Opowiadania i historie utrzymywane w konwencji fantasy. Przeważnie oscyluję gdzieś na granicach mystical fantasy/metaphysical fiction, chociaż czasami pokuszę się też na sf i inne gatunki. Czasem z humorem, czasem na poważnie. Podziękowania dla wszystkich czytelników i wspierających.
Showing posts with label high fantasy. Show all posts
Showing posts with label high fantasy. Show all posts
Thursday, February 21, 2019
Zarzewie – opowiadanie w magazynie "Silmaris"
W 10 numerze magazynu Silmaris ukazało się moje opowiadanie fantasy pt. "Zarzewie". Zapraszam do lektury: http://silmaris.pl/silmaris-32018/
Labels:
fantasy,
high fantasy,
magia,
opowiadanie,
religia,
zima
Wednesday, June 22, 2016
Święte Serce - wersja audio (Konrad Mak)
Zapraszam do wysłuchania opowiadania "Święte Serce", tym razem głosu użyczył Konrad Mak:
https://soundcloud.com/konrad-mak/wicked-g-swiete-serce
Konrad Mak na SoundCloudzie:
https://soundcloud.com/konrad-mak
https://soundcloud.com/konrad-mak/wicked-g-swiete-serce
Konrad Mak na SoundCloudzie:
https://soundcloud.com/konrad-mak
Tuesday, February 16, 2016
Monday, November 23, 2015
Poznanie ma smak chemii [Świat Euijin]
Sprawa pozamiatana.
Życie w raju dobiegło końca. Nie będzie już łatwego zarobku,
ani codziennego zaspokajania pragnienia. Tego jedynego pragnienia, by
czuć się dobrze i na chwilę móc całkowicie zapomnieć o
rzeczywistości.
Spojrzenie w lustro
ukazało chodzący wieszak z kości pokryty bladą skórą. Saie nie
widział w nim siebie. Nie poznawał tego pustego, chemicznego
wzroku, zapadniętych i popękanych ust. Prawdziwy Saie istniał w
Przedstrzeni. Sęk w tym, że nie potrafił się tam dostać. Odkąd
Filem Gadayro został zamordowany, wszyscy dilerzy pracujący dla
jego korporacji zniknęli. Próżno było szukać ratunku u innych
kompanii, choć BVFZ i Medcentra również miały swoje armie ćpunów.
Metafizym z czarnego rynku nie był za darmo. Pieniądze, które i
tak ledwo wystarczały na przeżycie, skończyły się Saiemu jeszcze
przed ostatnią, feralną podróżą. Następnej pensji już nie
dostał. Do wyboru pozostała mu jedynie trzeźwość, później
ewentualna przerzutka na tańsze substancje. Substytuty prawdziwego
haju, substytuty życia.
Za czas spędzony w
Przedstrzeni oddał wszystko. Znajomych, dziewczynę, zdrowie. Został
mu już tylko zasyfiony pokój w niewielkim mieszkanku w Grodzie
Drahana, z którego niechybnie wywalą go rodzice, gdy dowiedzą się,
że nie będzie przynosił pieniędzy do domu. W tym stanie nikt nie
przyjąłby młodego Rdzennego do pracy. Nie chciał wylądować na
ulicy jako żebrak, lecz wszystko wskazywało na to, że taki czeka
go los. Wiele poświęciłby, żeby kilkunastogodzinne podróże za
Ścianę Światła trwały całą wieczność. Sprzedałby duszę,
żeby móc być tam jeszcze raz, a potem po prostu przestać istnieć
i nie czuć już niczego, a zwłaszcza bólu.
Pracując dla
Gadayro czuł się potrzebny. Kreował coś naprawdę wielkiego,
rewolucyjnego, nawet nie wysilając się fizycznie. Jego myśli w
Przedstrzeni tworzyły prawdziwe byty służące do konstruowania
elektrowni eterowej, która mogła zaspokoić zapotrzebowanie na prąd
całego Rdzenia. To nie było jednak najważniejsze. Najbardziej
lubił fakt, że metafizym nie dawał zwykłego haju, lecz pozwalał
przebywać w istniejącym naprawdę pięknym świecie, z dala od
szarej codzienności.
Przygnieciony
ciężarem frustracji spoczął na łóżku i gapił się w sufit.
Choć w Grodzie Drahana przez okrągły rok panował tropikalny
ukrop, Saie czuł przenikliwe zimno. Brzuch bolał go z głodu, lecz
nawet nie chciało mu się ruszyć do kuchni po jeden z ostatnich
kawałków chleba. Zacisnął powieki i spróbował opuścić jawę.
Widział jakieś wzory ze światła, niby zniekształcone twarze. Sen
nie przychodził. Na granicy świadomości czekał tylko żal,
chaotyczny szał, pretensje do całego świata.
Po chwili tkwienia w
bezruchu Saie zmusił się do wstania. Czuł potrzebę zażycia
czegokolwiek, co oddali widmo przerażającej rzeczywistości.
Czarnego Syropu, liści kaigorii, tedraksyny, nawet zwykłego
destylatu dojezboża. Otworzył szufladę w komodzie. W stercie
papierów powinien był leżeć świstek z adresem Kyhmosa, który
handlował różnymi substancjami. Kumplował się z nim jeszcze za
czasów, gdy wychodził z domu w innych celach niż odebranie
kolejnych porcji metafizymu i schematów konstrukcji od Gadayro.
Gdyby Saie spotkał się z dilerem, może ten ogarnąłby mu coś za
darmo, ze względu na starą znajomość.
Gówno. Nie mógł
znaleźć nawet tej przeklętej kartki. Z wściekłości wyjął
szufladę i wysypał całą zawartość na podłogę. Usłyszał, jak
coś stuknęło o deski, grzechocąc przy tym w charakterystyczny
sposób. Mała plastikowa buteleczka z tabletkami. Cud. Saie
natychmiast sięgnął po nią. W środku były jeszcze cztery dawki
metafizymu. Nie miał pojęcia, skąd się tam wzięły. Nie
przypominał sobie, by kiedykolwiek wkładał tam towar. Nie pamiętał
zresztą też wielu innych rzeczy. To nie miało jednak
jakiegokolwiek znaczenia. Pobiegł do kuchni po wodę i za jednym
zamachem połknął całą zawartość pojemnika. Pozostało tylko
czekać.
Wrócił do sypialni
i położył się na łóżku. Przez chwilę bał się, że znowu
spotka Zazugha. Że znowu przeżyje to samo piekło, co ostatnim
razem. Starał odpędzać te myśli. Przedstrzeń była teoretycznie
nieograniczona, a nie musiał już teraz słuchać Gadayro. Mógł
wylądować gdziekolwiek. Wszystko zależało od nastawienia. Błądził
więc umysłem w nicości, byle dalej od problemów, byle dalej od
Euijin, byle dalej od Zazugha i jego sług. Minuty mijały szybko.
Otoczenie rozmazane. Saie czuł mrowienie w całym ciele, miał
tysiące kończyn i tysiące szybko pulsujących serc. Wtedy nadszedł
ten moment, gdy jaźń z zawrotną prędkością oddaliła się od
ciała, przebiła Ścianę Światła i poszybowała w Przedstrzeń.
Nagle wszystko
zniknęło. Kompletna czerń, zupełnie, jakby odcięło mu wzrok.
Gdzieś w środku pola widzenia błysnęła mu fioletowa wstęga.
Wrażenie ruchu minęło. Wyidealizowana, piękna i zdrowa postać
Rdzennego zaczęła się materializować. Drobiny ciała pojawiały
się znikąd, formując twarz, głowę, korpus, potem ręce i nogi.
Saie czuł grunt pod stopami, lecz mógł swobodnie przemieszczać
się w każdym kierunku, zupełnie jakby latał. W całej przestrzeni
pływały dziwne chmury o różnych kształtach. Niektóre miały
kolor fuksji, inne jagody. Każda z nich rzucała cień na wszystkie
strony. Światło było niby rozproszone w otoczeniu, bez jednego lub
kilku wyraźnych źródeł. Wszystko zdawało się dziwne, lecz
dziwność była tu normą. I za to właśnie Saie tak bardzo kochał
to, co znajdowało się za Ścianą Światła. Za jej tajemniczą
atmosferę, za nierealność, która pozwalała zapomnieć o
problemach. Nawet te elementy Przedstrzeni, które pozornie
przerażały, zazwyczaj były na tyle odizolowane, by nie zaszkodzić
psychice, a dało się w pełni je zgłębić. Zupełnie, jakby można
było czuć dotyk przez pancerną szybę. Czasem jednak osłona
pękała jak mydlana bańka. Tak było ostatnim razem, gdy plany
budowy elektrowni eterowej zostały całkowicie przekreślone.
Rdzenny nie
wiedział, gdzie dokładnie się znajduje, lecz przypuszczał, że
nie znajdzie tu Zazugha. Nigdy nie rozumiał motywacji boga. Miał do
dyspozycji wszystkie tereny za Ścianą Światła, a przeszkadzało
mu to, że ludzie ściśnięci na Euijin chcą wykorzystać niewielką
część do swoich celów. Potem na jakiś czas zniknął, by
ponownie wrócić i zniszczyć wszystko, a pracownikom Gadayro
sprawić cierpienie, które mogłoby stanowić definicję piekła.
Saie nie chciał już o tym myśleć, lecz wciąż czuł echa
przerażającego bólu.
By je odpędzić,
postanowił skupić się na bieżących doznaniach. Podpłynął do
jednego z fioletowych obłoczków i spróbował go dotknąć. Saie
delikatnie zagłębił w nim dłoń, a otaczający go cień zniknął.
Rdzenny poczuł dreszcz ekscytacji. Na placu budowy nie pojawiały
się takie cuda. Zbliżył twarz do powierzchni dziwnego obiektu,
chcąc sprawdzić, czy posiada jakiś zapach. Nie wyczuł żadnej
woni. Z obłoczka nagle wyłoniła się okrągła wypustka, która
otoczyła głowę podróżnika. Saie ujrzał w środku krajobraz
złożony z setek stalowoszarych kolców. Przez chwilę miał
wrażenie, jakby wciskały mu się do oczu. Nie czuł bólu, a moment
później wszystko minęło. Nad równiną ostrych pali wisiała
idealnie równa, gęsta siatka, zbudowana z niemalże nieskończenie
cienkich linii. Choć Rdzenny tkwił w miejscu, jego punkt widzenia
poszybował w górę, tak, że był na równi z podzieloną na
kwadraty płaszczyzną. Siatka nagle zaczęła falować.
I wtedy doświadczył
wszystkiego. Przez jego głowę przepływały strumienie informacji,
na początku opisujących najbliższe otoczenie, potem pozostałą
Przedstrzeń. Wiedział, co dzieje się teraz w poszczególnych jej
częściach, lecz jego umysł nie był w stanie przetworzyć
wszystkich danych. Czuł obecność kryształowych smoków, o wiele
większych niż tych z legend Euijin. Widział, jak gładkie
powierzchnie wypiętrzają się, marszczą, zgniatają i formują na
nowo w kule, stożki i paraboloidy, gdzieś setki kilometrów od
miejsca, w którym przebywał. Słyszał szepty bogów, zagubionych
podróżników, duchów ukrytych w ciałach z płynnego metalu czy w
słowach wydrapanych gdzieś na nieskończenie wysokich drzewach.
Miał wrażenie, że zaraz pęknie mu czaszka. Próbował wyrwać się
z objęć fioletowego obłoku, lecz nie był w stanie tego uczynić.
Zbyt wiele danych naraz. Nie mógł się skupić na niczym, a tym
bardziej na odczuwaniu przyjemności.
Nagle ponownie
ujrzał Ścianę Światła. Przebił się przez nią i poszybował
gdzieś nad Bezkresne Pustkowia. Saiego ogarnęło przerażenie. Nie
chciał tam wracać. Nie wierzył, że haj mógł minąć tak szybko.
Za wszelką cenę pragnął zawrócić, byleby tylko znowu nie leżeć
w zatęchłym mieszkaniu, w mieście pełnym nienawistnych i
pogardliwych ludzi.
Po chwili
zorientował się, że nie zmierza do domu. Rozległe stepy
wskazywały, że jego dusza, czy też jak wolą niektórzy
świadomość, leci na północ od rodzinnego miasta. Znalazł się w
gąszczu betonowych budowli o surowej architekturze, aż w końcu
wyhamował w jednej z nich, w zadymionym pokoju pełnym szafek z
aktami. Saie był pewny, że to Środek Świata. Do jego mózgu
dotarła wiadomość o konkretnym położeniu. Nie miał natomiast
pojęcia, czym mogło być to pomieszczenie, nie znał bowiem na tyle
topografii stolicy Rdzenia.
Nagle zdał sobie
sprawę, że oprócz niego w pokoju przebywa jeszcze dwóch mężczyzn.
Przez chwilę myślał, że zostanie zauważony, lecz po chwili
zorientował się, że nie posiada żadnej formy. Jego psychiczny
awatar tkwił gdzieś w Przedstrzeni, zaś fizyczne ciało nadal
leżało w mieszkaniu. W tym momencie nie miał kontroli nad żadnym
z nich. Nie mógł też zmienić perspektywy, zmuszony był więc
obserwować rozgrywającą się scenę.
Jeden z typów,
przeraźliwie chudy i w okularach, siedział za biurkiem i nerwowo
stukał piórem o blat. Drugi, niski i tłusty, palił papierosa za
papierosem i opierał się o szafkę. Rozmawiali o czymś, lecz
zrozumienie tematu konwersacji zajęło Saiemu dłuższą chwilę,
lecz gdy wszystko stało się jasne…
-…słyszałem
wyłącznie plotki. Przedstrzeń jest tak ogromna, że możemy nigdy
nie znaleźć tego miejsca, nawet jeśli potroilibyśmy liczbę
podróżników. Zresztą to nieistotne. Nasze badania skupiają się
na innych obszarach. Większym problemem będzie to, czy BVFZ
wykorzysta kryzys Gadayro i zostanie monopolistą na rynku
energetycznym, no i czy my nie mamy jakiegoś szaleńca-idealisty w
naszych szeregach. Ktoś mógłby wziąć przykład z tego gościa,
który sprzątnął starego Filema.
– O co w ogóle
chodzi z tymi całymi “podróżami”? – zapytał grubas. –
Zawsze zastanawiałem się, w jaki sposób można przekroczyć za
Ścianę Światła. Wiedziałem nawet, że mamy mały wydzialik
zajmujący się tymi sprawami. Nigdy nie zadałem sobie jednak trudu,
żeby rozwiać wątpliwości, aż wybuchła ta afera z elektrownią.
– To dosyć
skomplikowana sprawa – odparł okularnik, ocierając chusteczką
pot z czoła. - Ściany Światła nie sposób przekroczyć w sposób
fizyczny. Nikt tak naprawdę nie jest pewny, z czego wynika ten fakt.
Można za to utworzyć swojego rodzaju… Wizualizację własnych
procesów myślowych, która jest w stanie przemierzać Przedstrzeń.
Na dobrą sprawę to nic innego jak przeżycie pozacielesne przy
specyficznym stanie umysłu. Da się osiągnąć go poprzez
medytację, zresztą w ten sposób ludzie odbywali pierwsze podróże.
Obecnie ta metoda jest niewygodna z dwóch względów. Po pierwsze,
nauka wprowadzania w trans zajmuje zbyt dużo czasu. Po drugie, ćpuna
z wypranym mózgiem łatwiej jest kontrolować. Wbrew pozorom nie
wszystko zależy od metafizymu. To tylko zwykły psychodelik o
średniej mocy. Kluczem do sukcesu jest warunkowanie podprogowe. To
dzięki niemu pracownicy czują psychicznie związani z pracą w
Przedstrzeni. Są dla nas niczym armia. W razie czego lojalność
zawsze można wyegzekwować w nieco bardziej brutalny sposób…
Saiemu rozmazał się
wzrok, a słowa wypowiadane przez korporacyjnych zaczęły brzmieć
jak bełkot. Czuł, że nie należy do tego miejsca, nie należy do
Euijin, nie należy do Przedstrzeni. Jego życie jest kłamstwem.
W umyśle znów
zaszumiały mu setki informacji, a po chwili ciało zasemblowało na
falującej siatce. Spadał wprost na najeżone kolcami podłoże. Był
śmiertelnie przerażony, lecz zderzenie nie bolało. Powierzchnia
zagięła się do wewnątrz i zniknęła, zaś Saie ponownie
wylądował wśród dziwnych fioletowych obłoczków. Ujrzał również
swojego poprzedniego awatara z głową utkwioną w jednym z nich. Nie
był do końca pewny, co się stało. Odczuwał panikę, lecz nie
wiedział, co jest jej przyczyną. Chciał po prostu uciec, wyrwać
się z tego przeklętego potopu nielogicznych bodźców. Chciał
umrzeć.
Nagle poprzednia
wizualizacja ciała Saiego wyciągnęłaby naćpany czerep z kłębu
fiołkowej pary. Wyciągnęłaby, gdyby tylko go miała.
Zdekapitowany awatar opadł gdzieś w głąb morza chmur. Rdzennemu
nagle przemknęło przez myśl, że już może nie żyć.
– Nie tego
pragnąłeś, co? – usłyszał przytłumiony głos dobiegający
jakby… Zewsząd. – W dziewięciu przypadkach na dziesięć
dowiadujemy się prawdy gdy jest już za późno. Ale czy ma to
jakiekolwiek znaczenie?
Saie miał wrażenie,
że kiedyś już rozmawiał z tą osobą. Przypomniał sobie dawno
zatarte wspomnienia. Mecze piłki nożnej na podwórku, butelki po
destylacie dojezboża, śmiechy na klatce w bloku. Rozejrzał się
dookoła, lecz nikogo nie zobaczył. Przedstrzeń nagle spowił gęsty
cień i fioletowe obłoki gdzieś zniknęły. Z mroku wyłonił się
za to niski, chudy mężczyzna o szkapowatej twarzy i krótkich,
czarnych włosach. W tej samej nieśmiertelnej bejzbolowej koszulce
Drahańskich Panter, którą nosił przez całą zawodówkę.
– Ryvo? To serio
ty? – zapytał roztrzęsiony Saie. – Jak mnie tu znalazłeś?
Zresztą nie ważne, dobrze że w ogóle tu jesteś. Przez moment
myślałem, że zwariuję.
– Zawsze byłeś
wariatem. Na dodatek rozpierdoliłeś wszystko, co mogłeś.
Pieniądze, znajomości, więzi z rodziną. Ale nie mnie cię
oceniać. Ludzie robili gorsze rzeczy.
– Skąd to
wszystko wiesz? W Grodzie Drahana nikt nie widział cię od pięciu
lat!
– W Przedstrzeni
nie trudno o dostęp do informacji. Powinieneś zdawać sobie już z
tego sprawę. Czy świadomość, że sprzedałeś duszę za nic, boli
mocno?
– Znałeś prawdę,
Ryvo? Dlaczego mi nie powiedziałeś? – załkał Saie, patrząc
dawnemu przyjacielowi prosto w twarz. Czuł się oszukany, bezsilny.
Nawet ci, których kiedyś szanował, mieli go za nic. – Dlaczego
mi nie powiedziałeś, że można tu być bez metafizymu!
– Bałem się –
odrzekł sucho Ryvo. – Pamiętasz, jaki byłem za łepka. Ciągle
osrany. Myślałem, że jak rozejdzie się plotka, to dorwie mnie
ktoś z rządu albo korporacje. Tak, to głupie. Ale inaczej nie
potrafiłem. Zresztą nie do wszystkiego doszedłem od razu. To
wymagało czasu, prób i błędów. Ty byłeś zbyt niecierpliwy.
Nawet nie dałbyś rady.
– Jesteś
skurwielem, Ryvo. – Saie złapał go za koszulkę i zaczął nim
szarpać. – Mogłeś mi pomóc!
– Zostaw mnie! –
krzyknął poddenerowany Ryvo. - Miałem przekreślić własne plany,
żeby ratować ciebie? Dobrze wiesz, że sam jesteś sobie winien.
Nic już z tym nie zrobisz. Chciałem tylko, żebyś nie umierał w
kłamstwie. Widzisz, cały otaczający nas świat, czy to Euijin, czy
to Przedstrzeń, to nic innego jak zbiory informacji pochodzące z
różnych źródeł i nakładające się na siebie. My, ludzie, też
jesteśmy takimi źródłami. Możemy manipulować danymi, i to nie
ogranicza się wyłącznie do magii. Podróże za Ścianę Światła
czy transfer eteru, którym się zajmowałeś, to zwyczajne
kopiowanie pewnych charakterystyk. Poprosiłem kogoś, żeby
sprowadził cię tutaj i dostarczył wizji z Medcentry. Jeszcze nie
jest za późno, byś się nawrócił.
– Co? Jakie znowu
nawrócenie? – zdziwił się Saie. – Sprawiłeś mi wyłącznie
ból. – Wzrok znowu mu się rozmazał, czuł nieprzyjemne kłucie w
klatce piersiowej. Organizm powoli wchłaniał metafizym. Stężenie
zbliżało się do zabójczego. – Ból, od którego zawsze
próbowałem uciec. Chrzanię to, że mogłem żyć normalnie. I tak
nie miałem zbyt dobrych perspektyw. Wolę taki los niż beznadzieją
walkę o przetrwanie.
– Bez bólu nie ma
nadziei. – Ryvo przemówił obcym głosem, który przypomniał
Saiemu, świeże, bolesne wydarzenia.
Dawny kolega
narkomana wydmuchał obłok gęstej mgły, która zaczęła formować
się w ludzką postać. Blada para nabrała kolorów, aż w końcu
utworzyła ciało mężczyzny. Łysego, w futrzanym płaszczu. W jego
oczach jakby zatopione nocne niebo. Nie do pomylenia.
– To znowu ty –
powiedział roztrzęsiony ze strachu Saie. – Jak mnie tu znalazłeś?
– Czy dla boga to
jakiś problem? – odparł Zazugh, uśmiechając się szyderczo. –
Niektórzy mnie nim nazywają, choć tego nie lubię.
– Czemu mnie
prześladujesz? – Saie zaczął zadawać kolejne pytania. – W
czym przeszkadzała ci ta elektrownia?
– Byłoby ci miło,
gdyby ktoś uwięził cię na długie lata, a w międzyczasie
panoszył się w twojej ojczyźnie, gnębiąc poddanych i tworząc
coś, co sprawi, że będą umierać z głodu?
– Dlaczego
uczepiłeś się nas, zwykłych pracowników? Wykonywaliśmy tylko
polecenia, nie wiedzieliśmy że tam żyją jakiekolwiek istoty, nie
wspominając…
– Posłuszeństwo
nie jest cnotą – przerwał mu Zazugh. – Tak samo jak
nieświadomość nie jest usprawiedliwieniem.
– Wiesz co? –
Ton Saiego stał się bardziej zdecydowany. Lęk powoli przeradzał
się w gniew. – Nie ty jeden jesteś ofiarą. Przedstrzeń w
porównaniu z Euijin jest rajem. Tak bardzo boli cię to, że też
chcemy żyć dobrze? Nie masz pojęcia, co przeszedłem, zanim tu
trafiłem.
– Owszem, mam –
zaprzeczył Bóg, ponownie unosząc kącik ust w pogardliwym
grymasie. – Wiem, że zniszczyłeś swoją szansę na normalny byt.
Na miłość i przyjaźń. Nie jestem taki zły, jak ci się wydaje.
Chciałem dać ci drugą szansę. Nie powinieneś umierać w
kłamstwie. Jest jeszcze nadzieja. Mogę jeszcze uratować twoją
duszę. Nośniki informacji nie podlegają prawom przyrody znanym na
Euijin, ba, nawet chaosowi, który panuje tutaj. Są wieczne. Jeśli
przyznasz się do błędu, możesz znaleźć się w dobrym miejscu.
– Nie ty pierwszy
karmisz mnie wizją nieba. Wiedz, że znacznie bardziej wolę pustkę.
Zwyczajną nicość. Chyba już ją czuję. Nie… mogę… oddychać…
Awatar Saiego powoli
zaczął pękać. Rdzenny zdawał sobie sprawę, że to koniec.
Odczuwał lęk, lecz był to strach przytłumiony, wręcz
nieodróżnialny od podniecenia związanego z oczekiwaniem.
– Jeszcze kiedyś
się spotkamy – rzekł z przekonaniem Zazugh.
– Oby nie. Znowu
zepsułbyś… mi… haj. A ty, Ryvo… jesteś idiotą.
Poz-wo-lił-byś mi… umrzeć… w spokoju, a potem… zapalił
lufę… nad… moim grobem.
W końcu obraz ciała
Rdzennego rozpadł się na tysiące drobnych kawałeczków. Ryvo
spojrzał na Zazugha ze smutkiem w oczach.
– I co teraz? –
zapytał boga.
– Twojego
przyjaciela czeka niezbyt miły los – odparł Zazugh. – Nie
wszystkim dane jest dostąpić zbawienia. Na mnie już pora. Wzywają
mnie inni, którymi muszę się opiekować. Nie możesz się załamać,
Ryvo. Pamiętaj o tym, co najważniejsze.
Zazugh wyparował,
przenosząc się gdzieś w inne miejsce w Przedstrzeni. Rdzenny tkwił
przez chwilę w bezruchu, dumając nad żywotem Saiego, po czym
wycofał swoją świadomość z powrotem do niewielkiego szałasu w
Rdzennych puszczach.
*
Ryvo był obeznany
ze śmiercią. Zdążył się przyzwyczaić. Lecz odejście Saiego
nie dawało mu spokoju. Nie chodziło o sam fakt utraty dawnego
przyjaciela, lecz o jego postawę w ostatnich momentach życia. Saie
miał rację. Nie warto szarpać się o coś, co jest zwyczajną
wegetacją. Albo – co dla ciebie jest zwyczajną wegetacją.
Niektórzy lubią proste życie. On sam po latach przebywania w
dziczy i za Ścianą Światła nie mógłby pójść do pracy,
założyć rodziny, czy oddawać się przyziemnym rozrywkom. Nawet
nie potrafił się zmusić, żeby wrócić na jeden dzień do Grodu
Drahana i odwiedzić grób Saiego. Ludzie pojawiali się i znikali,
pozostawał jedynie sentyment. Ryvo twierdził, że nie należało mu
ulegać, aby nie przesłonił teraźniejszości. Czuł się dziwnie.
Z jednej strony był pewny, że nieśmiertelność jest możliwa. To
dlatego poświęcił się i zaczął pomagać Zazughowi. Z drugiej
przypuszczał, że choćby to była nieprawda, i nigdy nie spotka
bliskich, którzy odeszli. to i tak nic się nie stanie. Samotność
powoli odzierała z wszelkich uczuć.
Friday, September 11, 2015
"Mylący napis" - ciąg dalszy "Chaty płaczu"
- Mam już dosyć, odpocznijmy chwilę – wydyszała Paquai, wspierając dłonie na kolanach. - Naprawdę nie mogliśmy pójść okrężną drogą?
- Przechodząc przez szczyt oszczędzamy kilka godzin marszu – wyjaśnił jej Cydas. - Dzięki temu powinniśmy dotrzeć do Luyrun przed zmrokiem. Naprawdę chciałbyś znowu spać pod gołym niebem?
- Nie wiem, czy to nie byłoby lepszym wyjściem – stwierdziła kobieta. - Ludzie traktują nas jak wysłanników ciemnych sił. Nasze historie i znaleziska budzą w nich przerażenie, zwłaszcza woda z jeziorka leżącego na wschód od Vydaru. W Munabie musieliśmy się niemało natłumaczyć, aby uwierzyli, że to nie my zabiliśmy tamtych ludzi ze spalonej chaty.
- To normalne, że boją się nieznanego. I właśnie dlatego za cel postawiliśmy sobie rozwiewanie tajemnic. Nasze wyprawy powinny służyć rozwojowi cywilizacji.
- Tak? A ja myślałam, że robimy to dlatego, że jesteśmy cholernie ciekawscy i nie potrafimy usiedzieć na miejscu.
---Podróżnicy zaśmiali się głośno. Paquai odgarnęła z twarzy spocone grzywkę w kolorze oberżyny, oparła się o jeden ze świerków, które wraz ze wzrostem wysokości nad poziomem morza stopniowo wypierały buki, wyciągnęła manierkę i wypiła kilka łapczywych łyków wody.
- Daj mi parę minut – poprosiła towarzysza. - I co się tak patrzysz, jesteś facetem, masz lepszą kondycję!
- No dobrze, niech ci będzie. Sam też ledwo wytrzymuję.
---Cydas usiadł na spróchniałym pniu. Przyłożył pięść do podbródka, jak to miał w dziwnym zwyczaju, i skierował wzrok gdzieś w dal. Okrągła, gładka twarz i czarne, kędzierzawe włosy doskonale pasował do wizerunku marzyciela. Nie można było jednak nazwać go przystojnym, przynajmniej dla Paquai. Był zbyt szczupły – nie lubił jeść dużo, a dalekie wędrówki pochłaniały każdy nadmiar tłuszczu – a przez delikatną facjatę wyglądał na sporo mniej niż dwadzieścia dwie wiosny. Ona z kolei stanowiła przedmiot fascynacji wielu mężczyzn. Cynamonowa opalenizna, fioletowe oczy oraz wydatne piersi i pośladki nadawały jej egzotycznego powabu. Nie w głowie były jej jednak romanse. Jakiekolwiek głębsze przywiązanie emocjonalne przy awanturniczo-podróżniczym stylu życie stanowiłoby tylko zbędny ciężar. Wierny przyjaciel dający oparcie w trudnych chwilach w zupełności wystarczał.
---Paquai wzięła kilka głębokich oddechów, oderwała plecy od drzewa i dała znak, że jest gotowa do dalszej drogi. Cydas wstał i razem ruszyli w drogę. Zbocze było wyjątkowo strome, a przez mokrą ściółkę łatwo było o poślizg. Mimo tego wędrowcy niestrudzenie stawiali krok za krokiem. Pół godziny wspinaczki później dotarli już na wierzchołek góry zwanej Tremajune, co w języku Fyhanu oznaczało „Omszałe głazy”. Swój przydomek zawdzięczała dosyć sporej formacji skalnej znajdującej się na szczycie, która przewyższała największe drzewa, i dzięki temu była doskonałym punktem obserwacyjnym.
- Wchodzimy na górę? - zaproponował Cydas.
- Takich widoków nie odmówię nigdy, choćby przechodziła tędy po raz setny – wyznała Paquai. - Ale najpierw coś zjedzmy.
---Kobieta wyciągnęła z plecaka trochę suszonej wieprzowiny i poczęstowała towarzysza, lecz wziął tylko niewielki kawałek. W pośpiechu przeżuli mięso i zbliżyli się do skały.
- Spójrz, ktoś wyrył tam jakiś napis – zauważył Cydas.
- „Hisud”. Ale przecież to nie ten szczyt – zdziwiła się jego przyjaciółka. - Hę? Co się dzieje?
---Nagle wszystko dookoła nich zaczęło się rozmywać, a następnie znowu stało się ostre, jednak stos głazów gdzieś zniknął, drzewa zmieniły swoje miejsca, a na prawo, nieco poniżej podróżników pojawiła się niecka z wodą, z której wpływał mały strumyczek.
- Teraz rzeczywiście jesteśmy na Hisudzie. – Cydas ze spokojem skomentował to, co stało się przed chwilą.
- Coś przeniosło nas cztery dramekany na południowy zachód. Albo tak nam się tylko zdaje.
- Twierdzisz, że może być tylko iluzja? - mężczyzna podszedł do najbliższego drzewa i zastukał w korę. - Wygląda na prawdziwe.
- To nastąpiło zaraz po tym, jak przeczytałam ten napis. Czyżby te głazy też były artefaktem?
- Może sam sposób, w jaki go wyryto był związany z magią. Musimy to sprawdzić.
- Ale wiesz, że to oznacza spore wydłużenie trasy? Stąd mamy tylko sześć dramekanów do Luyrun, a jeśli wrócimy na Tremajune, łącznie przejdziemy jedenaście dramekanów.
- I co z tego? Nie wolno nam zostawiać takiego odkrycia na później.
- Jeszcze niedawno zależało ci na dotarciu do ludzkich siedzib przed zmrokiem! Uch, niech ci będzie.
---Bez zwłoki skierowali się na północny wschód.
*
---Szlak na przełęczy pomiędzy dwoma szczytami był wyjątkowo trudny. W niektórych miejscach był wąski na dwie stopy, a po obu stronach znajdowały się wysokie urwiska. Wędrowcy przebywali właśnie jeden z takich fragmentów drogi.
- Ostrożnie! - krzyknęła Paquai, po tym, jak stopa Cydasa prawie ześlizgnęła się z uskoku.
- Spokojnie, przecież uważam.
- Właśnie widziałam...
- Hej, słyszysz to? - Cydas wskazał na koronę jednego z drzew, rosnącego tuż przy ścianie urwiska. - Coś tam się rusza.
---Nagle z buka zeskoczył zakapturzony mężczyzna i wyciągnął zza pazuchy szablę. Podróżnicy usłyszeli za sobą głuche łupnięcie. Kolejny zamaskowany napastnik z morgenszternem w ręku skutecznie odcinał im drogę ucieczki.
- To już koniec waszej zabawy w odkrywców – powiedział zbój dzierżący szablę. - Nie wymkniecie się nam.
- Zaraz zaraz – odezwała się Paquai. - Kim jesteście i dlaczego nam grozicie? Jesteśmy tylko zwykłymi wędrowcami, nie chcemy nikomu zaszkodzić.
- Nie chcecie, ale to robicie. Wtykacie nos w nie swoje sprawy, a potem opowiadacie wieśniakom wasze historyjki. Ludzie i tak wiedzą już zbyt dużo.
- Dlaczego mielibyśmy tego nie robić? Mamy prawo lepiej poznawać Lokamon. To służy wszystkim.
- Mylisz się, głupcze...
---Nieznajomi zaczęli zbliżać się do Paquai i Cydasa. Para przyjaciół miała przy sobie sztylety, lecz nie znali się na walce. Do tej pory starali się unikać konfliktów. W tej chwili to było niemożliwe. Napastnicy byli już gotowi do ataku, gdy nagle zastygli w bezruchu. Jeden z nich upadł na szlak i roztrzaskał się na tysiące małych kawałeczków, zupełnie jakby był zrobiony z lodu. Drugi zleciał z uskoku i spotkał go ten sam los. Podróżnicy otworzyli usta szeroko ze zdziwienia.
- Nie musicie dziękować.
---Dziwny głos zdawał się dobiegać z ziemi, tuż przy stopach Paquai. Oboje spojrzeli na dół, lecz nie zauważyli nic interesującego poza lśniącym, niebieskim chrząszczem wielkości dwóch paznokci.
- Tak, to ja to zrobiłem. - Owad wzbił się w powietrze i usiadł na ręce kobiety.
- Kim oni byli? - spytał Cydas. - I czym ty jesteś?!
- Nie wnikałem w to zbytnio. Wiedziałem jedynie, że są jednymi z tych, którzy nie chcą dzielić się swoją wiedzą z innymi. Wy stanowiliście dla nich przeszkodę. Dlatego was śledzili, i wykorzystali waszą ciekawość do wpędzenia w pułapkę.
- Chodzi o magię i artefakty? – dociekała Paquai.
- Jeżeli tak to nazywacie... Niektórzy pragną, żeby sekrety tego świata były znane tylko im. Traktują to jako przewagę. Wy nie jesteście tacy... skupieni na własnym powodzeniu. I dlatego was uratowałem.
- Jesteś wyjątkowo dobrym... chrząszczem – uznał niepewnie Cydas. - Masz jakieś imię?
- Nie jestem chrząszczem. A może i jestem? Z resztą, to tylko zewnętrzna powłoka. Jeśli zaś chodzi o imię – nie posiadam żadnego. Kiedyś zwano mnie Prorokiem. Ale to były dawne czasy. Wiele się zmieniło. Wybaczcie, wiem że macie jeszcze wiele pytań, ale muszę już was opuścić. Jestem potrzebny w innych miejscach.
---Owad odleciał i po chwili zniknął wędrowcom z oczu.
- Przechodząc przez szczyt oszczędzamy kilka godzin marszu – wyjaśnił jej Cydas. - Dzięki temu powinniśmy dotrzeć do Luyrun przed zmrokiem. Naprawdę chciałbyś znowu spać pod gołym niebem?
- Nie wiem, czy to nie byłoby lepszym wyjściem – stwierdziła kobieta. - Ludzie traktują nas jak wysłanników ciemnych sił. Nasze historie i znaleziska budzą w nich przerażenie, zwłaszcza woda z jeziorka leżącego na wschód od Vydaru. W Munabie musieliśmy się niemało natłumaczyć, aby uwierzyli, że to nie my zabiliśmy tamtych ludzi ze spalonej chaty.
- To normalne, że boją się nieznanego. I właśnie dlatego za cel postawiliśmy sobie rozwiewanie tajemnic. Nasze wyprawy powinny służyć rozwojowi cywilizacji.
- Tak? A ja myślałam, że robimy to dlatego, że jesteśmy cholernie ciekawscy i nie potrafimy usiedzieć na miejscu.
---Podróżnicy zaśmiali się głośno. Paquai odgarnęła z twarzy spocone grzywkę w kolorze oberżyny, oparła się o jeden ze świerków, które wraz ze wzrostem wysokości nad poziomem morza stopniowo wypierały buki, wyciągnęła manierkę i wypiła kilka łapczywych łyków wody.
- Daj mi parę minut – poprosiła towarzysza. - I co się tak patrzysz, jesteś facetem, masz lepszą kondycję!
- No dobrze, niech ci będzie. Sam też ledwo wytrzymuję.
---Cydas usiadł na spróchniałym pniu. Przyłożył pięść do podbródka, jak to miał w dziwnym zwyczaju, i skierował wzrok gdzieś w dal. Okrągła, gładka twarz i czarne, kędzierzawe włosy doskonale pasował do wizerunku marzyciela. Nie można było jednak nazwać go przystojnym, przynajmniej dla Paquai. Był zbyt szczupły – nie lubił jeść dużo, a dalekie wędrówki pochłaniały każdy nadmiar tłuszczu – a przez delikatną facjatę wyglądał na sporo mniej niż dwadzieścia dwie wiosny. Ona z kolei stanowiła przedmiot fascynacji wielu mężczyzn. Cynamonowa opalenizna, fioletowe oczy oraz wydatne piersi i pośladki nadawały jej egzotycznego powabu. Nie w głowie były jej jednak romanse. Jakiekolwiek głębsze przywiązanie emocjonalne przy awanturniczo-podróżniczym stylu życie stanowiłoby tylko zbędny ciężar. Wierny przyjaciel dający oparcie w trudnych chwilach w zupełności wystarczał.
---Paquai wzięła kilka głębokich oddechów, oderwała plecy od drzewa i dała znak, że jest gotowa do dalszej drogi. Cydas wstał i razem ruszyli w drogę. Zbocze było wyjątkowo strome, a przez mokrą ściółkę łatwo było o poślizg. Mimo tego wędrowcy niestrudzenie stawiali krok za krokiem. Pół godziny wspinaczki później dotarli już na wierzchołek góry zwanej Tremajune, co w języku Fyhanu oznaczało „Omszałe głazy”. Swój przydomek zawdzięczała dosyć sporej formacji skalnej znajdującej się na szczycie, która przewyższała największe drzewa, i dzięki temu była doskonałym punktem obserwacyjnym.
- Wchodzimy na górę? - zaproponował Cydas.
- Takich widoków nie odmówię nigdy, choćby przechodziła tędy po raz setny – wyznała Paquai. - Ale najpierw coś zjedzmy.
---Kobieta wyciągnęła z plecaka trochę suszonej wieprzowiny i poczęstowała towarzysza, lecz wziął tylko niewielki kawałek. W pośpiechu przeżuli mięso i zbliżyli się do skały.
- Spójrz, ktoś wyrył tam jakiś napis – zauważył Cydas.
- „Hisud”. Ale przecież to nie ten szczyt – zdziwiła się jego przyjaciółka. - Hę? Co się dzieje?
---Nagle wszystko dookoła nich zaczęło się rozmywać, a następnie znowu stało się ostre, jednak stos głazów gdzieś zniknął, drzewa zmieniły swoje miejsca, a na prawo, nieco poniżej podróżników pojawiła się niecka z wodą, z której wpływał mały strumyczek.
- Teraz rzeczywiście jesteśmy na Hisudzie. – Cydas ze spokojem skomentował to, co stało się przed chwilą.
- Coś przeniosło nas cztery dramekany na południowy zachód. Albo tak nam się tylko zdaje.
- Twierdzisz, że może być tylko iluzja? - mężczyzna podszedł do najbliższego drzewa i zastukał w korę. - Wygląda na prawdziwe.
- To nastąpiło zaraz po tym, jak przeczytałam ten napis. Czyżby te głazy też były artefaktem?
- Może sam sposób, w jaki go wyryto był związany z magią. Musimy to sprawdzić.
- Ale wiesz, że to oznacza spore wydłużenie trasy? Stąd mamy tylko sześć dramekanów do Luyrun, a jeśli wrócimy na Tremajune, łącznie przejdziemy jedenaście dramekanów.
- I co z tego? Nie wolno nam zostawiać takiego odkrycia na później.
- Jeszcze niedawno zależało ci na dotarciu do ludzkich siedzib przed zmrokiem! Uch, niech ci będzie.
---Bez zwłoki skierowali się na północny wschód.
*
---Szlak na przełęczy pomiędzy dwoma szczytami był wyjątkowo trudny. W niektórych miejscach był wąski na dwie stopy, a po obu stronach znajdowały się wysokie urwiska. Wędrowcy przebywali właśnie jeden z takich fragmentów drogi.
- Ostrożnie! - krzyknęła Paquai, po tym, jak stopa Cydasa prawie ześlizgnęła się z uskoku.
- Spokojnie, przecież uważam.
- Właśnie widziałam...
- Hej, słyszysz to? - Cydas wskazał na koronę jednego z drzew, rosnącego tuż przy ścianie urwiska. - Coś tam się rusza.
---Nagle z buka zeskoczył zakapturzony mężczyzna i wyciągnął zza pazuchy szablę. Podróżnicy usłyszeli za sobą głuche łupnięcie. Kolejny zamaskowany napastnik z morgenszternem w ręku skutecznie odcinał im drogę ucieczki.
- To już koniec waszej zabawy w odkrywców – powiedział zbój dzierżący szablę. - Nie wymkniecie się nam.
- Zaraz zaraz – odezwała się Paquai. - Kim jesteście i dlaczego nam grozicie? Jesteśmy tylko zwykłymi wędrowcami, nie chcemy nikomu zaszkodzić.
- Nie chcecie, ale to robicie. Wtykacie nos w nie swoje sprawy, a potem opowiadacie wieśniakom wasze historyjki. Ludzie i tak wiedzą już zbyt dużo.
- Dlaczego mielibyśmy tego nie robić? Mamy prawo lepiej poznawać Lokamon. To służy wszystkim.
- Mylisz się, głupcze...
---Nieznajomi zaczęli zbliżać się do Paquai i Cydasa. Para przyjaciół miała przy sobie sztylety, lecz nie znali się na walce. Do tej pory starali się unikać konfliktów. W tej chwili to było niemożliwe. Napastnicy byli już gotowi do ataku, gdy nagle zastygli w bezruchu. Jeden z nich upadł na szlak i roztrzaskał się na tysiące małych kawałeczków, zupełnie jakby był zrobiony z lodu. Drugi zleciał z uskoku i spotkał go ten sam los. Podróżnicy otworzyli usta szeroko ze zdziwienia.
- Nie musicie dziękować.
---Dziwny głos zdawał się dobiegać z ziemi, tuż przy stopach Paquai. Oboje spojrzeli na dół, lecz nie zauważyli nic interesującego poza lśniącym, niebieskim chrząszczem wielkości dwóch paznokci.
- Tak, to ja to zrobiłem. - Owad wzbił się w powietrze i usiadł na ręce kobiety.
- Kim oni byli? - spytał Cydas. - I czym ty jesteś?!
- Nie wnikałem w to zbytnio. Wiedziałem jedynie, że są jednymi z tych, którzy nie chcą dzielić się swoją wiedzą z innymi. Wy stanowiliście dla nich przeszkodę. Dlatego was śledzili, i wykorzystali waszą ciekawość do wpędzenia w pułapkę.
- Chodzi o magię i artefakty? – dociekała Paquai.
- Jeżeli tak to nazywacie... Niektórzy pragną, żeby sekrety tego świata były znane tylko im. Traktują to jako przewagę. Wy nie jesteście tacy... skupieni na własnym powodzeniu. I dlatego was uratowałem.
- Jesteś wyjątkowo dobrym... chrząszczem – uznał niepewnie Cydas. - Masz jakieś imię?
- Nie jestem chrząszczem. A może i jestem? Z resztą, to tylko zewnętrzna powłoka. Jeśli zaś chodzi o imię – nie posiadam żadnego. Kiedyś zwano mnie Prorokiem. Ale to były dawne czasy. Wiele się zmieniło. Wybaczcie, wiem że macie jeszcze wiele pytań, ale muszę już was opuścić. Jestem potrzebny w innych miejscach.
---Owad odleciał i po chwili zniknął wędrowcom z oczu.
"Chata płaczu"
---Klin siekiery z każdym zamachem wygryzał kolejne skrawki młodej maramfy. Drzewo mocno się chybotało, gubiąc igły. Tsoman był okropnie zmęczony, lecz pocieszał się faktem, że wkrótce skończy pracę. Po dwóch kolejnych uderzeniach młody mężczyzna kopnął pień i dwumekanowa roślina opadła z hukiem na ziemię. Musiał jeszcze dotaszczyć ją do domu, a to spory kawałek drogi. Obszedł ciemnozieloną koronę i chwycił za czubek, oblepiając wielgachną łapę żywicą. Mocnym szarpnięciem przerwał ostatni pas kory i pospiesznie ruszył w kierunku schronienia, jak gdyby bał się, że inne maramfy zemszczą się za śmierć siostry pod toporem.
---Marsz przez las strasznie się dłużył. Trasę znał już na pamięć. Zbliżająca się zima oznaczała częste wyprawy po opał. Ojciec uznał, że lepiej będzie zgromadzić zapasy teraz, niż przedzierać się przez śniegi, by uzupełniać je na bieżąco. Nigdy nie protestował, gdy robota spadała na niego. Lubił samotne spacery, lecz teraz marzył jedynie o ciepłym posiłku.
---Przybywszy na skraj boru, był już w stanie dostrzec chatę otoczoną zaoranym poletkiem. Jej wznoszenie ukończyli całkiem niedawno, bo niecałe cztery oktawy temu. Do budowy użyli pięknego drewna o jasnobrązowym odcieniu. Było wyjątkowo twarde, a przy tym lekkie. Ojciec mówił, że takie drzewa nie rosły na Fyranie. Chłopak nie miał prawa tego pamiętać, więc traktował to jako ciekawostkę. Najważniejsze dla niego było solidność i ciepło, których nie gwarantowało poprzednie schronienie w Kalum na wybrzeżu. Majuk został tam wraz ze swoją narzeczoną. Tsoman nie dziwił się tej decyzji. Brat miał dosyć ojca i chciał założyć własną rodzinę. On sam miał już mocno zszargane nerwy przez postawę Nausara, lecz radzenie sobie w życiu na własną rękę wydawało się jak na razie gorszą opcją.
---Gdy dotarł na miejsce, zostawił drzewo na podwórzu i wszedł do środka. W nozdrza uderzył go zapach duszonego mięsa.
- Co dziś na obiad? - zapytał podochocony.
- Potrawka z polędwicy – odparł ciepły głos należący do kobiety w średnim wieku.
- Doskonale! To moje ulubione danie – wyznał z radością Tsoman.
- Masz taki sam gust jak matka – odezwał się Nausar.
---Młodzieniec nieco posmutniał. Umarła na nieznaną chorobę dwa lata temu. Ojciec nie potrafił się z tym pogodzić. Choć znalazł nową partnerkę, wciąż wspominał o miłości swojego życia. Czasami, kiedy wypił za dużo samogonu, opowiadał młodszemu synowi o ich pierwszych latach spędzonych razem. Tsomanowi miał w zwyczaju ignorować nudzące go historie, i jeśli nie miał ochoty ich słuchać po prostu kładł się spać, lecz Nausar nie zwracał na to uwagi i dalej plótł pogrążony w alkoholowej melancholii.
---Bansja postawiła na stole garnek z przyrządzoną wieprzowiną, po czym doniosła talerze i sztućce. Tsoman usiadł na krześle i grzecznie czekał, aż ojciec i macocha nałożą swoje porcje. Wiele razy zastanawiał się nad tym, jak wielką i niemalże bezwarunkową miłością Bansja musi darzyć Nausara. Ten człowiek żył przeszłością. Prawdziwą uczuciem darzył jedynie Manirę, matkę Tsomana. Kimkolwiek nie byłaby nowa kobieta, i tak traktowałby ją tylko jako gospodynię domową dodatkowo ogrzewającą łoże.
---Zdawało się jednak, że Bansji przynajmniej częściowo to wystarcza. Była samotna przez bardzo długi czas. Jej rodzina zginęła w zagładzie Fyranu. Na statku transportującym uciekinierów poznała Nausara i Manirę i z czasem została najbliższą przyjaciółką rodziny Hyruganów. Choć nigdy wcześniej nie okazywała tego wprost, czuła coś do ojca Tsomana, więc oczywistym faktem było, że po śmierci Maniry prędzej czy później zastąpi ją.
- Dlaczego zamilkliście? Czyżby nie podobało wam się...
- Och, daj spokój, Nausarze – przerwała mu kobieta. - Rozmawialiśmy ten temat setki razy. Ta strata dotknęła cię o wiele bardziej niż kogokolwiek innego, ale nie możesz ciągle babrać się we wspomnieniach.
---Bliscy dokładali wszelkich starań, żeby wdowiec rozpoczął życie na nowo. Stary dom w Kalum, w którym Hyruganowie mieszkali przez dwanaście lat, wciąż przypominał mu o zmarłej żonie, więc Bansja nalegała na przeprowadzkę w głąb lądu. Ten pomysł spodobał się Majukowi, który mimo szczerych chęci po pewnym czasie miał już dosyć smutków i żali ojca. Pierworodny syn Nausara zorganizował transport dobytku po okazyjnej cenie i obiecał pomoc przy wznoszeniu chaty. Po kilku miesiącach błagań głowa rodziny ostatecznie została przekonana i razem wyruszyli w poszukiwaniu dogodnej siedziby. Osiedli na górzystym terenie, niecałe dwieście pięćdziesiąt dramekanów na wschód od Kalum. Rejony te dopiero były kolonizowane, więc mogli przebierać pomiędzy nienależącymi do nikogo połaciami ziemi. Tsomanowi nie widziało się bytowanie na odludziu, lecz jego brat nie zgodził się na to, żeby został razem z nim w Kalum. Pocieszał się świadomością, że za góra rok miał opuścić dom w celu zarobienia pierwszych pieniędzy i znalezienia towarzyszki życia. Druga część planu zakładała ponowne sprowadzenie do rodzinnego gniazda, aby spłodzić potomków oraz pomagać ojcu i macosze w uprawie ziemi i hodowli zwierząt. Ten cel wyznaczony przez Nausara podobał mu się już nieco mniej.
- Drzewo, które przyniosłem do domu, jest dosyć spore. – Tsoman zmienił nagle temat, aby zapobiec kolejnej scysji. - Oporządzenie go zajmie strasznie dużo czasu. Pomożesz mi, tato?
- Oczywiście, synu – odparł Nausar, starając się trzymać emocje na wodzy.
- Miałeś naprawić bramę do stodoły – powiedziała z wyrzutem Bansja.
- Z pewnością znajdziemy na to czas, we dwójkę szybciej się pracuje. - Chłopak po raz kolejny próbował złagodzić nastroje.
---Wszyscy przestali się odzywać i kontynuowali spożywanie posiłku. Tsoman skończył jako pierwszy i zajął nieco wygodniejszą pozycję na krześle. Zostało wykonane ręcznie przez Nausara, który wykształcił się na cieślę długo przed przybyciem na Lokamon. W cały domu można było podziwiać kunszt jego rzemiosła, od przepięknych zdobień na krokwiach po meble zbite z wręcz nadludzką precyzją. Twórca przytulnej posiadłości Hyruganów przeżuł ostatni kęs mięsa i razem z synem wyszli na zewnątrz, żeby pociąć drzewo. Bansja zajęła się sprzątaniem, przeklinając lenistwo mężczyzn, którzy nie raczyli nawet odnieść naczyń do kuchni.
*
---Tsoman obudził się późnym rankiem. Dzień spędzony na ciężkiej pracy mocno dawał się we znaki jego ciału. Zastanawiał się, jakie zdania dostanie do wykonania dzisiaj, w myślach jęcząc nad dolą człowieka nieposiadającego znacznego majątku. Każdy, któremu udało się dotrzeć na Lokamon, miał szansę zostać kimś wielkim. Tsoman słyszał wiele historii o ludziach podejmujących się wypraw w głąb lądu i znajdujących ogromne skarby. Nausar zadowalał się jednak spokojnym żywotem rzemieślnika w pierwszej osadzie na nowym kontynencie, pamiętającej jeszcze czasy sprzed zagłady Fyranu. Chłopak pragnął, żeby jego ojciec był odkrywcą, lecz nie dziwił się, dlaczego nim nie został. Jemu też nie chciałoby się tyle podróżować.
---Powoli otworzył powieki i wyjrzał przez okno. Słońce było już wysoko. Gdzieś w zakamarkach umysłu czaiła się najnowsza opowieść ojca, który wczoraj wieczorem znowu trochę wypił. Nie dowiedział się z niej nic interesującego. Świadomość otrzymania od matki wyjątkowo pięknych ubrań w prezencie na trzecie urodziny wcale nie czyniła go szczęśliwszym. Wygramolił się spod koca, wstał z łóżka, ubrał się i wyszedł ze swojego pokoju do wspólnej izby. Było pusto, Bansja i Nausar pewnie zajmowali się już sprawunkami za zewnątrz. Chata miała jeszcze dwie wydzielone sypialnie, jedną przeznaczoną dla gospodarzy i jedną pustą przygotowaną na powiększenie rodziny. Wzniesienie domu zajęło mnóstwo czasu, a praca była wymagająca nawet po ściągnięciu do pomocy dwóch robotników z pobliskiej osady, niemniej jednak Hyruganowie byli dumni ze swojego dzieła. Piękny odcień drzewa, przypominający nieco bursztyn, dodawał wnętrzu ciepła i przytulnej atmosfery. Tsoman do tej pory pamiętał, jak bardzo męczyli się przy wycince...
---Chłopak zakrztusił się wodą i nieomal wypuścił z rąk dzbanek. To, co zobaczył obok malutkiego pejzażu na pewno było twarzą. I to nie byle kogo. Odłożył naczynie na stół i jeszcze raz spojrzał w tamtą stronę. Ujrzał wizerunek Maniry, relief wystający z równej powierzchni ściany.
- Tsoman, moje dziecko... - przemówiła do niego płaskorzeźba.
- Czym ty jesteś?! - wrzasnął przestraszony młodzieniec.
- Twoją matką, Tsomanie. Nie poznajesz mnie?
---Nie wierzył własnym oczom. To coś było takie rzeczywiste, tak wiernie oddawało wszystkie szczegóły, i na dodatek się poruszało.
- Pewnie mam zwidy. - Tsoman wyparł się zmysłom, nieudolnie próbując mówić spokojnym tonem. - Idź precz, maro!
- Posłuchaj mnie. - Nawet jej głos był identyczny. - Nie wiem, jak się tutaj znalazłam, ale istnieję wewnątrz tego domu...
---Tsoman pospieszył w kierunku drzwi. Relief przesuwał się po ścianie, podążając za nim.
- Zaczekaj! - krzyknęła drewniana Manira.
---Chłopak jednak nie zwrócił na to uwagi i pokręcił głową, jak gdyby chciał otrząsnąć się ze snu. Wyszedł na zewnątrz, uwalniając się od dziwnej halucynacji. Starał się uspokoić i udawać, że nic się nie stało, aby nie wzbudzić podejrzeń. Ruszył w kierunku obory, mając nadzieje znaleźć tam ojca lub Bansję.
***
---Gonitwa myśli przetaczała się przez umysł Tsomana. Nie potrafił przekonać siebie, że został zwiedziony przez własne oczy. Jak każdy rodowity Fyrańczyk wierzył w istnienie duchów, lecz nagłe pojawienie się jego matki na ścianie domu porządnie nim wstrząsnęło. Mędrcy głosili, że dusze po śmierci udają się do raju, gdzie bytują w wiecznej szczęśliwości. Tsoman nie wiedział, dlaczego Manira miałaby nagle wrócić do świata żywych. Po Lokamonie krążyły plotki o ludziach parających się tajemnymi sztukami, którzy podobno byli w stanie uczynić różne cuda. Lecz kto mógłby zakląć osobę w drewnie?
---Chłopak powoli kończył układanie szczapek na rozpałkę w szopce. Wiedział, że prędzej czy później będzie musiał ponownie wejść do chaty, choćby po to, aby coś zjeść. Bał się tego, przewidując, iż dziwnym zachowaniem może zwrócić uwagę ojca i macochy. Gdy spotkał Bansję w oborze, ta uznała, że wygląda na mocno przestraszonego. Wykręcił się koszmarem, który podobno dręczył go w nocy.
---Wcisnął ostatni kawałek rozłupanego pniaka w szparę pomiędzy sufitem a resztą opału i wyszedł z drewutni. Zajrzał do obory, mając nadzieję, że będzie tam któryś z opiekunów i wyznaczy mu kolejne zadanie, odraczając tym samym powrót do domu. Ku rozczarowaniu zastał wyłącznie stałych bywalców, czyli świnie i kozy. Nausar nie wspominał nic o wybieraniu się do lasu. Nie było widać ich w okolicy, więc z pewnością robili coś w chatce. Przebywanie przez dłuższy czas na świeżym powietrzu bez wyraźnego powodu mogło wzbudzić jeszcze większe podejrzenia, zwłaszcza że aura dziś zbytnio nie dopisywała. Zacisnął pięści, po raz kolejny powtórzył w duchu, że nie stało się nic nadzwyczajnego, i ruszył w kierunku domu.
---Siedziba Hyruganów leżała w odległości sześciu dramekanów od Munabu, najbliższej ludzkiej osady, co gwarantowało jej mieszkańcom spokój, lecz z drugiej strony czasami zmuszało do całodziennych wypraw w celu skorzystania z usług kowala czy garncarza. Okolica, w której się osiedlili, była wyjątkowa. Soczyście zielone łąki rozciągały się wśród pagórków, zaś iglaste lasy pokrywały wyższe wzniesienia. W oddali na wschodzie majaczyły ośnieżone granie. Tsoman jednak nie myślał teraz o otaczających go krajobrazach. Niechętnie stawiał krok za krokiem na wydeptanej ścieżce, powoli zbliżając się do chaty. Słyszał stłumione krzyki Bansji i Nausara. Zastanawiał się, o co posprzeczali się tym razem. Na całe szczęście godzenie się przychodziło im łatwiej niż wszczynanie kłótni. Chłopak pociągnął za klamkę i wszedł do środka.
- To na pewno ma jakiś związek z nieczystymi sprawami! - oburzyła się macocha.
- Nie możemy postępować pochopnie. - Ojciec próbował ją uspokoić. - Może chciała nam coś przekazać?
- Najlepiej będzie pójść po Mędrca do Munabu. On coś zaradzi w tej sprawie.
- Gdybyś dała się jej wypowiedzieć, wiedzielibyśmy więcej.
- Jasne, obwiniaj mnie za to, że rzuciłam talerzem w Manirę, bo nagle pojawiła się na naszej ścianie! O mało co nie dostałam ataku serca!
---Tsoman przemieścił się z sieni do wspólnej izby, wprawiając swoich opiekunów w zakłopotanie.
- A co ty tutaj robisz? - zapytał ojciec.
- Ja też widziałem mamę, a raczej jej twarz – powiedział Tsoman, przyznając się tym samym do podsłuchiwania. - Dziś rano, tuż po tym, jak wstałem z łóżka.
- Skoro pojawiła się tu wcześniej, być może wróci ponownie – zauważył Nausar.
- Jestem tu przez cały czas – usłyszeli głos za swoimi plecami. Relief Maniry umiejscowił się tuż obok glinianego kominka.
- Jak to możliwe? - zdziwiła się Bansja.
- Nie mam pojęcia – odparła Manira. - Po prostu znalazłam się tu poprzedniej nocy. Mogę się ukazywać i chować, ale jestem cały czas obecna w tym domu, w ścianach, w podłodze, w dachu.
- Byłaś w raju? - chciał się dowiedzieć Nausar. - Dlaczego wróciłaś do świata żywych?
- Nie widziałam raju. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętam, był moment śmierci.
- Za tym muszą stać jakieś złe siły – stwierdziła macocha Tsomana.
- Nie potrafię powiedzieć, co jest tego przyczyną. Czuję się normalnie, widzę i słyszę to co dzieje się wewnątrz, poprawnie myślę. Tylko, że jestem zaklęta w drewnie...
- Może istnieje jakiś sposób, żeby cię stąd wydostać? - rzekł Nausar z nadzieją w głosie. Oczy Bansji momentalnie zaświeciły się ze złości.
- Powinniśmy umożliwić ci powrót do raju – zasugerowała jedyna kobieta z krwi i kości w towarzystwie. - Poradzimy się Mędrca Jesoma.
- Nie ulega wątpliwości, że lepiej przebywać w raju niż w deskach. Lecz z drugiej strony, cieszę się, że jestem tu z wami. Na pewno macie dużo do opowiedzenia. Wiele rzeczy się pozmieniało... Dosyć szybko zajęłaś się moim mężem, Bansjo.
---Nausar i jego partnerka poczerwienieli ze wstydu. Mężczyzna próbował wytłumaczyć się z podjętej decyzji.
- Nie wiedziałem, że kiedyś wrócisz na ziemię. A po drugiej stronie życia wszyscy kochają się tak samo...
- Mniejsza z tym. Gdzie jest Majuk? Czyżby założył już własną rodzinę?
- Tak. Mieszka w Kalumie razem z Nimeną. Dostaliśmy od nich list trzy oktawy temu, dobrze im się wiedzie, spodziewają się dziecka.
---Tsoman powoli zaczynał mieć dosyć absurdalności obecnej sytuacji. Ojciec był niesamowicie podekscytowany, Bansja zaś mocno zdenerwowana. Żadnemu z nich nie zdawało się jednak przeszkadzać, że prowadzą konwersację z płaskorzeźbą. W pewnym momencie chłopak nie wytrzymał napięcia.
- To nonsens! Czy my jesteśmy nienormalni? Dlaczego rozmawiamy ze ścianą?!
---Obrócił się na pięcie i wybiegł z domu.
***
---W ciągu ostatniej oktawy atmosfera w rodzinie Hyruganów stała się nie do zniesienia. Całe zajście zdziwiło Mędrca Jesoma w równym stopniu co mieszkańców domu. Nie był w stanie pomóc im w żaden sposób, tłumacząc się brakiem wiedzy. Polecił im, aby starali się zachować pokój między sobą i nie wszczynali kłótni. Przychodziło im to jednak z wielkim trudem.
---Bansję denerwowało to, że znajdowali się pod ciągłą obserwacją jej poprzedniczki. Kobiety często obrzucały się uszczypliwymi komentarzami. Macocha Tsomana uważała, że czas Maniry minął i nie powinna się wtrącać w ich życie. Ta z kolei obwiniała Bansję o fałszywość i manipulowanie Nausarem.
---Zachowanie mężczyzny nie sprzyjało budowaniu przyjaznych relacji. Spędzał dużo czasu na rozmowach ze zmarłą żoną, wzbudzając zazdrość u Bansji. Raz przyłapała go na tym, jak całował drewniany relief. Tego dnia najbardziej ucierpiała zastawa stołowa, która skurczyła się niemal do połowy poprzedniego stanu.
---Tsoman mimo początkowej niechęci powoli zaczął akceptować fakt, że matka będzie towarzyszyć im przez dłuższy czas. Pragnął tylko, żeby dorośli wreszcie doszli do porozumienia. Niespodziewany powrót Maniry w dziwnej formie nie zrobił na nim aż takiego wrażenia jak na Nausarze. Strata matki bardzo zabolała chłopaka, jednak zdążył pozbierać się dosyć szybko. Był nauczony dostosowywać się do ciągle zmieniających się warunków. Miał cztery lata, gdy razem z rodzicami i bratem uciekł z trawionego lodowym ogniem kontynentu. Niewyobrażalna katastrofa kosztowała życie większość rozumnych istot stąpających w owym czasie po tym świecie, a przynajmniej tak zdawało się tym, którzy przeżyli. Nie wiedzieli bowiem, czy gdziekolwiek indziej znajdują się zamieszkałe ziemie. Fyran, kolebkę ludzkości, unicestwiła katastrofa przewidziana przez Bezimiennego Proroka. Ci, którzy uwierzyli jego przepowiedniom, zawczasu udali się na Lokamon, położony dwa tysiące dramekanów na wschód. Plotki głosiły, że był znacznie rozleglejszy od Fyranu i nie było na nim śladu tubylców. Jego kolonizację podjęto jeszcze przed zagładą, lecz na stałe przebywało tam nie więcej niż trzy tysiące dusz. Rozsądne szacunki zakładały, że w wyniku masowej emigracji przybyło ich kolejne czterdzieści tysięcy. Niewiele, zważywszy na to, że ciała milionów spoczywały teraz zamrożone na górach lodowych, pływających kawałkach Fyranu. Nadzieję na odbudowę cywilizacji spoczywała na barkach Tsomana i jego rówieśników.
---Syn Nausara był obciążony nie tylko odpowiedzialnością za przyszłość, lecz także kolejną marafmą targaną do domu. Ta miała być już ostatnia, opał ledwo mieścił się w drewutni. Perspektywa końca roboty dodawała mu otuchy, sprawiając, że przyspieszył krok. I tak przybył na miejsce za późno, by zapobiec wydarzeniom, które na zawsze zmieniły jego życie.
---Słup dymu unosił się nad chatą. Chłopak puścił drzewo i podbiegł do niej. Pomarańczowe jęzory ognia trawiły siedzibę Hyruganów, zwęglając miesiące ciężkiej pracy. Bardziej przerażające były jednak dwa nieruchome, zakrwawione ciała leżące na ziemi.
***
- Dlaczego to zrobiłaś?!
- Miałam już dosyć tego obłędu! Nie możemy żyć razem z duchem!
- Ale to był jedyny sposób na kontakt z Manirą!
- Chciałam, ci pomóc. To nie prowadziłoby do niczego...
- Nie chciałaś pomóc mi, chciałaś pomóc sobie! Manira od zawsze ci przeszkadzała! Zapłacisz mi za to, suko!
---Nausar wyciągnął z kieszeni nóż i dźgnął nim Bansję w pierś. Kobieta zawyła z bólu i osunęła się z łoskotem na podłoże. Ojciec Tsomana dyszał ciężko, nabuzowany szaleńczym gniewem. Chaty nie dało się już ugasić, pożar objął cały budynek. Poszedł tylko nakarmić świnie w oborze, a ona wykorzystała to, żeby zniszczyć jego marzenia o odzyskaniu żony. Czuł się całkowicie bezradny. Lecz wiedział, że się mylił. Był jeszcze inny sposób na połączenie się z Manirą.
***
---Tsoman domyślał się, co mogło się stać. W pierwszym momencie żałował, że nie pospieszył się ze ścięciem drzewa. Jednak po chwili uświadomił sobie, że nie zawróci czasu, otarł łzy i zaczął kombinować nad tym, co z tym wszystkim zrobić. Mógłby udać do Munabu i poprosić mieszkańców o pomoc. Hyruganowie czasami odwiedzali wioskę i mieli tam kilku znajomych. Tsoman bał się jednak, że nie uwierzą w to, co im opowie, i obarczą go winą za śmierć Bansji i Nausara. A nawet jeśli jakoś by to wyjaśnił, nosiłby na sobie piętno sieroty, opuszczonego przez los. Nie chciał tego. Wolał nie wracać też do Kalumu. Majuk miał już dosyć własnych problemów. Na Lokamonie czekało mnóstwo miejsc, w których mógł zacząć życie na nowo, samodzielnie. Wybór padł na Vydar, sporą osadę położoną po drugiej stronie lasu, prawie trzynaście dramekanów stąd. Ani on, ani jego opiekunowie nigdy się tam nie zjawili, co gwarantowało pożądaną anonimowość. Zanim wyruszył, musiał jednak chwilę odpocząć, zebrać potrzebne rzeczy i dokończyć kilka spraw. Wykopał skrzynkę z oszczędnościami i puścił zwierzęta wolno, wcześniej wydoiwszy kozę i wypiwszy trochę mleka. To jedyne, czym mógł wypełnić żołądek. Zapasy spłonęły wraz z chatą, a zabicie i przyrządzenie świni zajęłoby zbyt dużo czasu. Dym na pewno przyciągnął uwagę kogoś z Munabu, więc Tsoman uznał, że lepiej będzie jak najszybciej opuścić to miejsce. W duchu dziękował, że nie minęło jeszcze południe. Miał szansę dotrzeć do Vydaru przed zmrokiem.
---Nie zdobył się na pochowanie Bansji i Nausara. Bał się dotknąć ciał, poza tym munabańczycy zyskaliby pewność, że żyje. Co więcej, ręka Nausara zaciśnięta na nożu wbitym we własne żebra jawnie wskazywała na samobójstwo i oczyszczała Tsomana z potencjalnych zarzutów. Tak przynajmniej mu się wydawało.
---Niestety, żadne torby ani plecaki nie ocalały z pożaru, więc nie mógł wziąć ze sobą wiele. Ograniczył się do siekiery, manierki zabranej wcześniej na wyprawę do lasu i ponownie napełnionej mlekiem oraz kilku złotych monet wyciągniętych ze skrytki. Spojrzał jeszcze raz na martwe ciała, zacisnął pięści i ruszył w drogę.
***
- Co tu się stało? - zapytał Cydas.
- Wygląda na poważną sprawę – stwierdziła Paquai. - Dwa trupy, w tym jeden, który najprawdopodobniej sam pozbawił się życia. No i ta zjarana chałupa...
- Rozejrzyjmy się się, może znajdziemy coś ciekawego – zaproponował podróżnik.
---Dwójka objuczonych wędrowców zaczęła kręcić się po okolicy. Natknęli się na niewielką dziurę w ziemi, pustą oborę i szopkę zapchaną drewnem. Najbardziej zaintrygowały ich jednak zgliszcza domu.
- Wygląda na to, że zbudowano ją z dziwnego drzewa, które widzieliśmy w tamtym lesie – powiedziała Paquai, pokazując towarzyszowi kawałek lekko zwęglonej belki.
- Rzeczywiście. Nie rozumiem tylko, po co komu chata wykonana z surowca o tak ogromnej pojemności magicznej?
- Mogli nie być tego świadomi. Ta roślina nie występuje na wybrzeżu. Sądzę, iż jesteśmy pierwszymi, którzy odkryli jej właściwości.
- Musimy przekazać nasze doświadczenia innym. Trzeba jak najprędzej dotrzeć do Kalumu, można też sprzedać trochę opowieści po drodze.
- Spójrz na to... – Paquai wyciągnęła palec w kierunku spalonej deski, na której widniała wyrzeźbiona twarz, zastygła w grymasie strachu.
- Wolę nie wiedzieć czym to jest...
***
---I tak oto rozpoczęło się dorosłe życie Tsomana, przedwcześnie wymuszone przez czyny przez jego ojca, który swoimi opowieściami nieświadomie przeniósł osobowość zmarłej żony na chatę wykonaną z magicznego drewna. Ta historia jest jedną z wielu opowieści o kolonizatorach Lokamonu, wraz z biegiem czasu odkrywających coraz więcej tajemnic otaczającego ich świata...
---Marsz przez las strasznie się dłużył. Trasę znał już na pamięć. Zbliżająca się zima oznaczała częste wyprawy po opał. Ojciec uznał, że lepiej będzie zgromadzić zapasy teraz, niż przedzierać się przez śniegi, by uzupełniać je na bieżąco. Nigdy nie protestował, gdy robota spadała na niego. Lubił samotne spacery, lecz teraz marzył jedynie o ciepłym posiłku.
---Przybywszy na skraj boru, był już w stanie dostrzec chatę otoczoną zaoranym poletkiem. Jej wznoszenie ukończyli całkiem niedawno, bo niecałe cztery oktawy temu. Do budowy użyli pięknego drewna o jasnobrązowym odcieniu. Było wyjątkowo twarde, a przy tym lekkie. Ojciec mówił, że takie drzewa nie rosły na Fyranie. Chłopak nie miał prawa tego pamiętać, więc traktował to jako ciekawostkę. Najważniejsze dla niego było solidność i ciepło, których nie gwarantowało poprzednie schronienie w Kalum na wybrzeżu. Majuk został tam wraz ze swoją narzeczoną. Tsoman nie dziwił się tej decyzji. Brat miał dosyć ojca i chciał założyć własną rodzinę. On sam miał już mocno zszargane nerwy przez postawę Nausara, lecz radzenie sobie w życiu na własną rękę wydawało się jak na razie gorszą opcją.
---Gdy dotarł na miejsce, zostawił drzewo na podwórzu i wszedł do środka. W nozdrza uderzył go zapach duszonego mięsa.
- Co dziś na obiad? - zapytał podochocony.
- Potrawka z polędwicy – odparł ciepły głos należący do kobiety w średnim wieku.
- Doskonale! To moje ulubione danie – wyznał z radością Tsoman.
- Masz taki sam gust jak matka – odezwał się Nausar.
---Młodzieniec nieco posmutniał. Umarła na nieznaną chorobę dwa lata temu. Ojciec nie potrafił się z tym pogodzić. Choć znalazł nową partnerkę, wciąż wspominał o miłości swojego życia. Czasami, kiedy wypił za dużo samogonu, opowiadał młodszemu synowi o ich pierwszych latach spędzonych razem. Tsomanowi miał w zwyczaju ignorować nudzące go historie, i jeśli nie miał ochoty ich słuchać po prostu kładł się spać, lecz Nausar nie zwracał na to uwagi i dalej plótł pogrążony w alkoholowej melancholii.
---Bansja postawiła na stole garnek z przyrządzoną wieprzowiną, po czym doniosła talerze i sztućce. Tsoman usiadł na krześle i grzecznie czekał, aż ojciec i macocha nałożą swoje porcje. Wiele razy zastanawiał się nad tym, jak wielką i niemalże bezwarunkową miłością Bansja musi darzyć Nausara. Ten człowiek żył przeszłością. Prawdziwą uczuciem darzył jedynie Manirę, matkę Tsomana. Kimkolwiek nie byłaby nowa kobieta, i tak traktowałby ją tylko jako gospodynię domową dodatkowo ogrzewającą łoże.
---Zdawało się jednak, że Bansji przynajmniej częściowo to wystarcza. Była samotna przez bardzo długi czas. Jej rodzina zginęła w zagładzie Fyranu. Na statku transportującym uciekinierów poznała Nausara i Manirę i z czasem została najbliższą przyjaciółką rodziny Hyruganów. Choć nigdy wcześniej nie okazywała tego wprost, czuła coś do ojca Tsomana, więc oczywistym faktem było, że po śmierci Maniry prędzej czy później zastąpi ją.
- Dlaczego zamilkliście? Czyżby nie podobało wam się...
- Och, daj spokój, Nausarze – przerwała mu kobieta. - Rozmawialiśmy ten temat setki razy. Ta strata dotknęła cię o wiele bardziej niż kogokolwiek innego, ale nie możesz ciągle babrać się we wspomnieniach.
---Bliscy dokładali wszelkich starań, żeby wdowiec rozpoczął życie na nowo. Stary dom w Kalum, w którym Hyruganowie mieszkali przez dwanaście lat, wciąż przypominał mu o zmarłej żonie, więc Bansja nalegała na przeprowadzkę w głąb lądu. Ten pomysł spodobał się Majukowi, który mimo szczerych chęci po pewnym czasie miał już dosyć smutków i żali ojca. Pierworodny syn Nausara zorganizował transport dobytku po okazyjnej cenie i obiecał pomoc przy wznoszeniu chaty. Po kilku miesiącach błagań głowa rodziny ostatecznie została przekonana i razem wyruszyli w poszukiwaniu dogodnej siedziby. Osiedli na górzystym terenie, niecałe dwieście pięćdziesiąt dramekanów na wschód od Kalum. Rejony te dopiero były kolonizowane, więc mogli przebierać pomiędzy nienależącymi do nikogo połaciami ziemi. Tsomanowi nie widziało się bytowanie na odludziu, lecz jego brat nie zgodził się na to, żeby został razem z nim w Kalum. Pocieszał się świadomością, że za góra rok miał opuścić dom w celu zarobienia pierwszych pieniędzy i znalezienia towarzyszki życia. Druga część planu zakładała ponowne sprowadzenie do rodzinnego gniazda, aby spłodzić potomków oraz pomagać ojcu i macosze w uprawie ziemi i hodowli zwierząt. Ten cel wyznaczony przez Nausara podobał mu się już nieco mniej.
- Drzewo, które przyniosłem do domu, jest dosyć spore. – Tsoman zmienił nagle temat, aby zapobiec kolejnej scysji. - Oporządzenie go zajmie strasznie dużo czasu. Pomożesz mi, tato?
- Oczywiście, synu – odparł Nausar, starając się trzymać emocje na wodzy.
- Miałeś naprawić bramę do stodoły – powiedziała z wyrzutem Bansja.
- Z pewnością znajdziemy na to czas, we dwójkę szybciej się pracuje. - Chłopak po raz kolejny próbował złagodzić nastroje.
---Wszyscy przestali się odzywać i kontynuowali spożywanie posiłku. Tsoman skończył jako pierwszy i zajął nieco wygodniejszą pozycję na krześle. Zostało wykonane ręcznie przez Nausara, który wykształcił się na cieślę długo przed przybyciem na Lokamon. W cały domu można było podziwiać kunszt jego rzemiosła, od przepięknych zdobień na krokwiach po meble zbite z wręcz nadludzką precyzją. Twórca przytulnej posiadłości Hyruganów przeżuł ostatni kęs mięsa i razem z synem wyszli na zewnątrz, żeby pociąć drzewo. Bansja zajęła się sprzątaniem, przeklinając lenistwo mężczyzn, którzy nie raczyli nawet odnieść naczyń do kuchni.
*
---Tsoman obudził się późnym rankiem. Dzień spędzony na ciężkiej pracy mocno dawał się we znaki jego ciału. Zastanawiał się, jakie zdania dostanie do wykonania dzisiaj, w myślach jęcząc nad dolą człowieka nieposiadającego znacznego majątku. Każdy, któremu udało się dotrzeć na Lokamon, miał szansę zostać kimś wielkim. Tsoman słyszał wiele historii o ludziach podejmujących się wypraw w głąb lądu i znajdujących ogromne skarby. Nausar zadowalał się jednak spokojnym żywotem rzemieślnika w pierwszej osadzie na nowym kontynencie, pamiętającej jeszcze czasy sprzed zagłady Fyranu. Chłopak pragnął, żeby jego ojciec był odkrywcą, lecz nie dziwił się, dlaczego nim nie został. Jemu też nie chciałoby się tyle podróżować.
---Powoli otworzył powieki i wyjrzał przez okno. Słońce było już wysoko. Gdzieś w zakamarkach umysłu czaiła się najnowsza opowieść ojca, który wczoraj wieczorem znowu trochę wypił. Nie dowiedział się z niej nic interesującego. Świadomość otrzymania od matki wyjątkowo pięknych ubrań w prezencie na trzecie urodziny wcale nie czyniła go szczęśliwszym. Wygramolił się spod koca, wstał z łóżka, ubrał się i wyszedł ze swojego pokoju do wspólnej izby. Było pusto, Bansja i Nausar pewnie zajmowali się już sprawunkami za zewnątrz. Chata miała jeszcze dwie wydzielone sypialnie, jedną przeznaczoną dla gospodarzy i jedną pustą przygotowaną na powiększenie rodziny. Wzniesienie domu zajęło mnóstwo czasu, a praca była wymagająca nawet po ściągnięciu do pomocy dwóch robotników z pobliskiej osady, niemniej jednak Hyruganowie byli dumni ze swojego dzieła. Piękny odcień drzewa, przypominający nieco bursztyn, dodawał wnętrzu ciepła i przytulnej atmosfery. Tsoman do tej pory pamiętał, jak bardzo męczyli się przy wycince...
---Chłopak zakrztusił się wodą i nieomal wypuścił z rąk dzbanek. To, co zobaczył obok malutkiego pejzażu na pewno było twarzą. I to nie byle kogo. Odłożył naczynie na stół i jeszcze raz spojrzał w tamtą stronę. Ujrzał wizerunek Maniry, relief wystający z równej powierzchni ściany.
- Tsoman, moje dziecko... - przemówiła do niego płaskorzeźba.
- Czym ty jesteś?! - wrzasnął przestraszony młodzieniec.
- Twoją matką, Tsomanie. Nie poznajesz mnie?
---Nie wierzył własnym oczom. To coś było takie rzeczywiste, tak wiernie oddawało wszystkie szczegóły, i na dodatek się poruszało.
- Pewnie mam zwidy. - Tsoman wyparł się zmysłom, nieudolnie próbując mówić spokojnym tonem. - Idź precz, maro!
- Posłuchaj mnie. - Nawet jej głos był identyczny. - Nie wiem, jak się tutaj znalazłam, ale istnieję wewnątrz tego domu...
---Tsoman pospieszył w kierunku drzwi. Relief przesuwał się po ścianie, podążając za nim.
- Zaczekaj! - krzyknęła drewniana Manira.
---Chłopak jednak nie zwrócił na to uwagi i pokręcił głową, jak gdyby chciał otrząsnąć się ze snu. Wyszedł na zewnątrz, uwalniając się od dziwnej halucynacji. Starał się uspokoić i udawać, że nic się nie stało, aby nie wzbudzić podejrzeń. Ruszył w kierunku obory, mając nadzieje znaleźć tam ojca lub Bansję.
***
---Gonitwa myśli przetaczała się przez umysł Tsomana. Nie potrafił przekonać siebie, że został zwiedziony przez własne oczy. Jak każdy rodowity Fyrańczyk wierzył w istnienie duchów, lecz nagłe pojawienie się jego matki na ścianie domu porządnie nim wstrząsnęło. Mędrcy głosili, że dusze po śmierci udają się do raju, gdzie bytują w wiecznej szczęśliwości. Tsoman nie wiedział, dlaczego Manira miałaby nagle wrócić do świata żywych. Po Lokamonie krążyły plotki o ludziach parających się tajemnymi sztukami, którzy podobno byli w stanie uczynić różne cuda. Lecz kto mógłby zakląć osobę w drewnie?
---Chłopak powoli kończył układanie szczapek na rozpałkę w szopce. Wiedział, że prędzej czy później będzie musiał ponownie wejść do chaty, choćby po to, aby coś zjeść. Bał się tego, przewidując, iż dziwnym zachowaniem może zwrócić uwagę ojca i macochy. Gdy spotkał Bansję w oborze, ta uznała, że wygląda na mocno przestraszonego. Wykręcił się koszmarem, który podobno dręczył go w nocy.
---Wcisnął ostatni kawałek rozłupanego pniaka w szparę pomiędzy sufitem a resztą opału i wyszedł z drewutni. Zajrzał do obory, mając nadzieję, że będzie tam któryś z opiekunów i wyznaczy mu kolejne zadanie, odraczając tym samym powrót do domu. Ku rozczarowaniu zastał wyłącznie stałych bywalców, czyli świnie i kozy. Nausar nie wspominał nic o wybieraniu się do lasu. Nie było widać ich w okolicy, więc z pewnością robili coś w chatce. Przebywanie przez dłuższy czas na świeżym powietrzu bez wyraźnego powodu mogło wzbudzić jeszcze większe podejrzenia, zwłaszcza że aura dziś zbytnio nie dopisywała. Zacisnął pięści, po raz kolejny powtórzył w duchu, że nie stało się nic nadzwyczajnego, i ruszył w kierunku domu.
---Siedziba Hyruganów leżała w odległości sześciu dramekanów od Munabu, najbliższej ludzkiej osady, co gwarantowało jej mieszkańcom spokój, lecz z drugiej strony czasami zmuszało do całodziennych wypraw w celu skorzystania z usług kowala czy garncarza. Okolica, w której się osiedlili, była wyjątkowa. Soczyście zielone łąki rozciągały się wśród pagórków, zaś iglaste lasy pokrywały wyższe wzniesienia. W oddali na wschodzie majaczyły ośnieżone granie. Tsoman jednak nie myślał teraz o otaczających go krajobrazach. Niechętnie stawiał krok za krokiem na wydeptanej ścieżce, powoli zbliżając się do chaty. Słyszał stłumione krzyki Bansji i Nausara. Zastanawiał się, o co posprzeczali się tym razem. Na całe szczęście godzenie się przychodziło im łatwiej niż wszczynanie kłótni. Chłopak pociągnął za klamkę i wszedł do środka.
- To na pewno ma jakiś związek z nieczystymi sprawami! - oburzyła się macocha.
- Nie możemy postępować pochopnie. - Ojciec próbował ją uspokoić. - Może chciała nam coś przekazać?
- Najlepiej będzie pójść po Mędrca do Munabu. On coś zaradzi w tej sprawie.
- Gdybyś dała się jej wypowiedzieć, wiedzielibyśmy więcej.
- Jasne, obwiniaj mnie za to, że rzuciłam talerzem w Manirę, bo nagle pojawiła się na naszej ścianie! O mało co nie dostałam ataku serca!
---Tsoman przemieścił się z sieni do wspólnej izby, wprawiając swoich opiekunów w zakłopotanie.
- A co ty tutaj robisz? - zapytał ojciec.
- Ja też widziałem mamę, a raczej jej twarz – powiedział Tsoman, przyznając się tym samym do podsłuchiwania. - Dziś rano, tuż po tym, jak wstałem z łóżka.
- Skoro pojawiła się tu wcześniej, być może wróci ponownie – zauważył Nausar.
- Jestem tu przez cały czas – usłyszeli głos za swoimi plecami. Relief Maniry umiejscowił się tuż obok glinianego kominka.
- Jak to możliwe? - zdziwiła się Bansja.
- Nie mam pojęcia – odparła Manira. - Po prostu znalazłam się tu poprzedniej nocy. Mogę się ukazywać i chować, ale jestem cały czas obecna w tym domu, w ścianach, w podłodze, w dachu.
- Byłaś w raju? - chciał się dowiedzieć Nausar. - Dlaczego wróciłaś do świata żywych?
- Nie widziałam raju. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętam, był moment śmierci.
- Za tym muszą stać jakieś złe siły – stwierdziła macocha Tsomana.
- Nie potrafię powiedzieć, co jest tego przyczyną. Czuję się normalnie, widzę i słyszę to co dzieje się wewnątrz, poprawnie myślę. Tylko, że jestem zaklęta w drewnie...
- Może istnieje jakiś sposób, żeby cię stąd wydostać? - rzekł Nausar z nadzieją w głosie. Oczy Bansji momentalnie zaświeciły się ze złości.
- Powinniśmy umożliwić ci powrót do raju – zasugerowała jedyna kobieta z krwi i kości w towarzystwie. - Poradzimy się Mędrca Jesoma.
- Nie ulega wątpliwości, że lepiej przebywać w raju niż w deskach. Lecz z drugiej strony, cieszę się, że jestem tu z wami. Na pewno macie dużo do opowiedzenia. Wiele rzeczy się pozmieniało... Dosyć szybko zajęłaś się moim mężem, Bansjo.
---Nausar i jego partnerka poczerwienieli ze wstydu. Mężczyzna próbował wytłumaczyć się z podjętej decyzji.
- Nie wiedziałem, że kiedyś wrócisz na ziemię. A po drugiej stronie życia wszyscy kochają się tak samo...
- Mniejsza z tym. Gdzie jest Majuk? Czyżby założył już własną rodzinę?
- Tak. Mieszka w Kalumie razem z Nimeną. Dostaliśmy od nich list trzy oktawy temu, dobrze im się wiedzie, spodziewają się dziecka.
---Tsoman powoli zaczynał mieć dosyć absurdalności obecnej sytuacji. Ojciec był niesamowicie podekscytowany, Bansja zaś mocno zdenerwowana. Żadnemu z nich nie zdawało się jednak przeszkadzać, że prowadzą konwersację z płaskorzeźbą. W pewnym momencie chłopak nie wytrzymał napięcia.
- To nonsens! Czy my jesteśmy nienormalni? Dlaczego rozmawiamy ze ścianą?!
---Obrócił się na pięcie i wybiegł z domu.
***
---W ciągu ostatniej oktawy atmosfera w rodzinie Hyruganów stała się nie do zniesienia. Całe zajście zdziwiło Mędrca Jesoma w równym stopniu co mieszkańców domu. Nie był w stanie pomóc im w żaden sposób, tłumacząc się brakiem wiedzy. Polecił im, aby starali się zachować pokój między sobą i nie wszczynali kłótni. Przychodziło im to jednak z wielkim trudem.
---Bansję denerwowało to, że znajdowali się pod ciągłą obserwacją jej poprzedniczki. Kobiety często obrzucały się uszczypliwymi komentarzami. Macocha Tsomana uważała, że czas Maniry minął i nie powinna się wtrącać w ich życie. Ta z kolei obwiniała Bansję o fałszywość i manipulowanie Nausarem.
---Zachowanie mężczyzny nie sprzyjało budowaniu przyjaznych relacji. Spędzał dużo czasu na rozmowach ze zmarłą żoną, wzbudzając zazdrość u Bansji. Raz przyłapała go na tym, jak całował drewniany relief. Tego dnia najbardziej ucierpiała zastawa stołowa, która skurczyła się niemal do połowy poprzedniego stanu.
---Tsoman mimo początkowej niechęci powoli zaczął akceptować fakt, że matka będzie towarzyszyć im przez dłuższy czas. Pragnął tylko, żeby dorośli wreszcie doszli do porozumienia. Niespodziewany powrót Maniry w dziwnej formie nie zrobił na nim aż takiego wrażenia jak na Nausarze. Strata matki bardzo zabolała chłopaka, jednak zdążył pozbierać się dosyć szybko. Był nauczony dostosowywać się do ciągle zmieniających się warunków. Miał cztery lata, gdy razem z rodzicami i bratem uciekł z trawionego lodowym ogniem kontynentu. Niewyobrażalna katastrofa kosztowała życie większość rozumnych istot stąpających w owym czasie po tym świecie, a przynajmniej tak zdawało się tym, którzy przeżyli. Nie wiedzieli bowiem, czy gdziekolwiek indziej znajdują się zamieszkałe ziemie. Fyran, kolebkę ludzkości, unicestwiła katastrofa przewidziana przez Bezimiennego Proroka. Ci, którzy uwierzyli jego przepowiedniom, zawczasu udali się na Lokamon, położony dwa tysiące dramekanów na wschód. Plotki głosiły, że był znacznie rozleglejszy od Fyranu i nie było na nim śladu tubylców. Jego kolonizację podjęto jeszcze przed zagładą, lecz na stałe przebywało tam nie więcej niż trzy tysiące dusz. Rozsądne szacunki zakładały, że w wyniku masowej emigracji przybyło ich kolejne czterdzieści tysięcy. Niewiele, zważywszy na to, że ciała milionów spoczywały teraz zamrożone na górach lodowych, pływających kawałkach Fyranu. Nadzieję na odbudowę cywilizacji spoczywała na barkach Tsomana i jego rówieśników.
---Syn Nausara był obciążony nie tylko odpowiedzialnością za przyszłość, lecz także kolejną marafmą targaną do domu. Ta miała być już ostatnia, opał ledwo mieścił się w drewutni. Perspektywa końca roboty dodawała mu otuchy, sprawiając, że przyspieszył krok. I tak przybył na miejsce za późno, by zapobiec wydarzeniom, które na zawsze zmieniły jego życie.
---Słup dymu unosił się nad chatą. Chłopak puścił drzewo i podbiegł do niej. Pomarańczowe jęzory ognia trawiły siedzibę Hyruganów, zwęglając miesiące ciężkiej pracy. Bardziej przerażające były jednak dwa nieruchome, zakrwawione ciała leżące na ziemi.
***
- Dlaczego to zrobiłaś?!
- Miałam już dosyć tego obłędu! Nie możemy żyć razem z duchem!
- Ale to był jedyny sposób na kontakt z Manirą!
- Chciałam, ci pomóc. To nie prowadziłoby do niczego...
- Nie chciałaś pomóc mi, chciałaś pomóc sobie! Manira od zawsze ci przeszkadzała! Zapłacisz mi za to, suko!
---Nausar wyciągnął z kieszeni nóż i dźgnął nim Bansję w pierś. Kobieta zawyła z bólu i osunęła się z łoskotem na podłoże. Ojciec Tsomana dyszał ciężko, nabuzowany szaleńczym gniewem. Chaty nie dało się już ugasić, pożar objął cały budynek. Poszedł tylko nakarmić świnie w oborze, a ona wykorzystała to, żeby zniszczyć jego marzenia o odzyskaniu żony. Czuł się całkowicie bezradny. Lecz wiedział, że się mylił. Był jeszcze inny sposób na połączenie się z Manirą.
***
---Tsoman domyślał się, co mogło się stać. W pierwszym momencie żałował, że nie pospieszył się ze ścięciem drzewa. Jednak po chwili uświadomił sobie, że nie zawróci czasu, otarł łzy i zaczął kombinować nad tym, co z tym wszystkim zrobić. Mógłby udać do Munabu i poprosić mieszkańców o pomoc. Hyruganowie czasami odwiedzali wioskę i mieli tam kilku znajomych. Tsoman bał się jednak, że nie uwierzą w to, co im opowie, i obarczą go winą za śmierć Bansji i Nausara. A nawet jeśli jakoś by to wyjaśnił, nosiłby na sobie piętno sieroty, opuszczonego przez los. Nie chciał tego. Wolał nie wracać też do Kalumu. Majuk miał już dosyć własnych problemów. Na Lokamonie czekało mnóstwo miejsc, w których mógł zacząć życie na nowo, samodzielnie. Wybór padł na Vydar, sporą osadę położoną po drugiej stronie lasu, prawie trzynaście dramekanów stąd. Ani on, ani jego opiekunowie nigdy się tam nie zjawili, co gwarantowało pożądaną anonimowość. Zanim wyruszył, musiał jednak chwilę odpocząć, zebrać potrzebne rzeczy i dokończyć kilka spraw. Wykopał skrzynkę z oszczędnościami i puścił zwierzęta wolno, wcześniej wydoiwszy kozę i wypiwszy trochę mleka. To jedyne, czym mógł wypełnić żołądek. Zapasy spłonęły wraz z chatą, a zabicie i przyrządzenie świni zajęłoby zbyt dużo czasu. Dym na pewno przyciągnął uwagę kogoś z Munabu, więc Tsoman uznał, że lepiej będzie jak najszybciej opuścić to miejsce. W duchu dziękował, że nie minęło jeszcze południe. Miał szansę dotrzeć do Vydaru przed zmrokiem.
---Nie zdobył się na pochowanie Bansji i Nausara. Bał się dotknąć ciał, poza tym munabańczycy zyskaliby pewność, że żyje. Co więcej, ręka Nausara zaciśnięta na nożu wbitym we własne żebra jawnie wskazywała na samobójstwo i oczyszczała Tsomana z potencjalnych zarzutów. Tak przynajmniej mu się wydawało.
---Niestety, żadne torby ani plecaki nie ocalały z pożaru, więc nie mógł wziąć ze sobą wiele. Ograniczył się do siekiery, manierki zabranej wcześniej na wyprawę do lasu i ponownie napełnionej mlekiem oraz kilku złotych monet wyciągniętych ze skrytki. Spojrzał jeszcze raz na martwe ciała, zacisnął pięści i ruszył w drogę.
***
- Co tu się stało? - zapytał Cydas.
- Wygląda na poważną sprawę – stwierdziła Paquai. - Dwa trupy, w tym jeden, który najprawdopodobniej sam pozbawił się życia. No i ta zjarana chałupa...
- Rozejrzyjmy się się, może znajdziemy coś ciekawego – zaproponował podróżnik.
---Dwójka objuczonych wędrowców zaczęła kręcić się po okolicy. Natknęli się na niewielką dziurę w ziemi, pustą oborę i szopkę zapchaną drewnem. Najbardziej zaintrygowały ich jednak zgliszcza domu.
- Wygląda na to, że zbudowano ją z dziwnego drzewa, które widzieliśmy w tamtym lesie – powiedziała Paquai, pokazując towarzyszowi kawałek lekko zwęglonej belki.
- Rzeczywiście. Nie rozumiem tylko, po co komu chata wykonana z surowca o tak ogromnej pojemności magicznej?
- Mogli nie być tego świadomi. Ta roślina nie występuje na wybrzeżu. Sądzę, iż jesteśmy pierwszymi, którzy odkryli jej właściwości.
- Musimy przekazać nasze doświadczenia innym. Trzeba jak najprędzej dotrzeć do Kalumu, można też sprzedać trochę opowieści po drodze.
- Spójrz na to... – Paquai wyciągnęła palec w kierunku spalonej deski, na której widniała wyrzeźbiona twarz, zastygła w grymasie strachu.
- Wolę nie wiedzieć czym to jest...
***
---I tak oto rozpoczęło się dorosłe życie Tsomana, przedwcześnie wymuszone przez czyny przez jego ojca, który swoimi opowieściami nieświadomie przeniósł osobowość zmarłej żony na chatę wykonaną z magicznego drewna. Ta historia jest jedną z wielu opowieści o kolonizatorach Lokamonu, wraz z biegiem czasu odkrywających coraz więcej tajemnic otaczającego ich świata...
Subscribe to:
Posts (Atom)