Zapraszam do wysłuchania szorta "Skrzydła albatrosa" czytanego przez Wojtka Masiaka:
http://pliki.majselbaum.pl/ftp/FANTASTYKA/sylwester-albatros.mp3
Fanpage "Czyta Wojtek":
https://www.facebook.com/czytawojtek/
Opowiadania i historie utrzymywane w konwencji fantasy. Przeważnie oscyluję gdzieś na granicach mystical fantasy/metaphysical fiction, chociaż czasami pokuszę się też na sf i inne gatunki. Czasem z humorem, czasem na poważnie. Podziękowania dla wszystkich czytelników i wspierających.
Showing posts with label kobiecy bohater. Show all posts
Showing posts with label kobiecy bohater. Show all posts
Wednesday, June 22, 2016
Thursday, July 30, 2015
"Święte Serce"
W
dniach takich jak ten łatwo czcić Pana Życia. Wielbić go za to,
że stworzył rzeczy tak proste i piękne, jak choćby słońce.
Podziwiać srebrnoskrzydłe ptaki, w które tchnął życie.
Wsłuchiwać się w delikatny szum wiatru. Dziękować za każdy
oddech.
Gorzej,
gdy chwile kontemplacji są przerywane.
Tymis
z trudem powstrzymała się od gwałtownej reakcji, gdy na jej udzie
wylądowała kula mokrej gleby. Pragnienie wyrzucenia z siebie
niezadowolenia zatrzęsło nią, lecz nie chciała znowu zawieść
Feovala. Ze spokojem otrzepała szare, robocze spodnie i spojrzała
na Lizgrema, który cisnął w nią ziemią.
–
Czemu to zrobiłeś? – zapytała z wymuszoną łagodnością.
–
Żebyś przestała błądzić myślami w chmurach i zabrała się do
pracy – wyjaśnił chłopak. – Nie zdążymy dzisiaj posadzić
wszystkich krzaków, jeśli będziemy się ociągać.
–
Nie mogłeś mi po prostu tego powiedzieć? Poza tym nie rozmarzyłam
się, tylko myślałam o Panu.
–
Ta metoda była zabawniejsza, a na modlitwę znajdziesz czas
wieczorem. Wykopałem już dwa kolejne dołki, bierz rośliny i rób
swoje.
Dziewczyna
schyliła się po sadzonkę, umieściła ją w zagłębieniu i
zasypała ziemią. Nie była to ciężka praca, lecz dosyć istotna.
Jagody rebyby stanowiły najważniejszy składnik leków na gorączkę.
Tymis cieszyła się, że czyni coś dla dobra ogółu. Księga
Świętych Serc głosiła, że służąc innym, służysz Feovalowi.
A ona bardzo chciała odwdzięczyć się Panu za wspaniałe życie,
którym ją obdarował. Nie wszystko było idealne. Ludzie czasami
błądzili i zwracali się ku złemu. Lecz nie sprawiało to, iż
Tymis wątpiła w dobroć Najwyższego.
–
Przepraszam, że cię ubrudziłem – odezwał się Lizgrem. –
Mogłem się powstrzymać. Wypiorę ci te spodnie.
Młodzieniec
odłożył szpadel i przytulił dziewczynę. Pozawijane pasy czarnej
skóry pokrywające ich ręce i twarze zaczęły delikatnie świecić
na zielono. Duszowzory zmieniały kolor za każdym razem, gdy synowie
i córki Feovala odczuwali pozytywne emocje. Wybaczanie nawet w tak
błahych sprawach niosło ze sobą pewną ulgę, wyzwolenie od złości
i żalu zatruwającego duszę. I dlatego właśnie Tymis kochała
Pana Życia. Jeśli ktoś chciał się poprawić, zawsze mógł
liczyć na drugą szansę.
–
To nic takiego. Nie musisz ich czyścić, tak czy inaczej pod koniec
dnia nadawałyby się wyłącznie do prania.
Lizgrem
wypuścił współpracowniczkę z objęć i oboje wrócili do swoich
zajęć. Jednak nim zdążyli posadzić kolejną roślinę, ziemia
zaczęła się trząść.
–
Czujesz to? – Tymis wyglądała na zaniepokojoną.
–
To pewnie Ciemnoszkańcy. Zbierajmy się stąd, mogą napaść na
wioskę.
Pomioty
Pileosta budziły strach wśród prawych mieszkańców krainy
Heerevar. Zepsuci do cna, nie wyznawali żadnych zasad, a dążyli
jedynie do zaspokajania dzikich popędów. Nienawidzili Feovala i
jego dzieci. Prowadzili z nimi nieustanną wojnę, lecz Najwyższy
przez ręce Straży Świętych Serc prawie za każdym razem
sprowadzał na nich klęskę. Według przepowiedni Pan Życia w
wyznaczonym przez siebie czasie miał zesłać Czempiona, który
ostatecznie pokona Ciemnoszkańców. Teraz jednak zagrożenie było
wciąż realne, więc dwójka młodych ludzi prędko dołączyła do
pobratymców z osady. Lizgrem został przydzielony do obrony wioski,
zaś Tymis miała się udać razem z kobietami i dziećmi do kryjówki
w pobliskiej grocie.
Wibracje
nasilały się z każdą chwilą. Oddziały Straży stały w zwartym
szyku i obserwowały otoczenie. Po Ciemnoszkańcach można było
spodziewać się wszystkiego. Atakowali z powietrza, ujeżdżając
sześcioskrzydłe stwory. Maszerowali razem z gigantycznymi wilkami o
zębach ostrzejszych od stali. Raz szturmowali nadmorskie miasto przy
pomocy wieloryba.
Tymis
przeczuwała, że nie uda im się uciec przed atakiem. Jej grupa,
spowolniona przez panikę i dezorganizację, dopiero docierała na
kraniec wioski. Trudno było utrzymać równowagę, a domy sprawiały
wrażenie, jakby zaraz miały się rozlecieć. Dziewczyna nie oparła
się pokusie i spojrzała za siebie. Jeszcze nigdy wcześniej nie
widziała ataku Ciemnoszkańców.
Nagle
przed grupą strażników rozstąpiła się ziemia, a wstrząsy
ustały. Z rozpadliny wyleźli napastnicy i rozpoczęła się walka.
Pozostali mieszkańcy biegli dalej w amoku, zostawiając Tymis samą.
Ta powoli kroczyła w stronę pola bitwy. Wojowie dzielnie cięli
najeźdźców mieczami i halabardami, a Kapłani przepędzali pomioty
falami błękitnego światła, tchnieniem samego Feovala.
Ciemnoszkańcy wyglądali nieco inaczej, niż to sobie wyobrażała.
Nie byli zgarbieni i nie pełzali na czterech kończynach, lecz
posturą przypominali ludzi. Niektórzy z nich walczyli bez hełmów,
więc Tymis mogła zauważyć, że mają czarne włosy, bladą skórę
i… Duszowzory świecące na czerwono. Młoda kobieta nagle
zorientowała się, że znajduje się bardzo blisko miejsca starcia.
Wiedziała, że Pan Życia ma ją w opiece, a strażnicy mieli
znaczną przewagę, lecz wolała się gdzieś ukryć. Wpełzła pod
werandę jednej z chat i dalej obserwowała zdarzenie. Utkwiła wzrok
w jednym z Ciemnoszkańców. Wyglądał na wystraszonego i za wszelką
cenę starał się unikać konfrontacji z przeciwnikiem. W pewnym
momencie zaczął oddalać się od pola bitwy. Minął kryjówkę
Tymis, lecz nie zauważył młodej kobiety. Nagle padł na ziemię
rażony strzałą w udo. Po chwili dobiegli do niego strażnicy.
–
Łaski! – krzyknął powalony Ciemnoszkaniec. – Nie chciałem
walczyć, już nigdy więcej nie zrobię nic złego! Obiecuję!
Tymis
nie wierzyła własnym uszom. Ktoś stworzony przez uosobienie zła
błaga o litość? Czy może to tylko sztuczka mająca na celu
przechytrzenie strażników?
–
Czeka cię jedynie śmierć i wieczne potępienie, bękarcie
Pileosta. – Łucznik, który unieruchomił wroga, nie pozostawił
mu żadnych złudzeń.
–
Przepraszam za… Za wszystko! Oszczędźcie mnie! Będę podążał
drogą Feovala, przyrzekam!
Naprawdę
prosił o wybaczenie. Widziała to w jego oczach, wyrazie twarzy.
Tymis nie mogła dłużej bezczynnie się przyglądać. Natychmiast
wyczołgała spod werandy i zwróciła się do pobratymców.
–
Zostawcie go! Nie powinniście zabijać błagającego o odpuszczenie.
–
A ty skąd się tu wzięłaś? – zapytał wojownik dzierżący
dwuręczny miecz. – Mogłaś zginąć! Poza tym, o czym ty w ogóle
bredzisz? To Ciemnoszkaniec, chcesz zobaczyć, czy jest godzien
wybaczenia? To patrz!
Strażnik
wziął zamach i jednym cięciem pozbawił syna Pileosta głowy.
***
Orzechowe
włosy Tymis zasłaniały jej twarz. Siedziała skulona na ławce w
świątyni, rugana przez wściekłego Nadkapłana.
–
Co to ma znaczyć? Zrozumiałbym, gdybyś była dzieckiem i nie znała
dobrze Księgi Świętych Serc. Ale ty jesteś już dorosła,
uczestniczysz w Służbie Pana. Dlaczego w ogóle to zrobiłaś? Nie
jest ci miłe życie, największy dar Feovala?
–
Nie, Czcigodny. Chciałam tylko przyjrzeć się walce z ciekawości.
A ten Ciemnoszkaniec szczerze prosił o litość…
–
Uwierzyłaś w jego skruchę? To twory Pileosta, one nie znają
takiego pojęcia! Są niczym innym jak tylko wcielonym zepsuciem.
Tymis
miała poważne wątpliwości. Z jednej strony żałowała głupiego
wystąpienia przeciwko boskim prawom, z drugiej dalej była
przekonana, że ten czyn był słuszny. Ostatecznie zwyciężyła
potrzeba usprawiedliwienia się.
–
Skoro musimy walczyć ze złem, to dlaczego robimy to poprzez
zabijanie, a nie nawracanie?
–
Widziałaś ich Duszowzory? Rozświetlają się, kiedy właściciel
uczyni coś nikczemnego. Ciemnoszkańcy są naszym zupełnym
przeciwieństwem. Dla nich nie ma zbawienia. Muszą zostać usunięci
z tego świata, tak jak postanowił Pan Życia. A ciebie czeka rytuał
oczyszczenia. Zaczynasz podążać w niebezpieczną stronę.
Nadkapłan
opuścił świątynię, zostawiając dziewczynę samą. Proces
uwolnienia od złych sił stosowano często u osób narażonych na
dłuższy kontakt z dziećmi Pileosta oraz tych, którzy
kwestionowali zasady wyznaczone przez Feovala. Nie był niczym
strasznym, lecz Tymis dalej twierdziła, że ma rację. Ciemnoszkańcy
nie różnili się bardzo od zwykłych ludzi. Tak samo odczuwali ból.
Widziała, jak ten nieszczęśnik cierpiał, zanim został ścięty.
Może oni wcale nie chcą być źli, tylko są zniewoleni przez
Pileosta? Czym tak w ogóle jest zło? Abstrakcyjną siłą czy
wyborem, jakimiś konkretnymi czynami? Przecież zawsze można
zmienić swoje postępowanie. Dlaczego Feoval nie przekona Pileosta,
żeby przestał krzywdzić? Spojrzała na piękne oblicze Pana Życia
przedstawione na statui stojącej w centralnym punkcie świątyni.
Czego od niej wymagał? To prawda, w Księdze Świętych Serc jest
jawnie napisane, że zło należy zniszczyć. Księgę sporządzili
ludzie, którzy byli wielkimi mędrcami, ale i oni mogli się mylić.
Musi spróbować innej drogi. Dać przykład innym i sprawić, że
skończy się nieustanna wojna, albo przeciągnąć chociaż kilku na
stronę Feovala. Jeśli działa w dobrej woli, czy Pan Życia może
ją za to ukarać?
Nie
będzie żadnego rytuału. Ciemnoszkańcy potrzebują oczyszczenia
bardziej niż ona.
***
Skrytość
i kłamstwa powoli topiły sumienia w nieprawości. Lecz nikt nie
zrozumiałby prawdziwych zamiarów Tymis, podobnie jak Nadkapłan.
Zmierzała na zachód, w stronę gór. Niosła ważną wiadomość
dla krewnej żyjącej w Lahabus. Tak przynajmniej myśleli mieszkańcy
miast i wsi, które odwiedzała po drodze, aby uzupełnić zapasy i
odpocząć. Ci znający prawdę byli kilkanaście godzin marszu za
nią, o ile zdecydowali się wyruszyć w pościg zorientowawszy się,
że opuściła osadę. Nie musiała się bać niczego, przynajmniej
teoretycznie. Dzieci Feovala nie ośmieliłyby się tknąć siostry w
Panu, zaś Ciemnoszkańców właśnie szukała. Mimo wszystko
spotkanie z nimi mogłoby nie pójść po jej myśli. Co jeśli ten
mężczyzna był jednorazowym przypadkiem, a pozostali są naprawdę
zepsuci do szpiku kości? Naiwna skaże swoją i tak już splamioną
przez grzechy duszę na wieczne potępienie. Nie, nie wolno jej tak
myśleć. Musi wierzyć w drogę, którą obrała. Drogę pokoju.
Po
sześciu dniach wędrówki minęła Lahabus, ostatnie miasto
wyznawców Feovala. Za nim rozciągały się tereny wrogów, z
których Tymis miała nadzieję uczynić przyjaciół. W pewnym
momencie chciała zawrócić, porzucić to szaleńcze posłannictwo i
błagać o wybaczenie, ale nie była w stanie tego zrobić. Nie mogła
wyrzec się tego, co dyktowało jej serce.
Została
złapana przez Ciemnoszkańców, jak tylko wkroczyła na ich ziemie.
Oszczędzili jej życie, co już było zaskakujące, i zaciągnęli
do jakiejś wioski. Nikt nie pojmował, dlaczego zdecydowała się tu
przybyć, a wielu rozmawiało z nią, gdy siedziała zamknięta w
klatce powieszonej przy chacie wodza osady.
–
Po co dałaś się schwytać? – zapytał jeden z pomiotów
Pileosta. – Żeby twoi parszywi pobratymcy mogli cię uratować i
tym samym usprawiedliwić napaść na nasz dom?
–
Nie. Wręcz przeciwnie zależy mi na tym, żeby wojna się skończyła
– wyznała Tymis. – Jesteśmy gotowi wam wybaczyć.
–
Co chcecie nam wybaczać? To, że bronimy się przed prawem, w imię
którego próbujecie nas unicestwić? Nie potrzebujemy zasad,
wystarczy nam wolność. Każdy wie, co ma robić ze swoim życiem.
–
Potrzebujecie reguł, żeby wiedzieć, jak nie krzywdzić innych. Moi
bracia i siostry obrali złą drogę, chcąc was zniszczyć zamiast
wytłumaczyć czym jest dobro i przebaczenie.
–
My już wiemy, czym są. Zbędnymi sprawami. Kiedy ktoś krzywdzi
mnie, ja krzywdzę jego. Dlatego niedługo spotka cię okrutny los, w
imię poległych krewnych.
–
Nie tym razem, Nylvie. – Przy klatce pojawił się wysoki
Ciemnoszkaniec ubrany w niebieskie szaty przystrojone piórami,
prawdopodobnie jeden z kapłanów. – Pileost żąda, aby dziewczynę
przyprowadzono do niego.
***
Tymis
wieziono przez starodawne puszcze, zielone równiny, mgliste bagna.
Kompletnie straciła rachubę czasu. Każdy z dziesiątek, a może
setek dni zdawał się być taki sam. Widziała wiele osad
Ciemnoszkańców. Obserwowała, jak żyją. Nie kłaniali się żadnym
zasadom i czcili Złego. Dopuszczali się kradzieży, pobić,
cudzołóstwa. Ale też mieli rodziny, pomocnych przyjaciół.
Kochali podobnie jak dzieci Feovala. Na własne oczy widziała, jak
jeden z synów Pileosta zginął w obronie żony podczas burdy. Mimo
karcenia przez pilnujących Tymis niestrudzenie starała się głosić
prawdę o wybaczeniu, niemniej jednak z mizernym skutkiem. Większość
Ciemnoszkańców nadal wolała odpłacać pięknym za nadobne.
Pewnego
dnia karawana z więzioną dotarła na ogromne, skaliste pustkowie,
które zdawało się nie mieć kresu. Wjechali na płaskowyż, gdzie
wyrzucono ją z klatki i pozostawiono związaną na ziemi. Młoda
kobieta modliła się żarliwie, próbując opanować przerażenie.
Po pewnym czasie na horyzoncie pojawił się obiekt przypominający
wielkiego ptaka. Zbliżał się w jej stronę, aż w końcu wylądował
i mogła go obejrzeć w całej okazałości. Miał dwie pary skrzydeł
i pięć nóg, cały pokryty czarną jak węgiel sierścią. Z
karykaturalnie krótkiego pyska wystawały rzędy krzywych, ale
ostrych zębów. Jego czerwone gałki oczne były różnej wielkości,
podobnie jak fałdy skóry na długiej szyi. Pileost zaprawdę
odzwierciedlał wszelką szpetność.
–
Czemu krzywdzisz ludzi? – Tymis przemówiła do bestii, z trudem
przełamując strach. – Dlaczego jesteś zły?
–
Nie ma sensu. – Potwór przywarł do ziemi i spojrzał Tymis prosto
w twarz. – Nic nie ma sensu. A bez powodów i przyczyn istnieje
tylko chaos, swawola.
–
Nie rozumiem – przyznała się dziewczyna. – Uważasz, że życie
jest pozbawione celu?
–
Dokładnie, mój słodki kwiatuszku. Feoval myślał inaczej. Chciał,
żebyście żyli w całkowitym szczęściu. Lecz szczęście bez
smutku jest tylko nieznaczącym stanem bez punktu odniesienia. I
sprawił, że staliście się trochę gorsi. Zaczęliście chorować,
głodować, kłócić się między sobą, pozbawiać życia.
Zobaczyliście czym jest zło, abyście mogli poznać dobro.
–
To było konieczne. Bez wysiłku nie ma nagrody.
–
Wysiłek. Nie wszystkich na niego stać, moje serce. Ja jestem zbyt
leniwy, żeby dokonać czegokolwiek. Pozwalam, by Ciemnoszkańcy, jak
ich nazywacie, toczyli się bezwładnie razem z nurtem czasu. Feoval
uwielbia porządek i dlatego chce mnie zniszczyć. Ale harmonia to
tylko maska, złudzenie. W głębi duszy każdy chce, żeby było
łatwiej, nie bacząc na konsekwencje. Jesteś młoda, idealizujesz
świat. Przyjrzyj się kapłanom, strażnikom, rodzinie, a zobaczysz,
że prawość to tylko fasada.
–
Każdy człowiek jest grzeszny, jednak zawsze może się poprawić.
Nigdy nie będzie perfekcyjny, ale chodzi o to, by starać się z
całych sił.
–
Niczego nie pojmujesz, kochane dziecko. Kiedyś już było idealnie.
I wszyscy czuli tylko pustkę. Może ktoś inny lepiej ci to
wytłumaczy. Skoro modliłaś się do Pana Życia o pomoc, zaraz tu
przybędzie.
Człowiek
o złotych skrzydłach pikował wprost na bestię, jakby chciał ją
zaatakować. W momencie zderzenia dwu istot błysnęło światło,
które oślepiło Tymis. Gdy odzyskała wzrok, zauważyła stojącego
tuż przed nią młodego mężczyznę w szarych łachmanach. Na
twarzy miał Duszowzory wijące się niczym pnącze wina.
–
Kim jesteś? – spytała dziewczyna. – Gdzie są Feoval i Pileost?
–
Feoval i Pileost to Ja i Ja, Amradran. Ten, który stworzył świat.
Tymis
milczała. Nie wiedziała, co ma odpowiedzieć tajemniczemu
przybyszowi.
–
Wiem, że uczono cię inaczej. Pan Życia jest waszym ojcem, a Zły
dał początek Ciemnoszkańcom. Ale Pileost i Feoval to tylko moje
emanacje. Nienawidzące siebie nawzajem osobowości, nad którymi nie
panuję. Jesteś jedną z niewielu niepodążających ślepo za ich
wizjami świata. Cieszę się, że chciałaś coś zmienić. Ale
nawet ja nie mogę tego zrobić.
–
Dlaczego? – Tymis po raz kolejny zadała to pytanie.
–
Nie jestem wszechmogący. Nie wiem, czego dokonać, żeby wszystkim
było dobrze. Stworzyłem świat, bo czułem się samotny, zagubiony
od wieczności. Chciałem, żeby wszystko było doskonałe. Ale nie
można zdefiniować doskonałości bez pojęcia przeciwnego. I
sprowadziłem na świat zło. Zacząłem wątpić w swoje dzieło.
Zastanawiać się, czy nie lepiej byłoby w ogóle nie zaczynać i
tkwić w neutralnym odosobnieniu, albo pozwolić, żeby wszystko
toczyło się razem z losem. Potem znowu pragnąłem wszystko
poukładać i tak na przemian. W końcu rozdzieliłem się na dwie
osoby, stałem się Feovalem i Pileostem. Jedni ludzie kroczą drogą
Porządku, drudzy Chaosu. Czasami zdarzają się tacy jak ty, który
dążą do pogodzenia obu stron, albo chcą je zmienić, jak ten
chłopak trafiony strzałą. Nie można jednak ostatecznie usunąć
wyboru. Przepraszam, że skazuję was na tę wojnę.
Amradran
podszedł do Tymis i rozwiązał jej ręce i nogi. Ta wstała z
ziemi, przez chwilę patrząc bez słowa na Stworzyciela, po czym
przerwała milczenie.
–
Ofiarowałam ci całe serce, a ty potraktowałeś mnie niczym głupca.
– Duszowzory dziewczyny zapłonęły na karmazynowo. – Jak możesz
mówić swym dzieciom, że im sprzyjasz, skoro równocześnie jesteś
ich wrogiem? Nie możesz w końcu stanąć po jednej stronie?
–
Jestem wątły na umyśle. Chory. Szalony. Odpuść mi winy, proszę.
Zbawienna
ulga omijała Tymis. Nie była w stanie wybaczyć Panu tak jak
braciom i siostrom. Od niego oczekiwała najwięcej, i to on ją
zawiódł.
–
Nie potrzebuję cię. Zmienię świat w pojedynkę, albo umrę
próbując.
–
Ale ja cię potrzebuję – powiedział błagalnym tonem Amradran. -
Zostań moim Czempionem.
–
Sama dam sobie radę.
–
Wiesz, że w każdej chwili mogę cię unicestwić? – Jego głos
przypominał teraz Pileosta.
–
Zatem zrób to teraz i oszczędź wszystkim kłopotu –
odpowiedziała gorzko Tymis.
–
Nie. Nie uczynię tego – wyznał Pan. – Nie dam rady się
zdecydować.
–
W takim razie pozwól mi odejść.
–
Polecę z tobą za pustkowia. Nie przejdziesz ich pieszo bez zapasów.
–
Dobrze. – Tymis niechętnie zgodziła się na propozycję
Stworzyciela. – Ale już nigdy więcej nie chcę cię widzieć.
–
I tak prędzej czy później się spotkamy. Będę cierpliwie czekał.
I zawsze kochał. Jako Amradran za to, że jesteś moim dzieckiem.
Jako Feoval za to, że miłujesz dobro. I nawet jako Pileost za to,
że rozumiesz błądzących. Przepraszam, że zawiodłem.
–
Kiedyś ci wybaczę. – Dziewczyna patrzyła gdzieś w dal, starając
się nie płakać. - Może. A teraz zbierajmy się już stąd. Mam
wiele do zrobienia.
lipiec 2015
"Skrzydła albatrosa"
---Pierwszy raz
zauważyła go stojącego nad brzegiem strumienia w dzikim zagajniku
za miastem. Popielaty odcień skóry mocno wyróżniał się na tle
majowej zieleni wierzb. Szeroko rozpięte, białe skrzydła
obwiedzione paskiem czerni jeszcze bardziej. Fantom człowieka, nagi,
bez twarzy, uszu, genitaliów. Jakby wykuty z szarego głazu. Tylko
te skrzydła, zupełnie naturalne, choć nieproporcjonalnie wąskie w
stosunku do reszty ciała.
---Smycz wyślizgnęła
się jej z rozluźnionej dłoni. Labrador uciekł gdzieś w siną
dal. Odwróciła się tylko na chwilę i ponownie wlepiła wzrok w
dziwną istotę. Lęk paraliżował wszystkie mięśnie. Popielaty
anioł też się nie poruszał. Czyżby był tylko rzeźbą?
---Nie. Nagle złożył
skrzydła, po czym skierował twarz w jej stronę. Dzieliło ich
zaledwie kilkanaście metrów.
- Na co się tak
gapisz?
---Strach
ostatecznie przezwyciężył ciekawość i dystans między nimi
zaczął zwiększać się w szalonym tempie.
*
---Pierwszy
raz zauważyła go koło boksu Kowalskiego, na przeciwległym końcu
biura. Znad faktury za aktualizację systemów operacyjnych w
komputerach osobistych na całym piętrze mignęły jej białe i
czarne pióra. Zrzuciła to na karb zmęczenia po nieprzespanej nocy.
Lecz gdy facet od obsługi IT już poszedł, wysoki, szary manekin ze
skrzydłami pojawił się znowu. Kroczył środkiem przejścia,
prosto w jej stronę. Obróciła się na pięcie i podążyła do
swojego boksu. Nie może dać po sobie poznać, że widzi jakieś
zjawy. Co wtedy pomyślą o niej koledzy z pracy? Zasiadła przy
biurku i jak gdyby nigdy nic zaczęła starannie układać leżące
na nim papiery.
- Popatrz na
mnie.
---Mimowolnie
spojrzała w lewo. Stał w przerwie pomiędzy regipsami i omiatał ją
nieistniejącym wzrokiem. Potrząsnęła głową i przetarła dłońmi
po twarzy.
„To
tylko przewidzenia.”
---Gdy
odsłoniła oczy, już go nie było.
*
---Na
szczęście pies od razu wrócił do domu, więc rodzice nie mieli do
niej pretensji. Wiele dałaby, żeby wreszcie móc się wyprowadzić
na swoje. Niestety, nieukończone studia nie dawały perspektyw na
znalezienie lepszego źródła utrzymania niż stanie na kasie w
perfumerii. Ostatni wyjazd za granice skończył się ograbieniem z
pieniędzy i paszportu. Kolejnego razu wolała nie ryzykować. Na
księcia z bajki też nie miała co liczyć. Jedyni, u których miała
jakiekolwiek szanse, składali tostery na lince, a co sobotę stali
pod monopolowym ze Złotym Denarem w ręku. Skazana na wegetację w
malutkim pokoiku, na którym jeszcze niedawno wisiały plakaty z
pisemek dla nastolatek. Zaraz, to było dobre dziesięć lat temu.
---Nienawidziła
tej zatęchłej, zagraconej piwnicy. Matka kazała jej przynieść
rozkładane krzesła. Dziś będą mieli gości.
---Otworzyła
nieco nadgryzione przez korniki drzwi, wymacała przełącznik i
zapaliła nieosłoniętą żarówkę. Siedział na wieżyczce z felg
do malucha.
-
Dlaczego wciąż za mną podążasz?
---Jego
skrzydła ocierały się o sufit. Ramiona zwisały bezwiednie między
nogami. Przez przygarbioną sylwetkę sprawiał wrażenie smutnego.
-
Kim jesteś? - szepnęła przestraszona. Lękała się, choć
przeczuwała, że nie stanowi dla niej zagrożenia. Może to była
tylko halucynacja?
-
Dla Brygidy jestem wszystkim. Dla Brygidy
jestem niczym.
---Znał
jej imię. Ale co miałyby oznaczać jego słowa?
-
Ja ciebie nie śledzę. To ty pojawiasz się tam, dokąd zmierzam.
-
Lecz to ty chcesz, żebym był przy tobie. I ty nie chcesz,
żebym był przy tobie.
-
Niczego nie rozumiem. Jesteś jakimś aniołem?
-
Jestem aniołem. Jestem szatanem. Uratuję cię. Zniszczę cię.
---Brygida
nie wiedziała, co odpowiedzieć. Odruchowo przeżegnała się.
-
Jestem tym, o co się modlisz. Jeszcze się o tym przekonasz.
---Zniknął.
*
---Udało
się. Nikt nie zauważył niczego podejrzanego. Może powinna
skonsultować się z poradnią zdrowia psychicznego? Nadmierny stres
widocznie jej nie służy. Cóż na to poradzić, praca w korporacji
ma swoją cenę...
---Mąż
był w delegacji, a opiekunka przed chwilą odprowadziła jej
ukochaną córeczkę na lekcje tańca. Czas na chwilę dla siebie.
Rozsiadła się wygodnie na obitym czarną skórą szezlongu,
włączyła radio i zabrała się do lektury najnowszego wydania
„Cosmopolitana”.
---Po
przeczytaniu kilku artykułów uniosła wzrok, żeby spojrzeć na
zegarek wiszący nad rustykalnym kominkiem. O dziewiętnastej leciał
mecz reprezentacji Polski, miała nagrać dla Miśka.
---To
znowu on. Siedział na fotelu, opierając podbródek o dłonie. Spore
skrzydła wystawały poza oparcie.
-
Dlaczego mnie odrzucasz?
---Krzyknęła
ze strachu i cisnęła w niego magazynem. „Cosmopolitan” plasnął
o niemal doskonale okrągłą czaszkę i spadł na podłogę, nie
robiąc żadnego wrażenia na popielatym fantomie.
-
Czym ty jesteś? - wrzasnęła, cała roztrzęsiona.
-
Dla Brygidy jestem wszystkim. Dla Brygidy
jestem niczym.
---Znał
jej imię. To niemożliwe, to musi być zły sen, wręcz koszmar!
-
Idź precz!
-
To ty chcesz, żebym był przy tobie. I ty nie chcesz, żebym był
przy tobie.
---Brygida
zerwała się z sofy i pobiegła w kierunku drzwi, lecz szary anioł
chwycił ją za nadgarstek. Rozpaczliwie wołała o pomoc, choć
wiedziała, że z ogromnego, wolno stojącego domu otoczonego sporym
ogrodem nikt jej nie usłyszy.
-
Jestem tym, co przeklinasz. Jeszcze się o tym przekonasz.
---Zniknął.
*
---Gdy
tylko znajomi rodziców poszli do domu, wzięła prysznic i położyła
się spać. Ostatni wolny wtorek, od przyszłego tygodnia nie będzie
pracowała w soboty. To i tak bez różnicy. Każdy dzień jest taki
sam. Jedyna zmiana, jaka może ją czekać, to wylądowanie w
wariatkowie. Choć z drugiej strony, w tajemniczym aniele było
intrygującego, pociągającego... Dosyć głupich myśli. Musi
zasnąć, jutro trzeba wstać o szóstej.
---Ktoś
stał nad jej łóżkiem. Czuła to. Otworzyła oczy. W świetle
latarni przeciskającym się przez szpary rolety ujrzała znajomą,
skrzydlatą sylwetkę. Serce jej zakołatało, lecz po chwili starała
się opanować strach.
-
Czego chcesz?
-
Nie wiem. Ale wiem, czego ty chcesz.
---Chwycił
ją za dłoń. Jego skóra była ciepła i delikatna w dotyku.
-
Nie bój się. Wstań.
---Brygida
uczyniła tak, jak jej kazał. Anioł przytulił ją mocno. Miała
wrażenie, jakby ich ciała stopiły się w jedno.
Odpłynęła.
*
---Nie
mogła zasnąć. To jakiś obłęd. Przy Lidii próbowała zachowywać
się normalnie, choć w głębi duszy umierała ze strachu. Dlaczego
ją to spotyka? W takim momencie, kiedy wypracowała sobie idealne
życie?
---Leżała
na boku, gapiąc się w mahoniową szafę. Bała się zgasić
światła, więc zostawiła lampkę nocną włączoną. Zdrętwiała
jej ręka. Przewróciła się na drugą stronę. Stał przy drzwiach,
głaszcząc jedno ze skrzydeł.
---Nie
może krzyknąć, żeby nie obudzić Lidii. Zaczął kroczyć w jej
kierunku. To tylko halucynacja, wytwór jej wyobraźni...
-
Nie boję się ciebie.
-
Wiem. Wiem też, czego się boisz.
---Stanął
tuż przy niej. Zasłonił oczy, zatkał usta i nos. Chciała się
wyszarpać, lecz nie mogła się ruszyć. Nie czuła, że się dusi,
tylko zdawało się jej, że wszystko dookoła się rozmywa.
---Odpłynęła.
*
---Budzik
zapipczał kilka razy. Dziś znowu będzie musiała się użerać z
marudzącymi klientami...
Śnił
się jej fajny sen. Miała dobrą pracę, kochającego męża i
śliczną córeczkę. Szkoda, że się obudziła...
*
---Budzik
zapipczał kilka razy. Dziś znowu szykuje się ciężki dzień w
robocie, będzie musiała przygotować raport dla kierownika działu
sprzedaży...
Śniło
jej się coś głupiego. Nie skończyła studiów i pracowała w
sklepie z perfumami, wciąż będąc sama i mieszkając u rodziców.
Dobrze, że się obudziła...
Maj 2015
Maj 2015
Subscribe to:
Posts (Atom)