W najnowszej darmowej antologii Fantazmatów znajdziecie moje krótkie opowiadanie pod tytułem "Egzegeza Szalonego Gnostyka"
Zapraszam do lektury: https://fantazmaty.pl/projekty/dragoneza/
Opowiadania i historie utrzymywane w konwencji fantasy. Przeważnie oscyluję gdzieś na granicach mystical fantasy/metaphysical fiction, chociaż czasami pokuszę się też na sf i inne gatunki. Czasem z humorem, czasem na poważnie. Podziękowania dla wszystkich czytelników i wspierających.
Showing posts with label szort. Show all posts
Showing posts with label szort. Show all posts
Friday, February 22, 2019
Wednesday, October 18, 2017
Sunday, May 7, 2017
Friday, March 31, 2017
Sunday, February 5, 2017
Zabawki
Wszelkie istnienie ograniczało się do wielkiej kuli pełnej błota i skał oraz wiszącego nad nią błękitnego nieba.Wszelkie istnienie
ograniczało się do wielkiej kuli pełnej błota i skał oraz
wiszącego nad nią błękitnego nieba.
Drobiny tworzyły
ogromne struktury, perfekcyjne w swej stateczności i nieożywieniu.
Przemiany zachodziły powoli, zgodnie ze ślepym losem.
Ból, strach, miłość
i szczęście pozostawały nieodkryte. Nie było świadomości, która
mogła ich doznać.
I wtedy zjawił się
On. Niektórzy mówią, że więzy krwi łączyły Go z Krukiem,
który zbawił świat cierpieniem.
Gawron.
Przemierzał
przestworza, myśląc o różnych sprawach. Po pewnym czasie podróż
okazała się nużąca. Pozbawiona celu.
Zmęczony Ptak
wylądował na ziemi. Bezkres gliny, bazaltu i gnejsu przyprawiał Go
o smutek. W tym doskonałym, uśpionym świecie Gawron był sam.
Nagle poczuł, że
może to zmienić. Powołać do życia coś na Swój obraz, ruchomego
i zmiennego.
Gawron kreował.
Lepił za pomocą woli coraz to nowe kształty, po czym wkładał w
nie tchnienie, by tak jak On przemieniały otoczenie. Nazwał je
zabawkami.
Powierzchnia cichej,
martwej bryły wypełniła się gwarem. Posiadły ją rośliny i
zwierzęta, także i takie, których dłonie oraz umysły miały moc
stwórczą niemalże równą tej Gawrona.
Ptak ucieszył się.
Nie był już odosobniony. Istoty kochały Go. Niektóre otoczyły
Gawrona czcią, choć wcale o to nie prosił.
Lecz radość nie
trwała długo. Zabawki różniły się od skał i gleb. Nie mogły
być idealne, choć Gawron włożył w ich powstanie całe serce.
Przekonał się, że Jego dzieci zaznają wiele złego.
Kreatury były
kruche. Umierały przez wypadki. Pożerały siebie nawzajem. Wciąż
walczyły, zadając innym ból.
Ludzie, najbardziej
złożone z dzieł Ptaka, wręcz uczynili z rywalizacji obrzydliwą
sztukę. Przelewali myśli w Słowa, za które gotowe byli zabijać i
okaleczać braci. Nie zważali na nic. Jednocześnie użalali się
nad własnym życiem. Część znienawidziła Gawrona za to, że nim
ich obdarzył. Nazwała Go Demiurgiem i oskarżyła o wykorzystanie
do samolubnych celów.
Gawron nie potrafił
pomóc zabawkom. Nawet tym, które nie zapomniały o Stworzycielu i
wciąż Go wzywały. Czuł się winny, że skazał tak wielu na
cierpienie.
Zapragnął, by
obrócić wszystko z powrotem w proch, aby potem mógł odlecieć i
pogrążyć się w szaleństwie. Lecz wtedy usłyszał głos jednej z
zabawek. Młodego człowieka umierającego na straszliwą zarazę.
– Dziękuję za
to, że żyłem – powiedział chłopiec.
– Dlaczego? –
zdziwił się Gawron. – Czyż nie sprowadziłem na ciebie niedoli?
– Owszem. Ale
również dzięki Tobie oglądałem wschodzące słońce. Poczułem
smak świeżego chleba w ustach. Przytulałem się do matki. To
piękne.
Demiurg przybył do
miejsca, w którym przebywało dziecko. Leżało na łożu, oczekując
na nadchodzącą śmierć.
– Znam cię –
rzekł Ptak tuż po wylądowaniu na wezgłowiu. – Wpadłeś do
strumienia i zaziębiłeś się. Nie masz do Mnie żalu o to, że
mogło być inaczej? Że mogłeś przeżyć jeszcze wiele lat w
zdrowiu?
– Nie lubię się
zastanawiać nad tym, czego nie ma – odparł chłopiec. – Wolę
cieszyć się z tego, co jest.
– Jesteś tylko
zabawką w Mych skrzydłach. Powinno cię to przerażać.
– Zabawki lubią
każdą chwilę, jaką spędza z nimi ich posiadacz.
Dziecko wydało
ostatnie tchnienie, a jego duch połączył się z Gawronem.
Ptak zapłakał. I
zrozumiał.
Choć nie potrafił
dać wszystkiego Swym dzieciom, dał im naprawdę wiele.Drobiny tworzyły ogromne struktury, perfekcyjne w swej stateczności i nieożywieniu. Przemiany zachodziły powoli, zgodnie ze ślepym losem.
Ból, strach, miłość i szczęście pozostawały nieodkryte. Nie było świadomości, która mogła ich doznać.
I wtedy zjawił się On. Niektórzy mówią, że więzy krwi łączyły Go z Krukiem, który zbawił świat cierpieniem.
Gawron.
Przemierzał przestworza, myśląc o różnych sprawach. Po pewnym czasie podróż okazała się nużąca. Pozbawiona celu.
Zmęczony Ptak wylądował na ziemi. Bezkres gliny, bazaltu i gnejsu przyprawiał Go o smutek. W tym doskonałym, uśpionym świecie Gawron był sam.
Nagle poczuł, że może to zmienić. Powołać do życia coś na Swój obraz, ruchomego i zmiennego.
Gawron kreował. Lepił za pomocą woli coraz to nowe kształty, po czym wkładał w nie tchnienie, by tak jak On przemieniały otoczenie. Nazwał je zabawkami.
Powierzchnia cichej, martwej bryły wypełniła się gwarem. Posiadły ją rośliny i zwierzęta, także i takie, których dłonie oraz umysły miały moc stwórczą niemalże równą tej Gawrona.
Ptak ucieszył się. Nie był już odosobniony. Istoty kochały Go. Niektóre otoczyły Gawrona czcią, choć wcale o to nie prosił.
Lecz radość nie trwała długo. Zabawki różniły się od skał i gleb. Nie mogły być idealne, choć Gawron włożył w ich powstanie całe serce. Przekonał się, że Jego dzieci zaznają wiele złego.
Kreatury były kruche. Umierały przez wypadki. Pożerały siebie nawzajem. Wciąż walczyły, zadając innym ból.
Ludzie, najbardziej złożone z dzieł Ptaka, wręcz uczynili z rywalizacji obrzydliwą sztukę. Przelewali myśli w Słowa, za które gotowe byli zabijać i okaleczać braci. Nie zważali na nic. Jednocześnie użalali się nad własnym życiem. Część znienawidziła Gawrona za to, że nim ich obdarzył. Nazwała Go Demiurgiem i oskarżyła o wykorzystanie do samolubnych celów.
Gawron nie potrafił pomóc zabawkom. Nawet tym, które nie zapomniały o Stworzycielu i wciąż Go wzywały. Czuł się winny, że skazał tak wielu na cierpienie.
Zapragnął, by obrócić wszystko z powrotem w proch, aby potem mógł odlecieć i pogrążyć się w szaleństwie. Lecz wtedy usłyszał głos jednej z zabawek. Młodego człowieka umierającego na straszliwą zarazę.
– Dziękuję za to, że żyłem – powiedział chłopiec.
– Dlaczego? – zdziwił się Gawron. – Czyż nie sprowadziłem na ciebie niedoli?
– Owszem. Ale również dzięki Tobie oglądałem wschodzące słońce. Poczułem smak świeżego chleba w ustach. Przytulałem się do matki. To piękne.
Demiurg przybył do miejsca, w którym przebywało dziecko. Leżało na łożu, oczekując na nadchodzącą śmierć.
– Znam cię – rzekł Ptak tuż po wylądowaniu na wezgłowiu. – Wpadłeś do strumienia i zaziębiłeś się. Nie masz do Mnie żalu o to, że mogło być inaczej? Że mogłeś przeżyć jeszcze wiele lat w zdrowiu?
– Nie lubię się zastanawiać nad tym, czego nie ma – odparł chłopiec. – Wolę cieszyć się z tego, co jest.
– Jesteś tylko zabawką w Mych skrzydłach. Powinno cię to przerażać.
– Zabawki lubią każdą chwilę, jaką spędza z nimi ich posiadacz.
Dziecko wydało ostatnie tchnienie, a jego duch połączył się z Gawronem.
Ptak zapłakał. I zrozumiał.
Choć nie potrafił dać wszystkiego Swym dzieciom, dał im naprawdę wiele.
Saturday, March 26, 2016
Tetrahomosapiensinol
To był ciężki
dzień. Wredni klienci, skąpe napiwki, dokuczająca migrena. Ale jak
ktoś kiedyś mądrze stwierdził, nic nie może wiecznie trwać.
Zaszło słońce i nastała noc, której tak bardzo oczekiwała
Kaelsja. Kubek melisy na uspokojenie i do spania. Materac wydawał
się miększy niż zwykle, a świeżo wyprana pościel pachniała
lawendą. Ciemność powoli spowijała umysł młodej kobiety,
wyrywając jej świadomość ze świata jawy. Z początku błoga
nieświadomość, pustka, a potem nadeszły senne wizje.
Kaelsji zdawało
się, że jest inteligentną istotą o bliżej nieokreślonym
kształcie. Jej fizyczna manifestacja składała się wyłącznie z
mózgu. Wokół przebywało wiele bytów o podobnej naturze, lecz
niedostępnych, odosobnionych.
Myślała zimno,
twardo niczym skała. Wypełniona czernią, tylko gdzieniegdzie
błyskały blade, bezwymiarowe kropki światła. Stan piękny w swej
prostocie, ale zbyt suchy, pozbawiony emocji.
Pigułka.
Wszystko się
odmieniło. Zupełnie nagle, mgnienie oka w porównaniu z poprzednim
okresem. Widziała formujące się tchnienie, życie w coraz to
nowych i bardziej skomplikowanych powłokach. Dziwne w swoich
zachowaniach, czasem rozczulające, a czasem okrutne. W końcu istoty
uzyskały świadomość i stworzyły własny system, abstrakcję na
przekór otoczeniu. Kaelsję zalała fala słów i idei, jej umysł
nie był już chłodny i surowy. I wtedy zdała sobie sprawę, że
życie znajduje się w niej.
Obudziła się.
Fragment po fragmencie układała sen, aż zapisał się w pamięci
jasno i trwale. Przy porannej kawie próbowała odgadnąć jego
znacznie. Mimo usilnych starań nic nie przychodziło do głowy.
Tylko jeden z aforyzmów w gazecie zdawał się odnosić do wizji.
Bóg stał się
Wszechświatem, lecz pozostał sobą.
Bóg stał się
Wszechświatem, lecz nie przestał być Osobą.
Towarzyszył
Kaelsji przez cały dzień. Widniejący na szyldzie restauracji,
zapisany na rachunkach i karcie dań, wypowiadany przez klientów
przed posiłkiem. Dziwne, lecz zamiast niepokoić, zaciekawiał.
Godziny
mijały i Kaelsja znów znalazła się w łóżku, równie zmęczona
jak wczoraj. Długo nie mogła zasnąć, przewracając się z boku na
bok i myśląc o inteligentnych stworzeniach, które ostatniej nocy
odmieniły jaźń dziwnego bytu. W końcu Morfeusz zlitował się nad
nią.
Na
początku była tylko człowiekiem.
Skręt,
kreska, kartonik.
Znów
stała się Wielkim Mózgiem. Czuła, jak cywilizacje rozwijały się
na jej komórkach, każda egzystująca inaczej, tworząca i
konsumująca na swój sposób. Istoty opuszczały macierzyste
neurony. Podróżowały w statkach kosmicznych, spotykały obcych i
wymieniały się z nimi pomysłami i wizjami.
Perfekcyjna
synergia. Kaelsja zanurzyła się w ekstazie. Vis vitalis ją
ubogacała. Perspektywa coraz szersza, sens coraz głębszy.
Zgrzyt.
Na
powrót w ludzkim ciele. Szpitalne łóżko. Wrzeszczący lekarz o
paskudnej twarzy.
-
Ćpunka! Chloropromazyna! Chloropromazyna!
Kolejna
zmiana formy. Wojna, wielka wojna w mózgu. Stworzenia niszczą
siebie nawzajem, bombardują planety, gaszą słońca, zatruwają
atmosfery. Wszystko staje się chłodne i proste, takie normalne.
Jednakże po pewnym czasie życie odrodziło się niczym feniks z
popiołów, znów dostarczyło haju emocji i idei...
Oddzielenie.
Kaelsja
spoglądała na Tego, kim była jeszcze przed chwilą. Wszechświat,
umysł skonstruowany z galaktyk. Słyszała, jak do niej przemawia.
-
Wasza sztuka niczym psychodelik. Wasza wiedza niczym neuroleptyk.
Wasza nadzieja niczym depresant. Wasza wiara niczym stymulant.
Radiobudzik
wyrwał ją ze snu. Okropnie bolała ją głowa. Jeszcze ta tandetna
piosenka, jakby nie mieli nic lepszego do puszczania...
Because your love
Your
love
Your
love
Is
my drug
Monday, February 8, 2016
Nieoficjalny Jah
Kolejna nudna
wycieczka. Rozkrzyczane dzieci siostry powoli doprowadzały Pawła do
szału. W sumie nie wiedział, dlaczego się na to zgodził. Chyba
wyłącznie ze względu na matkę i jej gadkę o zacieśnianiu
rodzinnych więzi. Tak bardzo chciałby, żeby poza pieniędzmi na
utrzymanie czasami dawała mu jeszcze spokój.
Lato w pełni. Upał
był niemiłosierny. Jola po raz kolejny upomniała swoje bachory,
żeby tak nie biegały, bo się przewrócą i spadną im lody, a ona
nie będzie po raz kolejny kupowała nowych. Paweł snuł się powoli
za nimi, sącząc mineralną z butelki i przeklinając gruczoły
potowe. Na szczęście to już prawie koniec. Łebki chcą jeszcze
tylko zobaczyć lwy i spadamy do domu. Z powrotem w chłodzonym
wentylatorem pokoju, jedząc pizzę, śliniąc się do zdjęć
pięknych dziewczyn, grając w durne strzelanki online dla zabicia
czasu bądź ucząc się jakichś pierdół, które i tak potem nie
przydadzą się w karierze zawodowej. Życie nie miało sensu. Nic,
tylko wykonywanie obowiązków i konsumpcja. Wszystko sprowadzało
się wyłącznie do zaspokajania bazowych potrzeb. Miał tego dość.
Przytłoczony
egzystencjalnym ciężarem Paweł usiadł na ławce tuż przed
wybiegiem dla lwów. Dzieci Joli przylgnęły do pancernej szyby w
nadziei na wypatrzenie dzikich kotów. Nic z tego. Drapieżniki
pewnie leżały gdzieś w wysokich trawach, rozleniwione brakiem
konieczności samodzielnego zdobywania pożywienia. Paweł niemal
zzieleniał z zazdrości na samą myśl o tym, że on mógłby się
pogrążyć w takim błogostanie...
Minęło kilka
chwil, a lwów ani śladu. Rozczarowane maluchy nie miały zamiaru
odchodzić od wybiegu mimo usilnych nalegań mamy. W końcu Jola
straciła cierpliwość i zagroziła, że pójdzie bez nich. Jej brat
zaczął podnosić się z ławki, licząc na to, że wreszcie
opuszczą ten przeklęty ogród zoologiczny.
Lecz nagle zrobiło
się ciemno i zimno. Na niebie jednolitemu błękitowi ustąpił
granat okraszony świecącymi punktami. Wystraszony Paweł rozejrzał
się dookoła. Zwiedzający gdzieś zniknęli, cała infrastruktura
zresztą też. Nic, tylko morze trawy smagane wichrem i wielkie
baobaby.
Chłopak nie miał
pojęcia, co się stało. Usłyszał donośny ryk. Ogarnęło go
przerażenie, lecz nie mógł uciekać. Stał sparaliżowany, modląc
się , by to wszystko okazało się jedynie halucynacją. Z gęstwiny
wyłonił się potężny lew z ciemnobrązową grzywą.
Majestatycznie kroczył w kierunku człowieka, zupełnie jakby
wiedział, że ten nie jest w stanie się oddalić.
- Nie bój się –
przemówił grubym głosem drapieżnik. - Jestem tu dla ciebie.
Usiądź.
Paweł wykonał
polecenie lwa. Dalej nie był do końca pewny tego, co się dzieje.
Dziki kot podszedł bliżej i położył się przy nim.
- Posłuchaj teraz
uważnie – ciągnął dalej król zwierząt. - Może uznasz to
wszystko za objawienie, może stwierdzisz, że sam to wymyśliłeś
albo wyśniłeś. Nieistotne. Chcę, żebyś wiedział jedno. Nie
powinieneś się zadręczać.
Paweł w głębi
duszy powoli czuł, jak lęk ustępuje. Zdawał sobie sprawę z
surrealizmu sytuacji i dobrych, choć jeszcze niezrozumiałych
intencji czworonożnego rozmówcy.
- Czym ja się
zadręczam? - zapytał, nagle wątpiąc w to, co konstytuowało jego
osobowość.
- Bezsensem –
odparł lew. - Wiarą w to, że wszystkie działania są w dłuższej
perspektywy pozbawione znaczenia. Nawet jeśli rzeczywiście światem
kierują wyłącznie ślepy los i naturalne popędy, to czy poddanie
się temu faktowi czyni cię szczęśliwym?
Milczenie. Ciszę
zakłócał jedynie szum wiatru.
- Sam możesz
wyznaczyć, co chcesz osiągnąć i dążyć do tego z całej siły.
Gdyby ci się nie udało, obierzesz inny cel. Wydaje się głupie,
lecz dzięki temu będziesz miał coś, na czym oprzesz życie. Coś
niekoniecznie nadprzyrodzonego czy wielkiego, lecz własnego.
- Dlaczego mi o tym
mówisz? - Paweł złapał się na tym, że mimowolnie zaczął
głaskać zwierzę po grzbiecie.
- Bo mi na tobie
zależy. Mnie, Lwowi Judy, prawdziwemu Mesjaszowi.
- Nie rozumiem.
Dlaczego akurat na mnie, bezwartościowemu młokosowi? Czy nie lepiej
było zainteresować się jakimś szanowanym człowiekiem?
- Szanowani ludzie
za mną nie przepadają – wyznał Mesjasz. - Interesuje ich tylko
kodeks i rytuał, a widzisz, ja lubię załatwiać sprawy
nieoficjalnie...
Wtem znów zrobiło
się jasno, a wielki kot znalazł się za pancerną szybą. Chłopak
zorientował się, że znów znajduje się w zoo i siedzi na murze
otaczającym wybieg.
- Hej, Paweł! –
usłyszał głos siostry. - Zbieraj się, idziemy. Gapisz się od
dwóch minut na tego lwa jak jakiś wariat. Znowu odpłynąłeś w
ten swój świat fantazji?
Saturday, January 9, 2016
Zemsta Lovelocka
Z pozoru przyszłość
wyglądała całkiem normalnie. Żadnych zdewastowanych miast,
pokrytych kurzem pustkowi i przemierzających je mutantów. Nie było
też gigantycznych statków kosmicznych i międzyplanetarnych
federacji. Ludzie żyli podobnie jak kilkadziesiąt lat temu. Rankiem
pędzili do pracy w celu zarobienia pieniędzy, popołudniem do domu,
aby te pieniądze wydawać na rozrywkę. Mieli co prawda trochę
więcej elektronicznych asystentów, ale wszystko zdawało się być
w jak najlepszym porządku. Poza jednym szczegółem.
– Jacy oni są
starzy – pomyślał Selim. – Gdzie podziali się młodzi
ludzie?
Sam nie był lepszy.
Miał sześćdziesiątkę z hakiem. Żył w dużej metropolii gdzieś
na zachodzie Europy, nieistotne gdzie. Kroczył teraz po ruchliwej
ulicy wśród osiemdziesięciolatków wyglądających, jakby mieli o
połowę mniej wiosen na karku dzięki terapiom antygeronowym, wśród
androidów, zwierząt domowych. Lecz nie dzieci.
Dlaczego Homo
sapiens tak bardzo znienawidził własne młode? Czy aż tak cenił
ciszę, skoro w jego siedliskach panował nieustanny zgiełk? Czy aż
tak brzydził się czynami głupimi i pozbawionymi empatii, skoro
dorosłe osobniki popełniały je równie często? Czy jego
przedstawiciele byli aż tak zajęci swoimi sprawami, skoro marnowali
po kilka godzin dziennie na bzdury?
Selim nie znał
odpowiedzi na te pytania. Miał dwóch dorosłych już synów, bez
których nie wyobrażałby sobie życia. Miłość rodzica do dziecka
uważał za najsilniejszą na świecie i nie pojmował, jak większa
część społeczeństwa może egzystować bez niej. Niestety, jego
potomkowie również nie podzielali tej opinii, więc nie doczekał
się wnuków.
Nie wiedział, który
to już dzień z kolei poświęca na troskę o losy cywilizacji. Nie
cierpiał ciągle rozmawiać o pracy, nowych modelach robotów
domowych czy wakacjach w bazie NASA na Marsie. Lubił marzyć o
wielkich rzeczach. Chyba zostało mu to z czasów, kiedy był jeszcze
religijny. Niewielu myślicieli krążyło już po tym świecie.
Każda kultura, każda filozofia, nawet te oparte na buddyzmie i
islamie, stępiły się w kontakcie z konsumpcjonizmem.
Mówiono, że to
dobrze, że populacja maleje, bo likwiduje to problem głodu i
przeludnienia. Wkrótce okazało się, że brakuje osób w wieku
produkcyjnym, mimo iż jego górna granica znacznie się przesunęła
dzięki rozwojowi medycyny. Braki próbowano uzupełniać przez
hodowanie młodych w sztucznych łonach i wychowywanie w rządowych
ośrodkach. Niewielu chciało żyć ze świadomością, że ich
jedynym celem jest utrzymywanie starych egoistów, więc często
popełniali samobójstwa.
Strapiony krytyczną
sytuacją ludzkości Selim pomylił się i skręcił w boczną
uliczkę o jedno skrzyżowanie wcześniej niż powinien. Zupełnie
się tym nie przejmował, zajęty czytaniem wiadomości na soczewkach
AR, dopóki nie zorientował się, że zamiast pod biurowcem
Hornfield Neuromedics Inc. wylądował w jakimś ślepym zaułku.
Obrócił się na pięcie i już chciał popędzić w przeciwnym
kierunku, aby nie spóźnić się do pracy, lecz poczuł coś
ocierającego się o nogę. Był to mały, rudy kot. Nie miał obroży
i wyglądał na zaniedbanego. Selim nie pamiętał, kiedy ostatni raz
widział bezpańskie zwierzę. No bo co za bezduszny potwór
zostawiłby słodziutkiego pupilka bez opieki? Zwłaszcza, że
kocurki, króliczki i pieski stanowiły pożądany towar jako
substytut dzieci i partnera.
Napastujący Selima
futrzak już zniknął. Transformował się w piękną, długowłosą
pannę w półprzeźroczystej sukience, noszącą wianek na głowie.
System AR ześwirował, nie potrafiąc zakwalifikować jej ani jako
człowieka, ani androida.
– Prawda przybywa
do tych, którzy jej szukają – rzekła spokojnym, eterycznym tonem
nieznajoma.
– Kim jesteś? –
zapytał Selim, nie mogąc oderwać wzroku od piersi kobiety.
– Nazywam się
Gaia. Jestem uosobieniem natury, całą przyrodą w ludzkim
wcieleniu. Przybywam tu, by oznajmić, że twoje troski są daremne.
– Uff –
odetchnął Selim. – Czy to znaczy, że wkrótce przyrost naturalny
wróci do normy?
– Wręcz
przeciwnie, populacja Homo sapiens skurczy się jeszcze bardziej.
Inaczej harmonia na świecie nie zostałaby przywrócona. I tak
zniszczyliście już zbyt wiele na tej planecie.
– Przecież
zaczęliśmy żyć ekologicznie. Korzystamy z odnawialnych źródeł
energii, ochraniamy inne gatunki i te sprawy…
– Lecz nadal
uciekacie się do najpodlejszych czynów, aby zaspokoić własną
chciwość. Gdy tylko uda wam się przystosować inne planety do
zamieszkania, wyssiecie z Ziemi wszystko to, co cenne. Zostawiacie po
sobie tylko popiół. To niedopuszczalne. Dlatego nałożyłam na
wszystkie żyjące istoty pewne ograniczenie. Gdy tylko zaczynacie
żyć w zbyt dobrych warunkach, odechciewa wam się rozmnażać i
zatracacie się w błahych sprawach. Innymi słowy – wymieracie.
Tego nie da się uniknąć.
– Ale… Ale… –
Selim zaczął się jąkać, próbując wydusić z siebie jakiś
sensowny sprzeciw.
– Nie ma żadnych
ale – odpowiedziała Gaia. – Na mnie już czas.
Kobieta z powrotem
przemieniła się w kota i gdzieś czmychnęła. Osłupiały Selim
przypomniał sobie eksperyment z dwudziestego wieku, zwany przez
niektórych mysią utopią. Gryzonie mimo idealnych warunków życia
długo nie pociągnęły przez degenerację w ich zachowaniach.
Mężczyzna spojrzał na zegarek w kącie pola widzenia. Był
spóźniony o piętnaście minut. Machnął ręką na wszystko i
pospieszył do pracy.
*
Hassan odebrał
przychodzącą wideorozmowę i ujrzał uśmiechniętą twarz brata.
– Siemka, Ibrahim!
– powitał go. – I jak tam, nasz plan wypalił?
– Wygląda na to,
że tak. Wczoraj byłem u rodziców na obiedzie i ojciec nawet nie
zająknął się o dzieciach.
– Doskonale. A już
myślałem, że trzy pensje, które wydałem na wynajęcie
szpiegowskiego metamorfobota, szlag trafił.
– No, dobrze, że
się udało. Na szczęście starszy ma skłonność do wiary w gusła…
Labels:
cywilizacja,
futurologia,
natura,
przyroda,
rodzina,
s-f,
szort
Friday, September 11, 2015
"Szopka 2035"
Jeden krok. Drugi.
Trzeci. Na kolejne nie mam siły. Zaraz dopadnie mnie krwiożercza
bestia i raz na zawsze przekreśli szanse na wypełnienie misji. Nie,
nie mogę się poddać. Nie zawiodę moich ludzi. Nie pozwolę, by
dwadzieścia lat walki o przetrwanie, ordynarnie mówiąc, poszło
się jebać. Mimo okropnego zmęczenia brnę dalej pośród
radioaktywnego pyłku topoli. Kurewstwo wykańczało mnie jeszcze
przed wojną, a podkręcone putinowskim plutonem stało się
prawdziwym utrapieniem, zwłaszcza, że jedyną ochronę przed nimi
stanowiły białe maseczki behapowskie podwędzone z Castoramy.
Wszystko zaczęło
się dwadzieścia lat temu. Siedzimy sobie przy piwerku u Mariana na
chacie, w telewizji puszczają wiadomości. Mówią tam o tym całym
konflikcie na Ukrainie, że niby Rosjanie wysyłają tam coraz więcej
wojsk i nie wiadomo, co z tego wyniknie. Marian powiedział wtedy, że
pewnie skończy się na atomówkach, bo tak jest w każdym filmie. No
to zacząłem rozkminiać, żeby jakiś schron postawić. Bo w sumie
w wolnym czasie i tak tylko siedzieliśmy na tyłkach i chlaliśmy, a
w razie czego dobrze mieć jakąś miejscówkę na przeczekanie
ataku. Razem z Marianem postanowiliśmy przystosować moją ogródkową
szopkę do tego celu.
Zaczęliśmy od
wypieprzenia wszystkich zbędnych gratów. Pozbyliśmy się trochę
połamanych plastikowych krzeseł, starych wędek i poplamionych
świerszczyków (Marian mówił, żeby zostawić, ale wytłumaczyłem
mu, że do schronu wpuścimy pełno lasek, żeby potem odbudować
cywilizację). Mamuśka jak zobaczyła, co robimy, to się w głowę
popukała. Mimo tego kontynuowaliśmy pracę, jak się później
okazało, ze zbawiennym skutkiem. Zamontowaliśmy skobel z drugiej
strony drzwi, żeby można było zamykać je od środka.
Uszczelniliśmy okno pianką poliuretanową, a pod nim wykuliśmy
otwór strzelecki, w sam raz na wiatrówkę. Później trochę przez
niego pizgało, ale zatykaliśmy go skarpetkami. Okazał się za to
nieoceniony podczas licznych walk z mutantami. Zainstalowaliśmy też
filtr powietrza (stożkowy do subaru imprezy, nie jakieś
goebbelsowkie gówno) i wody (tu musieliśmy niestety liczyć na
zwykły wkład brity) Przy okazji zorientowaliśmy się, że w sumie
to nie mamy jeszcze instalacji wodociągowej i elektrycznej.
Poprowadzenie szlaucha ze stawu do szopki nie było problemem. Trochę
gorzej z zasysaniem, ale jak się później okazało, niektórzy
mieszkańcy schronu mieli już spore doświadczenie w tej dziedzinie.
Z prądem mieliśmy niezłe perypetie. Na początku chcieliśmy
pociągnąć na lewo ze słupa, ale Mariana kopnęło i wylądował w
szpitalu. Przez trzy dni musiałem robić sam. W tym czasie
opracowałem i skonstruowałem generator ze starego roweru
wyposażonego w dynamo. Przyniosłem też trochę zapasów z domowej
spiżarni (głównie bimber i wina owocowe) oraz stare koce i
poduszki.
Miejscówka była
już w zasadzie gotowa. Doszliśmy jednak z Marianem do wniosku, że
jest trochę za mała. Przewidzieliśmy ją na cztery osoby, a to z
pewnością nie wystarczyłoby na odbudowanie cywilizacji. Zaczęliśmy
więc odwiedzać mieszkańców Zadupia i namawiać ich, żeby
przyłączyli się do budowy kolejnych schronów. Większość wzięła
nas za wariatów, ale znalazło się kilku chętnych. Przerobiliśmy
więc dwie opuszczone altanki na działkach i stary garaż
Malinowskiego, który zgodził się nam go oddać w zamian za
skopanie tyłka Grubemu zalecającemu się do jego córki. Tak oto
powstał ZAJEB, czyli Zadupiańska Aglomeracja Jądrowoodpornych
Ergonomicznych Budynków.
Niestety ZAJEB
posiadał jedną znaczącą wadę. Niemożliwe było przemieszczanie
się pomiędzy poszczególnymi JEBami bez wychodzenia na zewnątrz. W
warunkach silnego promieniowania stanowiło to śmiertelne
zagrożenie. Postanowiliśmy połączyć schrony siecią podziemnych
tuneli. Nie zdążyliśmy zejść na dwa metry pod ziemie, a nikomu
nie chciało się już kopać, więc zatrudniliśmy do tego lokalnych
meneli. Byli skrajnymi optymistami, bo zamiast zagwarantowanego
miejsca w ZAJEBie woleli dwadzieścia złotych jako zapłatę.
Po miesiącu nasz
przeciwaatomowy azyl był już gotowy. Pozostało jedynie czekać na
atak wroga. I oto nadszedł ten pamiętny dzień, w którym głośno
zawyła syrena strażacka przy remizie. Przed udaniem się do schronu
zabrałem dzieła kultury, które uznałem za najważniejsze dla
naszej cywilizacji – „Królów Życia” Gangu Albanii i
„Blondyneczkę” Bayer Full, oczywiście pirackie kopie kupione na
odpuście. Do ZAJEBu wpuszczaliśmy tylko ładne laseczki i
prawilnych chłopaków, ale jednych i drugich nie było zbyt wiele,
więc potem wchodził każdy jak leci, aż osiągnęliśmy
dwudziestoosobowy limit. Serce mi się krajało, kiedy patrzyłem na
tłumy nie mogące dostać się do schronów. Długo śniłem o
skrobaniu tipsów o drzwi altanki, które nie ustawało kilka dni po
wybuchu wojny jądrowej. Później dowiedziałem się, że Mariola
zapomniała wziąć ze sobą pilniczka.
Przez spory kawał
czasu żyliśmy w pokoju i względnym komforcie. Odbudowa cywilizacji
szła zgodnie z planem, urodziło nam się kilkoro dzieci. Braki w
zapasach uzupełniali dzielni stalkerzy, uprawialiśmy również
grzyby, które służyły za substytut mięsa, warzyw, herbaty,
APAPu, viagry i kilku innych rzeczy. Problemy pojawiły się po kilku
latach. Zaczęły napadać nas krwiożercze mutanty. Najgorsze były
Mohery. Nazwaliśmy je tak ze względu na dziwne, malutkie antenki na
głowach. Strzały z wiatrówek i koktajle Mołotowa nie robiły na
nich najmniejszego wrażenia. Odpędzał je natomiast widok plecaków
i koszulek z Hello Kitty, dlatego nosiliśmy je jako ochronę. Na
domiar złego ZAJEB podzielił się na dwie frakcje: Zjednoczoną
Prawicę zajmującą altanki i Zjednoczoną Lewicę rezydującą w
pozostałych schronach. Wojna między nimi trwa do tej pory, chociaż
nikt nie pamięta już, kto był za, a kto przeciwko wprowadzeniu
Jednoosobowych Okrągłych Wychodków. Walki pochłonęły mnóstwo
ofiar i zasobów, osłabiając obronę przed mutantami. Naszą
ostatnią nadzieją na przeżycie było skontaktowanie się z innymi
grupami ocalałych. Tuż po wybuchu wojny założyliśmy specjalną
grupę na Facebooku, do której mieli zgłaszać się mieszkańcy
schronów spoza ZAJEBu. Owszem, jesteśmy z Marianem kumaci, ale nie
wierzyliśmy, że nikt na całym świecie nie wpadł na ten sam
pomysł co my. Po dwudziestu latach okazało się, że mieliśmy
rację. Napisali do nas ludzie z Wygwizdowa, niewielkiej wioski
leżącej kilkanaście kilometrów od Zadupia. Skryli się przed
pociskami jądrowymi w piwnicach. Dziwiło nas to, że nasi stalkerzy
do tej pory jeszcze się nie spotkali. Tak czy inaczej ruszyłem na
ekspedycję razem z Marianem i Tomkiem. Niestety, ich stroje Hello
Kitty uległy zabrudzeniu podczas czołgania się przez tunele i
tylko ja przeżyłem spotkanie z Moherami. Byłem już blisko celu,
gdy natknąłem się na jakiegoś innego mutanta, tego, który goni
mnie do tej pory. Wygląda prawie jak człowiek, ma jednak fioletową
skórę. Jestem zbyt zmęczony, by biec dalej. Kryję się za
śmietnikami. Bestia znalazła mnie, ale tanio skóry nie sprzedam.
– W imię ZAJEBu,
skurwysynu! – krzyknąłem, wymachując tasakiem w jego kierunku.
– Panie, co pan?!
– odpowiedział mutant. – Ja tylko dwa złote na piwo chciałem
pożyczyć.
"Mylący napis" - ciąg dalszy "Chaty płaczu"
- Mam już dosyć, odpocznijmy chwilę – wydyszała Paquai, wspierając dłonie na kolanach. - Naprawdę nie mogliśmy pójść okrężną drogą?
- Przechodząc przez szczyt oszczędzamy kilka godzin marszu – wyjaśnił jej Cydas. - Dzięki temu powinniśmy dotrzeć do Luyrun przed zmrokiem. Naprawdę chciałbyś znowu spać pod gołym niebem?
- Nie wiem, czy to nie byłoby lepszym wyjściem – stwierdziła kobieta. - Ludzie traktują nas jak wysłanników ciemnych sił. Nasze historie i znaleziska budzą w nich przerażenie, zwłaszcza woda z jeziorka leżącego na wschód od Vydaru. W Munabie musieliśmy się niemało natłumaczyć, aby uwierzyli, że to nie my zabiliśmy tamtych ludzi ze spalonej chaty.
- To normalne, że boją się nieznanego. I właśnie dlatego za cel postawiliśmy sobie rozwiewanie tajemnic. Nasze wyprawy powinny służyć rozwojowi cywilizacji.
- Tak? A ja myślałam, że robimy to dlatego, że jesteśmy cholernie ciekawscy i nie potrafimy usiedzieć na miejscu.
---Podróżnicy zaśmiali się głośno. Paquai odgarnęła z twarzy spocone grzywkę w kolorze oberżyny, oparła się o jeden ze świerków, które wraz ze wzrostem wysokości nad poziomem morza stopniowo wypierały buki, wyciągnęła manierkę i wypiła kilka łapczywych łyków wody.
- Daj mi parę minut – poprosiła towarzysza. - I co się tak patrzysz, jesteś facetem, masz lepszą kondycję!
- No dobrze, niech ci będzie. Sam też ledwo wytrzymuję.
---Cydas usiadł na spróchniałym pniu. Przyłożył pięść do podbródka, jak to miał w dziwnym zwyczaju, i skierował wzrok gdzieś w dal. Okrągła, gładka twarz i czarne, kędzierzawe włosy doskonale pasował do wizerunku marzyciela. Nie można było jednak nazwać go przystojnym, przynajmniej dla Paquai. Był zbyt szczupły – nie lubił jeść dużo, a dalekie wędrówki pochłaniały każdy nadmiar tłuszczu – a przez delikatną facjatę wyglądał na sporo mniej niż dwadzieścia dwie wiosny. Ona z kolei stanowiła przedmiot fascynacji wielu mężczyzn. Cynamonowa opalenizna, fioletowe oczy oraz wydatne piersi i pośladki nadawały jej egzotycznego powabu. Nie w głowie były jej jednak romanse. Jakiekolwiek głębsze przywiązanie emocjonalne przy awanturniczo-podróżniczym stylu życie stanowiłoby tylko zbędny ciężar. Wierny przyjaciel dający oparcie w trudnych chwilach w zupełności wystarczał.
---Paquai wzięła kilka głębokich oddechów, oderwała plecy od drzewa i dała znak, że jest gotowa do dalszej drogi. Cydas wstał i razem ruszyli w drogę. Zbocze było wyjątkowo strome, a przez mokrą ściółkę łatwo było o poślizg. Mimo tego wędrowcy niestrudzenie stawiali krok za krokiem. Pół godziny wspinaczki później dotarli już na wierzchołek góry zwanej Tremajune, co w języku Fyhanu oznaczało „Omszałe głazy”. Swój przydomek zawdzięczała dosyć sporej formacji skalnej znajdującej się na szczycie, która przewyższała największe drzewa, i dzięki temu była doskonałym punktem obserwacyjnym.
- Wchodzimy na górę? - zaproponował Cydas.
- Takich widoków nie odmówię nigdy, choćby przechodziła tędy po raz setny – wyznała Paquai. - Ale najpierw coś zjedzmy.
---Kobieta wyciągnęła z plecaka trochę suszonej wieprzowiny i poczęstowała towarzysza, lecz wziął tylko niewielki kawałek. W pośpiechu przeżuli mięso i zbliżyli się do skały.
- Spójrz, ktoś wyrył tam jakiś napis – zauważył Cydas.
- „Hisud”. Ale przecież to nie ten szczyt – zdziwiła się jego przyjaciółka. - Hę? Co się dzieje?
---Nagle wszystko dookoła nich zaczęło się rozmywać, a następnie znowu stało się ostre, jednak stos głazów gdzieś zniknął, drzewa zmieniły swoje miejsca, a na prawo, nieco poniżej podróżników pojawiła się niecka z wodą, z której wpływał mały strumyczek.
- Teraz rzeczywiście jesteśmy na Hisudzie. – Cydas ze spokojem skomentował to, co stało się przed chwilą.
- Coś przeniosło nas cztery dramekany na południowy zachód. Albo tak nam się tylko zdaje.
- Twierdzisz, że może być tylko iluzja? - mężczyzna podszedł do najbliższego drzewa i zastukał w korę. - Wygląda na prawdziwe.
- To nastąpiło zaraz po tym, jak przeczytałam ten napis. Czyżby te głazy też były artefaktem?
- Może sam sposób, w jaki go wyryto był związany z magią. Musimy to sprawdzić.
- Ale wiesz, że to oznacza spore wydłużenie trasy? Stąd mamy tylko sześć dramekanów do Luyrun, a jeśli wrócimy na Tremajune, łącznie przejdziemy jedenaście dramekanów.
- I co z tego? Nie wolno nam zostawiać takiego odkrycia na później.
- Jeszcze niedawno zależało ci na dotarciu do ludzkich siedzib przed zmrokiem! Uch, niech ci będzie.
---Bez zwłoki skierowali się na północny wschód.
*
---Szlak na przełęczy pomiędzy dwoma szczytami był wyjątkowo trudny. W niektórych miejscach był wąski na dwie stopy, a po obu stronach znajdowały się wysokie urwiska. Wędrowcy przebywali właśnie jeden z takich fragmentów drogi.
- Ostrożnie! - krzyknęła Paquai, po tym, jak stopa Cydasa prawie ześlizgnęła się z uskoku.
- Spokojnie, przecież uważam.
- Właśnie widziałam...
- Hej, słyszysz to? - Cydas wskazał na koronę jednego z drzew, rosnącego tuż przy ścianie urwiska. - Coś tam się rusza.
---Nagle z buka zeskoczył zakapturzony mężczyzna i wyciągnął zza pazuchy szablę. Podróżnicy usłyszeli za sobą głuche łupnięcie. Kolejny zamaskowany napastnik z morgenszternem w ręku skutecznie odcinał im drogę ucieczki.
- To już koniec waszej zabawy w odkrywców – powiedział zbój dzierżący szablę. - Nie wymkniecie się nam.
- Zaraz zaraz – odezwała się Paquai. - Kim jesteście i dlaczego nam grozicie? Jesteśmy tylko zwykłymi wędrowcami, nie chcemy nikomu zaszkodzić.
- Nie chcecie, ale to robicie. Wtykacie nos w nie swoje sprawy, a potem opowiadacie wieśniakom wasze historyjki. Ludzie i tak wiedzą już zbyt dużo.
- Dlaczego mielibyśmy tego nie robić? Mamy prawo lepiej poznawać Lokamon. To służy wszystkim.
- Mylisz się, głupcze...
---Nieznajomi zaczęli zbliżać się do Paquai i Cydasa. Para przyjaciół miała przy sobie sztylety, lecz nie znali się na walce. Do tej pory starali się unikać konfliktów. W tej chwili to było niemożliwe. Napastnicy byli już gotowi do ataku, gdy nagle zastygli w bezruchu. Jeden z nich upadł na szlak i roztrzaskał się na tysiące małych kawałeczków, zupełnie jakby był zrobiony z lodu. Drugi zleciał z uskoku i spotkał go ten sam los. Podróżnicy otworzyli usta szeroko ze zdziwienia.
- Nie musicie dziękować.
---Dziwny głos zdawał się dobiegać z ziemi, tuż przy stopach Paquai. Oboje spojrzeli na dół, lecz nie zauważyli nic interesującego poza lśniącym, niebieskim chrząszczem wielkości dwóch paznokci.
- Tak, to ja to zrobiłem. - Owad wzbił się w powietrze i usiadł na ręce kobiety.
- Kim oni byli? - spytał Cydas. - I czym ty jesteś?!
- Nie wnikałem w to zbytnio. Wiedziałem jedynie, że są jednymi z tych, którzy nie chcą dzielić się swoją wiedzą z innymi. Wy stanowiliście dla nich przeszkodę. Dlatego was śledzili, i wykorzystali waszą ciekawość do wpędzenia w pułapkę.
- Chodzi o magię i artefakty? – dociekała Paquai.
- Jeżeli tak to nazywacie... Niektórzy pragną, żeby sekrety tego świata były znane tylko im. Traktują to jako przewagę. Wy nie jesteście tacy... skupieni na własnym powodzeniu. I dlatego was uratowałem.
- Jesteś wyjątkowo dobrym... chrząszczem – uznał niepewnie Cydas. - Masz jakieś imię?
- Nie jestem chrząszczem. A może i jestem? Z resztą, to tylko zewnętrzna powłoka. Jeśli zaś chodzi o imię – nie posiadam żadnego. Kiedyś zwano mnie Prorokiem. Ale to były dawne czasy. Wiele się zmieniło. Wybaczcie, wiem że macie jeszcze wiele pytań, ale muszę już was opuścić. Jestem potrzebny w innych miejscach.
---Owad odleciał i po chwili zniknął wędrowcom z oczu.
- Przechodząc przez szczyt oszczędzamy kilka godzin marszu – wyjaśnił jej Cydas. - Dzięki temu powinniśmy dotrzeć do Luyrun przed zmrokiem. Naprawdę chciałbyś znowu spać pod gołym niebem?
- Nie wiem, czy to nie byłoby lepszym wyjściem – stwierdziła kobieta. - Ludzie traktują nas jak wysłanników ciemnych sił. Nasze historie i znaleziska budzą w nich przerażenie, zwłaszcza woda z jeziorka leżącego na wschód od Vydaru. W Munabie musieliśmy się niemało natłumaczyć, aby uwierzyli, że to nie my zabiliśmy tamtych ludzi ze spalonej chaty.
- To normalne, że boją się nieznanego. I właśnie dlatego za cel postawiliśmy sobie rozwiewanie tajemnic. Nasze wyprawy powinny służyć rozwojowi cywilizacji.
- Tak? A ja myślałam, że robimy to dlatego, że jesteśmy cholernie ciekawscy i nie potrafimy usiedzieć na miejscu.
---Podróżnicy zaśmiali się głośno. Paquai odgarnęła z twarzy spocone grzywkę w kolorze oberżyny, oparła się o jeden ze świerków, które wraz ze wzrostem wysokości nad poziomem morza stopniowo wypierały buki, wyciągnęła manierkę i wypiła kilka łapczywych łyków wody.
- Daj mi parę minut – poprosiła towarzysza. - I co się tak patrzysz, jesteś facetem, masz lepszą kondycję!
- No dobrze, niech ci będzie. Sam też ledwo wytrzymuję.
---Cydas usiadł na spróchniałym pniu. Przyłożył pięść do podbródka, jak to miał w dziwnym zwyczaju, i skierował wzrok gdzieś w dal. Okrągła, gładka twarz i czarne, kędzierzawe włosy doskonale pasował do wizerunku marzyciela. Nie można było jednak nazwać go przystojnym, przynajmniej dla Paquai. Był zbyt szczupły – nie lubił jeść dużo, a dalekie wędrówki pochłaniały każdy nadmiar tłuszczu – a przez delikatną facjatę wyglądał na sporo mniej niż dwadzieścia dwie wiosny. Ona z kolei stanowiła przedmiot fascynacji wielu mężczyzn. Cynamonowa opalenizna, fioletowe oczy oraz wydatne piersi i pośladki nadawały jej egzotycznego powabu. Nie w głowie były jej jednak romanse. Jakiekolwiek głębsze przywiązanie emocjonalne przy awanturniczo-podróżniczym stylu życie stanowiłoby tylko zbędny ciężar. Wierny przyjaciel dający oparcie w trudnych chwilach w zupełności wystarczał.
---Paquai wzięła kilka głębokich oddechów, oderwała plecy od drzewa i dała znak, że jest gotowa do dalszej drogi. Cydas wstał i razem ruszyli w drogę. Zbocze było wyjątkowo strome, a przez mokrą ściółkę łatwo było o poślizg. Mimo tego wędrowcy niestrudzenie stawiali krok za krokiem. Pół godziny wspinaczki później dotarli już na wierzchołek góry zwanej Tremajune, co w języku Fyhanu oznaczało „Omszałe głazy”. Swój przydomek zawdzięczała dosyć sporej formacji skalnej znajdującej się na szczycie, która przewyższała największe drzewa, i dzięki temu była doskonałym punktem obserwacyjnym.
- Wchodzimy na górę? - zaproponował Cydas.
- Takich widoków nie odmówię nigdy, choćby przechodziła tędy po raz setny – wyznała Paquai. - Ale najpierw coś zjedzmy.
---Kobieta wyciągnęła z plecaka trochę suszonej wieprzowiny i poczęstowała towarzysza, lecz wziął tylko niewielki kawałek. W pośpiechu przeżuli mięso i zbliżyli się do skały.
- Spójrz, ktoś wyrył tam jakiś napis – zauważył Cydas.
- „Hisud”. Ale przecież to nie ten szczyt – zdziwiła się jego przyjaciółka. - Hę? Co się dzieje?
---Nagle wszystko dookoła nich zaczęło się rozmywać, a następnie znowu stało się ostre, jednak stos głazów gdzieś zniknął, drzewa zmieniły swoje miejsca, a na prawo, nieco poniżej podróżników pojawiła się niecka z wodą, z której wpływał mały strumyczek.
- Teraz rzeczywiście jesteśmy na Hisudzie. – Cydas ze spokojem skomentował to, co stało się przed chwilą.
- Coś przeniosło nas cztery dramekany na południowy zachód. Albo tak nam się tylko zdaje.
- Twierdzisz, że może być tylko iluzja? - mężczyzna podszedł do najbliższego drzewa i zastukał w korę. - Wygląda na prawdziwe.
- To nastąpiło zaraz po tym, jak przeczytałam ten napis. Czyżby te głazy też były artefaktem?
- Może sam sposób, w jaki go wyryto był związany z magią. Musimy to sprawdzić.
- Ale wiesz, że to oznacza spore wydłużenie trasy? Stąd mamy tylko sześć dramekanów do Luyrun, a jeśli wrócimy na Tremajune, łącznie przejdziemy jedenaście dramekanów.
- I co z tego? Nie wolno nam zostawiać takiego odkrycia na później.
- Jeszcze niedawno zależało ci na dotarciu do ludzkich siedzib przed zmrokiem! Uch, niech ci będzie.
---Bez zwłoki skierowali się na północny wschód.
*
---Szlak na przełęczy pomiędzy dwoma szczytami był wyjątkowo trudny. W niektórych miejscach był wąski na dwie stopy, a po obu stronach znajdowały się wysokie urwiska. Wędrowcy przebywali właśnie jeden z takich fragmentów drogi.
- Ostrożnie! - krzyknęła Paquai, po tym, jak stopa Cydasa prawie ześlizgnęła się z uskoku.
- Spokojnie, przecież uważam.
- Właśnie widziałam...
- Hej, słyszysz to? - Cydas wskazał na koronę jednego z drzew, rosnącego tuż przy ścianie urwiska. - Coś tam się rusza.
---Nagle z buka zeskoczył zakapturzony mężczyzna i wyciągnął zza pazuchy szablę. Podróżnicy usłyszeli za sobą głuche łupnięcie. Kolejny zamaskowany napastnik z morgenszternem w ręku skutecznie odcinał im drogę ucieczki.
- To już koniec waszej zabawy w odkrywców – powiedział zbój dzierżący szablę. - Nie wymkniecie się nam.
- Zaraz zaraz – odezwała się Paquai. - Kim jesteście i dlaczego nam grozicie? Jesteśmy tylko zwykłymi wędrowcami, nie chcemy nikomu zaszkodzić.
- Nie chcecie, ale to robicie. Wtykacie nos w nie swoje sprawy, a potem opowiadacie wieśniakom wasze historyjki. Ludzie i tak wiedzą już zbyt dużo.
- Dlaczego mielibyśmy tego nie robić? Mamy prawo lepiej poznawać Lokamon. To służy wszystkim.
- Mylisz się, głupcze...
---Nieznajomi zaczęli zbliżać się do Paquai i Cydasa. Para przyjaciół miała przy sobie sztylety, lecz nie znali się na walce. Do tej pory starali się unikać konfliktów. W tej chwili to było niemożliwe. Napastnicy byli już gotowi do ataku, gdy nagle zastygli w bezruchu. Jeden z nich upadł na szlak i roztrzaskał się na tysiące małych kawałeczków, zupełnie jakby był zrobiony z lodu. Drugi zleciał z uskoku i spotkał go ten sam los. Podróżnicy otworzyli usta szeroko ze zdziwienia.
- Nie musicie dziękować.
---Dziwny głos zdawał się dobiegać z ziemi, tuż przy stopach Paquai. Oboje spojrzeli na dół, lecz nie zauważyli nic interesującego poza lśniącym, niebieskim chrząszczem wielkości dwóch paznokci.
- Tak, to ja to zrobiłem. - Owad wzbił się w powietrze i usiadł na ręce kobiety.
- Kim oni byli? - spytał Cydas. - I czym ty jesteś?!
- Nie wnikałem w to zbytnio. Wiedziałem jedynie, że są jednymi z tych, którzy nie chcą dzielić się swoją wiedzą z innymi. Wy stanowiliście dla nich przeszkodę. Dlatego was śledzili, i wykorzystali waszą ciekawość do wpędzenia w pułapkę.
- Chodzi o magię i artefakty? – dociekała Paquai.
- Jeżeli tak to nazywacie... Niektórzy pragną, żeby sekrety tego świata były znane tylko im. Traktują to jako przewagę. Wy nie jesteście tacy... skupieni na własnym powodzeniu. I dlatego was uratowałem.
- Jesteś wyjątkowo dobrym... chrząszczem – uznał niepewnie Cydas. - Masz jakieś imię?
- Nie jestem chrząszczem. A może i jestem? Z resztą, to tylko zewnętrzna powłoka. Jeśli zaś chodzi o imię – nie posiadam żadnego. Kiedyś zwano mnie Prorokiem. Ale to były dawne czasy. Wiele się zmieniło. Wybaczcie, wiem że macie jeszcze wiele pytań, ale muszę już was opuścić. Jestem potrzebny w innych miejscach.
---Owad odleciał i po chwili zniknął wędrowcom z oczu.
Tuesday, August 25, 2015
"Hasztagi"
Czy
może być coś bardziej radującego od posiadania potomstwa? W końcu
to wypełnienie celu zapisanego głęboko w genach, praktycznie
najważniejszego z punktu widzenia biologii. Poza tym dziecko jest
ucieleśnieniem miłości, istotą łącząca w sobie cechy dwóch
zakochanych osób.
Zuzanna
cieszyła się, że jej nowo narodzony synek wreszcie jest w domu.
Miała problemy z zajściem w ciążę, samo oczekiwanie na poród
również nie przebiegało gładko. Dzięki Bogu, Feliks urodził się
cały i zdrowy.
Zuzanna
zrobiła sobie zdjęcie razem z nim, mężem Hubertem i czteroletnią
córeczką Amelią w świeżo wyremontowanym pokoju dziecięcym, po
czym wrzuciła je na portal społecznościowy.
#rodzinka
#bobas #feliks #witajwdomu #szczęśliwi
– Jaki
oni śliczny!
– Ale
słodki!
– Super!
Kiedy nas odwiedzicie?
Post
okraszono wieloma podobnymi komentarzami. Młoda mama była bardzo
dumna. Nie mogła jednak zbyt długo cieszyć się towarzystwem
Feliksa. Korporacja wzywała. To dzięki niej Zuzanna mogła zakupić
robota, który zajmował się noworodkiem i Amelią. Android był
odpowiedzialny za utrzymanie całego mieszkania, więc Zuzanna po
powrocie z pracy poświęcała swój czas wyłącznie na kontakt z
bliskimi. Bardzo jej to odpowiadało. Wcześniej, kiedy nie miała
elektronicznego pomocnika, opieka nad córką doprowadzała ją do
szału i wątpliwości nad sensem posiadania dzieci.
Dwa
dni później, przekraczając próg nie usłyszała ani kwilenia
Feliksa, ani śmiechu Amelci. Znalazła ich zmasakrowane ciała w
pokoju dziecinnym. Tuż przy nich stał robot domowy, który w kółko
śpiewał:
Ain't
no time for fakin jax
Stop
fakin jax
Brothers
that fake jax get laid on they backs
*
Co
może równać się z cechami, które sprawiają, że obserwujący je
doznają niemalże mistycznych uczuć? Czy istnieje większy dar od
natury niż piękno? Podobno to właśnie ono ma zbawić świat.
Marika
marzyła o karierze modelki. Była uroczą młodą damą, jednak nie
dosyć ładną, by pojawić się na okładkach magazynów i
bilbordach reklamowych. Dlatego ostatnio zrobiła sobie operację
plastyczną za pieniądze od taty. Nic wielkiego, drobne poprawki
nosa i ust. Naturze czasem trzeba pomóc. Wczoraj założyła nowego
bloga i wrzuciła na niego selfie pstryknięte w miejskim parku.
#polishgirl
#beauty #bezskalpela #wawa #summer
– Ekstra!
– Pokaż
cycki!
– Sweet!
Marika
była zadowolona z szerokiego odzewu. Niektórzy zarzucali jej
oszustwo, ale pozostali komentujący od razu przypięli im łatkę
hejterów. Aby jeszcze bardziej zachwycić internautów, postanowiła
zmienić uczesanie. Wybrała się do zakładu fryzjerskiego
obsługiwanego przez automaty. Wgrała do komputera osobiście
zaprojektowaną fryzurę i usiadła na wygodnym fotelu. Umieszczone
na robotycznym ramieniu nożyce zaczęły chlastać jej twarz. Radio
zacięło się, nieustannie powtarzając ten sam fragment piosenki:
Ain't
no time for fakin jax
Stop
fakin jax
Brothers
that fake jax get laid on they backs
*
Czy
można być bardziej spełnionym niż wtedy, kiedy stworzyło się
coś od początku do końca? Wprowadzeniu autorskiego pomysłu w
życie towarzyszy wyjątkowe zadowolenie, które buduje poczucie
własnej wartości.
Tobiasz
od początku wierzył, że mu się uda. Niewiele osób może
pochwalić się własnoręcznie przerobionym samochodem. Tuning
pochłonął trochę czasu i pieniędzy, ale efekt był niesamowity.
Zrobił sobie zdjęcie z nowym wozem i udostępnił je na portalu
społecznościowym.
#540hp
#hondaszybszaniżwygląda #JDM #pocomechanikjakmożnasamemu #swag
– Łał,
naprawdę ma tyle koni?
– Robiłeś
wszystko sam?
– Kozacki
spojler, pewnie dużo za niego dałeś.
Tobiasz
odpowiadał na większość pytań twierdząco, mimo iż test na
hamowni wskazał sporo mniejszą moc, część modyfikacji była
dokonana przez poprzedniego właściciela, a nowe części kupił po
przecenach. Ale co mu tam, przecież nikt się nie dowie.
Pewnego
dnia postanowił wybrać się na przejażdżkę po mieście. Opuścił
szyby i puścił głośną muzykę. Jechał powoli, przyglądając
się spacerującym dziewczynom. Nagle w samochodzie włączył się
autopilot i pojazd zaczął gwałtownie przyspieszać. Tobiasz nie
mógł zahamować, ani dezaktywować komputer kierujący wozem.
System audio ześwirował i ciągle odtwarzał ten sam kawałek
utworu:
Ain't
no time for fakin jax
Stop
fakin jax
Brothers
that fake jax get laid on they backs
Po
chwili biała honda zderzyła się z seatem poruszającym się
przeciwległym pasem. Wszyscy uczestnicy wypadku zginęli.
*
– Wygląda
na to, że to koniec koszmaru – powiedział nadkomisarz Grabowski.
– Jak udało się wam go rozpracować?
– To
nie nasza zasługa – odparł młodszy inspektor Malinowski. – Po
pewnym czasie zabójca sam przyznał się do zbrodni. Wystarczyło
go ująć.
– Naprawdę
to zrobił? – zdziwił się Grabowski. – Wybacz, nie jestem na
bieżąco, dopiero wróciłem z urlopu.
– Zależało
mu na rozgłosie – wyjaśnił Malinowski. – Ten gościu był
konkretnym świrem. Ofiarom przed śmiercią puszczał amerykański
rap, jakiś kawałek o tym, że pozerzy źle kończą. Swoje
działania określał jako Projekt Trendkill od nazwy pewnego albumu
ze strasznie agresywną muzyką. Nienawidził ludzi, którzy
przesadnie chwalili się w mediach społecznościowych. Wyszukiwał
ich na podstawie tagów, śledził przez kilka dni, a następnie
zabijał przy pomocy zhakowanych urządzeń.
– Dobrze,
że nie korzystam z tych durnych fejsbuków…
Thursday, July 30, 2015
"Skrzydła albatrosa"
---Pierwszy raz
zauważyła go stojącego nad brzegiem strumienia w dzikim zagajniku
za miastem. Popielaty odcień skóry mocno wyróżniał się na tle
majowej zieleni wierzb. Szeroko rozpięte, białe skrzydła
obwiedzione paskiem czerni jeszcze bardziej. Fantom człowieka, nagi,
bez twarzy, uszu, genitaliów. Jakby wykuty z szarego głazu. Tylko
te skrzydła, zupełnie naturalne, choć nieproporcjonalnie wąskie w
stosunku do reszty ciała.
---Smycz wyślizgnęła
się jej z rozluźnionej dłoni. Labrador uciekł gdzieś w siną
dal. Odwróciła się tylko na chwilę i ponownie wlepiła wzrok w
dziwną istotę. Lęk paraliżował wszystkie mięśnie. Popielaty
anioł też się nie poruszał. Czyżby był tylko rzeźbą?
---Nie. Nagle złożył
skrzydła, po czym skierował twarz w jej stronę. Dzieliło ich
zaledwie kilkanaście metrów.
- Na co się tak
gapisz?
---Strach
ostatecznie przezwyciężył ciekawość i dystans między nimi
zaczął zwiększać się w szalonym tempie.
*
---Pierwszy
raz zauważyła go koło boksu Kowalskiego, na przeciwległym końcu
biura. Znad faktury za aktualizację systemów operacyjnych w
komputerach osobistych na całym piętrze mignęły jej białe i
czarne pióra. Zrzuciła to na karb zmęczenia po nieprzespanej nocy.
Lecz gdy facet od obsługi IT już poszedł, wysoki, szary manekin ze
skrzydłami pojawił się znowu. Kroczył środkiem przejścia,
prosto w jej stronę. Obróciła się na pięcie i podążyła do
swojego boksu. Nie może dać po sobie poznać, że widzi jakieś
zjawy. Co wtedy pomyślą o niej koledzy z pracy? Zasiadła przy
biurku i jak gdyby nigdy nic zaczęła starannie układać leżące
na nim papiery.
- Popatrz na
mnie.
---Mimowolnie
spojrzała w lewo. Stał w przerwie pomiędzy regipsami i omiatał ją
nieistniejącym wzrokiem. Potrząsnęła głową i przetarła dłońmi
po twarzy.
„To
tylko przewidzenia.”
---Gdy
odsłoniła oczy, już go nie było.
*
---Na
szczęście pies od razu wrócił do domu, więc rodzice nie mieli do
niej pretensji. Wiele dałaby, żeby wreszcie móc się wyprowadzić
na swoje. Niestety, nieukończone studia nie dawały perspektyw na
znalezienie lepszego źródła utrzymania niż stanie na kasie w
perfumerii. Ostatni wyjazd za granice skończył się ograbieniem z
pieniędzy i paszportu. Kolejnego razu wolała nie ryzykować. Na
księcia z bajki też nie miała co liczyć. Jedyni, u których miała
jakiekolwiek szanse, składali tostery na lince, a co sobotę stali
pod monopolowym ze Złotym Denarem w ręku. Skazana na wegetację w
malutkim pokoiku, na którym jeszcze niedawno wisiały plakaty z
pisemek dla nastolatek. Zaraz, to było dobre dziesięć lat temu.
---Nienawidziła
tej zatęchłej, zagraconej piwnicy. Matka kazała jej przynieść
rozkładane krzesła. Dziś będą mieli gości.
---Otworzyła
nieco nadgryzione przez korniki drzwi, wymacała przełącznik i
zapaliła nieosłoniętą żarówkę. Siedział na wieżyczce z felg
do malucha.
-
Dlaczego wciąż za mną podążasz?
---Jego
skrzydła ocierały się o sufit. Ramiona zwisały bezwiednie między
nogami. Przez przygarbioną sylwetkę sprawiał wrażenie smutnego.
-
Kim jesteś? - szepnęła przestraszona. Lękała się, choć
przeczuwała, że nie stanowi dla niej zagrożenia. Może to była
tylko halucynacja?
-
Dla Brygidy jestem wszystkim. Dla Brygidy
jestem niczym.
---Znał
jej imię. Ale co miałyby oznaczać jego słowa?
-
Ja ciebie nie śledzę. To ty pojawiasz się tam, dokąd zmierzam.
-
Lecz to ty chcesz, żebym był przy tobie. I ty nie chcesz,
żebym był przy tobie.
-
Niczego nie rozumiem. Jesteś jakimś aniołem?
-
Jestem aniołem. Jestem szatanem. Uratuję cię. Zniszczę cię.
---Brygida
nie wiedziała, co odpowiedzieć. Odruchowo przeżegnała się.
-
Jestem tym, o co się modlisz. Jeszcze się o tym przekonasz.
---Zniknął.
*
---Udało
się. Nikt nie zauważył niczego podejrzanego. Może powinna
skonsultować się z poradnią zdrowia psychicznego? Nadmierny stres
widocznie jej nie służy. Cóż na to poradzić, praca w korporacji
ma swoją cenę...
---Mąż
był w delegacji, a opiekunka przed chwilą odprowadziła jej
ukochaną córeczkę na lekcje tańca. Czas na chwilę dla siebie.
Rozsiadła się wygodnie na obitym czarną skórą szezlongu,
włączyła radio i zabrała się do lektury najnowszego wydania
„Cosmopolitana”.
---Po
przeczytaniu kilku artykułów uniosła wzrok, żeby spojrzeć na
zegarek wiszący nad rustykalnym kominkiem. O dziewiętnastej leciał
mecz reprezentacji Polski, miała nagrać dla Miśka.
---To
znowu on. Siedział na fotelu, opierając podbródek o dłonie. Spore
skrzydła wystawały poza oparcie.
-
Dlaczego mnie odrzucasz?
---Krzyknęła
ze strachu i cisnęła w niego magazynem. „Cosmopolitan” plasnął
o niemal doskonale okrągłą czaszkę i spadł na podłogę, nie
robiąc żadnego wrażenia na popielatym fantomie.
-
Czym ty jesteś? - wrzasnęła, cała roztrzęsiona.
-
Dla Brygidy jestem wszystkim. Dla Brygidy
jestem niczym.
---Znał
jej imię. To niemożliwe, to musi być zły sen, wręcz koszmar!
-
Idź precz!
-
To ty chcesz, żebym był przy tobie. I ty nie chcesz, żebym był
przy tobie.
---Brygida
zerwała się z sofy i pobiegła w kierunku drzwi, lecz szary anioł
chwycił ją za nadgarstek. Rozpaczliwie wołała o pomoc, choć
wiedziała, że z ogromnego, wolno stojącego domu otoczonego sporym
ogrodem nikt jej nie usłyszy.
-
Jestem tym, co przeklinasz. Jeszcze się o tym przekonasz.
---Zniknął.
*
---Gdy
tylko znajomi rodziców poszli do domu, wzięła prysznic i położyła
się spać. Ostatni wolny wtorek, od przyszłego tygodnia nie będzie
pracowała w soboty. To i tak bez różnicy. Każdy dzień jest taki
sam. Jedyna zmiana, jaka może ją czekać, to wylądowanie w
wariatkowie. Choć z drugiej strony, w tajemniczym aniele było
intrygującego, pociągającego... Dosyć głupich myśli. Musi
zasnąć, jutro trzeba wstać o szóstej.
---Ktoś
stał nad jej łóżkiem. Czuła to. Otworzyła oczy. W świetle
latarni przeciskającym się przez szpary rolety ujrzała znajomą,
skrzydlatą sylwetkę. Serce jej zakołatało, lecz po chwili starała
się opanować strach.
-
Czego chcesz?
-
Nie wiem. Ale wiem, czego ty chcesz.
---Chwycił
ją za dłoń. Jego skóra była ciepła i delikatna w dotyku.
-
Nie bój się. Wstań.
---Brygida
uczyniła tak, jak jej kazał. Anioł przytulił ją mocno. Miała
wrażenie, jakby ich ciała stopiły się w jedno.
Odpłynęła.
*
---Nie
mogła zasnąć. To jakiś obłęd. Przy Lidii próbowała zachowywać
się normalnie, choć w głębi duszy umierała ze strachu. Dlaczego
ją to spotyka? W takim momencie, kiedy wypracowała sobie idealne
życie?
---Leżała
na boku, gapiąc się w mahoniową szafę. Bała się zgasić
światła, więc zostawiła lampkę nocną włączoną. Zdrętwiała
jej ręka. Przewróciła się na drugą stronę. Stał przy drzwiach,
głaszcząc jedno ze skrzydeł.
---Nie
może krzyknąć, żeby nie obudzić Lidii. Zaczął kroczyć w jej
kierunku. To tylko halucynacja, wytwór jej wyobraźni...
-
Nie boję się ciebie.
-
Wiem. Wiem też, czego się boisz.
---Stanął
tuż przy niej. Zasłonił oczy, zatkał usta i nos. Chciała się
wyszarpać, lecz nie mogła się ruszyć. Nie czuła, że się dusi,
tylko zdawało się jej, że wszystko dookoła się rozmywa.
---Odpłynęła.
*
---Budzik
zapipczał kilka razy. Dziś znowu będzie musiała się użerać z
marudzącymi klientami...
Śnił
się jej fajny sen. Miała dobrą pracę, kochającego męża i
śliczną córeczkę. Szkoda, że się obudziła...
*
---Budzik
zapipczał kilka razy. Dziś znowu szykuje się ciężki dzień w
robocie, będzie musiała przygotować raport dla kierownika działu
sprzedaży...
Śniło
jej się coś głupiego. Nie skończyła studiów i pracowała w
sklepie z perfumami, wciąż będąc sama i mieszkając u rodziców.
Dobrze, że się obudziła...
Maj 2015
Maj 2015
"Złe królestwo"
---Zazwyczaj takie
opowieści zaczynają się słowami „Dawno, dawno temu...”.
Niemniej jednak w tym przypadku byłoby to kłamstwo. Mógłbyś
pomyśleć, drogi czytelniku, że upłynęło niewiele lat pomiędzy
zajściem tych wydarzeniem a spisaniem ich przebiegu, lecz i to nie
jest prawdą.
---Przejdźmy od
domniemań do wyjaśnień. Postaram się wyrazić na tyle
precyzyjnie, byś był w stanie je pojąć, ale niczego nie
gwarantuję. Historia ta wypełnia cały czas, w którym mógłbyś
umieścić samego siebie.
---Miejsce, do którego
przeniosę twoją wyobraźnię, zwie się Złym Królestwem. Wiem, że
obrazisz się na mnie, ale nie zdradzę ci zbyt wiele na jego temat.
Wystarczy, żebyś wiedział, iż jest dosyć rozległe, i zapewnia
sprzyjające warunki do przeżycia.
---Złe Królestwo to
nie tylko przestrzeń. To także ludzie, którzy ją zamieszkują.
Przypuszczam, że nie różnią się zbyt wiele od odczytujących te
słowa. Jedni wysocy, piękni, bogaci, inni niscy, brzydcy, biedni.
Mają pewien wspólny mianownik. Nienawidzą własnego kraju.
---Kiedyś rządził
nimi nie kto inny jak Zły Król. Interesowało go wyłącznie
utrzymanie władzy. Reszty możesz się już domyślić.
---Pewnego dnia do
Złego Królestwa przybył Wędrowiec. Wybacz mój ubogi zasób
słownictwa, ale określę go największego kozaka pod słońcem.
Znał się na magii, świetnie walczył, posiadał ogromną wiedzę i
takie tam. Źli Królestwowianie mieli dosyć ucisku i poprosili
Wędrowca o pozbycie się Złego Króla. Ten, jako że był
szlachetny i prawy, wysłuchał błagań i jednym cięciem miecza
uwolnił naród od ciemiężcy.
---I tym oto sposobem
nastały rządy Dobrego Króla, krewnego poprzedniego władcy. Dobry
Król obniżył daniny, wprowadził więcej swobód obywatelskich i
zapewnił zapomogi dla biednych finansowane ze skarbu państwa.
---Ludziom żyło się
lepiej, większość była zadowolona ze zmian. Niektórzy
postulowali nawet nadanie krajowi nowej nazwy, bardziej adekwatnej
do ówczesnego stanu. Niemniej jednak, ktoś przy bliżej nieznanych
okolicznościach (z danych statystycznych wiadomo mi, że takie
wydarzenia mają zazwyczaj miejsce tam, gdzie król, nie ważne czy
Dobry, czy Zły, chodzi piechotą) doszedł do wniosku, że dobrobyt
pewnie prędko się skończy. W końcu Dobry Król może ni stąd ni
zowąd postradać rozum i powrócić do starych metod rządzenia. No
i nie było gwarancji, że następca tronu nie okaże się jeszcze
gorszą szują niż Zły Król...
---Wątpliwości
rozpleniły się wśród Złych Królestwowczyków i w całym
państwie wybuchły protesty. Wściekłe tłumy domagały się
bezpośredniego wpływu na rządy. Wędrowiec, który z niewiadomych
przyczyn zdecydował osiedlić się w Złym Królestwie
(najprawdopodobniej był zwyczajnym masochistą) zaproponował im, że
rozmówi się z Królem na ten temat.
---Pod wpływem
perswazji Wędrowca Dobry Król zgodził się na przekazanie władzy
grupie przedstawicieli ludu wybranych na drodze głosowania zwanej
Parlamentem. Owi przedstawiciele mieli piastować powierzone im
funkcje przez okres pięciu lat, po czym następowały kolejne wybory
i tak w kółko.
---Pomysł spodobał
się Złym Królestwowiakom. Zgłosiło się wielu chętnych do
piastowania funkcji Posła. Wygrali ci, którzy obiecali najwięcej.
Obywatele oczekiwali gwałtownego podwyższenia poziomu życia. Nie
zmieniło się jednak nic, może poza tym, że w w jednej z
pałacowych sal, gdzie obradował Parlament, muzyka nie cichła, a
alkohol lał się strumieniami.
---Wściekli ludzie
przepędzili bumelantów i wybrali nowych przedstawicieli, jak
domniemano – lepszych. Niestety, tym również było niespieszno do
spełniania kampanijnych przyrzeczeń.
Po kilku takich
cyklach naród miał dosyć. Pewnego razu jeden z prostych chłopów
zapytał przechadzającego się po Złym Królestwie wędrowca czy
„nie szłoby pozbyć się w pizdu tych wszystkich władców”.
Wędrowiec zasięgnął opinii tu i ówdzie, i okazało się, że
idea absolutnej wolności jest dosyć popularna wśród Złych
Królestwian. Parlament został więc rozwiązany, by ludzie mogli
wreszcie żyć tak jak chcą, nienękani przez nikogo.
---Problem tkwił w
tym, jak owa absolutna wolność miała wyglądać. Niektórzy
twierdzili, że powinna opierać się na nieskrępowanym handlu,
inni, że na własności wspólnej. Złe Królestwo (w tamtym
momencie tytuł ten stosowano już jedynie z przyzwyczajenia)
podzieliło się na dwie części, nazwane dla niepoznaki i
podkreślenia głębokiej wyobraźni ich pomysłodawców Anarchokapem
i Anarchokomem. Różniły się wszystkim, może poza tym, że w obu
nie cieszono się swobodą zbyt długo. W Anarchokapie władzę
przejął pewien bogaty kupiec, który wynajął armię najemników i
zaczął ściągać haracze, zaś w Anarchokomie utworzono Milicję
pilnującą tego, czy aby na pewno wszyscy dzielą się dobrami po
równo. Oczywiście Milicjantom, ze względu na wymagające
obowiązki, przysługiwały większe racje.
---Po pewnym czasie
obie części zaczęły tłuc się między sobą, starając się
narzucić drugiej Jedynie Słuszną Ideologię. Zanim walczący
opamiętali się i zawarli rozejm, zginęło wielu ludzi, a w kraju
zapanował chaos. Zwrócili się więc o pomoc do Wędrowca.
Pozwolisz, o drogi
czytelniku, że posłużę się teraz nieco wygodniejszą formą
dramatu:
LUD
Cóż mamy czynić,
czcigodny Wędrowcze?
WĘDROWIEC
Nie wiem. Prawdę mówiąc, to skończyły mi się pomysły na system.
Nie wiem. Prawdę mówiąc, to skończyły mi się pomysły na system.
LUD
Zostań naszym
królem! Będziemy Ci wiernie służyć!
WĘDROWIEC
Kiedyś tak bardzo
nie chcieliście mieć króla, a teraz ja mam zasiąść na tronie!
Wasze niedoczekanie! Byłem z wami przez tyle lat, i c**j mi z tego!
---Wypowiedziawszy te
słowa, Wędrowiec udał się gdzieś w siną dal i nikt go więcej
nie widział. Nie wiadomo też, co dzieje się na chwilę obecną w
Złym Królestwie. Plotki głoszą, że zaprowadzono tam agoryzm
keynesistowsko-socjaldemokratyczny, który jak zwykle nikomu się nie
podoba.
---Spytasz mnie teraz,
drogi czytelniku, o co chodzi w tym beznadziejnym szorcie. Otóż –
parafrazując klasyka – Złe Królestwo jest wewnątrz ciebie.
Nawet najlepszy system nic nie zaradzi, jeśli będziesz kupował
szlugi z przemytu, wypluwał gumę do żucia na chodnik, wyklinał
pod nosem na starsze panie w autobusie i popełniał mnóstwo innych
niecnych uczynków. Rzecz w tym, że ja jestem gorszy od ciebie. I
nie zamierzam się zmieniać.
kwiecień 2015
kwiecień 2015
Subscribe to:
Posts (Atom)