Opowiadania i historie utrzymywane w konwencji fantasy. Przeważnie oscyluję gdzieś na granicach mystical fantasy/metaphysical fiction, chociaż czasami pokuszę się też na sf i inne gatunki. Czasem z humorem, czasem na poważnie. Podziękowania dla wszystkich czytelników i wspierających.
Showing posts with label fantasy. Show all posts
Showing posts with label fantasy. Show all posts
Thursday, April 11, 2019
Artykuł: "Pieśń o boskości, czyli na czym stoi świat The Elder Scrolls"
Wszystkich fanów gier The Elder Scrolls, a także osoby zainteresowane religioznawstwem i światotwórstwem zapraszam do lektury artykułu, który napisałem wspólnie z Oliwierem Czyżem:
Artykuł: "OBOSIECZNY MIECZ MORFEUSZA – OPIOIDY W DZIEŁACH (NIE TYLKO) FANTASTYCZNYCH"
Trochę o tym, jak wyglądają przedstawienia opium i morfiny w fantastyce – zapraszam do lektury mojego tekstu:
http://www.magazynfantom.pl/aktualnosci/obosieczny-miecz-morfeusza-opioidy-w-dzielach-xnie-tylkox-fantastycznych,63.html
http://www.magazynfantom.pl/aktualnosci/obosieczny-miecz-morfeusza-opioidy-w-dzielach-xnie-tylkox-fantastycznych,63.html
Thursday, February 21, 2019
Zarzewie – opowiadanie w magazynie "Silmaris"
W 10 numerze magazynu Silmaris ukazało się moje opowiadanie fantasy pt. "Zarzewie". Zapraszam do lektury: http://silmaris.pl/silmaris-32018/
Labels:
fantasy,
high fantasy,
magia,
opowiadanie,
religia,
zima
Monday, April 16, 2018
Fantazmaty Tom I - już jest!
Darmowy, ambitny projekt Fantazmatów miał dziś swą premierę. Gorąco zachęcam do lektury antologii, jest co czytać!
Linki do pobrania:
ePub: http://fantazmaty.pl/pobieranie/fantazmaty-tom-i-epub/
mobi: http://fantazmaty.pl/pobieranie/fantazmaty-tom-i-mobi/
mobi: http://fantazmaty.pl/pobieranie/fantazmaty-tom-i-mobi/
Więcej informacji na stronie: http://fantazmaty.pl/projekty/fantazmaty-tom-i/
Zapraszam też na fanpage: https://www.facebook.com/fantazmaty/
Tuesday, February 16, 2016
Sunday, September 27, 2015
Hiperhelium
Ludzie posiadali
wiele złożonych cech. Jednak tę, którą Mayzee najbardziej
podziwiał, a może nienawidził, była zdolność do tworzenia
zbiorowej świadomości. Cała cywilizacja stanowiła jeden organizm
kierujący się pewnymi wytycznymi uznanymi za dobre dla ogółu. I
choć te aksjomaty zmieniały się na przestrzeni czasu, jednostka,
która ich nie respektowała, została usuwana niczym gnijąca gałąź.
Mayzee czekał na moment, w którym spotka go ten sam los.
Chłopak miał
siedemnaście lat i żył w Feryzie. Miasto to wzniesiono na wysokiej
górze Nhgrene położonej przy wewnętrznym promieniu Hogumu, ciała
astralnego o kształcie torusa będącego domem dla wszystkich ludzi.
Feryz uznawano za święte miejsce, bowiem gdy raz na rok słońce
przelatywało przez pusty środek planety, był najbliżej
macierzystej gwiazdy. Dzieci Gali
i Kehra gromadziły
się tam, by czcić Światło, pierwszy dar boskiej pary, w
przepięknych, starożytnych świątyniach.
Oczywiście Feryz
nie przeżywał oblężenia pielgrzymów jedynie podczas hiperhelium.
Całe rzesze przyjezdnych przewijały się przezeń praktycznie
każdego dnia, sporo osób mieszkało tu również na stałe. Ktoś
musiał zapewniać ludziom dach nad głową, żywić ich i leczyć.
Przy tym ostatnim udzielał się Mayzee. Pracował w niewielkim
zakładzie alchemicznym należącym do jego babci. Podobno miał
talent do tworzenia eliksirów, choć osobiście twierdził, że
przyjęto go tam z litości. Nie nadawał się na bycie kowalem czy
strażnikiem, a rodzice nie pozwoliliby mu na bezczynne gnicie w
domu. Siedział więc w zatęchłej piwnicy, miażdżąc w moździerzu
akwamarynowe muchomory, doglądając fermentacji glistorostów czy
gotując wywary z górskich szczurów. Od czasu do czasu dostawał
reprymendy od babci za opieszałość lub niedokładność. Nie
przejmował się nimi zbytnio, zresztą jak całym otaczającym go
światem. Ciągle bujał głową w chmurach. Byłby świetnym
kapłanem, gdyby nie uważał galakheranizmu za stek bzdur. Z
istnieniem osobowych Bogów wiązało się zbyt wiele paradoksów,
żeby mógł w nich uwierzyć. Większość społeczeństwa sądziła
jednak inaczej, więc Mayzee wolał nie wychylać się ze swoimi
poglądami. Kontemplował je w ciszy podczas wolnych chwil, które
spędzał w niewielkim pokoju na poddaszu służącym za sypialnię.
Czynił to właśnie
pewnego letniego dnia. Zbliżała się krótka noc, słońce powoli
zachodziło za przeciwległy wałek hogumskiego obwarzanka. Leżące
na nim krainy powoli pogrążały się w ciemnościach, a ich
mieszkańcy szykowali się do snu. W Feryzie oznaczało to godzinną
przerwę od pracy, zazwyczaj spędzaną na drzemce. Dziwne rytmy
dobowe zależące od położenia danego miejsca na gigantycznym
torusie były dowodem nie na wspaniałość, lecz głupotę Stwórców,
przynajmniej według Mayzeego. Po co komu potrzebne dwie noce, z
których jedna trwała na tyle krótko, że nie można było nawet
porządnie się przekimać? Ci z zewnętrznej części obwarzanka
mieli jeszcze gorzej, tam przez większość czasu nie dochodziło
naturalne światło. No i jeszcze to przeklęte hiperhelium. Panował
wtedy straszny upał, a tłumy spoconych ludzi podniecających się
tym, że Słońce zakreśla ósemkę zamiast koła, nie stanowiły
najmilszego towarzystwa. Święto odbywało się już za dwa dni.
Przytłoczony tym faktem Mayzee odszedł od wąskiego okienka i
oklapł na łóżko. Może prześpi się choć chwilę, zanim babka
znów zagoni do roboty. Nagle usłyszał jakieś stłumione krzyki
dochodzące z parteru. To mógł być niezadowolony klient, albo w
gorszym przypadku napad. Mayzee wstał i zbiegł po schodach. Przy
ladzie stał siwy, brodaty mężczyzna i szarpał babcię Beulinę za
fartuch.
- Co tu się dzieje?
- spytał chłopak.
- To ty! - staruch
wskazał palcem na Mayzeego. - Przez ciebie moja córka nie żyje!
- Ginarze, uspokój
się! - krzyknęła Beulina.
Młody alchemik
kojarzył skądś tego gościa. Dosyć często przychodził do ich
sklepu i zamawiał mnóstwo mikstur. Teraz zbliżał się w jego
kierunku z zaciśniętymi pięściami. Wyglądał na naprawdę
wściekłego. Mayzee domyślał się, że pewnie zepsuł któryś z
eliksirów przez nieuwagę lub lenistwo. Być może niebiański
syrop, nie chciało mu się dogotowywać go do końca. Ale żeby ktoś
od tego umarł?
- Zapłacisz mi za
to! - wydusił przez zaciśnięte zęby Ginar.
To nie były czcze
pogróżki. Starzec rzucił się na chłopca, ale ten odepchnął go
na regał z książkami i wybiegł z zakładu. Ktoś wreszcie zabrał
się za odcinanie chorej gałęzi. Lecz Mayzee nie chciał ponosić
konsekwencji za ignorancję. Wcześniej było to czymś odległym,
wręcz nierzeczywistym. Teraz naprawdę chcą go dorwać. Wystraszony
popędził gdzieś na oślep, byle dalej od sklepu.
Ginar po chwili
podniósł się z ziemi. Poniosła go brawura. Miał szczęście, że
młodzieniec uciekł zamiast wdawać się w bójkę.
- Nic ci nie jest? -
spytała Beulina. - Możesz mi opowiedzieć wszystko jeszcze raz,
powoli i spokojnie?
- To także twoja
wina – rzucił mężczyzna. - Nie sprawdziłaś, czy eliksir był
dobry. Ouhyn spodziewała się dziecka. Cierpiała na bóle brzucha,
więc wypiła lekarstwo od was i... - Po policzkach Ginara popłynęły
łzy. - Ja straciłem jedyną córkę...
- Przykro mi. -
Beulina również wyraźnie posmutniała. - Tyle razy mówiłam
Mayzeemu, żeby uważał! Nie mogę ciągle go pilnować. Jestem już
stara, ledwie nadążam z pracą. Nic na to nie poradzę. To poważna
sprawa, lepiej żeby rozstrzygnął ją Boży Sąd. Musimy tylko
znaleźć chłopaka. Gala wie gdzie on się teraz podziewa...
*
Mayzee zatrzymał
się w wąskim zaułku przy ulicy Królewskiej. Był zmęczony
ucieczką i nadal mocno zdezorientowany całą sytuacją. Nie
wiedział, co dalej robić. Jeśli rzeczywiście ktoś przez niego
zginął, chłopak miał nie lada kłopoty. Niedługo o przestępstwie
będzie wiedziało całe miasto. Mógłby udać do innej części
Hogumu, na przykład na południe, ale nie miał przy sobie pieniędzy
ani jedzenia. Niechybnie czeka go kilkanaście lat w celi, o ile
wcześniej Ginar nie zemści się na nim. Będzie musiał spróbować
uciec z Feryzu. Ale najpierw odpocznie.
Usiadł na bruku,
opierając się plecami o ścianę kamienicy. Panowała niemal
całkowita ciemność, tylko w niektórych oknach migotały świece.
Mayzee tym razem cieszył się z faktu istnienia krótkiej nocy.
Zauważy go mniej osób. Na całe szczęście bramy do miasta
pozostawały otwarte przez cały czas, a straże nie pilnowały
przejścia od setek lat. Życie w czasach pokoju miało swoje zalety.
Młody alchemik
wstał i ruszył w dalszą drogę, lecz nagle poczuł czyjąś dłoń
na swoim ramieniu.
- Dobra robota, mój
synu.
Mayzee odwrócił
się. W mroku niewiele widział, lecz był w stanie zauważyć, że
ktoś, kto go zatrzymał, ma na sobie dziwną, pozbawioną otworów
maskę o nieregularnym kształcie. Był ubrany w czarny płaszcz i
skórzane rękawice.
- Kim jesteś? -
zapytał przerażony chłopak.
- Jestem twoim
Bogiem – odparł nieznajomy.
- Ty to Khar?
- Nie. Khar
obróciłby cię w pył za liczne przewinienia,
jak lubią to nazywać sprawiedliwi. Ja nazywam się Bdaad, Bóg
Zawiedzionych Oczekiwań.
-
Ja chyba śnię. – Mayzee pokręcił głową. - Muszę się
obudzić!
-
Wyparcie. - Głos Bdaada zawibrował w uszach młodzieńca. - Jakie
to... Ludzkie. Nie, chłopcze, to wszystko dzieje się naprawdę.
Przyczyniłeś się do
pomnożenia mojej chwały.
Odebrałeś kilku osobom nadzieję na radość. Nie doczekają się
potomka.
Pogrążą się w rozpaczy po
stracie ukochanej córki i żony.
-
Ona była w ciąży? - Praktykant osłupiał. - Ja nie chciałem tego
zrobić, wcześniej nawet Cię nie znałem...
-
Ale ja tak – rzekł Bóg. - Teraz zostaniesz moim sługą.
-
Nie wiem, co o tym myśleć – wyznał Mayzee. - A co, jeśli się
nie zgodzę?
-
Mocno się zawiedziesz.
Bdaad
chwycił za krawędź swojej maski i odchylił ją, zupełnie jakby
otwierał drzwi. Nie miał twarzy. Jego oblicze stanowiła bezkresna
otchłań wypełniona setkami mieniących się, kolorowych plam.
Mayzee poczuł, jak głębia go zasysa, jak jego ciało opuszcza
znany mu świat. Ciemny
zaułek stał się maleńkim punktem wśród feerii barw, aż w końcu
całkowicie zniknął.
*
Przeklęty
chłopak przepadł gdzieś bez śladu. Nie odnalazł go nawet Mhurem,
który dowiedziawszy o śmierci żony po powrocie z pracy osobiście
praktycznie cały Feryz. Lecz wymierzenie kary Mayzeemu nie przywróci
życia Ouhyn. To najbardziej bolało Ginara. Gdy tylko
zamykał
oczy, widział, jak jego córka upada, wymiotuje krwią, cała się
trzęsie, by w końcu zastygnąć w bezruchu. Czuł,
że te obrazy
utkwią mu w pamięci do końca bezsensownego już życia.
Linia
rodowa została przerwana. Wycięto z niej dwie osoby za jednym
zamachem. Ginar kochał obie z całego serca, chociaż jedna z nich
nawet nie zdążyła się narodzić. Pozostała tylko pustka. Pustka,
która po pewnym czasie powinna zniknąć, bo przecież Ouhyn i jej
dziecko byli już w lepszym miejscu, razem z Galą i Kherem. Każdy
dobry człowiek prędzej czy później tam trafia. Lecz dla Ginara
była to odległa
perspektywa, wręcz
niewyobrażalna. A może nawet i nierzeczywista. Kto bowiem jest w
stanie z całą pewnością stwierdzić, że
śmierć nie jest końcem istnienia? Dla
starego człowieka klęczącego
przed martwym ciałem córki leżącym na katafalku to
wątpliwość straszna, a zarazem trudna
do odrzucenia pod ciężarem rozpaczy.
Ginar
spojrzał na obraz przedstawiający parę Bogów. Prosił
ich o cud wskrzeszenia, albo chociaż jakiś znak, który utwierdzi
jego wiarę w ponowne spotkanie z ukochanymi. Co
jakiś czas modlitwy ustępowały użalaniu się na własnym losem.
Choć do świątyni przybyły setki osób chcących pożegnać Ouhyn,
Ginar czuł się całkowicie
samotny, jakby zawieszony w
nicości. Nawet jeśli Gala i
Kher byli prawdziwi, nie mogli przełamać jego odosobnienia.
*
Święte księgi
wspominały o wielu nadnaturalnych zjawiskach. Żadne z nich nie
mogło jednak równać się z lewitowaniem w bezkresnej przestrzeni.
Przemieszczające się w niej barwne plamy, widoczne, lecz
nienamacalne, sprawiały, że Mayzeemu kręciło się w głowie.
- Co to za miejsce?
- Chłopak zdziwił się, bowiem usłyszał swój głos, chociaż
zdawało mu się, że wypowiada te słowa jedynie w myślach.
-
Moja głowa – przemówił wibrującym tonem Bdaad. - Jesteś aż
tak niedomyślny?
Mayzee
nie wiedział, co odrzec. Cała sytuacja była wręcz okrutnie
nierealna, odbierała niemal wszelkie zdolności do przeprowadzania
logicznych analiz.
-
Wygląda na to, że sprzeciwianie się Tobie nie ma sensu – wyznał
po chwili młody alchemik. - Możesz przynajmniej wyjaśnić, co masz
zamiar ze mną zrobić? Wspominałeś o tym, że zostanę Twoim
sługą.
-
Zgadza się – odparł Bóg.
-
Na czym to miałoby polegać? - zapytał Mayzee.
-
Wkrótce się dowiesz.
Chłopak
nagle poczuł, jak ciągnie go jakaś niewidzialna siła. Zbliżał
się z zawrotną prędkością do niewielkiego, czarnego punktu,
który z czasem rósł, by stać się dosyć sporą wyrwą w
kolorowej sferze. Mayzee przeleciał przez niego i wylądował pod
gwiaździstym niebem Hogumu.
-
Gdzie jesteśmy? - Praktykant rozglądał się po okolicy, lecz
widział jedynie gęsty, bukowy las.
-
Kilkanaście mil na północ od Feryzu – odrzekł Bdaad. - Powiedz
mi, co kryje się w twoim sercu?
-
Hę?
-
O czym marzysz? Jakie jest twoje najskrytsze pragnienie?
-
Aha, o to chodzi – zorientował się chłopak. Był odrobinę
przerażony tajemniczym zachowaniem dziwnej istoty. - Chciałbym do
końca życia nie pracować, nie musieć znosić towarzystwa idiotów,
po prostu mieć spokój. To tyle, jeśli mam być szczery.
-
Doskonale. Chodź za mną. Tylko ani słowa.
Mayzee
mocno zacisnął usta, jakby bał się, że przez przypadek coś
powie. Było bardzo ciemno. Hogum nie posiadał księżyca, a gwiazdy
dawały jedynie słabe światło. Po kilku chwilach marszu w
milczeniu dotarli na polanę na skraj lasu. W oddali widoczna była
góra Nhgrene i spoczywający na niej Feryz. Jasne punkty rozsiane po
całym mieście były z pewnością ogniskami zapalanymi na wieżach
świątyń i basztach przy murze.
-
Czuwają – rzekł Bdaad. - Dziś Słońce ma znaleźć się w
środku świata.
-
To już hiperhelium? Zdawało mi się, że minęła ledwie godzina -
powiedział Mayzee, po czym zasłonił usta zorientowawszy się, że
złamał zakaz Boga.
-
Czas jest dla was dziwną rzeczą – odparł jak gdyby nigdy nic
Bdaad. - Stoi w miejscu, gdy chcecie, by już upłynął. Pędzi, gdy
chcecie go zatrzymać. Doprawdy ciężko dogodzić ludziom.
-
Święte słowa – przyznał mu rację chłopak. - Przekonałem się
o tym na własnej skórze.
-
Usiądźmy – zarządził Bóg. - Twoje pragnienia nie są dobre dla
mojego istnienia – dodał. - Są prawdziwe, lecz wiesz, że nigdy
się nie spełnią, dlatego nie wyczekujesz ich realizacji. Odebranie
nadziei nie sprawi ci bólu. Im zaś – wskazał dłonią na Feryz –
wręcz przeciwnie. Głęboko wierzą, że hiperhelium nadejdzie dziś
tak samo jak każdego roku. Obawiam się, że mocno się rozczarują.
-
Dlaczego cieszysz się z czyjejś trwogi, jeśli mogę spytać?
-
To nie mój wybór, tylko konieczność – odpowiedział Bdaad.
- Widzisz, Bogowie są niczym innym jak wyobrażeniami o
pewnych rzeczach. Nie istniejemy bez waszych myśli. To one nas
karmią, dają nam siły. Niektórzy, na przykład Gala i Kher,
powstali świadomie, inni, jak ja, są jedynie efektem ubocznym.
-
Nie rozumiem - wyznał Mayzee. - Czy to oznacza, że jesteście tylko
iluzją?
-
Nie. Żyjemy naprawdę. Ale to wy o tym decydujecie, przynajmniej po
części. Gala i Kher znikną, gdy tylko ludzie inaczej wytłumaczą
sobie siły rządzące światem. Ja jestem wieczny. Nikt bowiem nie
może egzystować bez oczekiwań. Czy matka, płodząc dziecko, liczy
się z tym, że może ono nie przeżyć porodu? Czy rolnik, siejąc
zboże, rozważa niepewność jego wykiełkowania? Nie. Każdy w
głębi duszy chce, żeby działo się dobrze. A często jest wręcz
przeciwnie. Tylko proszę, nie uważaj mnie za okrutnego. Ja tego nie
prowokuję. To ślepy los albo wy sami zawodzicie innych. Ja tylko
oddycham waszym żalem i cierpieniem.
-
Skoro na tym Ci nie zależy, to po co Ci sługi?
-
Wkrótce się tego dowiesz. A teraz obserwuj horyzont.
Świtało.
Słońce pełzło po nieboskłonie, lecz nie zmierzało w kierunku
środka gigantycznego torusa. Mayzee nie czuł się ani zmęczony,
ani głodny. Czas upływał mu dosyć szybko. Wydawało mu się, że
minęła zaledwie chwila, a dar Gali i Khera znikał już za
przeciwległym wałkiem obwarzanka. Hiperhelium nie nastąpiło.
-
Pragniesz. - Bdaad nagle wstał i zwrócił swoje zakryte stalą
oblicze ku młodemu alchemikowi. - Pragniesz tam być, napawać się
ich zwątpieniem, oglądać ich skonsternowane twarze, cieszyć się
zawodem kapłanów i wiernych. A nade wszystko pragniesz uniknąć
kary i przeżyć. Dlatego zaraz zginiesz, stając się moim sługą.
-
Ale... Dlaczego? – spytał przerażony chłopak. - Skoro to nie
twój wybór, to nie możesz się temu sprzeciwić?
-
Nie. Moja wola jest bez znaczenia. Tak miało być. Umarłbyś
prędzej czy później, nawet jeśli uniknąłbyś sprawiedliwości w
Feryzie. Żegnaj.
Mayzee
zerwał się na równe nogi ze strachu, lecz Bdaad niczego nie
uczynił. Młodzieniec zaczął biec, lecz nie zdążył nawet
dotrzeć do lasu. Na ziemię powalił go ogromny orzeł, który potem
rozszarpał mu gardło dziobem. Bdaad z obrzydzeniem nasycił się
strachem i rozpaczą chłopca. Nienawidził siebie za to, że musiał
żywić się bólem. Chciał przestać istnieć, lecz nie mógł tego
uczynić. Bóg Zawiedzionych Oczekiwań będzie karmił siebie
dopóty, dopóki nie wyzionie ducha ostatni człowiek na Hogumie.
*
Hipersłońce
nie wzeszło ani w tym roku, ani już w żadnym następnym. Niektórzy
uznawali to za znak końca czasów, lecz i on nie nastąpił. Kapłani
stwierdzili, że brak zmiany orbity gwiazdy jest wolą Gali i Khera.
Część osób znalazła sobie nowych Bogów.
Ginar
żył dalej, nadal opłakując córkę i wnuka, choć cierpienie po
stracie z czasem malało. Pogodził się nawet z Beuliną, lecz
wybaczenie nie wypełniało pustki. Na przemian to głęboko wierzył,
że kiedyś ujrzy Ouhyn oraz swojego wnuka, to godził się z
ostateczną stratą.
Bdaad
zaś krążył po świecie w smutku, od czasu do czasu objawiając
się swym sługom, również i Ginarowi. Był przy starcu, gdy ten,
umierając, widział przed sobą jedynie nieprzeniknioną ciemność
i niebyt.
Monday, September 21, 2015
Selectah: Skrecze i Krosfejdy [VIP]
Łeb mu pękał
niczym orzech włoski traktowany tłuczkiem, a w ustach miał sucho
jak po dobrej porcji kawałów, z których nikt się nie śmieje.
Leżał gdzieś na niesamowicie twardych i zimnych panelach,
udręczony przez nadmierny poziom aldehydu octowego w organizmie.
Z trudem otworzył
oczy. Tyle razy obiecywał sobie, że to już ostatni raz. Jak zwykle
skończyło się na: “No dawaj, ze mną się nie napijesz?”.
Znowu urwał mu się film i wylądował w dziwnym miejscu. Z
pomalowanego na czarno sufitu zwisała pojedyncza lampa okryta
szklanym kloszem. Dźwignął się lekko, żeby rozejrzeć się
dookoła. Znalazł się w niewielkim pomieszczeniu pozbawionym okien.
Ściany były wyłożone matami dźwiękochłonnymi, zaś naprzeciwko
wejścia znajdowało się dosyć duże biurko, na którym stało
sporo sprzętu elektronicznego. Głośniki, laptop, mikrofon i kilka
trudnych do zidentyfikowania pudełek podpiętych do mnóstwa kabli.
Obok miejsca pracy stał niewysoki regał z półkami zapchanymi
płytami CD oraz winylami.
To chyba jakieś
studio nagraniowe - pomyślał Demetriusz, wstając z podłogi. -
Lepiej się stąd zwinę, zanim ktoś mnie tu znajdzie. Tym razem
naprawdę pojechałem po bandzie z melanżem…
Podszedł do drzwi i
delikatnie nacisnął klamkę.
Kuźwa, zamknięte.
Mógłbym spróbować je wyważyć, ale narobiłbym za dużo hałasu,
i pewnie musiałbym zapłacić za naprawę. Poczekam tu trochę, może
ktoś tu przyjdzie i mnie wypuści. Tylko jak ja mu to wszystko
wytłumaczę?
Chłopak zbliżył
się do biurka i zaczął się przyglądać przedmiotom zgromadzonym
w pomieszczeniu. Przecież nikt nie obrazi się, jeśli posłucha
sobie trochę muzyki dla zabicia czasu. Przejechał palcem po
touchpadzie notebooka i otworzył folder o nazwie “Nowe utwory”.
Jego wzrok wciąż
musiał nieco szwankować. Eksplorator plików twierdził, że w
zbiorze znajduje się grubo ponad dwieście bilionów wave’ów.
Zmrużył oczy i starał się jeszcze raz odczytać kilkunastocyfrową
liczbę w prawym dolnym rogu okienka.
Przecież tam jak
byk jest napisane: dwa trzy dwa siedem cztery dwa pięć dwa osiem
cztery dwa jeden dziewięć zero trzy. Coś musi być nie tak z
komputerem.
Wzruszył ramionami,
po czym założył brązowe sennheisery i odtworzył pierwszą
ścieżkę z listy. Jego bębenki zostały wprawione w drgania amen
breakiem w tempie stu siedemdziesięciu czterech uderzeń na minutę
uzupełnionym zsamplowanymi dźwiękami pianina. Zamknął oczy i
odprężył się, wsłuchując się w rytm piosenki.
***
Gdy rozkoszował się
linią basową jednego z jump-upowych kawałków, ktoś ściągnął
mu słuchawki z głowy. Ze strachu o mało co nie spadł z obrotowego
fotela.
– Jak się tutaj
znalazłeś? – zapytał siwowłosy, brodaty mężczyzna ubrany w
śmieszną różowawą sukienkę.
– Ten, tego, no…
– wydukał mocno zmieszany młodzik. – Trochę popiliśmy i
obudziłem się tutaj. Przysięgam, nie chciałem nic ukraść!
– To znowu te
cholerne dubplate’y. – powiedział do siebie starszy pan, nie
zważając na tłumaczenia intruza. – Chyba muszę w końcu dać
sobie z nimi spokój.
– Jest pan szefem
tego, yyy, studia? – ośmielił odezwać się Demetriusz. – Te
nagrania są naprawdę świetne.
– Powiedzmy. To
nic nadzwyczajnego. Nie mam co zrobić z wolnym czasem, więc bawię
się w tworzenie muzyki.
– Czy pan sam
skomponował to wszystko?
– Ta.
– Niesamowite!
Występuje pan pod jakimś pseudonimem? Na komputerze widziałem
tylko tytuły utworów. Koniecznie muszę kupić jeden z pana
albumów.
– Mam różne
ksywy. Jedni mówią na mnie Jahwe, drudzy Allah, inni Ahura Mazda,
jeszcze inni Izanagi…
– Pan jest…
Bogiem?
– Ech, nie lubię
tego określenia. Wolę nazywać siebie Pierwszym Didżejem.
– Czy ja umarłem?
Pójdę do piekła? – Wystraszył się chłopak. – Proszę, tylko
nie to! Przyznaję, trochę naskrobałem w życiu, ale…
– Piekło? Jakie
znowu piekło? Czego ci hejterzy o mnie nie wymyślą! Prawdziwy
twórca nigdy nie porzuca swoich dzieł. Niestety, na raj musisz
sobie jeszcze trochę poczekać. Nie zdążyłem jeszcze zmasterować
piosenki, w której jesteś tylko składową harmoniczną werbla. No,
miło się gawędziło, ale musisz wracać do swojego wszechświata.
Bez ciebie nie ma tego doskonałego brzmienia…
Przedwieczny
Selectah z głowy wziął do ręki dziesięciocalowy krążek pokryty
lakierem nitrocelulozowym, upchnął do niego nieszczęsnego
człowieka i następnie odłożył płytę na półkę.
– Co ja to miałem
zrobić… – mruknął pod nosem siadając przy biurku. – A,
zamówić nowy mikser!
***
– Demek, obudź
się! Za chwilę starsi wracają z nocki.
Nastolatek, słysząc
głos swojej siostry, rozwarł powieki i podniósł się z podłogi.
– Co się stało?
– spytał. – Nic nie pamiętam.
– Wróciłeś
pijany z baletów, zacząłeś słuchać muzyki na bombie i zasnąłeś
– wyjaśniła mu. - Ogarnij się szybko i sprzątnij ten burdel.
Chyba nie chcesz zaliczyć przypału?
Demetriusz omiótł
wzrokiem mieszkanie. Rzeczywiście, narobił niezłego bałaganu.
Wszędzie walały się kompakty z muzyką, szklany stolik do kawy był
cały umazany sosem salsa, zaś na dywanie leżało mnóstwo
pokruszonych nachosów. Trzeba to doprowadzić do porządku. Ale
najpierw musi się czegoś napić. Poszedł do kuchni i opróżnił
litrową butelkę mineralnej.
– Śniło mi się
coś głupiego. Tylko nie mogę sobie przypomnieć, co…
– Sen mara, Bóg
wiara, jakby to powiedziała nasza babcia – odrzekła mu
beznamiętnie Eulalia.
– Fajna nuta –
wyraził swoją opinię o utworze sączącym się z głośników
podłączonych do leżącego ekranem do dołu smartfona jego
bliźniaczki. – Chyba gdzieś już ją słyszałem. Jaki to był
tytuł? A, już wiem: “Shifting of the Universe”, czy jakoś tak.
– Skąd to wiesz?!
– zdziwiła się dziewczyna. – Przecież dopiero co puściłam
swój stream na Soundcloudzie. Ten kawałek został wrzucony pięć
minut temu, a artysta napisał, że nigdy wcześniej go nie
publikował…
Demetriusz
wybałuszył oczy, słysząc odpowiedź Eulalii.
– Serio? Na pewno
już gdzieś to słyszałem, tylko za chuja nie mogę sobie
przypomnieć okoliczności. Kto to nagrał?
– Breakcendence
Squad. Wczoraj grali w „Neuromancerze”, wybieraliście się tam z
ziomeczkami. Może ten kawałek leciał w ich secie?
– Kurwa, nie wiem…
Chociaż nie, zdaje mi się, że słyszałem go we śnie. Byłem w
studiu nagraniowym i odtwarzałem tę piosenkę z laptopa, a potem
przyszedł właściciel tego studia, który wyglądał jak Bóg, no i
niby był Bogiem…
– Co ty bredzisz?
Chyba przydałby ci się detoks, bo zaczynasz mieć problemy z głową.
I ogarnij w końcu ten bajzel.
Eulalia odwróciła
się na krześle obrotowym i wróciła do przeglądania Instagrama.
Demetriusz pozbierał płyty z muzyką, przetarł stolik morką
ściereczką i odkurzył dywan, po czym poszedł do kuchni zrobić
sobie śniadanie. Nie zbierało mu się na wymioty, więc pewnie
wyrzygał się zaraz po imprezie. Jego pamięć przypominała pokaz
slajdów. Będzie musiał drygnąć do Cyryla albo Łysego, żeby
dowiedzieć się, co się działo.
Po chwili wrócili
rodzice. Pomimo zmęczenia, przed pójściem spać zdążyli wygłosić
Demetriuszowi kazanie o tym, jak bardzo się stoczył, odkąd poszedł
do technikum, oraz o tym, że nie zdobędzie wykształcenia i będzie
musiał zbierać ogórki w Niemczech, o ile wcześniej nie trafi do
kryminału. Nastolatek puszczał wszystko mimo uszu, gapiąc się w
talerz i powoli jedząc jajecznicę. Gdy starsi skończyli już
ględzić i poszli do sypialni, odczekał kilkanaście minut, aby
upewnić się, że wpadli w objęcia Morfeusza, a następnie
wyślizgnął się z mieszkania.
Na klatce schodowej
wybrał numer do Cyryla i przystawił telefon do ucha.
– Siema stary,
pamiętasz może cokolwiek z piątkowego wyjścia?
– Hehehehe.
Wiedziałem że o to zapytasz, królu parkietu. W końcówce
popijałeś Jim Beama cydrem, a wcześniej podobno wbiłeś na
backstage i siedziałeś tam chyba z półtorej godziny!
– Ta, no co ty
gadasz?!
– Seryjnie,
ziomek. Słuchaj, pogadamy później. Gram multi i teraz nie mam
czasu…
– Zasrany no-lajf.
– Ty, żebym ci
zaraz nie wrzucił fajnego zdjęcia na tablicę…
– Dobra dobra.
Porozmawiamy później. Na razie.
– Nom, spoko.
Narka.
Tablica. No właśnie,
jeszcze nie sprawdził Facebooka. Pewnie ma z dwadzieścia zaproszeń
do znajomych od ludzi z imprezy. Szarpnął za klamkę od drzwi i
rozbujał je aż do końca ogranicznika, jednocześnie włączając
transfer danych w telefonie. Dżingiel od powiadomień wybrzęczał
kilkukrotnie. Rzeczywiście, trochę się tego nazbierało. Najpierw
wiadomości. Ruda zapraszała go na domówkę w następny piątek.
Znając życie rodzice go nie puszczą… O, jest coś w zakładce
“Inne”. Jakiś Michał Patarowski.
„Siema, tu Pako z
Breakcendence Squadu. Chcemy pogadac o ostatniej imprezie, nie wiem
czy cokolwiek pamietasz, a wiele sie dzialo :-) jak mozesz to przyjdz
dzisiaj o dwunastej na parkową 20/12. Daj znac czy pasuje ci termin.
Tu masz moj nr 659823901”
Demetriusz sprawdził
jego profil. Nie wyglądał na fałszywkę, dużo fotek z imprez i
obserwujących. Chłopak postanowił wysłać SMS potwierdzającego
przybycie. Chwilę później dostał odpowiedź: „ok bedziemy
czekali”.
Niesamowite. Jeden z
członków najlepszego kolektywu didżejów w mieście zaprosił go
na spotkanie. To zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Chociaż, jak
powiadają, alkohol łączy ludzi. Może rzeczywiście dobrze się
poznali?
Do dwunastej zostało
jeszcze sporo czasu. Demek był strasznie zmęczony, ale nie
zamierzał wracać do domu. Ojciec nigdy nie spał długo i pewnie
zaraz wyznaczyłby mu sto różnych pierdół do zrobienia, wcześniej
zrywając go z łóżka. Poszedł do osiedlowego i kupił energetyka
w dużej butelce. Wydał na niego ostatnie pieniądze, zatem był
zmuszony iść piechotą. Po drodze wstąpił do galerii handlowej,
gdzie grał na wystawowym pleju czwórce, dopóki nie przegonił go
ktoś z obsługi. Potem kontynuował niespieszny spacer w kierunku
Parkowej, aż po dwóch godzinach dotarł na miejsce. Nacisnął dwa
razy guzik przy numerze 12. Nikt się nie odezwał, drzwi zaczęły
brzęczeć. Chłopak pociągnął za klamkę i wszedł do środka
wysokiej kamienicy. Wspiął się na czwarte piętro i zapukał do
drzwi. Otworzył mu wysoki koleś w cienkich, brązowych dredach.
– Siema! –
przywitał przybysza. – Ty to Demek, tak? – Nastolatek kiwnął
głową. – Na mnie mówią Pako. Wejdź do środka.
Zapach gandzi unosił
się w całym mieszkaniu. Było ładnie urządzone, lecz niesamowicie
zabagałanione. Wszędzie walały się ubrania, talerze, winyle,
kable, słuchawki. Pako zaprowadził go do salonu, gdzie reszta
Breakcendence Squadu vel Maryn i T-Jay siedziała na kanapie i
oglądała telewizję, racząc się blantem.
– Chcesz? –
spytała T-Jay, podsuwając mu bata.
– Mogę ściągnąć
tróję – odpowiedział odrobinę nieśmiało Demetriusz.
Chłopak wziął
trzy buchy i podał dalej. Jazz był dobry, miał delikatnie
cytrusowy posmak.
– Częstuj się,
czym chcesz. – Michał wskazał przekąski leżące na stoliku do
kawy. – Zrobić ci herbaty?
– Nie, dzięki. –
odparł Demek. – To o czym chcieliście pogadać?
– Co pamiętasz z
naszego spotkania ostatniej nocy? – zapytał Maryn.
– Szczerze mówiąc,
nic. Film urwał mi się chwilę po tym jak skończyliście grać i
wszedł Subtension. Dlaczego pytacie?
– Zdarzyło się
wtedy coś bardzo ważnego – wyznał Pako. - Coś, co może zmienić
cały świat.
Demek zdziwił się.
Jego rozmówca nie wyglądał aż na tak zbakanego.
– Udało ci się
przenieść do Boskiego Wymiaru – kontynuował didżej.
– Boskiego
Wymiaru? Zaraz…
– Michał, on nie
skleja nic z tego, co mówisz – wtrącił się Maryn. – Trzeba mu
wytłumaczyć po kolei i łopatologicznie. Na ostatnich baletach
ostro się naprułeś. Jakimś cudem udało ci się zbajerować
ochroniarzy i wszedłeś do strefy VIP, gdzie odpoczywaliśmy po
występie. Pogadaliśmy chwilę z tobą i postanowiliśmy sprawdzić,
czy jesteś Wybrańcem. Wiem, to brzmi cholernie głupio, ale mówię
serio. Nasz świat w rzeczywistości jest tylko utworem muzycznym
tworzonym przez nadludzką istotę. Znasz takie powiedzonko, że Bóg
jest didżejem? Ono mniej więcej oddaje całą sytuację. Osoby
takie jak ty, mistyczni wybrańcy, są w stanie przenieść się do
innego wymiaru i spotkać Stwórcę osobiście. Udało ci się tego
dokonać ostatniej nocy, ale popełniliśmy błąd. Byłeś zbyt
napierdolony, żeby zapamiętać cokolwiek, o czym ci mówiliśmy. Na
dodatek na chwilę przed transferem zaliczyłeś zgona. Nie udało ci
się zgarnąć sprzętu, którego Bóg używa do tworzenia
piosenek-wszechświatów. Dzięki niemu można kontrolować
rzeczywistość. Chcemy go wykorzystać, oczywiście w dobrym celu.
Dlatego ściągnęliśmy cię tu, abyś dokończył swoją misję.
Demetriusz nie
wiedział, czy śni, czy dostał nagłego nawrotu fazy. Taka historia
mogła by mieć wzięcie w epoce kamienia łupanego, z zastrzeżeniem,
że Bóg grałby na jakimś prymitywnym instrumencie zamiast sklejać
sample w FL Studio, ale nie w dwudziestym pierwszym wieku. Tak czy
inaczej, o ile Breakcendence Squad nie robi sobie z niego jaj, lepiej
jest buszować po Boskim Wymiarze niż zamulać przed kompem
słuchając wątów starszej. Nawet jeśli potem miałby się
obudzić.
– Rzeczywiście,
przypomina mi się coś takiego. Byłem w jakimś studiu nagraniowym
i spotkałem kolesia, który przedstawił mi się jako Bóg.
Nawijałem z nim o czymś, nie pamiętam już dokładnie czym, a
potem przywalił mi dubplatem i odzyskałem świadomość na Ziemi.
– Prawdopodobnie w
ten sposób wepchnął cię z powrotem do naszej rzeczywistości –
wyjaśniła T-Jay. – Poprzednim wybrańcom udało się zdobyć ten
utwór, jednak jeśli nie odtwarza się go na boskim sprzęcie jest
nieodróżnialny od zwykłej piosenki – “Universe” Marcusa
Intalexa i S.T. Files. Potrzebny nam będzie gramofon, CDJ, laptop, cokolwiek.
– Okej –
powiedział Demetriusz. – To co mam zrobić, żeby przenieść się
do świata bogów?
– Istnieje pewien
kawałek, który na to pozwala, i to bez użycia artefaktów, ale
tylko jeśli jesteś wybrańcem. – wyjaśnił Pako, wkładając
kompakt do wieży hi-fi. Wystarczy, że dobrze się w niego
wsłuchasz.
Z głośników
zaczęła wydobywać się muzyka. Delikatne hi-haty, głęboki bas z
syntezatora, kobieta recytująca pierwsze wersy Księgi Rodzaju.
Definitywnie DJ Hype i jego “Closer To God”. Nastolatek zacisnął
powieki. Po chwili zniknął zapach marihuany i uliczny szum
dobiegający z uchylonego okna, a siedzisko kanapy stwardniało.
Piosenka również powoli zaczęła cichnąć, aż w końcu
Demetriusza otaczała jedynie cisza i ciemność. Otworzył oczy.
Siedział na ławce znajdującej się na końcu długiego,
oświetlonego jarzeniówkami korytarza. Wstał i podszedł do
pierwszych drzwi. Na przykręconej do nich plakietce było napisane:
“Balihulalater
a.k.a Knazjon a.k.a 09812738912 a.k.a Szemrzący Strumyk a.k.a…”
Demetriusz przestał
czytać po po trzeciej linijce. Widocznie w innych światach też
wyznają różne religie. Jego interesował Jahwe, czy może też
Allah albo Śiwa.
Rozpoczął
poszukiwania właściwego studia. Przypuszczał, że nie miałby
szans w bezpośrednim starciu z bogiem, więc starał się, aby nikt
nie wykrył jego obecności. Delikatnie stawiał kroki i co chwilę
oglądał się za siebie. W końcu udało mu się znaleźć pracownię
stworzyciela. Pociągnął delikatnie za klamkę i zajrzał do
środka. Wnętrze wyglądało znajomo. Podobnie jak siedzący przy
biurku starszy pan. Miał słuchawki na uszach i był wpatrzony w
ekran macbooka. Demetriusz przewidywał spore szanse na pozostanie
niezauważonym. Nie wyciągnie co prawda niczego spod rąk Selectora,
ale może udać mu się zwinąć sprzęt leżący na szafce z
płytami. Kucnął i zaczął skradać się w jej kierunku. Oddychał
najciszej jak tylko potrafił. Nigdy w życiu tak się nie bał. Ze
spotkania z Policją czy wkurzonymi karkami można jeszcze wyjść
obronną ręką, ale stanąć oko w oko z Bogiem? Ostatnim razem
poszło łagodnie, ale nawet Najwyższy nie ma nieskończonej
cierpliwości do intruzów.
Dwa CDJe i mikser
były w zasięgu ręki wybrańca. Wystarczyło je odpiąć i…
znaleźć winyl, który pozwoli mu wrócić na Ziemię. Z tym mogło
być trochę ciężej, więc postanowił zrobić to na początku. Na
półkach były ułożone dziesiątki płyt. Wyciągnął pierwszą
lepszą. Pudło. Wątpił, by “Stumihamooon” stanowił jedno z
określeń jego uniwersum. Demek próbował przypomnieć sobie, jak
wyglądał tamten nieszczęsny krążek. Był trochę mniejszy,
chyba dziesięciocalowy, i miał zieloną nalepkę…
– Te sample są do
dupy, muszę poszukać czegoś innego.
Serce Demetriusza
usiłowało opuścić klatkę piersiową. Chłopak zerwał się na
równe nogi, a Bóg odwrócił się w kierunku szafki.
– To znowu ty!
Mózg nastolatka
pracował szybciej niż klaster komputerowy. Nie wiedział, dokąd
uciekać, ani co odpowiedzieć. W akcie desperacji sprzedał
Stworzycielowi kopa z partyzanta. Przedwieczny Selectah przewrócił
się do tyłu razem z krzesłem, uderzając potylicą o kant biurka.
Po upadku już się nie ruszał. Wystraszony Demetriusz zamknął
drzwi do studia i zastawił je szafką, zastanawiając się, czy
bycie wybrańcem oznacza posiadanie super mocy. Klęknął przy Bogu
i przytknął palce do jego szyi. Tętno było nadal wyczuwalne.
Czyli nie udało mu się pobić Nietzschego. Tak czy inaczej mógł
teraz spokojnie splądrować studio.
Po kilkunastu
minutach stał ze stosem fantów w rękach. Tuż przed nim, na
podłodze leżał portal do zwykłego świata. Jeden skok i chłopak
z powrotem wylądował w mieszkaniu Breakcendance Squadu.
– I jak? –
zapytał Maryn.
– Izi jak jebanie.
– Demetriusz odłożył sprzęt na stolik. – Jak mu pociągnąłem
z laczka, to się nie pozbierał.
– Co? – zdziwił
się Pako. – Pokonałeś Boga w walce?
– Nie był aż
taki mocny jak przypuszczałem. Może to tylko zwykły człowiek z
magicznym talentem? A my też kreujemy nowe wszechświaty, tworząc
piosenki? Bóg wtedy byłby po prostu “poziom wyżej” od nas…
– Szkoda czasu na
rozkminy. – T-Jay przerwała Demkowi wywód. – Podłączajcie
zabawki.
– Od czego
zaczynamy? – Pako zaczął rozkładać stos elektroniki.
– Niech będą
CDJe. Korzystając z DAWów na laptopie możemy zbyt dużo
namieszać.
– Co zamierzacie
zrobić? – chciał się dowiedzieć Demetriusz.
– Według
poprzednich wybrańców każdy utwór można porównać do osi czasu.
Przewijanie do przodu i do tyłu oznaczałoby podróżowanie w
czasie.
Gdy odtwarzacz był
już gotowy do grania, T-Jay puściła płytę z “Universe”.
Nagle jedynymi istniejącymi rzeczami pozostał Breakcendence Squad,
Demetriusz, dwa CD-Je podpięte do lewitującego w nicości gniazdka,
głośniki i podtrzymujący je stolik do kawy oraz osobliwość. Ten
stan nie trwał zbyt długo, bowiem wszechświat zaczął się
rozszerzać. Powstawała materia, z materii tworzyły się gwiazdy, z
gwiazd galaktyki…
– Łał… –
rozmarzył się Michał.
– Dobra, przewiń
to, przecież każdy wie, jak wyglądały początki. No, może poza
moherami.
T-Jay zakręciła
talerzem, a czas popłynął z zawrotnym tempem. Przed oczami
muzyków i wybrańca migały pierwsze organizmy żywe.
– Muszę
zmniejszyć prędkość odtwarzania, bo gówno widzę – powiedziała
T-Jay.
Artystka przesunęła
pitch slider mocno w górę. Muzyka ucichła – częstotliwość
spadła do rzędu infradźwięków. Wszechświat nadal przypominał
odrobinę przyspieszony film, ale można było zauważyć więcej
szczegółów.
– O, coś
ciekawego.
T-Jay zrobiła bejbi
skrecza i zatrzymała utwór. Znajdowali się w tej samej kamienicy
co wcześniej, ale na oko pod koniec dziewiętnastego wieku. Ówcześni
mieszkańcy zastygli w bezruchu. Maryn podszedł do młodej kobiety z
filiżanką herbaty przy ustach i chciał ją lekko szturchnąć,
lecz jego ręka przeniknęła przez ciało.
– Chujnia z
grzybnią – skwitował. – Myślałem, że będziemy mogli zmienić
historię. Na przykład zabić Hitlera.
– To mogłoby
przynieść nieprzewidziane konsekwencje. – zauważył Pako. –
Poza tym, wystarczy, że rozwiążemy zagadki z przeszłości.
– Albo poznać
przyszłość – dodała T-Jay. – Nie gra mi tylko jedna rzecz.
Jesteśmy prawie we współczesności, a piosenka już się kończy.
Kiedy utwór się
zatrzymał, kalendarz na ścianie pokazywał dwutysięczny pierwszy.
– W tym roku
Marcus Intalex i S.T. Files wydali “Universe” – poinformował
Pako. – Co to może oznaczać?
– Może piosenka
nie jest kompletna, tylko dopisywana na bieżąco? – Demetriusz
podrapał się po głowie. – To oznaczałoby, że mamy starą
wersję.
– Ale lipa. –
Maryn wyglądał na wyraźnie zwiedzionego. – Myślałem, że
będziemy w stanie zrobić coś więcej niż tylko zobaczyć
przeszłość.
– To jeszcze nie
wszystko – przypomniała T-Jay. – Na dobrą sprawę
wykorzystaliśmy dopiero dwie funkcje CDJi. Pako, chcesz spróbować?
– Pewnie.
Michał podszedł do
konsoli i poprosił Demka, żeby dał mu jakąś płytę od Boga.
Chłopak wręczył didżejowi srebrny krążek, a ten załadował go
na prawy deck. Puścił “Universe” jeszcze raz, odpalił też
nową piosenkę i zaczął powoli przesuwać krosfejder. Zarówno
piosenki, jak i wszechświaty zaczynały płynnie przechodzić jeden
w drugi. Równoległe uniwersum zdawało się być znacznie młodsze,
czas nie płynął bowiem tak szybko.
– Co z tego, że
zobaczymy inną rzeczywistość, skoro nie możemy wejść w
interakcję z nią? – Maryn kontynuował narzekanie. – To tak,
jakbyśmy oglądali film.
Odtwarzania nagle
zostało przerwane. Grupka młodych ludzi znajdowała teraz w jakiejś
ogromnej, zatłoczonej sali. Na końcu stał tron zajęty przez
tłuściocha w czerwonych szatach. Po obu jego stronach stali
zakapturzeni mężczyźni dzierżący długie, drewniane laski.
– Co jest, do
chuja?! – krzyknął Pako, bezskutecznie wciskając przycisk
“Play”.
Z kostura gwardzisty
wydobyła się kula światła i uderzyła prosto w stolik z CDJami.
Eksplozja odrzuciła Demetriusza i muzyków na kilka metrów do tyłu.
Wylądowali tuż pod stopami rozwścieczonych ludzi.
– Zostajecie
skazani na śmierć za używanie wulgaryzmów w obliczu króla –
oświadczył im przyboczny, który zaatakował ich chwilę wcześniej.
Zbrojni zaczęli
zbliżać się do skonsternowanych przybyszów z innego wymiaru.
– Zaraz, żądamy
osądu przez walkę! – wypalił Demek.
Członkowie
Breakcendance Squadu spojrzeli na niego zdziwieni.
– No co, w “Grze
o Tron” to zawsze działa. Dobra, Oberyn Martell może nie wyszedł
na tym zbyt dobrze, ale przynajmniej Tyrion przeżył.
– Osąd przez
walkę, powiadasz? – odezwał się król zachrypniętym głosem. –
Jak sobie chcecie, i tak nie macie żadnych szans.
Demetriusz odwrócił
się w stronę tłumu i zapytał:
– Czy ktoś z was
jest gotowy wziąć udział w pojedynku w naszym imieniu? Oferujemy…
– Takiej opcji nie
ma – przerwał mu jeden z gwardzistów. – Ktoś z was musi
walczyć osobiście, skurwysyny.
– Możemy chociaż
wybrać broń? – chciał się dowiedzieć Maryn.
– Oczywiście,
przysługuje wam takie prawo. Szable, szpady, kostury, halabardy, a
może mikrofony?
– Mikrofony? –
zdziwiła się T-Jay. – Czy to oznacza bitwę fristajlową?
– Ma się
rozumieć.
– Dajcie nam
chwilę, musimy się naradzić – poprosił Demetriusz.
Zbrojny skinął
głową, a oskarżeni zebrali się w kółku.
– Walka na rymy
zdaje się być rozsądnym wyjściem, przynajmniej mamy jakieś
szanse – stwierdził nastolatek. - Ktoś z was umie nawijać?
– Nie, zawsze
mieliśmy od tego MC – powiedział Pako.
– Okej, w takim
razie spróbuję coś polecieć. Trzymajcie kciuki.
Demek podszedł do
zakapturzonych nieco niepewnym krokiem. Trochę żałował, że
zgłosił się na ochotnika.
– Postanowiliśmy
zmierzyć się z wami w rapie. Który z was będzie moim
przeciwnikiem?
– Ja. –
Najwyższy z gwardzistów wystąpił z szeregu.
– A zatem
zaczynamy – obwieścił król. – Kolejka po osiem wersów,
pierwszy będzie mój reprezentant.
Z tłumu wyłoniło
się trzech grajków dzierżących bębenek, flet i lutnię. Kiedy
bit rozbrzmiewał już na dobre, zbrojny zaczął rymować.
– Skądś się tu
wziął warchlaku chędożony,
Jak śmiesz przy
królu stać tak przystrojony?
Facjatę masz gładką
niczym białogłowa,
I pewnie też w
portkach ptaka nie chowasz.
Nędznyś mi parobku
wrogiem,
Bowiem jam jest
liryków Bogiem.
Znikaj stąd nim
władca łypnie
Bo życie swe
skończysz niechybnie!
Tłum zaczął
wiwatować. Demetriusz miał mocno pod górkę. Odwrócił czapkę do
tyłu i zacisnął rękę w pięść.
– Nie twój
interes skąd jestem, buraku,
Wasz król jest
tłusty jak żarcie w maku.
Białogłowy sam
pewnie nie zaznałeś,
Za to po mydło w
koszarach się schylałeś.
Jesteś liryków
Bogiem?
Ja Bogiem zamiatałem
podłogę.
Więc daj moim
ziomkom spokój,
Albo rozwali cię
prawdziwy rap z bloków!
– Łał!
– Ale pocisk!
– Rozkurwił!
Pozytywna reakcja
gawiedzi dodała Demetriuszowi pewności siebie. Jego przeciwnik
zaczął się lekko trząść.
– Nie nazywaj
króla grubym, bo, bo…
Gwardzista zamilkł
i stał przez chwilę bez ruchu, po czym uciekł ze sceny. Tłum
zaczął skandować imię zwycięzcy, które wyjawił im Pako.
Demetriusz zbijał piątki i odbierał gratulacje od pozostałych
gwardzistów, jednak zauważył, że władca także stara się
wymknąć.
– Ani kroku dalej,
bo moi fani cię dojadą! – zagroził mu nastolatek. – A teraz
gadaj, dlaczego chciałeś nas zabić. Nie wierzę w gadkę z
wulgaryzmami, twój przydupas sam wcześniej zaklął i nawet nie
zwróciłeś mu uwagi.
– To pułapka
przygotowana przez Boga. Wiedział, że wrócisz, aby ukraść
sprzęt. Chciał dać wam nauczkę, żeby ludzie już na dobre
zaprzestali podróżowania pomiędzy wymiarami, jednocześnie nie
skazując wybrańca na unicestwienie. Widzisz, każdego człowieka
można porównać do bardzo małego fragmentu piosenki. Kiedy tak się
przenoszą ze świata do świata, to tak jakby wstawić linię basową
z dubstepu do marszu pogrzebowego.
– Zaczynam mieć
już dosyć tego starego grzyba! – zirytował się Demetriusz. –
Co on sobie wyobraża? To ja tu jestem wybrańcem! Trzeba pogadać z
nim na poważnie. Pako, co ze sprzętem? Uda nam się przenieść do
boskiego wymiaru?
– Na szczęście
eksplozja niczego nie uszkodziła – odpowiedział Michał. – Ale
nie mamy przy sobie płyty z “Closer To God”, więc musimy
zahaczyć po drodze o Ziemię.
– W porządku. Wy
– Demetriusz wskazał na gwardzistów. – pójdziecie z nami.
Potrzebujemy dobrej obstawy.
Maryn stanął za
konsoletą i krosfejdował wszystkich do mieszkania Breakcendence
Squadu. Potem szybko wyciągnęła płytę z kawałkiem DJ Hype’a z
wieży i wrzucił ją do odtwarzacza. Po chwili cała ekipa znalazła
się na korytarzu w boskich siedzibach. Ze studiów zaczęli
wychodzić Przedwieczni Selectorowie. Kroczyli w kierunku Demetriusza
i jego towarzyszy, na czele nie kto inny jak sam Jahwe.
– Co to kurwa ma
być? – wrzasnął Demetriusz, niesiony na euforycznej fali
poczucia powołania. – Myślicie, że wasze wszechświaty są takie
zajebiste, że nie można w nich nic zmienić? A co z AIDS? Rakiem?
Głodem w Afryce?
– To kara za wasze
przewinienia, grzesznicy! – odparł Allah. – Przemawia przez was
pycha!
Nagle otworzyły się
drzwi z prawej (lub z lewej, jeśli przyjąć perspektywę Boga)
strony i wyszedł z nich niewysoki człowieczek o czerwonej skórze,
zakręconych rogach i gustownej bródce.
– Nie wtrącaj
się, Szatanie – powiedział do niego Ahura Mazda. – To sprawa
między mną a moim dziełem.
– Jak zwykle
robisz zadymę, Izanagi. Słychać was nawet przez wygłuszone
ściany. Nie możesz dać temu chłopakowi trochę swobody? W końcu
jest Wybrańcem.
– Jeszcze czego!
Pewnie, zaraz ustąpię mu miejsca na posadzie Najwyższego!
Wybraniec to tylko nic nie znaczący tytuł, zwykły bug w DAWie.
– Ten bug sprawi,
że twoje rządy upadną, a we wszystkich wszechświatach zwycięży
zło – powiedział stanowczo Angra Mainju. – Kiedy już rozprawi
się z wami, jestem pewny, że dojdę z nim do porozumienia.
– Nic nie znaczący
tytuł… Zło zwycięży… – Demetriusz poczuł się
rozczarowany. – Ale przecież…
Chłopak poczuł,
jak nagle otwiera się jego trzecie oko. Doznał nagłego przypływu
doskonałej mądrości, a wokół jego ciała pojawiła się złocista
aura.
– Gówno prawda! –
krzyknął nastolatek. - Każdy człowiek tworzy swoją własną
piosenkę, a wy nie macie nad nami kontroli! Jesteście tylko
prehistorycznym wymysłem! To już wasz koniec! Super Hadouken Fus
Ro Dah Rasengan Kamehameha!!!
Z rąk, oczu i ust
wybrańca wystrzeliły strumienie ognia otoczone wyładowaniami
elektrycznymi. Połowa budynku została unicestwiona razem z
nadnaturalnymi istotami, odsłaniając Demetriuszowi i przyjaciołom
dziesięciowymiarową przestrzeń astralną.
– To było
niesamowite – zachwyciła się T-Jay.
– Jesteś potężny
– powiedział Maryn. – Z takimi zdolnościami mógłbyś podbić
wszystkie wszechświaty.
– Nie uczynię
tego – wyznał Demetriusz. – Nie na tym polegała moja misja.
Miałem wyzwolić wszystkie stworzenia i to zrobiłem. Teraz zostanę
tu, aby w spokoju medytować. Wy musicie dalej iść przez swoje
życie.
– Będziemy mogli
wpadać do ciebie w odwiedziny? – zapytał Pako. – Myśleliśmy,
żeby nagrać jakieś kawałki z MC, a ty jesteś całkiem dobry.
– Zgoda. Będę
miał mnóstwo czasu na wymyślanie nowych zwrotek…
Thursday, July 30, 2015
"Święte Serce"
W
dniach takich jak ten łatwo czcić Pana Życia. Wielbić go za to,
że stworzył rzeczy tak proste i piękne, jak choćby słońce.
Podziwiać srebrnoskrzydłe ptaki, w które tchnął życie.
Wsłuchiwać się w delikatny szum wiatru. Dziękować za każdy
oddech.
Gorzej,
gdy chwile kontemplacji są przerywane.
Tymis
z trudem powstrzymała się od gwałtownej reakcji, gdy na jej udzie
wylądowała kula mokrej gleby. Pragnienie wyrzucenia z siebie
niezadowolenia zatrzęsło nią, lecz nie chciała znowu zawieść
Feovala. Ze spokojem otrzepała szare, robocze spodnie i spojrzała
na Lizgrema, który cisnął w nią ziemią.
–
Czemu to zrobiłeś? – zapytała z wymuszoną łagodnością.
–
Żebyś przestała błądzić myślami w chmurach i zabrała się do
pracy – wyjaśnił chłopak. – Nie zdążymy dzisiaj posadzić
wszystkich krzaków, jeśli będziemy się ociągać.
–
Nie mogłeś mi po prostu tego powiedzieć? Poza tym nie rozmarzyłam
się, tylko myślałam o Panu.
–
Ta metoda była zabawniejsza, a na modlitwę znajdziesz czas
wieczorem. Wykopałem już dwa kolejne dołki, bierz rośliny i rób
swoje.
Dziewczyna
schyliła się po sadzonkę, umieściła ją w zagłębieniu i
zasypała ziemią. Nie była to ciężka praca, lecz dosyć istotna.
Jagody rebyby stanowiły najważniejszy składnik leków na gorączkę.
Tymis cieszyła się, że czyni coś dla dobra ogółu. Księga
Świętych Serc głosiła, że służąc innym, służysz Feovalowi.
A ona bardzo chciała odwdzięczyć się Panu za wspaniałe życie,
którym ją obdarował. Nie wszystko było idealne. Ludzie czasami
błądzili i zwracali się ku złemu. Lecz nie sprawiało to, iż
Tymis wątpiła w dobroć Najwyższego.
–
Przepraszam, że cię ubrudziłem – odezwał się Lizgrem. –
Mogłem się powstrzymać. Wypiorę ci te spodnie.
Młodzieniec
odłożył szpadel i przytulił dziewczynę. Pozawijane pasy czarnej
skóry pokrywające ich ręce i twarze zaczęły delikatnie świecić
na zielono. Duszowzory zmieniały kolor za każdym razem, gdy synowie
i córki Feovala odczuwali pozytywne emocje. Wybaczanie nawet w tak
błahych sprawach niosło ze sobą pewną ulgę, wyzwolenie od złości
i żalu zatruwającego duszę. I dlatego właśnie Tymis kochała
Pana Życia. Jeśli ktoś chciał się poprawić, zawsze mógł
liczyć na drugą szansę.
–
To nic takiego. Nie musisz ich czyścić, tak czy inaczej pod koniec
dnia nadawałyby się wyłącznie do prania.
Lizgrem
wypuścił współpracowniczkę z objęć i oboje wrócili do swoich
zajęć. Jednak nim zdążyli posadzić kolejną roślinę, ziemia
zaczęła się trząść.
–
Czujesz to? – Tymis wyglądała na zaniepokojoną.
–
To pewnie Ciemnoszkańcy. Zbierajmy się stąd, mogą napaść na
wioskę.
Pomioty
Pileosta budziły strach wśród prawych mieszkańców krainy
Heerevar. Zepsuci do cna, nie wyznawali żadnych zasad, a dążyli
jedynie do zaspokajania dzikich popędów. Nienawidzili Feovala i
jego dzieci. Prowadzili z nimi nieustanną wojnę, lecz Najwyższy
przez ręce Straży Świętych Serc prawie za każdym razem
sprowadzał na nich klęskę. Według przepowiedni Pan Życia w
wyznaczonym przez siebie czasie miał zesłać Czempiona, który
ostatecznie pokona Ciemnoszkańców. Teraz jednak zagrożenie było
wciąż realne, więc dwójka młodych ludzi prędko dołączyła do
pobratymców z osady. Lizgrem został przydzielony do obrony wioski,
zaś Tymis miała się udać razem z kobietami i dziećmi do kryjówki
w pobliskiej grocie.
Wibracje
nasilały się z każdą chwilą. Oddziały Straży stały w zwartym
szyku i obserwowały otoczenie. Po Ciemnoszkańcach można było
spodziewać się wszystkiego. Atakowali z powietrza, ujeżdżając
sześcioskrzydłe stwory. Maszerowali razem z gigantycznymi wilkami o
zębach ostrzejszych od stali. Raz szturmowali nadmorskie miasto przy
pomocy wieloryba.
Tymis
przeczuwała, że nie uda im się uciec przed atakiem. Jej grupa,
spowolniona przez panikę i dezorganizację, dopiero docierała na
kraniec wioski. Trudno było utrzymać równowagę, a domy sprawiały
wrażenie, jakby zaraz miały się rozlecieć. Dziewczyna nie oparła
się pokusie i spojrzała za siebie. Jeszcze nigdy wcześniej nie
widziała ataku Ciemnoszkańców.
Nagle
przed grupą strażników rozstąpiła się ziemia, a wstrząsy
ustały. Z rozpadliny wyleźli napastnicy i rozpoczęła się walka.
Pozostali mieszkańcy biegli dalej w amoku, zostawiając Tymis samą.
Ta powoli kroczyła w stronę pola bitwy. Wojowie dzielnie cięli
najeźdźców mieczami i halabardami, a Kapłani przepędzali pomioty
falami błękitnego światła, tchnieniem samego Feovala.
Ciemnoszkańcy wyglądali nieco inaczej, niż to sobie wyobrażała.
Nie byli zgarbieni i nie pełzali na czterech kończynach, lecz
posturą przypominali ludzi. Niektórzy z nich walczyli bez hełmów,
więc Tymis mogła zauważyć, że mają czarne włosy, bladą skórę
i… Duszowzory świecące na czerwono. Młoda kobieta nagle
zorientowała się, że znajduje się bardzo blisko miejsca starcia.
Wiedziała, że Pan Życia ma ją w opiece, a strażnicy mieli
znaczną przewagę, lecz wolała się gdzieś ukryć. Wpełzła pod
werandę jednej z chat i dalej obserwowała zdarzenie. Utkwiła wzrok
w jednym z Ciemnoszkańców. Wyglądał na wystraszonego i za wszelką
cenę starał się unikać konfrontacji z przeciwnikiem. W pewnym
momencie zaczął oddalać się od pola bitwy. Minął kryjówkę
Tymis, lecz nie zauważył młodej kobiety. Nagle padł na ziemię
rażony strzałą w udo. Po chwili dobiegli do niego strażnicy.
–
Łaski! – krzyknął powalony Ciemnoszkaniec. – Nie chciałem
walczyć, już nigdy więcej nie zrobię nic złego! Obiecuję!
Tymis
nie wierzyła własnym uszom. Ktoś stworzony przez uosobienie zła
błaga o litość? Czy może to tylko sztuczka mająca na celu
przechytrzenie strażników?
–
Czeka cię jedynie śmierć i wieczne potępienie, bękarcie
Pileosta. – Łucznik, który unieruchomił wroga, nie pozostawił
mu żadnych złudzeń.
–
Przepraszam za… Za wszystko! Oszczędźcie mnie! Będę podążał
drogą Feovala, przyrzekam!
Naprawdę
prosił o wybaczenie. Widziała to w jego oczach, wyrazie twarzy.
Tymis nie mogła dłużej bezczynnie się przyglądać. Natychmiast
wyczołgała spod werandy i zwróciła się do pobratymców.
–
Zostawcie go! Nie powinniście zabijać błagającego o odpuszczenie.
–
A ty skąd się tu wzięłaś? – zapytał wojownik dzierżący
dwuręczny miecz. – Mogłaś zginąć! Poza tym, o czym ty w ogóle
bredzisz? To Ciemnoszkaniec, chcesz zobaczyć, czy jest godzien
wybaczenia? To patrz!
Strażnik
wziął zamach i jednym cięciem pozbawił syna Pileosta głowy.
***
Orzechowe
włosy Tymis zasłaniały jej twarz. Siedziała skulona na ławce w
świątyni, rugana przez wściekłego Nadkapłana.
–
Co to ma znaczyć? Zrozumiałbym, gdybyś była dzieckiem i nie znała
dobrze Księgi Świętych Serc. Ale ty jesteś już dorosła,
uczestniczysz w Służbie Pana. Dlaczego w ogóle to zrobiłaś? Nie
jest ci miłe życie, największy dar Feovala?
–
Nie, Czcigodny. Chciałam tylko przyjrzeć się walce z ciekawości.
A ten Ciemnoszkaniec szczerze prosił o litość…
–
Uwierzyłaś w jego skruchę? To twory Pileosta, one nie znają
takiego pojęcia! Są niczym innym jak tylko wcielonym zepsuciem.
Tymis
miała poważne wątpliwości. Z jednej strony żałowała głupiego
wystąpienia przeciwko boskim prawom, z drugiej dalej była
przekonana, że ten czyn był słuszny. Ostatecznie zwyciężyła
potrzeba usprawiedliwienia się.
–
Skoro musimy walczyć ze złem, to dlaczego robimy to poprzez
zabijanie, a nie nawracanie?
–
Widziałaś ich Duszowzory? Rozświetlają się, kiedy właściciel
uczyni coś nikczemnego. Ciemnoszkańcy są naszym zupełnym
przeciwieństwem. Dla nich nie ma zbawienia. Muszą zostać usunięci
z tego świata, tak jak postanowił Pan Życia. A ciebie czeka rytuał
oczyszczenia. Zaczynasz podążać w niebezpieczną stronę.
Nadkapłan
opuścił świątynię, zostawiając dziewczynę samą. Proces
uwolnienia od złych sił stosowano często u osób narażonych na
dłuższy kontakt z dziećmi Pileosta oraz tych, którzy
kwestionowali zasady wyznaczone przez Feovala. Nie był niczym
strasznym, lecz Tymis dalej twierdziła, że ma rację. Ciemnoszkańcy
nie różnili się bardzo od zwykłych ludzi. Tak samo odczuwali ból.
Widziała, jak ten nieszczęśnik cierpiał, zanim został ścięty.
Może oni wcale nie chcą być źli, tylko są zniewoleni przez
Pileosta? Czym tak w ogóle jest zło? Abstrakcyjną siłą czy
wyborem, jakimiś konkretnymi czynami? Przecież zawsze można
zmienić swoje postępowanie. Dlaczego Feoval nie przekona Pileosta,
żeby przestał krzywdzić? Spojrzała na piękne oblicze Pana Życia
przedstawione na statui stojącej w centralnym punkcie świątyni.
Czego od niej wymagał? To prawda, w Księdze Świętych Serc jest
jawnie napisane, że zło należy zniszczyć. Księgę sporządzili
ludzie, którzy byli wielkimi mędrcami, ale i oni mogli się mylić.
Musi spróbować innej drogi. Dać przykład innym i sprawić, że
skończy się nieustanna wojna, albo przeciągnąć chociaż kilku na
stronę Feovala. Jeśli działa w dobrej woli, czy Pan Życia może
ją za to ukarać?
Nie
będzie żadnego rytuału. Ciemnoszkańcy potrzebują oczyszczenia
bardziej niż ona.
***
Skrytość
i kłamstwa powoli topiły sumienia w nieprawości. Lecz nikt nie
zrozumiałby prawdziwych zamiarów Tymis, podobnie jak Nadkapłan.
Zmierzała na zachód, w stronę gór. Niosła ważną wiadomość
dla krewnej żyjącej w Lahabus. Tak przynajmniej myśleli mieszkańcy
miast i wsi, które odwiedzała po drodze, aby uzupełnić zapasy i
odpocząć. Ci znający prawdę byli kilkanaście godzin marszu za
nią, o ile zdecydowali się wyruszyć w pościg zorientowawszy się,
że opuściła osadę. Nie musiała się bać niczego, przynajmniej
teoretycznie. Dzieci Feovala nie ośmieliłyby się tknąć siostry w
Panu, zaś Ciemnoszkańców właśnie szukała. Mimo wszystko
spotkanie z nimi mogłoby nie pójść po jej myśli. Co jeśli ten
mężczyzna był jednorazowym przypadkiem, a pozostali są naprawdę
zepsuci do szpiku kości? Naiwna skaże swoją i tak już splamioną
przez grzechy duszę na wieczne potępienie. Nie, nie wolno jej tak
myśleć. Musi wierzyć w drogę, którą obrała. Drogę pokoju.
Po
sześciu dniach wędrówki minęła Lahabus, ostatnie miasto
wyznawców Feovala. Za nim rozciągały się tereny wrogów, z
których Tymis miała nadzieję uczynić przyjaciół. W pewnym
momencie chciała zawrócić, porzucić to szaleńcze posłannictwo i
błagać o wybaczenie, ale nie była w stanie tego zrobić. Nie mogła
wyrzec się tego, co dyktowało jej serce.
Została
złapana przez Ciemnoszkańców, jak tylko wkroczyła na ich ziemie.
Oszczędzili jej życie, co już było zaskakujące, i zaciągnęli
do jakiejś wioski. Nikt nie pojmował, dlaczego zdecydowała się tu
przybyć, a wielu rozmawiało z nią, gdy siedziała zamknięta w
klatce powieszonej przy chacie wodza osady.
–
Po co dałaś się schwytać? – zapytał jeden z pomiotów
Pileosta. – Żeby twoi parszywi pobratymcy mogli cię uratować i
tym samym usprawiedliwić napaść na nasz dom?
–
Nie. Wręcz przeciwnie zależy mi na tym, żeby wojna się skończyła
– wyznała Tymis. – Jesteśmy gotowi wam wybaczyć.
–
Co chcecie nam wybaczać? To, że bronimy się przed prawem, w imię
którego próbujecie nas unicestwić? Nie potrzebujemy zasad,
wystarczy nam wolność. Każdy wie, co ma robić ze swoim życiem.
–
Potrzebujecie reguł, żeby wiedzieć, jak nie krzywdzić innych. Moi
bracia i siostry obrali złą drogę, chcąc was zniszczyć zamiast
wytłumaczyć czym jest dobro i przebaczenie.
–
My już wiemy, czym są. Zbędnymi sprawami. Kiedy ktoś krzywdzi
mnie, ja krzywdzę jego. Dlatego niedługo spotka cię okrutny los, w
imię poległych krewnych.
–
Nie tym razem, Nylvie. – Przy klatce pojawił się wysoki
Ciemnoszkaniec ubrany w niebieskie szaty przystrojone piórami,
prawdopodobnie jeden z kapłanów. – Pileost żąda, aby dziewczynę
przyprowadzono do niego.
***
Tymis
wieziono przez starodawne puszcze, zielone równiny, mgliste bagna.
Kompletnie straciła rachubę czasu. Każdy z dziesiątek, a może
setek dni zdawał się być taki sam. Widziała wiele osad
Ciemnoszkańców. Obserwowała, jak żyją. Nie kłaniali się żadnym
zasadom i czcili Złego. Dopuszczali się kradzieży, pobić,
cudzołóstwa. Ale też mieli rodziny, pomocnych przyjaciół.
Kochali podobnie jak dzieci Feovala. Na własne oczy widziała, jak
jeden z synów Pileosta zginął w obronie żony podczas burdy. Mimo
karcenia przez pilnujących Tymis niestrudzenie starała się głosić
prawdę o wybaczeniu, niemniej jednak z mizernym skutkiem. Większość
Ciemnoszkańców nadal wolała odpłacać pięknym za nadobne.
Pewnego
dnia karawana z więzioną dotarła na ogromne, skaliste pustkowie,
które zdawało się nie mieć kresu. Wjechali na płaskowyż, gdzie
wyrzucono ją z klatki i pozostawiono związaną na ziemi. Młoda
kobieta modliła się żarliwie, próbując opanować przerażenie.
Po pewnym czasie na horyzoncie pojawił się obiekt przypominający
wielkiego ptaka. Zbliżał się w jej stronę, aż w końcu wylądował
i mogła go obejrzeć w całej okazałości. Miał dwie pary skrzydeł
i pięć nóg, cały pokryty czarną jak węgiel sierścią. Z
karykaturalnie krótkiego pyska wystawały rzędy krzywych, ale
ostrych zębów. Jego czerwone gałki oczne były różnej wielkości,
podobnie jak fałdy skóry na długiej szyi. Pileost zaprawdę
odzwierciedlał wszelką szpetność.
–
Czemu krzywdzisz ludzi? – Tymis przemówiła do bestii, z trudem
przełamując strach. – Dlaczego jesteś zły?
–
Nie ma sensu. – Potwór przywarł do ziemi i spojrzał Tymis prosto
w twarz. – Nic nie ma sensu. A bez powodów i przyczyn istnieje
tylko chaos, swawola.
–
Nie rozumiem – przyznała się dziewczyna. – Uważasz, że życie
jest pozbawione celu?
–
Dokładnie, mój słodki kwiatuszku. Feoval myślał inaczej. Chciał,
żebyście żyli w całkowitym szczęściu. Lecz szczęście bez
smutku jest tylko nieznaczącym stanem bez punktu odniesienia. I
sprawił, że staliście się trochę gorsi. Zaczęliście chorować,
głodować, kłócić się między sobą, pozbawiać życia.
Zobaczyliście czym jest zło, abyście mogli poznać dobro.
–
To było konieczne. Bez wysiłku nie ma nagrody.
–
Wysiłek. Nie wszystkich na niego stać, moje serce. Ja jestem zbyt
leniwy, żeby dokonać czegokolwiek. Pozwalam, by Ciemnoszkańcy, jak
ich nazywacie, toczyli się bezwładnie razem z nurtem czasu. Feoval
uwielbia porządek i dlatego chce mnie zniszczyć. Ale harmonia to
tylko maska, złudzenie. W głębi duszy każdy chce, żeby było
łatwiej, nie bacząc na konsekwencje. Jesteś młoda, idealizujesz
świat. Przyjrzyj się kapłanom, strażnikom, rodzinie, a zobaczysz,
że prawość to tylko fasada.
–
Każdy człowiek jest grzeszny, jednak zawsze może się poprawić.
Nigdy nie będzie perfekcyjny, ale chodzi o to, by starać się z
całych sił.
–
Niczego nie pojmujesz, kochane dziecko. Kiedyś już było idealnie.
I wszyscy czuli tylko pustkę. Może ktoś inny lepiej ci to
wytłumaczy. Skoro modliłaś się do Pana Życia o pomoc, zaraz tu
przybędzie.
Człowiek
o złotych skrzydłach pikował wprost na bestię, jakby chciał ją
zaatakować. W momencie zderzenia dwu istot błysnęło światło,
które oślepiło Tymis. Gdy odzyskała wzrok, zauważyła stojącego
tuż przed nią młodego mężczyznę w szarych łachmanach. Na
twarzy miał Duszowzory wijące się niczym pnącze wina.
–
Kim jesteś? – spytała dziewczyna. – Gdzie są Feoval i Pileost?
–
Feoval i Pileost to Ja i Ja, Amradran. Ten, który stworzył świat.
Tymis
milczała. Nie wiedziała, co ma odpowiedzieć tajemniczemu
przybyszowi.
–
Wiem, że uczono cię inaczej. Pan Życia jest waszym ojcem, a Zły
dał początek Ciemnoszkańcom. Ale Pileost i Feoval to tylko moje
emanacje. Nienawidzące siebie nawzajem osobowości, nad którymi nie
panuję. Jesteś jedną z niewielu niepodążających ślepo za ich
wizjami świata. Cieszę się, że chciałaś coś zmienić. Ale
nawet ja nie mogę tego zrobić.
–
Dlaczego? – Tymis po raz kolejny zadała to pytanie.
–
Nie jestem wszechmogący. Nie wiem, czego dokonać, żeby wszystkim
było dobrze. Stworzyłem świat, bo czułem się samotny, zagubiony
od wieczności. Chciałem, żeby wszystko było doskonałe. Ale nie
można zdefiniować doskonałości bez pojęcia przeciwnego. I
sprowadziłem na świat zło. Zacząłem wątpić w swoje dzieło.
Zastanawiać się, czy nie lepiej byłoby w ogóle nie zaczynać i
tkwić w neutralnym odosobnieniu, albo pozwolić, żeby wszystko
toczyło się razem z losem. Potem znowu pragnąłem wszystko
poukładać i tak na przemian. W końcu rozdzieliłem się na dwie
osoby, stałem się Feovalem i Pileostem. Jedni ludzie kroczą drogą
Porządku, drudzy Chaosu. Czasami zdarzają się tacy jak ty, który
dążą do pogodzenia obu stron, albo chcą je zmienić, jak ten
chłopak trafiony strzałą. Nie można jednak ostatecznie usunąć
wyboru. Przepraszam, że skazuję was na tę wojnę.
Amradran
podszedł do Tymis i rozwiązał jej ręce i nogi. Ta wstała z
ziemi, przez chwilę patrząc bez słowa na Stworzyciela, po czym
przerwała milczenie.
–
Ofiarowałam ci całe serce, a ty potraktowałeś mnie niczym głupca.
– Duszowzory dziewczyny zapłonęły na karmazynowo. – Jak możesz
mówić swym dzieciom, że im sprzyjasz, skoro równocześnie jesteś
ich wrogiem? Nie możesz w końcu stanąć po jednej stronie?
–
Jestem wątły na umyśle. Chory. Szalony. Odpuść mi winy, proszę.
Zbawienna
ulga omijała Tymis. Nie była w stanie wybaczyć Panu tak jak
braciom i siostrom. Od niego oczekiwała najwięcej, i to on ją
zawiódł.
–
Nie potrzebuję cię. Zmienię świat w pojedynkę, albo umrę
próbując.
–
Ale ja cię potrzebuję – powiedział błagalnym tonem Amradran. -
Zostań moim Czempionem.
–
Sama dam sobie radę.
–
Wiesz, że w każdej chwili mogę cię unicestwić? – Jego głos
przypominał teraz Pileosta.
–
Zatem zrób to teraz i oszczędź wszystkim kłopotu –
odpowiedziała gorzko Tymis.
–
Nie. Nie uczynię tego – wyznał Pan. – Nie dam rady się
zdecydować.
–
W takim razie pozwól mi odejść.
–
Polecę z tobą za pustkowia. Nie przejdziesz ich pieszo bez zapasów.
–
Dobrze. – Tymis niechętnie zgodziła się na propozycję
Stworzyciela. – Ale już nigdy więcej nie chcę cię widzieć.
–
I tak prędzej czy później się spotkamy. Będę cierpliwie czekał.
I zawsze kochał. Jako Amradran za to, że jesteś moim dzieckiem.
Jako Feoval za to, że miłujesz dobro. I nawet jako Pileost za to,
że rozumiesz błądzących. Przepraszam, że zawiodłem.
–
Kiedyś ci wybaczę. – Dziewczyna patrzyła gdzieś w dal, starając
się nie płakać. - Może. A teraz zbierajmy się już stąd. Mam
wiele do zrobienia.
lipiec 2015
Subscribe to:
Posts (Atom)