Showing posts with label szort. Show all posts
Showing posts with label szort. Show all posts

Friday, February 22, 2019

Dragoneza – opowiadanie "Egzegeza Szalonego Gnostyka"

W najnowszej darmowej antologii Fantazmatów znajdziecie moje krótkie opowiadanie pod tytułem "Egzegeza Szalonego Gnostyka"
Zapraszam do lektury: https://fantazmaty.pl/projekty/dragoneza/

Sunday, February 5, 2017

Zabawki

Wszelkie istnienie ograniczało się do wielkiej kuli pełnej błota i skał oraz wiszącego nad nią błękitnego nieba.Wszelkie istnienie ograniczało się do wielkiej kuli pełnej błota i skał oraz wiszącego nad nią błękitnego nieba.

Drobiny tworzyły ogromne struktury, perfekcyjne w swej stateczności i nieożywieniu. Przemiany zachodziły powoli, zgodnie ze ślepym losem.

Ból, strach, miłość i szczęście pozostawały nieodkryte. Nie było świadomości, która mogła ich doznać.

I wtedy zjawił się On. Niektórzy mówią, że więzy krwi łączyły Go z Krukiem, który zbawił świat cierpieniem.

Gawron.

Przemierzał przestworza, myśląc o różnych sprawach. Po pewnym czasie podróż okazała się nużąca. Pozbawiona celu.

Zmęczony Ptak wylądował na ziemi. Bezkres gliny, bazaltu i gnejsu przyprawiał Go o smutek. W tym doskonałym, uśpionym świecie Gawron był sam.

Nagle poczuł, że może to zmienić. Powołać do życia coś na Swój obraz, ruchomego i zmiennego.

Gawron kreował. Lepił za pomocą woli coraz to nowe kształty, po czym wkładał w nie tchnienie, by tak jak On przemieniały otoczenie. Nazwał je zabawkami.

Powierzchnia cichej, martwej bryły wypełniła się gwarem. Posiadły ją rośliny i zwierzęta, także i takie, których dłonie oraz umysły miały moc stwórczą niemalże równą tej Gawrona.

Ptak ucieszył się. Nie był już odosobniony. Istoty kochały Go. Niektóre otoczyły Gawrona czcią, choć wcale o to nie prosił.

Lecz radość nie trwała długo. Zabawki różniły się od skał i gleb. Nie mogły być idealne, choć Gawron włożył w ich powstanie całe serce. Przekonał się, że Jego dzieci zaznają wiele złego.

Kreatury były kruche. Umierały przez wypadki. Pożerały siebie nawzajem. Wciąż walczyły, zadając innym ból.

Ludzie, najbardziej złożone z dzieł Ptaka, wręcz uczynili z rywalizacji obrzydliwą sztukę. Przelewali myśli w Słowa, za które gotowe byli zabijać i okaleczać braci. Nie zważali na nic. Jednocześnie użalali się nad własnym życiem. Część znienawidziła Gawrona za to, że nim ich obdarzył. Nazwała Go Demiurgiem i oskarżyła o wykorzystanie do samolubnych celów.

Gawron nie potrafił pomóc zabawkom. Nawet tym, które nie zapomniały o Stworzycielu i wciąż Go wzywały. Czuł się winny, że skazał tak wielu na cierpienie.

Zapragnął, by obrócić wszystko z powrotem w proch, aby potem mógł odlecieć i pogrążyć się w szaleństwie. Lecz wtedy usłyszał głos jednej z zabawek. Młodego człowieka umierającego na straszliwą zarazę.

– Dziękuję za to, że żyłem – powiedział chłopiec.

– Dlaczego? – zdziwił się Gawron. – Czyż nie sprowadziłem na ciebie niedoli?

– Owszem. Ale również dzięki Tobie oglądałem wschodzące słońce. Poczułem smak świeżego chleba w ustach. Przytulałem się do matki. To piękne.

Demiurg przybył do miejsca, w którym przebywało dziecko. Leżało na łożu, oczekując na nadchodzącą śmierć.

– Znam cię – rzekł Ptak tuż po wylądowaniu na wezgłowiu. – Wpadłeś do strumienia i zaziębiłeś się. Nie masz do Mnie żalu o to, że mogło być inaczej? Że mogłeś przeżyć jeszcze wiele lat w zdrowiu?

– Nie lubię się zastanawiać nad tym, czego nie ma – odparł chłopiec. – Wolę cieszyć się z tego, co jest.

– Jesteś tylko zabawką w Mych skrzydłach. Powinno cię to przerażać.

– Zabawki lubią każdą chwilę, jaką spędza z nimi ich posiadacz.

Dziecko wydało ostatnie tchnienie, a jego duch połączył się z Gawronem.

Ptak zapłakał. I zrozumiał.

Choć nie potrafił dać wszystkiego Swym dzieciom, dał im naprawdę wiele.Drobiny tworzyły ogromne struktury, perfekcyjne w swej stateczności i nieożywieniu. Przemiany zachodziły powoli, zgodnie ze ślepym losem.
Ból, strach, miłość i szczęście pozostawały nieodkryte. Nie było świadomości, która mogła ich doznać.
I wtedy zjawił się On. Niektórzy mówią, że więzy krwi łączyły Go z Krukiem, który zbawił świat cierpieniem.
Gawron.
Przemierzał przestworza, myśląc o różnych sprawach. Po pewnym czasie podróż okazała się nużąca. Pozbawiona celu.
Zmęczony Ptak wylądował na ziemi. Bezkres gliny, bazaltu i gnejsu przyprawiał Go o smutek. W tym doskonałym, uśpionym świecie Gawron był sam.
Nagle poczuł, że może to zmienić. Powołać do życia coś na Swój obraz, ruchomego i zmiennego.
Gawron kreował. Lepił za pomocą woli coraz to nowe kształty, po czym wkładał w nie tchnienie, by tak jak On przemieniały otoczenie. Nazwał je zabawkami.
Powierzchnia cichej, martwej bryły wypełniła się gwarem. Posiadły ją rośliny i zwierzęta, także i takie, których dłonie oraz umysły miały moc stwórczą niemalże równą tej Gawrona.
Ptak ucieszył się. Nie był już odosobniony. Istoty kochały Go. Niektóre otoczyły Gawrona czcią, choć wcale o to nie prosił.
Lecz radość nie trwała długo. Zabawki różniły się od skał i gleb. Nie mogły być idealne, choć Gawron włożył w ich powstanie całe serce. Przekonał się, że Jego dzieci zaznają wiele złego.
Kreatury były kruche. Umierały przez wypadki. Pożerały siebie nawzajem. Wciąż walczyły, zadając innym ból.
Ludzie, najbardziej złożone z dzieł Ptaka, wręcz uczynili z rywalizacji obrzydliwą sztukę. Przelewali myśli w Słowa, za które gotowe byli zabijać i okaleczać braci. Nie zważali na nic. Jednocześnie użalali się nad własnym życiem. Część znienawidziła Gawrona za to, że nim ich obdarzył. Nazwała Go Demiurgiem i oskarżyła o wykorzystanie do samolubnych celów.
Gawron nie potrafił pomóc zabawkom. Nawet tym, które nie zapomniały o Stworzycielu i wciąż Go wzywały. Czuł się winny, że skazał tak wielu na cierpienie.
Zapragnął, by obrócić wszystko z powrotem w proch, aby potem mógł odlecieć i pogrążyć się w szaleństwie. Lecz wtedy usłyszał głos jednej z zabawek. Młodego człowieka umierającego na straszliwą zarazę.
– Dziękuję za to, że żyłem – powiedział chłopiec.
– Dlaczego? – zdziwił się Gawron. – Czyż nie sprowadziłem na ciebie niedoli?
– Owszem. Ale również dzięki Tobie oglądałem wschodzące słońce. Poczułem smak świeżego chleba w ustach. Przytulałem się do matki. To piękne.
Demiurg przybył do miejsca, w którym przebywało dziecko. Leżało na łożu, oczekując na nadchodzącą śmierć.
– Znam cię – rzekł Ptak tuż po wylądowaniu na wezgłowiu. – Wpadłeś do strumienia i zaziębiłeś się. Nie masz do Mnie żalu o to, że mogło być inaczej? Że mogłeś przeżyć jeszcze wiele lat w zdrowiu?
– Nie lubię się zastanawiać nad tym, czego nie ma – odparł chłopiec. – Wolę cieszyć się z tego, co jest.
– Jesteś tylko zabawką w Mych skrzydłach. Powinno cię to przerażać.
– Zabawki lubią każdą chwilę, jaką spędza z nimi ich posiadacz.
Dziecko wydało ostatnie tchnienie, a jego duch połączył się z Gawronem.
Ptak zapłakał. I zrozumiał.
Choć nie potrafił dać wszystkiego Swym dzieciom, dał im naprawdę wiele.

Saturday, March 26, 2016

Tetrahomosapiensinol

To był ciężki dzień. Wredni klienci, skąpe napiwki, dokuczająca migrena. Ale jak ktoś kiedyś mądrze stwierdził, nic nie może wiecznie trwać. Zaszło słońce i nastała noc, której tak bardzo oczekiwała Kaelsja. Kubek melisy na uspokojenie i do spania. Materac wydawał się miększy niż zwykle, a świeżo wyprana pościel pachniała lawendą. Ciemność powoli spowijała umysł młodej kobiety, wyrywając jej świadomość ze świata jawy. Z początku błoga nieświadomość, pustka, a potem nadeszły senne wizje.

Kaelsji zdawało się, że jest inteligentną istotą o bliżej nieokreślonym kształcie. Jej fizyczna manifestacja składała się wyłącznie z mózgu. Wokół przebywało wiele bytów o podobnej naturze, lecz niedostępnych, odosobnionych.

Myślała zimno, twardo niczym skała. Wypełniona czernią, tylko gdzieniegdzie błyskały blade, bezwymiarowe kropki światła. Stan piękny w swej prostocie, ale zbyt suchy, pozbawiony emocji.

Pigułka.

Wszystko się odmieniło. Zupełnie nagle, mgnienie oka w porównaniu z poprzednim okresem. Widziała formujące się tchnienie, życie w coraz to nowych i bardziej skomplikowanych powłokach. Dziwne w swoich zachowaniach, czasem rozczulające, a czasem okrutne. W końcu istoty uzyskały świadomość i stworzyły własny system, abstrakcję na przekór otoczeniu. Kaelsję zalała fala słów i idei, jej umysł nie był już chłodny i surowy. I wtedy zdała sobie sprawę, że życie znajduje się w niej.

Obudziła się. Fragment po fragmencie układała sen, aż zapisał się w pamięci jasno i trwale. Przy porannej kawie próbowała odgadnąć jego znacznie. Mimo usilnych starań nic nie przychodziło do głowy. Tylko jeden z aforyzmów w gazecie zdawał się odnosić do wizji.

Bóg stał się Wszechświatem, lecz pozostał sobą.
Bóg stał się Wszechświatem, lecz nie przestał być Osobą.

Towarzyszył Kaelsji przez cały dzień. Widniejący na szyldzie restauracji, zapisany na rachunkach i karcie dań, wypowiadany przez klientów przed posiłkiem. Dziwne, lecz zamiast niepokoić, zaciekawiał.

Godziny mijały i Kaelsja znów znalazła się w łóżku, równie zmęczona jak wczoraj. Długo nie mogła zasnąć, przewracając się z boku na bok i myśląc o inteligentnych stworzeniach, które ostatniej nocy odmieniły jaźń dziwnego bytu. W końcu Morfeusz zlitował się nad nią.

Na początku była tylko człowiekiem.

Skręt, kreska, kartonik.

Znów stała się Wielkim Mózgiem. Czuła, jak cywilizacje rozwijały się na jej komórkach, każda egzystująca inaczej, tworząca i konsumująca na swój sposób. Istoty opuszczały macierzyste neurony. Podróżowały w statkach kosmicznych, spotykały obcych i wymieniały się z nimi pomysłami i wizjami.

Perfekcyjna synergia. Kaelsja zanurzyła się w ekstazie. Vis vitalis ją ubogacała. Perspektywa coraz szersza, sens coraz głębszy.

Zgrzyt.

Na powrót w ludzkim ciele. Szpitalne łóżko. Wrzeszczący lekarz o paskudnej twarzy.
- Ćpunka! Chloropromazyna! Chloropromazyna!

Kolejna zmiana formy. Wojna, wielka wojna w mózgu. Stworzenia niszczą siebie nawzajem, bombardują planety, gaszą słońca, zatruwają atmosfery. Wszystko staje się chłodne i proste, takie normalne. Jednakże po pewnym czasie życie odrodziło się niczym feniks z popiołów, znów dostarczyło haju emocji i idei...

Oddzielenie.

Kaelsja spoglądała na Tego, kim była jeszcze przed chwilą. Wszechświat, umysł skonstruowany z galaktyk. Słyszała, jak do niej przemawia.
- Wasza sztuka niczym psychodelik. Wasza wiedza niczym neuroleptyk. Wasza nadzieja niczym depresant. Wasza wiara niczym stymulant.

Radiobudzik wyrwał ją ze snu. Okropnie bolała ją głowa. Jeszcze ta tandetna piosenka, jakby nie mieli nic lepszego do puszczania...

Because your love
Your love
Your love
Is my drug

Monday, February 8, 2016

Nieoficjalny Jah

 Kolejna nudna wycieczka. Rozkrzyczane dzieci siostry powoli doprowadzały Pawła do szału. W sumie nie wiedział, dlaczego się na to zgodził. Chyba wyłącznie ze względu na matkę i jej gadkę o zacieśnianiu rodzinnych więzi. Tak bardzo chciałby, żeby poza pieniędzmi na utrzymanie czasami dawała mu jeszcze spokój.

Lato w pełni. Upał był niemiłosierny. Jola po raz kolejny upomniała swoje bachory, żeby tak nie biegały, bo się przewrócą i spadną im lody, a ona nie będzie po raz kolejny kupowała nowych. Paweł snuł się powoli za nimi, sącząc mineralną z butelki i przeklinając gruczoły potowe. Na szczęście to już prawie koniec. Łebki chcą jeszcze tylko zobaczyć lwy i spadamy do domu. Z powrotem w chłodzonym wentylatorem pokoju, jedząc pizzę, śliniąc się do zdjęć pięknych dziewczyn, grając w durne strzelanki online dla zabicia czasu bądź ucząc się jakichś pierdół, które i tak potem nie przydadzą się w karierze zawodowej. Życie nie miało sensu. Nic, tylko wykonywanie obowiązków i konsumpcja. Wszystko sprowadzało się wyłącznie do zaspokajania bazowych potrzeb. Miał tego dość.

Przytłoczony egzystencjalnym ciężarem Paweł usiadł na ławce tuż przed wybiegiem dla lwów. Dzieci Joli przylgnęły do pancernej szyby w nadziei na wypatrzenie dzikich kotów. Nic z tego. Drapieżniki pewnie leżały gdzieś w wysokich trawach, rozleniwione brakiem konieczności samodzielnego zdobywania pożywienia. Paweł niemal zzieleniał z zazdrości na samą myśl o tym, że on mógłby się pogrążyć w takim błogostanie...

Minęło kilka chwil, a lwów ani śladu. Rozczarowane maluchy nie miały zamiaru odchodzić od wybiegu mimo usilnych nalegań mamy. W końcu Jola straciła cierpliwość i zagroziła, że pójdzie bez nich. Jej brat zaczął podnosić się z ławki, licząc na to, że wreszcie opuszczą ten przeklęty ogród zoologiczny.

Lecz nagle zrobiło się ciemno i zimno. Na niebie jednolitemu błękitowi ustąpił granat okraszony świecącymi punktami. Wystraszony Paweł rozejrzał się dookoła. Zwiedzający gdzieś zniknęli, cała infrastruktura zresztą też. Nic, tylko morze trawy smagane wichrem i wielkie baobaby.

Chłopak nie miał pojęcia, co się stało. Usłyszał donośny ryk. Ogarnęło go przerażenie, lecz nie mógł uciekać. Stał sparaliżowany, modląc się , by to wszystko okazało się jedynie halucynacją. Z gęstwiny wyłonił się potężny lew z ciemnobrązową grzywą. Majestatycznie kroczył w kierunku człowieka, zupełnie jakby wiedział, że ten nie jest w stanie się oddalić.

- Nie bój się – przemówił grubym głosem drapieżnik. - Jestem tu dla ciebie. Usiądź.
Paweł wykonał polecenie lwa. Dalej nie był do końca pewny tego, co się dzieje. Dziki kot podszedł bliżej i położył się przy nim.
- Posłuchaj teraz uważnie – ciągnął dalej król zwierząt. - Może uznasz to wszystko za objawienie, może stwierdzisz, że sam to wymyśliłeś albo wyśniłeś. Nieistotne. Chcę, żebyś wiedział jedno. Nie powinieneś się zadręczać.
Paweł w głębi duszy powoli czuł, jak lęk ustępuje. Zdawał sobie sprawę z surrealizmu sytuacji i dobrych, choć jeszcze niezrozumiałych intencji czworonożnego rozmówcy.
- Czym ja się zadręczam? - zapytał, nagle wątpiąc w to, co konstytuowało jego osobowość.
- Bezsensem – odparł lew. - Wiarą w to, że wszystkie działania są w dłuższej perspektywy pozbawione znaczenia. Nawet jeśli rzeczywiście światem kierują wyłącznie ślepy los i naturalne popędy, to czy poddanie się temu faktowi czyni cię szczęśliwym?

Milczenie. Ciszę zakłócał jedynie szum wiatru.

- Sam możesz wyznaczyć, co chcesz osiągnąć i dążyć do tego z całej siły. Gdyby ci się nie udało, obierzesz inny cel. Wydaje się głupie, lecz dzięki temu będziesz miał coś, na czym oprzesz życie. Coś niekoniecznie nadprzyrodzonego czy wielkiego, lecz własnego.
- Dlaczego mi o tym mówisz? - Paweł złapał się na tym, że mimowolnie zaczął głaskać zwierzę po grzbiecie.
- Bo mi na tobie zależy. Mnie, Lwowi Judy, prawdziwemu Mesjaszowi.
- Nie rozumiem. Dlaczego akurat na mnie, bezwartościowemu młokosowi? Czy nie lepiej było zainteresować się jakimś szanowanym człowiekiem?
- Szanowani ludzie za mną nie przepadają – wyznał Mesjasz. - Interesuje ich tylko kodeks i rytuał, a widzisz, ja lubię załatwiać sprawy nieoficjalnie...

Wtem znów zrobiło się jasno, a wielki kot znalazł się za pancerną szybą. Chłopak zorientował się, że znów znajduje się w zoo i siedzi na murze otaczającym wybieg.

- Hej, Paweł! – usłyszał głos siostry. - Zbieraj się, idziemy. Gapisz się od dwóch minut na tego lwa jak jakiś wariat. Znowu odpłynąłeś w ten swój świat fantazji?


Saturday, January 9, 2016

Zemsta Lovelocka

 Z pozoru przyszłość wyglądała całkiem normalnie. Żadnych zdewastowanych miast, pokrytych kurzem pustkowi i przemierzających je mutantów. Nie było też gigantycznych statków kosmicznych i międzyplanetarnych federacji. Ludzie żyli podobnie jak kilkadziesiąt lat temu. Rankiem pędzili do pracy w celu zarobienia pieniędzy, popołudniem do domu, aby te pieniądze wydawać na rozrywkę. Mieli co prawda trochę więcej elektronicznych asystentów, ale wszystko zdawało się być w jak najlepszym porządku. Poza jednym szczegółem.

Jacy oni są starzy – pomyślał Selim. – Gdzie podziali się młodzi ludzie?

Sam nie był lepszy. Miał sześćdziesiątkę z hakiem. Żył w dużej metropolii gdzieś na zachodzie Europy, nieistotne gdzie. Kroczył teraz po ruchliwej ulicy wśród osiemdziesięciolatków wyglądających, jakby mieli o połowę mniej wiosen na karku dzięki terapiom antygeronowym, wśród androidów, zwierząt domowych. Lecz nie dzieci.

Dlaczego Homo sapiens tak bardzo znienawidził własne młode? Czy aż tak cenił ciszę, skoro w jego siedliskach panował nieustanny zgiełk? Czy aż tak brzydził się czynami głupimi i pozbawionymi empatii, skoro dorosłe osobniki popełniały je równie często? Czy jego przedstawiciele byli aż tak zajęci swoimi sprawami, skoro marnowali po kilka godzin dziennie na bzdury?

Selim nie znał odpowiedzi na te pytania. Miał dwóch dorosłych już synów, bez których nie wyobrażałby sobie życia. Miłość rodzica do dziecka uważał za najsilniejszą na świecie i nie pojmował, jak większa część społeczeństwa może egzystować bez niej. Niestety, jego potomkowie również nie podzielali tej opinii, więc nie doczekał się wnuków.

Nie wiedział, który to już dzień z kolei poświęca na troskę o losy cywilizacji. Nie cierpiał ciągle rozmawiać o pracy, nowych modelach robotów domowych czy wakacjach w bazie NASA na Marsie. Lubił marzyć o wielkich rzeczach. Chyba zostało mu to z czasów, kiedy był jeszcze religijny. Niewielu myślicieli krążyło już po tym świecie. Każda kultura, każda filozofia, nawet te oparte na buddyzmie i islamie, stępiły się w kontakcie z konsumpcjonizmem.

Mówiono, że to dobrze, że populacja maleje, bo likwiduje to problem głodu i przeludnienia. Wkrótce okazało się, że brakuje osób w wieku produkcyjnym, mimo iż jego górna granica znacznie się przesunęła dzięki rozwojowi medycyny. Braki próbowano uzupełniać przez hodowanie młodych w sztucznych łonach i wychowywanie w rządowych ośrodkach. Niewielu chciało żyć ze świadomością, że ich jedynym celem jest utrzymywanie starych egoistów, więc często popełniali samobójstwa.

Strapiony krytyczną sytuacją ludzkości Selim pomylił się i skręcił w boczną uliczkę o jedno skrzyżowanie wcześniej niż powinien. Zupełnie się tym nie przejmował, zajęty czytaniem wiadomości na soczewkach AR, dopóki nie zorientował się, że zamiast pod biurowcem Hornfield Neuromedics Inc. wylądował w jakimś ślepym zaułku. Obrócił się na pięcie i już chciał popędzić w przeciwnym kierunku, aby nie spóźnić się do pracy, lecz poczuł coś ocierającego się o nogę. Był to mały, rudy kot. Nie miał obroży i wyglądał na zaniedbanego. Selim nie pamiętał, kiedy ostatni raz widział bezpańskie zwierzę. No bo co za bezduszny potwór zostawiłby słodziutkiego pupilka bez opieki? Zwłaszcza, że kocurki, króliczki i pieski stanowiły pożądany towar jako substytut dzieci i partnera.

Napastujący Selima futrzak już zniknął. Transformował się w piękną, długowłosą pannę w półprzeźroczystej sukience, noszącą wianek na głowie. System AR ześwirował, nie potrafiąc zakwalifikować jej ani jako człowieka, ani androida.

– Prawda przybywa do tych, którzy jej szukają – rzekła spokojnym, eterycznym tonem nieznajoma.

– Kim jesteś? – zapytał Selim, nie mogąc oderwać wzroku od piersi kobiety.

– Nazywam się Gaia. Jestem uosobieniem natury, całą przyrodą w ludzkim wcieleniu. Przybywam tu, by oznajmić, że twoje troski są daremne.

– Uff – odetchnął Selim. – Czy to znaczy, że wkrótce przyrost naturalny wróci do normy?

– Wręcz przeciwnie, populacja Homo sapiens skurczy się jeszcze bardziej. Inaczej harmonia na świecie nie zostałaby przywrócona. I tak zniszczyliście już zbyt wiele na tej planecie.

– Przecież zaczęliśmy żyć ekologicznie. Korzystamy z odnawialnych źródeł energii, ochraniamy inne gatunki i te sprawy…

– Lecz nadal uciekacie się do najpodlejszych czynów, aby zaspokoić własną chciwość. Gdy tylko uda wam się przystosować inne planety do zamieszkania, wyssiecie z Ziemi wszystko to, co cenne. Zostawiacie po sobie tylko popiół. To niedopuszczalne. Dlatego nałożyłam na wszystkie żyjące istoty pewne ograniczenie. Gdy tylko zaczynacie żyć w zbyt dobrych warunkach, odechciewa wam się rozmnażać i zatracacie się w błahych sprawach. Innymi słowy – wymieracie. Tego nie da się uniknąć.

– Ale… Ale… – Selim zaczął się jąkać, próbując wydusić z siebie jakiś sensowny sprzeciw.

– Nie ma żadnych ale – odpowiedziała Gaia. – Na mnie już czas.

Kobieta z powrotem przemieniła się w kota i gdzieś czmychnęła. Osłupiały Selim przypomniał sobie eksperyment z dwudziestego wieku, zwany przez niektórych mysią utopią. Gryzonie mimo idealnych warunków życia długo nie pociągnęły przez degenerację w ich zachowaniach. Mężczyzna spojrzał na zegarek w kącie pola widzenia. Był spóźniony o piętnaście minut. Machnął ręką na wszystko i pospieszył do pracy.


*


Hassan odebrał przychodzącą wideorozmowę i ujrzał uśmiechniętą twarz brata.

– Siemka, Ibrahim! – powitał go. – I jak tam, nasz plan wypalił?

– Wygląda na to, że tak. Wczoraj byłem u rodziców na obiedzie i ojciec nawet nie zająknął się o dzieciach.

– Doskonale. A już myślałem, że trzy pensje, które wydałem na wynajęcie szpiegowskiego metamorfobota, szlag trafił.


– No, dobrze, że się udało. Na szczęście starszy ma skłonność do wiary w gusła…

Friday, September 11, 2015

"Szopka 2035"

 Jeden krok. Drugi. Trzeci. Na kolejne nie mam siły. Zaraz dopadnie mnie krwiożercza bestia i raz na zawsze przekreśli szanse na wypełnienie misji. Nie, nie mogę się poddać. Nie zawiodę moich ludzi. Nie pozwolę, by dwadzieścia lat walki o przetrwanie, ordynarnie mówiąc, poszło się jebać. Mimo okropnego zmęczenia brnę dalej pośród radioaktywnego pyłku topoli. Kurewstwo wykańczało mnie jeszcze przed wojną, a podkręcone putinowskim plutonem stało się prawdziwym utrapieniem, zwłaszcza, że jedyną ochronę przed nimi stanowiły białe maseczki behapowskie podwędzone z Castoramy.

Wszystko zaczęło się dwadzieścia lat temu. Siedzimy sobie przy piwerku u Mariana na chacie, w telewizji puszczają wiadomości. Mówią tam o tym całym konflikcie na Ukrainie, że niby Rosjanie wysyłają tam coraz więcej wojsk i nie wiadomo, co z tego wyniknie. Marian powiedział wtedy, że pewnie skończy się na atomówkach, bo tak jest w każdym filmie. No to zacząłem rozkminiać, żeby jakiś schron postawić. Bo w sumie w wolnym czasie i tak tylko siedzieliśmy na tyłkach i chlaliśmy, a w razie czego dobrze mieć jakąś miejscówkę na przeczekanie ataku. Razem z Marianem postanowiliśmy przystosować moją ogródkową szopkę do tego celu.

Zaczęliśmy od wypieprzenia wszystkich zbędnych gratów. Pozbyliśmy się trochę połamanych plastikowych krzeseł, starych wędek i poplamionych świerszczyków (Marian mówił, żeby zostawić, ale wytłumaczyłem mu, że do schronu wpuścimy pełno lasek, żeby potem odbudować cywilizację). Mamuśka jak zobaczyła, co robimy, to się w głowę popukała. Mimo tego kontynuowaliśmy pracę, jak się później okazało, ze zbawiennym skutkiem. Zamontowaliśmy skobel z drugiej strony drzwi, żeby można było zamykać je od środka. Uszczelniliśmy okno pianką poliuretanową, a pod nim wykuliśmy otwór strzelecki, w sam raz na wiatrówkę. Później trochę przez niego pizgało, ale zatykaliśmy go skarpetkami. Okazał się za to nieoceniony podczas licznych walk z mutantami. Zainstalowaliśmy też filtr powietrza (stożkowy do subaru imprezy, nie jakieś goebbelsowkie gówno) i wody (tu musieliśmy niestety liczyć na zwykły wkład brity) Przy okazji zorientowaliśmy się, że w sumie to nie mamy jeszcze instalacji wodociągowej i elektrycznej. Poprowadzenie szlaucha ze stawu do szopki nie było problemem. Trochę gorzej z zasysaniem, ale jak się później okazało, niektórzy mieszkańcy schronu mieli już spore doświadczenie w tej dziedzinie. Z prądem mieliśmy niezłe perypetie. Na początku chcieliśmy pociągnąć na lewo ze słupa, ale Mariana kopnęło i wylądował w szpitalu. Przez trzy dni musiałem robić sam. W tym czasie opracowałem i skonstruowałem generator ze starego roweru wyposażonego w dynamo. Przyniosłem też trochę zapasów z domowej spiżarni (głównie bimber i wina owocowe) oraz stare koce i poduszki.

Miejscówka była już w zasadzie gotowa. Doszliśmy jednak z Marianem do wniosku, że jest trochę za mała. Przewidzieliśmy ją na cztery osoby, a to z pewnością nie wystarczyłoby na odbudowanie cywilizacji. Zaczęliśmy więc odwiedzać mieszkańców Zadupia i namawiać ich, żeby przyłączyli się do budowy kolejnych schronów. Większość wzięła nas za wariatów, ale znalazło się kilku chętnych. Przerobiliśmy więc dwie opuszczone altanki na działkach i stary garaż Malinowskiego, który zgodził się nam go oddać w zamian za skopanie tyłka Grubemu zalecającemu się do jego córki. Tak oto powstał ZAJEB, czyli Zadupiańska Aglomeracja Jądrowoodpornych Ergonomicznych Budynków.

Niestety ZAJEB posiadał jedną znaczącą wadę. Niemożliwe było przemieszczanie się pomiędzy poszczególnymi JEBami bez wychodzenia na zewnątrz. W warunkach silnego promieniowania stanowiło to śmiertelne zagrożenie. Postanowiliśmy połączyć schrony siecią podziemnych tuneli. Nie zdążyliśmy zejść na dwa metry pod ziemie, a nikomu nie chciało się już kopać, więc zatrudniliśmy do tego lokalnych meneli. Byli skrajnymi optymistami, bo zamiast zagwarantowanego miejsca w ZAJEBie woleli dwadzieścia złotych jako zapłatę.

Po miesiącu nasz przeciwaatomowy azyl był już gotowy. Pozostało jedynie czekać na atak wroga. I oto nadszedł ten pamiętny dzień, w którym głośno zawyła syrena strażacka przy remizie. Przed udaniem się do schronu zabrałem dzieła kultury, które uznałem za najważniejsze dla naszej cywilizacji – „Królów Życia” Gangu Albanii i „Blondyneczkę” Bayer Full, oczywiście pirackie kopie kupione na odpuście. Do ZAJEBu wpuszczaliśmy tylko ładne laseczki i prawilnych chłopaków, ale jednych i drugich nie było zbyt wiele, więc potem wchodził każdy jak leci, aż osiągnęliśmy dwudziestoosobowy limit. Serce mi się krajało, kiedy patrzyłem na tłumy nie mogące dostać się do schronów. Długo śniłem o skrobaniu tipsów o drzwi altanki, które nie ustawało kilka dni po wybuchu wojny jądrowej. Później dowiedziałem się, że Mariola zapomniała wziąć ze sobą pilniczka.

Przez spory kawał czasu żyliśmy w pokoju i względnym komforcie. Odbudowa cywilizacji szła zgodnie z planem, urodziło nam się kilkoro dzieci. Braki w zapasach uzupełniali dzielni stalkerzy, uprawialiśmy również grzyby, które służyły za substytut mięsa, warzyw, herbaty, APAPu, viagry i kilku innych rzeczy. Problemy pojawiły się po kilku latach. Zaczęły napadać nas krwiożercze mutanty. Najgorsze były Mohery. Nazwaliśmy je tak ze względu na dziwne, malutkie antenki na głowach. Strzały z wiatrówek i koktajle Mołotowa nie robiły na nich najmniejszego wrażenia. Odpędzał je natomiast widok plecaków i koszulek z Hello Kitty, dlatego nosiliśmy je jako ochronę. Na domiar złego ZAJEB podzielił się na dwie frakcje: Zjednoczoną Prawicę zajmującą altanki i Zjednoczoną Lewicę rezydującą w pozostałych schronach. Wojna między nimi trwa do tej pory, chociaż nikt nie pamięta już, kto był za, a kto przeciwko wprowadzeniu Jednoosobowych Okrągłych Wychodków. Walki pochłonęły mnóstwo ofiar i zasobów, osłabiając obronę przed mutantami. Naszą ostatnią nadzieją na przeżycie było skontaktowanie się z innymi grupami ocalałych. Tuż po wybuchu wojny założyliśmy specjalną grupę na Facebooku, do której mieli zgłaszać się mieszkańcy schronów spoza ZAJEBu. Owszem, jesteśmy z Marianem kumaci, ale nie wierzyliśmy, że nikt na całym świecie nie wpadł na ten sam pomysł co my. Po dwudziestu latach okazało się, że mieliśmy rację. Napisali do nas ludzie z Wygwizdowa, niewielkiej wioski leżącej kilkanaście kilometrów od Zadupia. Skryli się przed pociskami jądrowymi w piwnicach. Dziwiło nas to, że nasi stalkerzy do tej pory jeszcze się nie spotkali. Tak czy inaczej ruszyłem na ekspedycję razem z Marianem i Tomkiem. Niestety, ich stroje Hello Kitty uległy zabrudzeniu podczas czołgania się przez tunele i tylko ja przeżyłem spotkanie z Moherami. Byłem już blisko celu, gdy natknąłem się na jakiegoś innego mutanta, tego, który goni mnie do tej pory. Wygląda prawie jak człowiek, ma jednak fioletową skórę. Jestem zbyt zmęczony, by biec dalej. Kryję się za śmietnikami. Bestia znalazła mnie, ale tanio skóry nie sprzedam.

– W imię ZAJEBu, skurwysynu! – krzyknąłem, wymachując tasakiem w jego kierunku.


– Panie, co pan?! – odpowiedział mutant. – Ja tylko dwa złote na piwo chciałem pożyczyć.

"Mylący napis" - ciąg dalszy "Chaty płaczu"

- Mam już dosyć, odpocznijmy chwilę – wydyszała Paquai, wspierając dłonie na kolanach. - Naprawdę nie mogliśmy pójść okrężną drogą?
- Przechodząc przez szczyt oszczędzamy kilka godzin marszu – wyjaśnił jej Cydas. - Dzięki temu powinniśmy dotrzeć do Luyrun przed zmrokiem. Naprawdę chciałbyś znowu spać pod gołym niebem?
- Nie wiem, czy to nie byłoby lepszym wyjściem – stwierdziła kobieta. - Ludzie traktują nas jak wysłanników ciemnych sił. Nasze historie i znaleziska budzą w nich przerażenie, zwłaszcza woda z jeziorka leżącego na wschód od Vydaru. W Munabie musieliśmy się niemało natłumaczyć, aby uwierzyli, że to nie my zabiliśmy tamtych ludzi ze spalonej chaty.
- To normalne, że boją się nieznanego. I właśnie dlatego za cel postawiliśmy sobie rozwiewanie tajemnic. Nasze wyprawy powinny służyć rozwojowi cywilizacji.
- Tak? A ja myślałam, że robimy to dlatego, że jesteśmy cholernie ciekawscy i nie potrafimy usiedzieć na miejscu.
---Podróżnicy zaśmiali się głośno. Paquai odgarnęła z twarzy spocone grzywkę w kolorze oberżyny, oparła się o jeden ze świerków, które wraz ze wzrostem wysokości nad poziomem morza stopniowo wypierały buki, wyciągnęła manierkę i wypiła kilka łapczywych łyków wody.
- Daj mi parę minut – poprosiła towarzysza. - I co się tak patrzysz, jesteś facetem, masz lepszą kondycję!
- No dobrze, niech ci będzie. Sam też ledwo wytrzymuję.
---Cydas usiadł na spróchniałym pniu. Przyłożył pięść do podbródka, jak to miał w dziwnym zwyczaju, i skierował wzrok gdzieś w dal. Okrągła, gładka twarz i czarne, kędzierzawe włosy doskonale pasował do wizerunku marzyciela. Nie można było jednak nazwać go przystojnym, przynajmniej dla Paquai. Był zbyt szczupły – nie lubił jeść dużo, a dalekie wędrówki pochłaniały każdy nadmiar tłuszczu – a przez delikatną facjatę wyglądał na sporo mniej niż dwadzieścia dwie wiosny. Ona z kolei stanowiła przedmiot fascynacji wielu mężczyzn. Cynamonowa opalenizna, fioletowe oczy oraz wydatne piersi i pośladki nadawały jej egzotycznego powabu. Nie w głowie były jej jednak romanse. Jakiekolwiek głębsze przywiązanie emocjonalne przy awanturniczo-podróżniczym stylu życie stanowiłoby tylko zbędny ciężar. Wierny przyjaciel dający oparcie w trudnych chwilach w zupełności wystarczał.
---Paquai wzięła kilka głębokich oddechów, oderwała plecy od drzewa i dała znak, że jest gotowa do dalszej drogi. Cydas wstał i razem ruszyli w drogę. Zbocze było wyjątkowo strome, a przez mokrą ściółkę łatwo było o poślizg. Mimo tego wędrowcy niestrudzenie stawiali krok za krokiem. Pół godziny wspinaczki później dotarli już na wierzchołek góry zwanej Tremajune, co w języku Fyhanu oznaczało „Omszałe głazy”. Swój przydomek zawdzięczała dosyć sporej formacji skalnej znajdującej się na szczycie, która przewyższała największe drzewa, i dzięki temu była doskonałym punktem obserwacyjnym.
- Wchodzimy na górę? - zaproponował Cydas.
- Takich widoków nie odmówię nigdy, choćby przechodziła tędy po raz setny – wyznała Paquai. - Ale najpierw coś zjedzmy.
---Kobieta wyciągnęła z plecaka trochę suszonej wieprzowiny i poczęstowała towarzysza, lecz wziął tylko niewielki kawałek. W pośpiechu przeżuli mięso i zbliżyli się do skały.
- Spójrz, ktoś wyrył tam jakiś napis – zauważył Cydas.
- „Hisud”. Ale przecież to nie ten szczyt – zdziwiła się jego przyjaciółka. - Hę? Co się dzieje?
---Nagle wszystko dookoła nich zaczęło się rozmywać, a następnie znowu stało się ostre, jednak stos głazów gdzieś zniknął, drzewa zmieniły swoje miejsca, a na prawo, nieco poniżej podróżników pojawiła się niecka z wodą, z której wpływał mały strumyczek.
- Teraz rzeczywiście jesteśmy na Hisudzie. – Cydas ze spokojem skomentował to, co stało się przed chwilą.
- Coś przeniosło nas cztery dramekany na południowy zachód. Albo tak nam się tylko zdaje.
- Twierdzisz, że może być tylko iluzja? - mężczyzna podszedł do najbliższego drzewa i zastukał w korę. - Wygląda na prawdziwe.
- To nastąpiło zaraz po tym, jak przeczytałam ten napis. Czyżby te głazy też były artefaktem?
- Może sam sposób, w jaki go wyryto był związany z magią. Musimy to sprawdzić.
- Ale wiesz, że to oznacza spore wydłużenie trasy? Stąd mamy tylko sześć dramekanów do Luyrun, a jeśli wrócimy na Tremajune, łącznie przejdziemy jedenaście dramekanów.
- I co z tego? Nie wolno nam zostawiać takiego odkrycia na później.
- Jeszcze niedawno zależało ci na dotarciu do ludzkich siedzib przed zmrokiem! Uch, niech ci będzie.
---Bez zwłoki skierowali się na północny wschód.

*

---Szlak na przełęczy pomiędzy dwoma szczytami był wyjątkowo trudny. W niektórych miejscach był wąski na dwie stopy, a po obu stronach znajdowały się wysokie urwiska. Wędrowcy przebywali właśnie jeden z takich fragmentów drogi.
- Ostrożnie! - krzyknęła Paquai, po tym, jak stopa Cydasa prawie ześlizgnęła się z uskoku.
- Spokojnie, przecież uważam.
- Właśnie widziałam...
- Hej, słyszysz to? - Cydas wskazał na koronę jednego z drzew, rosnącego tuż przy ścianie urwiska. - Coś tam się rusza.
---Nagle z buka zeskoczył zakapturzony mężczyzna i wyciągnął zza pazuchy szablę. Podróżnicy usłyszeli za sobą głuche łupnięcie. Kolejny zamaskowany napastnik z morgenszternem w ręku skutecznie odcinał im drogę ucieczki.
- To już koniec waszej zabawy w odkrywców – powiedział zbój dzierżący szablę. - Nie wymkniecie się nam.
- Zaraz zaraz – odezwała się Paquai. - Kim jesteście i dlaczego nam grozicie? Jesteśmy tylko zwykłymi wędrowcami, nie chcemy nikomu zaszkodzić.
- Nie chcecie, ale to robicie. Wtykacie nos w nie swoje sprawy, a potem opowiadacie wieśniakom wasze historyjki. Ludzie i tak wiedzą już zbyt dużo.
- Dlaczego mielibyśmy tego nie robić? Mamy prawo lepiej poznawać Lokamon. To służy wszystkim.
- Mylisz się, głupcze...
---Nieznajomi zaczęli zbliżać się do Paquai i Cydasa. Para przyjaciół miała przy sobie sztylety, lecz nie znali się na walce. Do tej pory starali się unikać konfliktów. W tej chwili to było niemożliwe. Napastnicy byli już gotowi do ataku, gdy nagle zastygli w bezruchu. Jeden z nich upadł na szlak i roztrzaskał się na tysiące małych kawałeczków, zupełnie jakby był zrobiony z lodu. Drugi zleciał z uskoku i spotkał go ten sam los. Podróżnicy otworzyli usta szeroko ze zdziwienia.
- Nie musicie dziękować.
---Dziwny głos zdawał się dobiegać z ziemi, tuż przy stopach Paquai. Oboje spojrzeli na dół, lecz nie zauważyli nic interesującego poza lśniącym, niebieskim chrząszczem wielkości dwóch paznokci.
- Tak, to ja to zrobiłem. - Owad wzbił się w powietrze i usiadł na ręce kobiety.
- Kim oni byli? - spytał Cydas. - I czym ty jesteś?!
- Nie wnikałem w to zbytnio. Wiedziałem jedynie, że są jednymi z tych, którzy nie chcą dzielić się swoją wiedzą z innymi. Wy stanowiliście dla nich przeszkodę. Dlatego was śledzili, i wykorzystali waszą ciekawość do wpędzenia w pułapkę.
- Chodzi o magię i artefakty? – dociekała Paquai.
- Jeżeli tak to nazywacie... Niektórzy pragną, żeby sekrety tego świata były znane tylko im. Traktują to jako przewagę. Wy nie jesteście tacy... skupieni na własnym powodzeniu. I dlatego was uratowałem.
- Jesteś wyjątkowo dobrym... chrząszczem – uznał niepewnie Cydas. - Masz jakieś imię? 
- Nie jestem chrząszczem. A może i jestem? Z resztą, to tylko zewnętrzna powłoka. Jeśli zaś chodzi o imię – nie posiadam żadnego. Kiedyś zwano mnie Prorokiem. Ale to były dawne czasy. Wiele się zmieniło. Wybaczcie, wiem że macie jeszcze wiele pytań, ale muszę już was opuścić. Jestem potrzebny w innych miejscach.
---Owad odleciał i po chwili zniknął wędrowcom z oczu.

Tuesday, August 25, 2015

"Hasztagi"

Czy może być coś bardziej radującego od posiadania potomstwa? W końcu to wypełnienie celu zapisanego głęboko w genach, praktycznie najważniejszego z punktu widzenia biologii. Poza tym dziecko jest ucieleśnieniem miłości, istotą łącząca w sobie cechy dwóch zakochanych osób.

Zuzanna cieszyła się, że jej nowo narodzony synek wreszcie jest w domu. Miała problemy z zajściem w ciążę, samo oczekiwanie na poród również nie przebiegało gładko. Dzięki Bogu, Feliks urodził się cały i zdrowy.

Zuzanna zrobiła sobie zdjęcie razem z nim, mężem Hubertem i czteroletnią córeczką Amelią w świeżo wyremontowanym pokoju dziecięcym, po czym wrzuciła je na portal społecznościowy.

#rodzinka #bobas #feliks #witajwdomu #szczęśliwi

Jaki oni śliczny!

Ale słodki!

Super! Kiedy nas odwiedzicie?

Post okraszono wieloma podobnymi komentarzami. Młoda mama była bardzo dumna. Nie mogła jednak zbyt długo cieszyć się towarzystwem Feliksa. Korporacja wzywała. To dzięki niej Zuzanna mogła zakupić robota, który zajmował się noworodkiem i Amelią. Android był odpowiedzialny za utrzymanie całego mieszkania, więc Zuzanna po powrocie z pracy poświęcała swój czas wyłącznie na kontakt z bliskimi. Bardzo jej to odpowiadało. Wcześniej, kiedy nie miała elektronicznego pomocnika, opieka nad córką doprowadzała ją do szału i wątpliwości nad sensem posiadania dzieci.

Dwa dni później, przekraczając próg nie usłyszała ani kwilenia Feliksa, ani śmiechu Amelci. Znalazła ich zmasakrowane ciała w pokoju dziecinnym. Tuż przy nich stał robot domowy, który w kółko śpiewał:

Ain't no time for fakin jax
Stop fakin jax
Brothers that fake jax get laid on they backs


*

Co może równać się z cechami, które sprawiają, że obserwujący je doznają niemalże mistycznych uczuć? Czy istnieje większy dar od natury niż piękno? Podobno to właśnie ono ma zbawić świat.

Marika marzyła o karierze modelki. Była uroczą młodą damą, jednak nie dosyć ładną, by pojawić się na okładkach magazynów i bilbordach reklamowych. Dlatego ostatnio zrobiła sobie operację plastyczną za pieniądze od taty. Nic wielkiego, drobne poprawki nosa i ust. Naturze czasem trzeba pomóc. Wczoraj założyła nowego bloga i wrzuciła na niego selfie pstryknięte w miejskim parku.

#polishgirl #beauty #bezskalpela #wawa #summer

Ekstra!

Pokaż cycki!

Sweet!

Marika była zadowolona z szerokiego odzewu. Niektórzy zarzucali jej oszustwo, ale pozostali komentujący od razu przypięli im łatkę hejterów. Aby jeszcze bardziej zachwycić internautów, postanowiła zmienić uczesanie. Wybrała się do zakładu fryzjerskiego obsługiwanego przez automaty. Wgrała do komputera osobiście zaprojektowaną fryzurę i usiadła na wygodnym fotelu. Umieszczone na robotycznym ramieniu nożyce zaczęły chlastać jej twarz. Radio zacięło się, nieustannie powtarzając ten sam fragment piosenki:

Ain't no time for fakin jax
Stop fakin jax
Brothers that fake jax get laid on they backs


*

Czy można być bardziej spełnionym niż wtedy, kiedy stworzyło się coś od początku do końca? Wprowadzeniu autorskiego pomysłu w życie towarzyszy wyjątkowe zadowolenie, które buduje poczucie własnej wartości.

Tobiasz od początku wierzył, że mu się uda. Niewiele osób może pochwalić się własnoręcznie przerobionym samochodem. Tuning pochłonął trochę czasu i pieniędzy, ale efekt był niesamowity. Zrobił sobie zdjęcie z nowym wozem i udostępnił je na portalu społecznościowym.

#540hp #hondaszybszaniżwygląda #JDM #pocomechanikjakmożnasamemu #swag

Łał, naprawdę ma tyle koni?

Robiłeś wszystko sam?

Kozacki spojler, pewnie dużo za niego dałeś.

Tobiasz odpowiadał na większość pytań twierdząco, mimo iż test na hamowni wskazał sporo mniejszą moc, część modyfikacji była dokonana przez poprzedniego właściciela, a nowe części kupił po przecenach. Ale co mu tam, przecież nikt się nie dowie.

Pewnego dnia postanowił wybrać się na przejażdżkę po mieście. Opuścił szyby i puścił głośną muzykę. Jechał powoli, przyglądając się spacerującym dziewczynom. Nagle w samochodzie włączył się autopilot i pojazd zaczął gwałtownie przyspieszać. Tobiasz nie mógł zahamować, ani dezaktywować komputer kierujący wozem. System audio ześwirował i ciągle odtwarzał ten sam kawałek utworu:

Ain't no time for fakin jax
Stop fakin jax
Brothers that fake jax get laid on they backs

Po chwili biała honda zderzyła się z seatem poruszającym się przeciwległym pasem. Wszyscy uczestnicy wypadku zginęli.


*

Wygląda na to, że to koniec koszmaru – powiedział nadkomisarz Grabowski. – Jak udało się wam go rozpracować?

To nie nasza zasługa – odparł młodszy inspektor Malinowski. – Po pewnym czasie zabójca sam przyznał się do zbrodni. Wystarczyło go ująć.

Naprawdę to zrobił? – zdziwił się Grabowski. – Wybacz, nie jestem na bieżąco, dopiero wróciłem z urlopu.

Zależało mu na rozgłosie – wyjaśnił Malinowski. – Ten gościu był konkretnym świrem. Ofiarom przed śmiercią puszczał amerykański rap, jakiś kawałek o tym, że pozerzy źle kończą. Swoje działania określał jako Projekt Trendkill od nazwy pewnego albumu ze strasznie agresywną muzyką. Nienawidził ludzi, którzy przesadnie chwalili się w mediach społecznościowych. Wyszukiwał ich na podstawie tagów, śledził przez kilka dni, a następnie zabijał przy pomocy zhakowanych urządzeń.


Dobrze, że nie korzystam z tych durnych fejsbuków…

Thursday, July 30, 2015

"Skrzydła albatrosa"

---Pierwszy raz zauważyła go stojącego nad brzegiem strumienia w dzikim zagajniku za miastem. Popielaty odcień skóry mocno wyróżniał się na tle majowej zieleni wierzb. Szeroko rozpięte, białe skrzydła obwiedzione paskiem czerni jeszcze bardziej. Fantom człowieka, nagi, bez twarzy, uszu, genitaliów. Jakby wykuty z szarego głazu. Tylko te skrzydła, zupełnie naturalne, choć nieproporcjonalnie wąskie w stosunku do reszty ciała.
---Smycz wyślizgnęła się jej z rozluźnionej dłoni. Labrador uciekł gdzieś w siną dal. Odwróciła się tylko na chwilę i ponownie wlepiła wzrok w dziwną istotę. Lęk paraliżował wszystkie mięśnie. Popielaty anioł też się nie poruszał. Czyżby był tylko rzeźbą?
---Nie. Nagle złożył skrzydła, po czym skierował twarz w jej stronę. Dzieliło ich zaledwie kilkanaście metrów.
- Na co się tak gapisz?
---Strach ostatecznie przezwyciężył ciekawość i dystans między nimi zaczął zwiększać się w szalonym tempie.

*

---Pierwszy raz zauważyła go koło boksu Kowalskiego, na przeciwległym końcu biura. Znad faktury za aktualizację systemów operacyjnych w komputerach osobistych na całym piętrze mignęły jej białe i czarne pióra. Zrzuciła to na karb zmęczenia po nieprzespanej nocy. Lecz gdy facet od obsługi IT już poszedł, wysoki, szary manekin ze skrzydłami pojawił się znowu. Kroczył środkiem przejścia, prosto w jej stronę. Obróciła się na pięcie i podążyła do swojego boksu. Nie może dać po sobie poznać, że widzi jakieś zjawy. Co wtedy pomyślą o niej koledzy z pracy? Zasiadła przy biurku i jak gdyby nigdy nic zaczęła starannie układać leżące na nim papiery.
- Popatrz na mnie.
---Mimowolnie spojrzała w lewo. Stał w przerwie pomiędzy regipsami i omiatał ją nieistniejącym wzrokiem. Potrząsnęła głową i przetarła dłońmi po twarzy.
„To tylko przewidzenia.”
---Gdy odsłoniła oczy, już go nie było.

*

---Na szczęście pies od razu wrócił do domu, więc rodzice nie mieli do niej pretensji. Wiele dałaby, żeby wreszcie móc się wyprowadzić na swoje. Niestety, nieukończone studia nie dawały perspektyw na znalezienie lepszego źródła utrzymania niż stanie na kasie w perfumerii. Ostatni wyjazd za granice skończył się ograbieniem z pieniędzy i paszportu. Kolejnego razu wolała nie ryzykować. Na księcia z bajki też nie miała co liczyć. Jedyni, u których miała jakiekolwiek szanse, składali tostery na lince, a co sobotę stali pod monopolowym ze Złotym Denarem w ręku. Skazana na wegetację w malutkim pokoiku, na którym jeszcze niedawno wisiały plakaty z pisemek dla nastolatek. Zaraz, to było dobre dziesięć lat temu.
---Nienawidziła tej zatęchłej, zagraconej piwnicy. Matka kazała jej przynieść rozkładane krzesła. Dziś będą mieli gości.
---Otworzyła nieco nadgryzione przez korniki drzwi, wymacała przełącznik i zapaliła nieosłoniętą żarówkę. Siedział na wieżyczce z felg do malucha.
- Dlaczego wciąż za mną podążasz?
---Jego skrzydła ocierały się o sufit. Ramiona zwisały bezwiednie między nogami. Przez przygarbioną sylwetkę sprawiał wrażenie smutnego.
- Kim jesteś? - szepnęła przestraszona. Lękała się, choć przeczuwała, że nie stanowi dla niej zagrożenia. Może to była tylko halucynacja?
- Dla Brygidy jestem wszystkim. Dla Brygidy jestem niczym.
---Znał jej imię. Ale co miałyby oznaczać jego słowa?
- Ja ciebie nie śledzę. To ty pojawiasz się tam, dokąd zmierzam.
- Lecz to ty chcesz, żebym był przy tobie. I ty nie chcesz, żebym był przy tobie.
- Niczego nie rozumiem. Jesteś jakimś aniołem?
- Jestem aniołem. Jestem szatanem. Uratuję cię. Zniszczę cię.
---Brygida nie wiedziała, co odpowiedzieć. Odruchowo przeżegnała się.
- Jestem tym, o co się modlisz. Jeszcze się o tym przekonasz.
---Zniknął.

*

---Udało się. Nikt nie zauważył niczego podejrzanego. Może powinna skonsultować się z poradnią zdrowia psychicznego? Nadmierny stres widocznie jej nie służy. Cóż na to poradzić, praca w korporacji ma swoją cenę...
---Mąż był w delegacji, a opiekunka przed chwilą odprowadziła jej ukochaną córeczkę na lekcje tańca. Czas na chwilę dla siebie. Rozsiadła się wygodnie na obitym czarną skórą szezlongu, włączyła radio i zabrała się do lektury najnowszego wydania „Cosmopolitana”.
---Po przeczytaniu kilku artykułów uniosła wzrok, żeby spojrzeć na zegarek wiszący nad rustykalnym kominkiem. O dziewiętnastej leciał mecz reprezentacji Polski, miała nagrać dla Miśka.
---To znowu on. Siedział na fotelu, opierając podbródek o dłonie. Spore skrzydła wystawały poza oparcie.
- Dlaczego mnie odrzucasz?
---Krzyknęła ze strachu i cisnęła w niego magazynem. „Cosmopolitan” plasnął o niemal doskonale okrągłą czaszkę i spadł na podłogę, nie robiąc żadnego wrażenia na popielatym fantomie.
- Czym ty jesteś? - wrzasnęła, cała roztrzęsiona.
- Dla Brygidy jestem wszystkim. Dla Brygidy jestem niczym.
---Znał jej imię. To niemożliwe, to musi być zły sen, wręcz koszmar!
- Idź precz!
- To ty chcesz, żebym był przy tobie. I ty nie chcesz, żebym był przy tobie.
---Brygida zerwała się z sofy i pobiegła w kierunku drzwi, lecz szary anioł chwycił ją za nadgarstek. Rozpaczliwie wołała o pomoc, choć wiedziała, że z ogromnego, wolno stojącego domu otoczonego sporym ogrodem nikt jej nie usłyszy.
- Jestem tym, co przeklinasz. Jeszcze się o tym przekonasz.
---Zniknął.

*

---Gdy tylko znajomi rodziców poszli do domu, wzięła prysznic i położyła się spać. Ostatni wolny wtorek, od przyszłego tygodnia nie będzie pracowała w soboty. To i tak bez różnicy. Każdy dzień jest taki sam. Jedyna zmiana, jaka może ją czekać, to wylądowanie w wariatkowie. Choć z drugiej strony, w tajemniczym aniele było intrygującego, pociągającego... Dosyć głupich myśli. Musi zasnąć, jutro trzeba wstać o szóstej.
---Ktoś stał nad jej łóżkiem. Czuła to. Otworzyła oczy. W świetle latarni przeciskającym się przez szpary rolety ujrzała znajomą, skrzydlatą sylwetkę. Serce jej zakołatało, lecz po chwili starała się opanować strach.
- Czego chcesz?
- Nie wiem. Ale wiem, czego ty chcesz.
---Chwycił ją za dłoń. Jego skóra była ciepła i delikatna w dotyku.
- Nie bój się. Wstań.
---Brygida uczyniła tak, jak jej kazał. Anioł przytulił ją mocno. Miała wrażenie, jakby ich ciała stopiły się w jedno.
Odpłynęła.

*

---Nie mogła zasnąć. To jakiś obłęd. Przy Lidii próbowała zachowywać się normalnie, choć w głębi duszy umierała ze strachu. Dlaczego ją to spotyka? W takim momencie, kiedy wypracowała sobie idealne życie?
---Leżała na boku, gapiąc się w mahoniową szafę. Bała się zgasić światła, więc zostawiła lampkę nocną włączoną. Zdrętwiała jej ręka. Przewróciła się na drugą stronę. Stał przy drzwiach, głaszcząc jedno ze skrzydeł.
---Nie może krzyknąć, żeby nie obudzić Lidii. Zaczął kroczyć w jej kierunku. To tylko halucynacja, wytwór jej wyobraźni...
- Nie boję się ciebie.
- Wiem. Wiem też, czego się boisz.
---Stanął tuż przy niej. Zasłonił oczy, zatkał usta i nos. Chciała się wyszarpać, lecz nie mogła się ruszyć. Nie czuła, że się dusi, tylko zdawało się jej, że wszystko dookoła się rozmywa.
---Odpłynęła.

*

---Budzik zapipczał kilka razy. Dziś znowu będzie musiała się użerać z marudzącymi klientami...
Śnił się jej fajny sen. Miała dobrą pracę, kochającego męża i śliczną córeczkę. Szkoda, że się obudziła...

*
---Budzik zapipczał kilka razy. Dziś znowu szykuje się ciężki dzień w robocie, będzie musiała przygotować raport dla kierownika działu sprzedaży...

Śniło jej się coś głupiego. Nie skończyła studiów i pracowała w sklepie z perfumami, wciąż będąc sama i mieszkając u rodziców. Dobrze, że się obudziła...

Maj 2015

"Złe królestwo"

 ---Zazwyczaj takie opowieści zaczynają się słowami „Dawno, dawno temu...”. Niemniej jednak w tym przypadku byłoby to kłamstwo. Mógłbyś pomyśleć, drogi czytelniku, że upłynęło niewiele lat pomiędzy zajściem tych wydarzeniem a spisaniem ich przebiegu, lecz i to nie jest prawdą.
 ---Przejdźmy od domniemań do wyjaśnień. Postaram się wyrazić na tyle precyzyjnie, byś był w stanie je pojąć, ale niczego nie gwarantuję. Historia ta wypełnia cały czas, w którym mógłbyś umieścić samego siebie.
 ---Miejsce, do którego przeniosę twoją wyobraźnię, zwie się Złym Królestwem. Wiem, że obrazisz się na mnie, ale nie zdradzę ci zbyt wiele na jego temat. Wystarczy, żebyś wiedział, iż jest dosyć rozległe, i zapewnia sprzyjające warunki do przeżycia.
 ---Złe Królestwo to nie tylko przestrzeń. To także ludzie, którzy ją zamieszkują. Przypuszczam, że nie różnią się zbyt wiele od odczytujących te słowa. Jedni wysocy, piękni, bogaci, inni niscy, brzydcy, biedni. Mają pewien wspólny mianownik. Nienawidzą własnego kraju.
 ---Kiedyś rządził nimi nie kto inny jak Zły Król. Interesowało go wyłącznie utrzymanie władzy. Reszty możesz się już domyślić.
 ---Pewnego dnia do Złego Królestwa przybył Wędrowiec. Wybacz mój ubogi zasób słownictwa, ale określę go największego kozaka pod słońcem. Znał się na magii, świetnie walczył, posiadał ogromną wiedzę i takie tam. Źli Królestwowianie mieli dosyć ucisku i poprosili Wędrowca o pozbycie się Złego Króla. Ten, jako że był szlachetny i prawy, wysłuchał błagań i jednym cięciem miecza uwolnił naród od ciemiężcy.
 ---I tym oto sposobem nastały rządy Dobrego Króla, krewnego poprzedniego władcy. Dobry Król obniżył daniny, wprowadził więcej swobód obywatelskich i zapewnił zapomogi dla biednych finansowane ze skarbu państwa.
 ---Ludziom żyło się lepiej, większość była zadowolona ze zmian. Niektórzy postulowali nawet nadanie krajowi nowej nazwy, bardziej adekwatnej do ówczesnego stanu. Niemniej jednak, ktoś przy bliżej nieznanych okolicznościach (z danych statystycznych wiadomo mi, że takie wydarzenia mają zazwyczaj miejsce tam, gdzie król, nie ważne czy Dobry, czy Zły, chodzi piechotą) doszedł do wniosku, że dobrobyt pewnie prędko się skończy. W końcu Dobry Król może ni stąd ni zowąd postradać rozum i powrócić do starych metod rządzenia. No i nie było gwarancji, że następca tronu nie okaże się jeszcze gorszą szują niż Zły Król...
 ---Wątpliwości rozpleniły się wśród Złych Królestwowczyków i w całym państwie wybuchły protesty. Wściekłe tłumy domagały się bezpośredniego wpływu na rządy. Wędrowiec, który z niewiadomych przyczyn zdecydował osiedlić się w Złym Królestwie (najprawdopodobniej był zwyczajnym masochistą) zaproponował im, że rozmówi się z Królem na ten temat.
 ---Pod wpływem perswazji Wędrowca Dobry Król zgodził się na przekazanie władzy grupie przedstawicieli ludu wybranych na drodze głosowania zwanej Parlamentem. Owi przedstawiciele mieli piastować powierzone im funkcje przez okres pięciu lat, po czym następowały kolejne wybory i tak w kółko.
 ---Pomysł spodobał się Złym Królestwowiakom. Zgłosiło się wielu chętnych do piastowania funkcji Posła. Wygrali ci, którzy obiecali najwięcej. Obywatele oczekiwali gwałtownego podwyższenia poziomu życia. Nie zmieniło się jednak nic, może poza tym, że w w jednej z pałacowych sal, gdzie obradował Parlament, muzyka nie cichła, a alkohol lał się strumieniami.
 ---Wściekli ludzie przepędzili bumelantów i wybrali nowych przedstawicieli, jak domniemano – lepszych. Niestety, tym również było niespieszno do spełniania kampanijnych przyrzeczeń.
Po kilku takich cyklach naród miał dosyć. Pewnego razu jeden z prostych chłopów zapytał przechadzającego się po Złym Królestwie wędrowca czy „nie szłoby pozbyć się w pizdu tych wszystkich władców”. Wędrowiec zasięgnął opinii tu i ówdzie, i okazało się, że idea absolutnej wolności jest dosyć popularna wśród Złych Królestwian. Parlament został więc rozwiązany, by ludzie mogli wreszcie żyć tak jak chcą, nienękani przez nikogo.
 ---Problem tkwił w tym, jak owa absolutna wolność miała wyglądać. Niektórzy twierdzili, że powinna opierać się na nieskrępowanym handlu, inni, że na własności wspólnej. Złe Królestwo (w tamtym momencie tytuł ten stosowano już jedynie z przyzwyczajenia) podzieliło się na dwie części, nazwane dla niepoznaki i podkreślenia głębokiej wyobraźni ich pomysłodawców Anarchokapem i Anarchokomem. Różniły się wszystkim, może poza tym, że w obu nie cieszono się swobodą zbyt długo. W Anarchokapie władzę przejął pewien bogaty kupiec, który wynajął armię najemników i zaczął ściągać haracze, zaś w Anarchokomie utworzono Milicję pilnującą tego, czy aby na pewno wszyscy dzielą się dobrami po równo. Oczywiście Milicjantom, ze względu na wymagające obowiązki, przysługiwały większe racje.
 ---Po pewnym czasie obie części zaczęły tłuc się między sobą, starając się narzucić drugiej Jedynie Słuszną Ideologię. Zanim walczący opamiętali się i zawarli rozejm, zginęło wielu ludzi, a w kraju zapanował chaos. Zwrócili się więc o pomoc do Wędrowca.
Pozwolisz, o drogi czytelniku, że posłużę się teraz nieco wygodniejszą formą dramatu:

LUD
Cóż mamy czynić, czcigodny Wędrowcze?

WĘDROWIEC
Nie wiem. Prawdę mówiąc, to skończyły mi się pomysły na system.

LUD
Zostań naszym królem! Będziemy Ci wiernie służyć!

WĘDROWIEC
Kiedyś tak bardzo nie chcieliście mieć króla, a teraz ja mam zasiąść na tronie! Wasze niedoczekanie! Byłem z wami przez tyle lat, i c**j mi z tego!

 ---Wypowiedziawszy te słowa, Wędrowiec udał się gdzieś w siną dal i nikt go więcej nie widział. Nie wiadomo też, co dzieje się na chwilę obecną w Złym Królestwie. Plotki głoszą, że zaprowadzono tam agoryzm keynesistowsko-socjaldemokratyczny, który jak zwykle nikomu się nie podoba.
 ---Spytasz mnie teraz, drogi czytelniku, o co chodzi w tym beznadziejnym szorcie. Otóż – parafrazując klasyka – Złe Królestwo jest wewnątrz ciebie. Nawet najlepszy system nic nie zaradzi, jeśli będziesz kupował szlugi z przemytu, wypluwał gumę do żucia na chodnik, wyklinał pod nosem na starsze panie w autobusie i popełniał mnóstwo innych niecnych uczynków. Rzecz w tym, że ja jestem gorszy od ciebie. I nie zamierzam się zmieniać.

kwiecień 2015