły Gawrona czcią, choć wcale o to nie prosił.
Lecz radość nie trwała długo. Zabawki różniły się od skał i gleb. Nie mogły być idealne, choć Gawron włożył w ich powstanie całe serce. Przekonał się, że Jego dzieci zaznają wiele złego.
Kreatury były kruche. Umierały przez wypadki. Pożerały siebie nawzajem. Wciąż walczyły, zadając innym ból.
Ludzie, najbardziej złożone z dzieł Ptaka, wręcz uczynili z rywalizacji obrzydliwą sztukę. Przelewali myśli w Słowa, za które gotowe byli zabijać i okaleczać braci. Nie zważali na nic. Jednocześnie użalali się nad własnym życiem. Część znienawidziła Gawrona za to, że nim ich obdarzył. Nazwała Go Demiurgiem i oskarżyła o wykorzystanie do samolubnych celów.
Gawron nie potrafił pomóc zabawkom. Nawet tym, które nie zapomniały o Stworzycielu i wciąż Go wzywały. Czuł się winny, że skazał tak wielu na cierpienie.
Zapragnął, by obrócić wszystko z powrotem w proch, aby potem mógł odlecieć i pogrążyć się w szaleństwie. Lecz wtedy usłyszał głos jednej z zabawek. Młodego człowieka umierającego na straszliwą zarazę.
– Dziękuję za to, że żyłem – powiedział chłopiec.
– Dlaczego? – zdziwił się Gawron. – Czyż nie sprowadziłem na ciebie niedoli?
– Owszem. Ale również dzięki Tobie oglądałem wschodzące słońce. Poczułem smak świeżego chleba w ustach. Przytulałem się do matki. To piękne.
Demiurg przybył do miejsca, w którym przebywało dziecko. Leżało na łożu, oczekując na nadchodzącą śmierć.
– Znam cię – rzekł Ptak tuż po wylądowaniu na wezgłowiu. – Wpadłeś do strumienia i zaziębiłeś się. Nie masz do Mnie żalu o to, że mogło być inaczej? Że mogłeś przeżyć jeszcze wiele lat w zdrowiu?
– Nie lubię się zastanawiać nad tym, czego nie ma – odparł chłopiec. – Wolę cieszyć się z tego, co jest.
– Jesteś tylko zabawką w Mych skrzydłach. Powinno cię to przerażać.
– Zabawki lubią każdą chwilę, jaką spędza z nimi ich posiadacz.
Dziecko wydało ostatnie tchnienie, a jego duch połączył się z Gawronem.
Ptak zapłakał. I zrozumiał.
Choć nie potrafił dać wszystkiego Swym dzieciom, dał im naprawdę wiele.
Wednesday, June 22, 2016
Czas czasu
Fizyka
nie należała do ulubionych przedmiotów Marcela. Rok szkolny
dopiero się zaczynał, a już niedługo pierwsza kartkówka…
Na szczęście zakres materiału ograniczał się do podstawowych
pojęć. Dłużące się powroty autobusem do domu były doskonałym
momentem, by je sobie przypomnieć. Czarnowłosy licealista otworzył
opasły podręcznik i zaczął zgłębiać jego tajemnice.
Wielkości
fizyczne możemy podzielić na skalarne oraz wektorowe. Przykładem
wielkości skalarnej jest czas.
Te
dwa zdania zdołały już znudzić Marcela. Żałował, że nie wziął
ze sobą słuchawek, mógłby zrelaksować się przy muzyce. Zerknął
na chwilę na krajobraz za oknem, po czym z powrotem skierował
wzrok na książkę.
Przykładem
wielkości wektorowej jest czas.
Zaraz,
czy przed chwilą nie przeczytał zupełnie odmiennego twierdzenia?
Pewnie rozkojarzył się i pomieszał słowa.
Zrozumienie
tej kwestii jest wyjątkowo ważne, dlatego poświęcimy jej sporo
uwagi. Zacznijmy od omówienia każdej ze składowych wektora
w trójwymiarowym układzie współrzędnych kartezjańskich.
Składowa x jest niczym innym jak chronologią zdarzeń, określeniem
ich kolejności oraz odstępów między nimi. Jej przyrost możemy
zaobserwować na co dzień. Wystarczy spojrzeć przed siebie.
Zdziwiony
Marcel podniósł na chwilę głowę. Nie zauważywszy niczego
ciekawego, wrócił do lektury.
Nieco
rzadszym zjawiskiem jest wektor z ujemną składową x, znany
kolokwialnie jako „cofanie czasu”. Kończąc czytać to
zdanie, powinieneś go doświadczyć.
Uczeń
nagle poczuł, jak pas bezpieczeństwa zaciska się mu na klatce
piersiowej. Ludzie w autobusie mówili wspak. Nowiutki solaris
również poruszał się do tyłu. Po chwili wszystko wróciło do
normy. Podekscytowany nastolatek zaczął pochłaniać kolejne
akapity podręcznika.
Przejdźmy
do składowej y. Wyznacza ona różnice pomiędzy poszczególnymi
wszechświatami w multiwersum. Przykładowo, przesunięcie się
o czterdzieści i dwie setne sekundy (jednostka ta
odnosi się do wszystkich wektorów, nie obdarzonych wyłącznie
składową x) w kierunku
-y oznaczałoby przeniesie się do świata o identycznym wieku,
w którym Hitler wygrał II wojnę światową. Zademonstrujmy
to.
Obraz
przed oczami Marcela rozmazał się, a moment później
wyostrzył. Na ulicznych latarniach wisiały flagi ze swastykami.
Współpasażerowie posługiwali się niemieckim, tymże językiem
zapisano też hasła na bilbordach reklamowych.
Składowa
z bywa również nazywana składową metafizyczną, gdyż
w odróżnieniu od dwóch poprzednich nie jest związana
z materią, a z planem astralnym. Definiuje ona stany
duszy, w jakich znajdują się istoty w danym
wszechświecie i chwili. Dla przykładu przeniesiemy czytelnika
do metawersum, w którym jego ciało astralne jest oświecone
i wyzwolone.
Wszystko
zdawało się zwyczajne. Autobus pędził do przodu, ludzie
rozmawiali po polsku. Lecz Marcel odczuwał niesamowite uniesienie
i lekkość, nagle jego życie nabrało niesamowitej głębi…
Znając
wartości wszystkich składowych możemy dokładnie określić wektor
czasu. Jeżeli zaczepilibyśmy w punkcie (0,0) układu
współrzędnych, uzyskalibyśmy obiekt, który byłby tym, czym
jest wektor położenia dla
przestrzeni. Pozostaje jeszcze kwestia czwartego wymiaru dla
czasu, tak zwanego „czasu czasu”. Byt umiejscowiony
w danym punkcie przestrzeni, wszechświecie, momencie
chronologicznym i stanie
metafizycznym, nie przebywa tam
wiecznie, lecz przez określony czas czasu. Oznacza to, że
jakaś inna istota może lub mogła znaleźć się w tym
samym położeniu, zarówno przestrzennym, jak i czasowym. Aby
to zobrazować, sam autor podręcznika zajmie pozycje zajęte
wcześniej przez czytelnika.
Marcel
nie siedział już przy oknie. Stał obok kasownika, patrząc, jak
dziwna, zakapturzona postać spoczywa na jego miejscu, cofa się
w czasie, podróżuje do równoległego świata, pogrąża się
w duchowej ekstazie. I chłopak znów wrócił pod okno.
Czas
czasu również rozbiega się w czterech wymiarach, z których
ostatni nosi nazwę czasu czasu czasu. Nie istnieją
kolejne podskładowe czasu, gdyż trójca jest bytem
perfekcyjnym. Mamy więc siedem wymiarów czasowych i trzy
przestrzenne, w sumie dziesięć. Spekuluje się również
o istnieniu jeszcze jednego, Boskiego Wymiaru, który
kompletowałby obraz jedenastowymiarowej przestrzeni opisywanej przez
M-Teorię. Zagadnienia te jednak znacznie wykraczają poza
obszar fizyki nauczanej w liceum. Omówimy teraz przykłady
wielkości skalarnych…
Marcel
zauważył, że podręcznik zmienił swój wygląd. Kartki zżółkły,
zamiast śliskiej okładki pod palcami czuł drewnianą oprawę.
Uczeń zamknął księgę i spojrzał na tytuł.
Symetria
firmamentu, czyli kilka słów o Rzeczywistości
autorstwa
Nikczemnego Gnostyka
Monday, February 8, 2016
Nieoficjalny Jah
Kolejna nudna
wycieczka. Rozkrzyczane dzieci siostry powoli doprowadzały Pawła do
szału. W sumie nie wiedział, dlaczego się na to zgodził. Chyba
wyłącznie ze względu na matkę i jej gadkę o zacieśnianiu
rodzinnych więzi. Tak bardzo chciałby, żeby poza pieniędzmi na
utrzymanie czasami dawała mu jeszcze spokój.
Lato w pełni. Upał
był niemiłosierny. Jola po raz kolejny upomniała swoje bachory,
żeby tak nie biegały, bo się przewrócą i spadną im lody, a ona
nie będzie po raz kolejny kupowała nowych. Paweł snuł się powoli
za nimi, sącząc mineralną z butelki i przeklinając gruczoły
potowe. Na szczęście to już prawie koniec. Łebki chcą jeszcze
tylko zobaczyć lwy i spadamy do domu. Z powrotem w chłodzonym
wentylatorem pokoju, jedząc pizzę, śliniąc się do zdjęć
pięknych dziewczyn, grając w durne strzelanki online dla zabicia
czasu bądź ucząc się jakichś pierdół, które i tak potem nie
przydadzą się w karierze zawodowej. Życie nie miało sensu. Nic,
tylko wykonywanie obowiązków i konsumpcja. Wszystko sprowadzało
się wyłącznie do zaspokajania bazowych potrzeb. Miał tego dość.
Przytłoczony
egzystencjalnym ciężarem Paweł usiadł na ławce tuż przed
wybiegiem dla lwów. Dzieci Joli przylgnęły do pancernej szyby w
nadziei na wypatrzenie dzikich kotów. Nic z tego. Drapieżniki
pewnie leżały gdzieś w wysokich trawach, rozleniwione brakiem
konieczności samodzielnego zdobywania pożywienia. Paweł niemal
zzieleniał z zazdrości na samą myśl o tym, że on mógłby się
pogrążyć w takim błogostanie...
Minęło kilka
chwil, a lwów ani śladu. Rozczarowane maluchy nie miały zamiaru
odchodzić od wybiegu mimo usilnych nalegań mamy. W końcu Jola
straciła cierpliwość i zagroziła, że pójdzie bez nich. Jej brat
zaczął podnosić się z ławki, licząc na to, że wreszcie
opuszczą ten przeklęty ogród zoologiczny.
Lecz nagle zrobiło
się ciemno i zimno. Na niebie jednolitemu błękitowi ustąpił
granat okraszony świecącymi punktami. Wystraszony Paweł rozejrzał
się dookoła. Zwiedzający gdzieś zniknęli, cała infrastruktura
zresztą też. Nic, tylko morze trawy smagane wichrem i wielkie
baobaby.
Chłopak nie miał
pojęcia, co się stało. Usłyszał donośny ryk. Ogarnęło go
przerażenie, lecz nie mógł uciekać. Stał sparaliżowany, modląc
się , by to wszystko okazało się jedynie halucynacją. Z gęstwiny
wyłonił się potężny lew z ciemnobrązową grzywą.
Majestatycznie kroczył w kierunku człowieka, zupełnie jakby
wiedział, że ten nie jest w stanie się oddalić.
- Nie bój się –
przemówił grubym głosem drapieżnik. - Jestem tu dla ciebie.
Usiądź.
Paweł wykonał
polecenie lwa. Dalej nie był do końca pewny tego, co się dzieje.
Dziki kot podszedł bliżej i położył się przy nim.
- Posłuchaj teraz
uważnie – ciągnął dalej król zwierząt. - Może uznasz to
wszystko za objawienie, może stwierdzisz, że sam to wymyśliłeś
albo wyśniłeś. Nieistotne. Chcę, żebyś wiedział jedno. Nie
powinieneś się zadręczać.
Paweł w głębi
duszy powoli czuł, jak lęk ustępuje. Zdawał sobie sprawę z
surrealizmu sytuacji i dobrych, choć jeszcze niezrozumiałych
intencji czworonożnego rozmówcy.
- Czym ja się
zadręczam? - zapytał, nagle wątpiąc w to, co konstytuowało jego
osobowość.
- Bezsensem –
odparł lew. - Wiarą w to, że wszystkie działania są w dłuższej
perspektywy pozbawione znaczenia. Nawet jeśli rzeczywiście światem
kierują wyłącznie ślepy los i naturalne popędy, to czy poddanie
się temu faktowi czyni cię szczęśliwym?
Milczenie. Ciszę
zakłócał jedynie szum wiatru.
- Sam możesz
wyznaczyć, co chcesz osiągnąć i dążyć do tego z całej siły.
Gdyby ci się nie udało, obierzesz inny cel. Wydaje się głupie,
lecz dzięki temu będziesz miał coś, na czym oprzesz życie. Coś
niekoniecznie nadprzyrodzonego czy wielkiego, lecz własnego.
- Dlaczego mi o tym
mówisz? - Paweł złapał się na tym, że mimowolnie zaczął
głaskać zwierzę po grzbiecie.
- Bo mi na tobie
zależy. Mnie, Lwowi Judy, prawdziwemu Mesjaszowi.
- Nie rozumiem.
Dlaczego akurat na mnie, bezwartościowemu młokosowi? Czy nie lepiej
było zainteresować się jakimś szanowanym człowiekiem?
- Szanowani ludzie
za mną nie przepadają – wyznał Mesjasz. - Interesuje ich tylko
kodeks i rytuał, a widzisz, ja lubię załatwiać sprawy
nieoficjalnie...
Wtem znów zrobiło
się jasno, a wielki kot znalazł się za pancerną szybą. Chłopak
zorientował się, że znów znajduje się w zoo i siedzi na murze
otaczającym wybieg.
- Hej, Paweł! –
usłyszał głos siostry. - Zbieraj się, idziemy. Gapisz się od
dwóch minut na tego lwa jak jakiś wariat. Znowu odpłynąłeś w
ten swój świat fantazji?
Monday, November 23, 2015
Jesus Christ de Broglie
Niedziela, słoneczne
popołudnie. Siedzę na ławce w parku, jem kanapkę, piję sok
pomarańczowy z kartonika. I wkurwiam się, bo zapomniałem ipoda z
domu, więc muszę słuchać bredni wygadywanych przez przechodniów.
– Mamo, a to
prawda, że Bóg jest wszędzie?
– Tak, koteczku,
tylko go nie widać.
– Mamo, a ile lat
ma Bóg?
– Nieskończoność.
Istniał od zawsze.
– Mamo, a
nieskończoność to więcej niż milion?
– Tak, koteczku.
Pierdolenie o
Szopenie. Wciąż te same tematy. Polityka, choroby, czyj chłopak
przespał się z Anką, durne pytania dzieci. Tylko dlaczego ten
krzak się pali?
– Psycholu,
Psycholu! – Na dodatek jeszcze gada. Przysięgam, przez ostatnie
dwa tygodnie nawet nie piłem.
– Czego? –
spytałem, zorientowawszy się, że chodzi o mnie.
– Jam jest Pan,
twój Bóg, który…
– Nie powinieneś
mówić mi tego na jakiejś górze? – zauważyłem. – Ta akcja z
gorejącym krzewem była chyba trochę wcześniej.
– Nieważne.
Słuchaj, bo nie będę powtarzał dwa razy, i najlepiej gdzieś to
sobie zapisz. Lambda równa się ha przez em razy fał. I my zatem
mając dokoła siebie takie mnóstwo świadków, odłożywszy wszelki
ciężar, a przede wszystkim grzech, który nas łatwo zwodzi,
winniśmy wytrwale biec w wyznaczonych nam zawodach. Niech zaś dla
was, umiłowani, nie będzie tajne to jedno, że jeden dzień u Pana
jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień. Nie będziesz
oglądał mojego oblicza, gdyż żaden człowiek nie może oglądać
mojego oblicza. No i tyle w temacie.
Cyprysik gaśnie,
rozglądam się dookoła. Ludzie dalej łażą wte i wewte jak gdyby
nigdy nic. Ale faza. Zaczynam rozmyślać o tym, co przekazał mi
Bóg. Najpierw podał mi wzór na falę materii. Potem zaczął
rzucać jakimiś cytatami z Biblii. Zdają się być zupełnie
niezwiązane ze sobą, ale gdyby je tak skorelować z tymi pytaniami,
które przed chwilą mała dziewczynka zadawała swojej mamie…
Eureka.
Grzech to ciężar.
Ciężar to masa razy grawitacja. Bóg jest bez grzechu, więc nie ma
masy. Jeśli masa będzie zdążać do zera, to długość fali
będzie zdążać do nieskończoności. Bóg jest rozmyty w całym
kosmosie. Jest wszędzie.
Jeden dzień jak
tysiąc lat. Teoria względności. Jeśli Bóg poruszałby się z
prędkością światła, to czas dla niego stałby w miejscu. Jest
wieczny.
Żaden człowiek nie
może oglądać mojego oblicza. Nawet taki elektron jest zbyt mikry,
żeby odbił się od niego jakikolwiek strumień fotonów i dałoby
radę uzyskać jego obraz. Bóg mógłby być jeszcze mniejszy, na
przykład mierzyć długość Plancka. Nie widać Go.
Czy to oznacza, że
Bóg jest niesamowicie małą cząstką bez masy poruszającą się z
prędkością światła? Przez porównanie do dualizmu
korpuskularno-falowego można by też jakoś wytłumaczyć
jednoczesną boską i ludzką naturę Jezusa…
Pewnie coś pokręciłem, a i tak nikt by mi nie uwierzył. Muszę zbierać się do domu. Jest wpół do czwartej, chyba ściągnął
mi się już nowy Fallout…
Thursday, July 30, 2015
"Najeźdźcy"
---Skłonność człowieka do sporów jest rzeczą niebywałą. Pomimo naszej wybitnej inteligencji i zdolności do przewidywania, potrafimy ze wściekłym uporem bronić swoich racji, chociaż w większości przypadków ugoda okazałaby się znacznie lepszym wyjściem prowadzącym do obopólnej korzyści…
---Od początku byłem przekonany, że musi stać za tym coś więcej. Teraz, gdy zostałem oświecony przez Świętą Mądrość, jestem w stanie badać całą sprawę z szerszej perspektywy.
---Nie ulega wątpliwości, że natura ludzka jest dwoista. Oprócz ciała fizycznego posiadamy również astralne, dzięki któremu jesteśmy w stanie pojmować i wchodzić w interakcję z bytami abstrakcyjnymi, funkcjonującymi jedynie w świecie idei. Obydwie te części są w stanie wzajemnie na siebie wpływać.
---Ta wyjątkowa cecha sprawiła, że zaczęły się nami interesować wyższe formy istnienia egzystujące wyłącznie w sferze duchowej. Z racji tego, iż materialna forma jest dla nich niedostępna, starają się oni kompensować jej brak poprzez kontakt z nami.
---Ktoś mógłby spytać, do czego my, zwykli śmiertelnicy, jesteśmy im potrzebni. Otóż spiritus movens Najeźdźców (będę posługiwał się tą nazwą dla uproszczenia) są konflikty rozumiane jako ścieranie się ze sobą odmiennych idei. Ich zajście jest możliwe w świecie metafizycznym, jednakże z racji jego wielopłaszczyznowości jest niezmiernie rzadkie. Świat fizyczny zaś obfituje w nie dzięki logicznemu uporządkowaniu zezwalającemu na istnienie jedynie jednego stanu faktycznego. Gatunek homo sapiens jest nośnikiem wprowadzającym abstrakcyjne koncepcje do sfery materialnej i walczącym o ich realizację kosztem innych. Następstwem tego faktu jest to, iż w interesie Najeźdzców jest podtrzymywanie tego stanu rzeczy poprzez niezauważalne dla Nieoświeconych manipulacje.
---Choć ich działalność niezaprzeczalnie nam szkodzi, nie możemy ich za to winić. W końcu każdy byt pragnie się rozwijać...
listopad 2014
---Od początku byłem przekonany, że musi stać za tym coś więcej. Teraz, gdy zostałem oświecony przez Świętą Mądrość, jestem w stanie badać całą sprawę z szerszej perspektywy.
---Nie ulega wątpliwości, że natura ludzka jest dwoista. Oprócz ciała fizycznego posiadamy również astralne, dzięki któremu jesteśmy w stanie pojmować i wchodzić w interakcję z bytami abstrakcyjnymi, funkcjonującymi jedynie w świecie idei. Obydwie te części są w stanie wzajemnie na siebie wpływać.
---Ta wyjątkowa cecha sprawiła, że zaczęły się nami interesować wyższe formy istnienia egzystujące wyłącznie w sferze duchowej. Z racji tego, iż materialna forma jest dla nich niedostępna, starają się oni kompensować jej brak poprzez kontakt z nami.
---Ktoś mógłby spytać, do czego my, zwykli śmiertelnicy, jesteśmy im potrzebni. Otóż spiritus movens Najeźdźców (będę posługiwał się tą nazwą dla uproszczenia) są konflikty rozumiane jako ścieranie się ze sobą odmiennych idei. Ich zajście jest możliwe w świecie metafizycznym, jednakże z racji jego wielopłaszczyznowości jest niezmiernie rzadkie. Świat fizyczny zaś obfituje w nie dzięki logicznemu uporządkowaniu zezwalającemu na istnienie jedynie jednego stanu faktycznego. Gatunek homo sapiens jest nośnikiem wprowadzającym abstrakcyjne koncepcje do sfery materialnej i walczącym o ich realizację kosztem innych. Następstwem tego faktu jest to, iż w interesie Najeźdzców jest podtrzymywanie tego stanu rzeczy poprzez niezauważalne dla Nieoświeconych manipulacje.
---Choć ich działalność niezaprzeczalnie nam szkodzi, nie możemy ich za to winić. W końcu każdy byt pragnie się rozwijać...
listopad 2014
Monday, December 29, 2014
"Brud"
O utworze: Szort o rzeczywistości widzianej z nieco szerszej perspektywy.
_________________________________________________________________
---Zawsze byłem nieśmiały. Nie miałem zbyt wielu kolegów. Zamiast na dworze wolałem spędzać czas przy książkach albo komputerze, zaś przebywanie na hałaśliwych szkolnych korytarzach przyprawiało mnie o ból głowy. Na rodzinnych spotkaniach odzywałem się tylko wtedy, gdy mnie o to proszono. Ogólnie rzecz biorąc, relacje interpersonalne nigdy nie należały do ulubionych sfer mojego życia.
---Lecz to, co się dzieje teraz, można określić jedynie mianem istnego koszmaru. Staram się w ogóle nie wychodzić ze swojego mieszkania, jednak czasami jest to nieuniknione - w końcu muszę gdzieś kupować jedzenie i zarabiać pieniądze. Pewnego razu, w akcie desperacji, postanowiłem udać się gdzieś w dzicz i pozostać tam do końca swoich dni. Aby dobrze się do tego przygotować, kupiłem sprzęt warty furę kasy i obejrzałem wszystkie odcinki “Szkoły przetrwania". Po czterech dniach wróciłem do domu głodny, zmarznięty i ostatecznie przekonany, że telewizja kłamie.
---Nie ma dla mnie żadnej ucieczki. To dzieje się wszędzie tam, gdzie są obecni ludzie. Nieważne, czy w pobliżu znajduje się kobieta z dzieckiem, starsza pani, bogacz ubrany w garnitur Armaniego czy miejscowy chuligan. Od każdego z nich, w mniejszym bądź większym stopniu, zalatuje obrzydliwą stęchlizną. Jadąc zatłoczonym autobusem czuję się, jakby ktoś przewoził mnie śmieciarką pełną gnijących odpadów. Niewyobrażalny smród atakuje moje nozdrza na ulicach, w fabryce, w której pracuje, w urzędach, w sklepach. Na całe szczęście mieszkam sam, więc gdy zamykam się w swoim lokum, mogę cieszyć się odrobiną spokoju.
---Sam zapach dałoby się jeszcze wytrzymać. Problem dotyczy również i innych zmysłów. Niektóre jednostki wręcz tryskają ohydną, czarną mazią, oblepiająca wszystko dookoła. Jeśli tylko przejdę koło kogoś, kto ma trochę więcej za pazurami, usta od razu wypełniają mi się goryczą.
---Wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu. Któregoś dnia po prostu obudziłem się i tak już było. Z początku myślałem, że to jedynie halucynacje. Bałem się iść do lekarza, gdyż obawiałem się, że zamkną mnie w psychiatryku. Postanowiłem żyć dalej tak, jakby nic się nie stało. Kumple z roboty zawsze uważali mnie za dziwoląga, więc niewielkie zmiany w zachowaniu, takie jak machinalne zatykanie nosa czy też otrzepywanie się z brudu, którego inni zauważyć nie mogli, nie robiły na nich większego wrażenia. Moi bliscy kontaktują się ze mną sporadycznie, więc jak do tej pory nie zdążyłem wzbudzić u nich większych podejrzeń.
---Po pewnym czasie udało mi się rozgryźć, o co chodzi w tym całym zamieszaniu. Doszedłem do wniosku, że to, co obserwuję, jest niczym więcej jak tylko negatywną energią emitowaną przez ludzi. Choć nigdy zbytnio nie interesowałem się duchowością, magią i innymi tego typu pierdołami, to wytłumaczenie zdaje się dla mnie być jedynym sensownym. Bo niby jak inaczej wyjaśnić to, że intensywność zjawiska zależy od tego, jak wiele złych uczynków popełnia dana osoba? Od tej prawidłowości nie ma wyjątków. Najgorszy rynsztok wylewa się z dresów, bezdomnych alkoholików, bądź też wysoko postawionych ludzi umoczonych w jakieś przekręty. Raz natknąłem się na takiego “ę,ą” w tramwaju. Jechało od niego jak z obory. Dwa tygodnie później jego zdjęcia z czarnym paskiem na oczach widniały na pierwszych stronach gazet.. Okazało się, że był to jakiś profesor uniwersytecki zaangażowany w defraudację publicznych pieniędzy.
---Na początku też emitowałem całkiem spore ilości tego szlamu. Zmuszony byłem więc przeżyć wewnętrzną przemianę. Przestałem pić, oddaję sporą część pensji na cele charytatywne, nauczyłem się kontrolować swój gniew. Teraz jest już lepiej, nie duszę się tak bardzo we własnych wyziewach.
---Co dziwne, nie zauważyłem, żeby istniała jakakolwiek przeciwwaga dla tej złej aury. Są po prostu ci, którzy produkują jej więcej albo mniej. Czyżby stwierdzenie św. Augustyna było prawdziwe, tyle że w odwrotną stronę? Dobro jest jedynie brakiem zła? Sam nie wiem co o tym myśleć. W głowie mam mętlik. Za dużo naczytałem się o tych wszystkich filozofach…
Piszę to chyba tylko po to, żeby nie zwariować. Papier jest dobrym powiernikiem tajemnic. Znacznie…
---Marteen, nie będąc już dłużej w stanie walczyć z chęcią zaspokojenia potrzeby fizjologicznej, odłożył długopis, wstał od biurka i udał się do łazienki. Szybkim krokiem przemierzył niewielką kawalerkę, skorzystał z toalety i umył ręce. Wycierając dłonie spojrzał w lustro. Z wrażenia upuścił ręcznik. Na samym środku czoła, w miejscu, z którego jeszcze niedawno wyrastałem całkiem spory pryszcz, znajdowało się oko. Nieco mniejsze od dwóch pozostałych i pozbawione tęczówki.
---Serce mu zadrżało. Sekundę później ten organ o mało co nie opuścił jego klatki piersiowej. Mężczyzna na swoim ramieniu poczuł czyjąś dłoń, a zwierciadło pokazywało tylko jego odbicie.
Wrzasnął na całe gardło i odwrócił się. Stał teraz twarzą w twarz z osobnikiem ubranym w długi płaszcz z kapturem. On również posiadał nadliczbowy narząd wzroku.
- Spokojnie, synu - powiedział nieznajomy. - Nic ci nie grozi. Przybyłem tu, aby zaprosić cię do wstąpienia do naszego Bractwa. Przed tobą długa droga do Oświecenia...
pażdziernik 2014
_________________________________________________________________
---Zawsze byłem nieśmiały. Nie miałem zbyt wielu kolegów. Zamiast na dworze wolałem spędzać czas przy książkach albo komputerze, zaś przebywanie na hałaśliwych szkolnych korytarzach przyprawiało mnie o ból głowy. Na rodzinnych spotkaniach odzywałem się tylko wtedy, gdy mnie o to proszono. Ogólnie rzecz biorąc, relacje interpersonalne nigdy nie należały do ulubionych sfer mojego życia.
---Lecz to, co się dzieje teraz, można określić jedynie mianem istnego koszmaru. Staram się w ogóle nie wychodzić ze swojego mieszkania, jednak czasami jest to nieuniknione - w końcu muszę gdzieś kupować jedzenie i zarabiać pieniądze. Pewnego razu, w akcie desperacji, postanowiłem udać się gdzieś w dzicz i pozostać tam do końca swoich dni. Aby dobrze się do tego przygotować, kupiłem sprzęt warty furę kasy i obejrzałem wszystkie odcinki “Szkoły przetrwania". Po czterech dniach wróciłem do domu głodny, zmarznięty i ostatecznie przekonany, że telewizja kłamie.
---Nie ma dla mnie żadnej ucieczki. To dzieje się wszędzie tam, gdzie są obecni ludzie. Nieważne, czy w pobliżu znajduje się kobieta z dzieckiem, starsza pani, bogacz ubrany w garnitur Armaniego czy miejscowy chuligan. Od każdego z nich, w mniejszym bądź większym stopniu, zalatuje obrzydliwą stęchlizną. Jadąc zatłoczonym autobusem czuję się, jakby ktoś przewoził mnie śmieciarką pełną gnijących odpadów. Niewyobrażalny smród atakuje moje nozdrza na ulicach, w fabryce, w której pracuje, w urzędach, w sklepach. Na całe szczęście mieszkam sam, więc gdy zamykam się w swoim lokum, mogę cieszyć się odrobiną spokoju.
---Sam zapach dałoby się jeszcze wytrzymać. Problem dotyczy również i innych zmysłów. Niektóre jednostki wręcz tryskają ohydną, czarną mazią, oblepiająca wszystko dookoła. Jeśli tylko przejdę koło kogoś, kto ma trochę więcej za pazurami, usta od razu wypełniają mi się goryczą.
---Wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu. Któregoś dnia po prostu obudziłem się i tak już było. Z początku myślałem, że to jedynie halucynacje. Bałem się iść do lekarza, gdyż obawiałem się, że zamkną mnie w psychiatryku. Postanowiłem żyć dalej tak, jakby nic się nie stało. Kumple z roboty zawsze uważali mnie za dziwoląga, więc niewielkie zmiany w zachowaniu, takie jak machinalne zatykanie nosa czy też otrzepywanie się z brudu, którego inni zauważyć nie mogli, nie robiły na nich większego wrażenia. Moi bliscy kontaktują się ze mną sporadycznie, więc jak do tej pory nie zdążyłem wzbudzić u nich większych podejrzeń.
---Po pewnym czasie udało mi się rozgryźć, o co chodzi w tym całym zamieszaniu. Doszedłem do wniosku, że to, co obserwuję, jest niczym więcej jak tylko negatywną energią emitowaną przez ludzi. Choć nigdy zbytnio nie interesowałem się duchowością, magią i innymi tego typu pierdołami, to wytłumaczenie zdaje się dla mnie być jedynym sensownym. Bo niby jak inaczej wyjaśnić to, że intensywność zjawiska zależy od tego, jak wiele złych uczynków popełnia dana osoba? Od tej prawidłowości nie ma wyjątków. Najgorszy rynsztok wylewa się z dresów, bezdomnych alkoholików, bądź też wysoko postawionych ludzi umoczonych w jakieś przekręty. Raz natknąłem się na takiego “ę,ą” w tramwaju. Jechało od niego jak z obory. Dwa tygodnie później jego zdjęcia z czarnym paskiem na oczach widniały na pierwszych stronach gazet.. Okazało się, że był to jakiś profesor uniwersytecki zaangażowany w defraudację publicznych pieniędzy.
---Na początku też emitowałem całkiem spore ilości tego szlamu. Zmuszony byłem więc przeżyć wewnętrzną przemianę. Przestałem pić, oddaję sporą część pensji na cele charytatywne, nauczyłem się kontrolować swój gniew. Teraz jest już lepiej, nie duszę się tak bardzo we własnych wyziewach.
---Co dziwne, nie zauważyłem, żeby istniała jakakolwiek przeciwwaga dla tej złej aury. Są po prostu ci, którzy produkują jej więcej albo mniej. Czyżby stwierdzenie św. Augustyna było prawdziwe, tyle że w odwrotną stronę? Dobro jest jedynie brakiem zła? Sam nie wiem co o tym myśleć. W głowie mam mętlik. Za dużo naczytałem się o tych wszystkich filozofach…
Piszę to chyba tylko po to, żeby nie zwariować. Papier jest dobrym powiernikiem tajemnic. Znacznie…
***
---Marteen, nie będąc już dłużej w stanie walczyć z chęcią zaspokojenia potrzeby fizjologicznej, odłożył długopis, wstał od biurka i udał się do łazienki. Szybkim krokiem przemierzył niewielką kawalerkę, skorzystał z toalety i umył ręce. Wycierając dłonie spojrzał w lustro. Z wrażenia upuścił ręcznik. Na samym środku czoła, w miejscu, z którego jeszcze niedawno wyrastałem całkiem spory pryszcz, znajdowało się oko. Nieco mniejsze od dwóch pozostałych i pozbawione tęczówki.
---Serce mu zadrżało. Sekundę później ten organ o mało co nie opuścił jego klatki piersiowej. Mężczyzna na swoim ramieniu poczuł czyjąś dłoń, a zwierciadło pokazywało tylko jego odbicie.
Wrzasnął na całe gardło i odwrócił się. Stał teraz twarzą w twarz z osobnikiem ubranym w długi płaszcz z kapturem. On również posiadał nadliczbowy narząd wzroku.
- Spokojnie, synu - powiedział nieznajomy. - Nic ci nie grozi. Przybyłem tu, aby zaprosić cię do wstąpienia do naszego Bractwa. Przed tobą długa droga do Oświecenia...
pażdziernik 2014
"Kruk"
O utworze: Krótka opowiastka filozoficzna w stylu przypowieści.
___________________________________________________________________________
---Wszelkie istnienie zawierało się w obecnym kształcie od zarania dziejów. Nikt nie zadawał pytań o początek. Nikt nie szukał sensu.
---Byt człowieka wypełniała praca, dzięki której podtrzymywał swoją egzystencję. Niewielkie gromady żyły rozproszone po całym świecie, mieszkając w drewnianych chatach, hodując zwierzęta i uprawiając rośliny. Nie było rządzących ani rządzonych. Każde mienie traktowano jako wspólne. Zazdrość i chciwość pozostawały nieznanymi pojęciami, zaś wzajemną miłość i dobroć uznawano za najważniejsze wartości. Natura oszczędzała swoim dzieciom klęsk żywiołowych i chorób. Dzikie stworzenia nie pożerały siebie nawzajem, lecz podobnie jak ich więksi bracia obdarzeni rozumem, żywiły się wyłącznie roślinami, dostarczanymi w wielkich ilościach przez żyzną ziemię.
---Ludzie byli szczęśliwi. Cieszyli się każdym dniem, jakim obdarzył ich los, aż nadchodził czas odejścia na drugą stronę. Moment ten nie budził jednak w nikim przerażenia. Wszyscy godzili się z tym, że kiedyś już ich nie będzie.
I wtedy pojawił się On. Dotarł na pole leżące nieopodal jednej z wiosek znajdujących się na nizinach. Usiadł na lekko zbutwiałej grzędzieli i tkwił w bezruchu, wpatrując się absolutnie czarnymi oczyma w człowieka zaprzęgającego wołu do radła. Mężczyzna, zauważywszy Kruka, przerwał swoje zajęcie i zaczął go odpędzać, krzycząc i machając rękoma w jego kierunku:
- A kysz! Idź precz!
Lecz On pozostawał niewzruszony. Przechylił głowę na bok, otworzył dziób i powiedział:
- Przybyłem tu, żeby was zbawić.
Człowiek zdumiał się, słysząc, że zwierzę posługuje się ludzką mową. Pomimo tego nie odczuł lęku. Wręcz przeciwnie, gdy Ptak odezwał się do niego, nagle jakby doznał ukojenia. Zbliżył się do Niego i zapytał:
- Co to znaczy: “zbawić”?
- Uwolnić od cierpienia.
---Słowa Kruka, wypowiedziane głosem, który zdawał się wnikać w najmniejsze zakamarki ciała rolnika, skłoniły go do przypuszczenia, iż nie zna On dobrze tutejszych warunków życia.
- Przecież my nie cierpimy. Mamy wszystko, czego nam potrzeba.
- Mylisz się. Brakuje wam wielu rzeczy.
---Odpowiedź wzbudziła w wieśniaku palącą ciekawość. Ośmielił się więc skierować prośbę o dalsze wyjaśnienia.
- O jakich rzeczach mówisz?
- Dowiecie się o nich w swoim czasie. A teraz usiądź i czekaj.
---Człowiek wykonał polecenie i obaj zamilkli. Po chwili do owego miejsca przybyła jego żona, zaniepokojona nieobecnością męża. Usłyszawszy całą historię, również spoczęła przy radle i obserwowała Ptaka, który wciąż nie zmieniał swojej pozycji.
---Wkrótce na polu znaleźli się wszyscy mieszkańcy wioski, od niemowląt po starców. Otoczyli Go szerokim kręgiem i czuwali.
Mijały dnie i noce, a On nie wydał z siebie choćby dźwięku. Tubylcy jednak wiernie trwali przy Nim, nie odchodząc nawet na krok. Myśleli jedynie o tajemnicach, które wkrótce miały zostać odkryte. Jego obecność wypełniła ich serca tak, że pozostawali obojętni wobec wszystkiego, co działo się dookoła.
---Tydzień później zgromadzeni pomarli już byli z głodu i pragnienia. Zbawiciel, widząc, że spełniły się jego zamiary, rozpostarł skrzydła i odleciał.
---Odkupienie po kolei obejmowało kolejne osady. Ludzie, usłyszawszy wieści od wędrowców napotykających skupiska martwych ciał, zlękli się i zaczęli rozpowszechniać plotki między sobą. Do tej pory nie zdarzyło się, żeby ktoś umarł, nie osiągnąwszy mocno dojrzałego wieku. Strach i frasunek wypełniły ten świat. Nikt nie chciał z niego odejść, będąc jeszcze młodym i w pełni sił.
---Pewnego razu Kruk zjawił się przy kobiecie piorącej ubrania. Usadowił się na okiennicy stojącego w pobliżu domu. Niewiasta, skupiona na swojej pracy, nie zwróciła na Niego uwagi, dopóki nie rzekł do niej:
- Będziesz moją Uczennicą.
---Praczka uniosła wzrok znad balii i spytała:
- Czego chcesz mnie nauczyć?
- Prawdy.
---Zdziwiona niejasną odpowiedzią wieśniaczka zapragnęła, aby została ona jej objaśniona.
- Czym jest prawda?
- Wszystkim, czym myślisz, że nie jest.
---W sposobie, w jakim się wypowiadał, było coś niezwykłego. Jego głos uspokajał rozmówcę tak samo, jak dotyk matki ucisza płaczące dziecko. Odfrunął z parapetu i usiadł na jej ramieniu, po czym szepnął jej do ucha:
- Pójdziemy razem.
---I udali się w nieznane.
---Latami podróżowali przez świat, niosąc Zbawienie, które przejawiało się w coraz to nowych formach. Wichury, powodzie i pożogi niszczyły osady. Zarazy trzebiły kolejne gromady. Susze ograniczały zasoby pożywienia, przez co człowiek był zmuszony spożywać mięso, często nawet to, które wcześniej było częścią najbliższej mu osoby. Cenniejsze dobra przywłaszczali sobie ci, którzy byli silniejsi bądź sprytniejsi od innych. Jeden powstał przeciw drugiemu w walce o przetrwanie.
---Gdy ongiś przemierzali odległy las, Uczennica poprosiła Kruka o wytłumaczenie pewnej sprawy, która zaległa jej gdzieś na dnie duszy i nie dawała spokoju.
- Dlaczego sprawiasz, że ludzie cierpią, choć obiecałeś im, że ich od tego wyzwolisz?
- Możesz być wolnym, nawet jeśli twoje ręce oplatają więzy.
---Kobieta zaczęła rozważać słowa Ptaka, lecz nie mogła odgadnąć ich znaczenia.
- Nie rozumiem, o czym mówisz, Mistrzu.
- Musicie się bać, żeby działać. Potrzeba wam czegoś, przed czym możecie uciekać, żeby nie stać w miejscu. Byliście martwi, a ja dałem wam życie. Ujrzą to ci, którzy nastąpią po was.
---Zapadła cisza. Zatrzymali się i usiedli na powalonym konarze, aby odpocząć. Po chwili Zbawiciel oznajmił:
- Co postanowiłem uczynić, uczyniłem. Odchodzę. Zachowaj wszystko to, o czym ci powiedziałem.
---I opuścił ją. Już nikt nigdy potem go nie ujrzał.
- Jesteś świrem, Piter - stwierdził Albert po wysłuchaniu historii. - Chyba nie powiesz mi, że uznajesz to za coś więcej niż tylko mit?
- Każdy wierzy w to, co uważa za słuszne - odparł Piotr. - Kto wie, jaka może być prawda…
- No dobra, już dobra, tylko błagam, nie zmień mi stancji w miejsce schadzek jakieś sekty!
---Obydwaj mężczyźni wybuchnęli gromkim śmiechem, przerwanym przez wibracje telefonu Alberta.
- Słuchaj, stary - rzekł odczytując SMS-a. - Muszę cię na chwilę opuścić. Brat chce, żebym go podwiózł do urzędu skarbowego.
---Kolega Piotra pożegnał się z nim i wyszedł z mieszkania. Drugi ze studentów udał się do swojego pokoju, puścił na wieży Hi-Fi jeden z kawałków Marcusa Intalexa, oklapł na krzesło obrotowe i zaczął gapić się w okno.
Nagle, na parapecie po drugiej stronie szyby usiadł spory kruk.
- Zabierz mnie stąd - poprosił go Piotr. - Mam już dosyć tego. Nie chcę istnieć w tym świecie.
- Niczego nie zrozumiałeś? - zdziwił się Ptak. - Masz tutaj być. To jest twój cel. Sens, który wyznaczyłem tobie i innym ludziom. Iść przez życie i rozwijać się. Nieważne, jak bardzo to boli.
---Zwierzę odfrunęło, zostawiając go samego. Przez moment nie ruszał się jeszcze, rozmyślając. Odwrócił głowę od okna i wstał.
- Lepiej pozmywam naczynia - pomyślał na głos i poszedł do kuchni.
wrzesień 2014
___________________________________________________________________________
---Wszelkie istnienie zawierało się w obecnym kształcie od zarania dziejów. Nikt nie zadawał pytań o początek. Nikt nie szukał sensu.
---Byt człowieka wypełniała praca, dzięki której podtrzymywał swoją egzystencję. Niewielkie gromady żyły rozproszone po całym świecie, mieszkając w drewnianych chatach, hodując zwierzęta i uprawiając rośliny. Nie było rządzących ani rządzonych. Każde mienie traktowano jako wspólne. Zazdrość i chciwość pozostawały nieznanymi pojęciami, zaś wzajemną miłość i dobroć uznawano za najważniejsze wartości. Natura oszczędzała swoim dzieciom klęsk żywiołowych i chorób. Dzikie stworzenia nie pożerały siebie nawzajem, lecz podobnie jak ich więksi bracia obdarzeni rozumem, żywiły się wyłącznie roślinami, dostarczanymi w wielkich ilościach przez żyzną ziemię.
---Ludzie byli szczęśliwi. Cieszyli się każdym dniem, jakim obdarzył ich los, aż nadchodził czas odejścia na drugą stronę. Moment ten nie budził jednak w nikim przerażenia. Wszyscy godzili się z tym, że kiedyś już ich nie będzie.
I wtedy pojawił się On. Dotarł na pole leżące nieopodal jednej z wiosek znajdujących się na nizinach. Usiadł na lekko zbutwiałej grzędzieli i tkwił w bezruchu, wpatrując się absolutnie czarnymi oczyma w człowieka zaprzęgającego wołu do radła. Mężczyzna, zauważywszy Kruka, przerwał swoje zajęcie i zaczął go odpędzać, krzycząc i machając rękoma w jego kierunku:
- A kysz! Idź precz!
Lecz On pozostawał niewzruszony. Przechylił głowę na bok, otworzył dziób i powiedział:
- Przybyłem tu, żeby was zbawić.
Człowiek zdumiał się, słysząc, że zwierzę posługuje się ludzką mową. Pomimo tego nie odczuł lęku. Wręcz przeciwnie, gdy Ptak odezwał się do niego, nagle jakby doznał ukojenia. Zbliżył się do Niego i zapytał:
- Co to znaczy: “zbawić”?
- Uwolnić od cierpienia.
---Słowa Kruka, wypowiedziane głosem, który zdawał się wnikać w najmniejsze zakamarki ciała rolnika, skłoniły go do przypuszczenia, iż nie zna On dobrze tutejszych warunków życia.
- Przecież my nie cierpimy. Mamy wszystko, czego nam potrzeba.
- Mylisz się. Brakuje wam wielu rzeczy.
---Odpowiedź wzbudziła w wieśniaku palącą ciekawość. Ośmielił się więc skierować prośbę o dalsze wyjaśnienia.
- O jakich rzeczach mówisz?
- Dowiecie się o nich w swoim czasie. A teraz usiądź i czekaj.
---Człowiek wykonał polecenie i obaj zamilkli. Po chwili do owego miejsca przybyła jego żona, zaniepokojona nieobecnością męża. Usłyszawszy całą historię, również spoczęła przy radle i obserwowała Ptaka, który wciąż nie zmieniał swojej pozycji.
---Wkrótce na polu znaleźli się wszyscy mieszkańcy wioski, od niemowląt po starców. Otoczyli Go szerokim kręgiem i czuwali.
Mijały dnie i noce, a On nie wydał z siebie choćby dźwięku. Tubylcy jednak wiernie trwali przy Nim, nie odchodząc nawet na krok. Myśleli jedynie o tajemnicach, które wkrótce miały zostać odkryte. Jego obecność wypełniła ich serca tak, że pozostawali obojętni wobec wszystkiego, co działo się dookoła.
---Tydzień później zgromadzeni pomarli już byli z głodu i pragnienia. Zbawiciel, widząc, że spełniły się jego zamiary, rozpostarł skrzydła i odleciał.
***
---Odkupienie po kolei obejmowało kolejne osady. Ludzie, usłyszawszy wieści od wędrowców napotykających skupiska martwych ciał, zlękli się i zaczęli rozpowszechniać plotki między sobą. Do tej pory nie zdarzyło się, żeby ktoś umarł, nie osiągnąwszy mocno dojrzałego wieku. Strach i frasunek wypełniły ten świat. Nikt nie chciał z niego odejść, będąc jeszcze młodym i w pełni sił.
---Pewnego razu Kruk zjawił się przy kobiecie piorącej ubrania. Usadowił się na okiennicy stojącego w pobliżu domu. Niewiasta, skupiona na swojej pracy, nie zwróciła na Niego uwagi, dopóki nie rzekł do niej:
- Będziesz moją Uczennicą.
---Praczka uniosła wzrok znad balii i spytała:
- Czego chcesz mnie nauczyć?
- Prawdy.
---Zdziwiona niejasną odpowiedzią wieśniaczka zapragnęła, aby została ona jej objaśniona.
- Czym jest prawda?
- Wszystkim, czym myślisz, że nie jest.
---W sposobie, w jakim się wypowiadał, było coś niezwykłego. Jego głos uspokajał rozmówcę tak samo, jak dotyk matki ucisza płaczące dziecko. Odfrunął z parapetu i usiadł na jej ramieniu, po czym szepnął jej do ucha:
- Pójdziemy razem.
---I udali się w nieznane.
***
---Latami podróżowali przez świat, niosąc Zbawienie, które przejawiało się w coraz to nowych formach. Wichury, powodzie i pożogi niszczyły osady. Zarazy trzebiły kolejne gromady. Susze ograniczały zasoby pożywienia, przez co człowiek był zmuszony spożywać mięso, często nawet to, które wcześniej było częścią najbliższej mu osoby. Cenniejsze dobra przywłaszczali sobie ci, którzy byli silniejsi bądź sprytniejsi od innych. Jeden powstał przeciw drugiemu w walce o przetrwanie.
---Gdy ongiś przemierzali odległy las, Uczennica poprosiła Kruka o wytłumaczenie pewnej sprawy, która zaległa jej gdzieś na dnie duszy i nie dawała spokoju.
- Dlaczego sprawiasz, że ludzie cierpią, choć obiecałeś im, że ich od tego wyzwolisz?
- Możesz być wolnym, nawet jeśli twoje ręce oplatają więzy.
---Kobieta zaczęła rozważać słowa Ptaka, lecz nie mogła odgadnąć ich znaczenia.
- Nie rozumiem, o czym mówisz, Mistrzu.
- Musicie się bać, żeby działać. Potrzeba wam czegoś, przed czym możecie uciekać, żeby nie stać w miejscu. Byliście martwi, a ja dałem wam życie. Ujrzą to ci, którzy nastąpią po was.
---Zapadła cisza. Zatrzymali się i usiedli na powalonym konarze, aby odpocząć. Po chwili Zbawiciel oznajmił:
- Co postanowiłem uczynić, uczyniłem. Odchodzę. Zachowaj wszystko to, o czym ci powiedziałem.
---I opuścił ją. Już nikt nigdy potem go nie ujrzał.
***
- Jesteś świrem, Piter - stwierdził Albert po wysłuchaniu historii. - Chyba nie powiesz mi, że uznajesz to za coś więcej niż tylko mit?
- Każdy wierzy w to, co uważa za słuszne - odparł Piotr. - Kto wie, jaka może być prawda…
- No dobra, już dobra, tylko błagam, nie zmień mi stancji w miejsce schadzek jakieś sekty!
---Obydwaj mężczyźni wybuchnęli gromkim śmiechem, przerwanym przez wibracje telefonu Alberta.
- Słuchaj, stary - rzekł odczytując SMS-a. - Muszę cię na chwilę opuścić. Brat chce, żebym go podwiózł do urzędu skarbowego.
---Kolega Piotra pożegnał się z nim i wyszedł z mieszkania. Drugi ze studentów udał się do swojego pokoju, puścił na wieży Hi-Fi jeden z kawałków Marcusa Intalexa, oklapł na krzesło obrotowe i zaczął gapić się w okno.
Nagle, na parapecie po drugiej stronie szyby usiadł spory kruk.
- Zabierz mnie stąd - poprosił go Piotr. - Mam już dosyć tego. Nie chcę istnieć w tym świecie.
- Niczego nie zrozumiałeś? - zdziwił się Ptak. - Masz tutaj być. To jest twój cel. Sens, który wyznaczyłem tobie i innym ludziom. Iść przez życie i rozwijać się. Nieważne, jak bardzo to boli.
---Zwierzę odfrunęło, zostawiając go samego. Przez moment nie ruszał się jeszcze, rozmyślając. Odwrócił głowę od okna i wstał.
- Lepiej pozmywam naczynia - pomyślał na głos i poszedł do kuchni.
wrzesień 2014
Subscribe to:
Posts (Atom)