Opowiadania i historie utrzymywane w konwencji fantasy. Przeważnie oscyluję gdzieś na granicach mystical fantasy/metaphysical fiction, chociaż czasami pokuszę się też na sf i inne gatunki. Czasem z humorem, czasem na poważnie. Podziękowania dla wszystkich czytelników i wspierających.
Showing posts with label religia. Show all posts
Showing posts with label religia. Show all posts
Thursday, April 11, 2019
Artykuł: "Pieśń o boskości, czyli na czym stoi świat The Elder Scrolls"
Wszystkich fanów gier The Elder Scrolls, a także osoby zainteresowane religioznawstwem i światotwórstwem zapraszam do lektury artykułu, który napisałem wspólnie z Oliwierem Czyżem:
Thursday, February 21, 2019
Zarzewie – opowiadanie w magazynie "Silmaris"
W 10 numerze magazynu Silmaris ukazało się moje opowiadanie fantasy pt. "Zarzewie". Zapraszam do lektury: http://silmaris.pl/silmaris-32018/
Labels:
fantasy,
high fantasy,
magia,
opowiadanie,
religia,
zima
Wednesday, October 18, 2017
Sunday, May 7, 2017
"Lustrmiasto"
W najnowszym Wydaniu Specjalnym Szortalu na Wynos znajdziecie moje opowiadanie pt. "Lustrmiasto" - gorąco zachęcam do lektury!
http://szortal.com/node/12093
http://szortal.com/node/12093
Sunday, February 5, 2017
Zabawki
Wszelkie istnienie ograniczało się do wielkiej kuli pełnej błota i skał oraz wiszącego nad nią błękitnego nieba.Wszelkie istnienie
ograniczało się do wielkiej kuli pełnej błota i skał oraz
wiszącego nad nią błękitnego nieba.
Drobiny tworzyły
ogromne struktury, perfekcyjne w swej stateczności i nieożywieniu.
Przemiany zachodziły powoli, zgodnie ze ślepym losem.
Ból, strach, miłość
i szczęście pozostawały nieodkryte. Nie było świadomości, która
mogła ich doznać.
I wtedy zjawił się
On. Niektórzy mówią, że więzy krwi łączyły Go z Krukiem,
który zbawił świat cierpieniem.
Gawron.
Przemierzał
przestworza, myśląc o różnych sprawach. Po pewnym czasie podróż
okazała się nużąca. Pozbawiona celu.
Zmęczony Ptak
wylądował na ziemi. Bezkres gliny, bazaltu i gnejsu przyprawiał Go
o smutek. W tym doskonałym, uśpionym świecie Gawron był sam.
Nagle poczuł, że
może to zmienić. Powołać do życia coś na Swój obraz, ruchomego
i zmiennego.
Gawron kreował.
Lepił za pomocą woli coraz to nowe kształty, po czym wkładał w
nie tchnienie, by tak jak On przemieniały otoczenie. Nazwał je
zabawkami.
Powierzchnia cichej,
martwej bryły wypełniła się gwarem. Posiadły ją rośliny i
zwierzęta, także i takie, których dłonie oraz umysły miały moc
stwórczą niemalże równą tej Gawrona.
Ptak ucieszył się.
Nie był już odosobniony. Istoty kochały Go. Niektóre otoczyły
Gawrona czcią, choć wcale o to nie prosił.
Lecz radość nie
trwała długo. Zabawki różniły się od skał i gleb. Nie mogły
być idealne, choć Gawron włożył w ich powstanie całe serce.
Przekonał się, że Jego dzieci zaznają wiele złego.
Kreatury były
kruche. Umierały przez wypadki. Pożerały siebie nawzajem. Wciąż
walczyły, zadając innym ból.
Ludzie, najbardziej
złożone z dzieł Ptaka, wręcz uczynili z rywalizacji obrzydliwą
sztukę. Przelewali myśli w Słowa, za które gotowe byli zabijać i
okaleczać braci. Nie zważali na nic. Jednocześnie użalali się
nad własnym życiem. Część znienawidziła Gawrona za to, że nim
ich obdarzył. Nazwała Go Demiurgiem i oskarżyła o wykorzystanie
do samolubnych celów.
Gawron nie potrafił
pomóc zabawkom. Nawet tym, które nie zapomniały o Stworzycielu i
wciąż Go wzywały. Czuł się winny, że skazał tak wielu na
cierpienie.
Zapragnął, by
obrócić wszystko z powrotem w proch, aby potem mógł odlecieć i
pogrążyć się w szaleństwie. Lecz wtedy usłyszał głos jednej z
zabawek. Młodego człowieka umierającego na straszliwą zarazę.
– Dziękuję za
to, że żyłem – powiedział chłopiec.
– Dlaczego? –
zdziwił się Gawron. – Czyż nie sprowadziłem na ciebie niedoli?
– Owszem. Ale
również dzięki Tobie oglądałem wschodzące słońce. Poczułem
smak świeżego chleba w ustach. Przytulałem się do matki. To
piękne.
Demiurg przybył do
miejsca, w którym przebywało dziecko. Leżało na łożu, oczekując
na nadchodzącą śmierć.
– Znam cię –
rzekł Ptak tuż po wylądowaniu na wezgłowiu. – Wpadłeś do
strumienia i zaziębiłeś się. Nie masz do Mnie żalu o to, że
mogło być inaczej? Że mogłeś przeżyć jeszcze wiele lat w
zdrowiu?
– Nie lubię się
zastanawiać nad tym, czego nie ma – odparł chłopiec. – Wolę
cieszyć się z tego, co jest.
– Jesteś tylko
zabawką w Mych skrzydłach. Powinno cię to przerażać.
– Zabawki lubią
każdą chwilę, jaką spędza z nimi ich posiadacz.
Dziecko wydało
ostatnie tchnienie, a jego duch połączył się z Gawronem.
Ptak zapłakał. I
zrozumiał.
Choć nie potrafił
dać wszystkiego Swym dzieciom, dał im naprawdę wiele.Drobiny tworzyły ogromne struktury, perfekcyjne w swej stateczności i nieożywieniu. Przemiany zachodziły powoli, zgodnie ze ślepym losem.
Ból, strach, miłość i szczęście pozostawały nieodkryte. Nie było świadomości, która mogła ich doznać.
I wtedy zjawił się On. Niektórzy mówią, że więzy krwi łączyły Go z Krukiem, który zbawił świat cierpieniem.
Gawron.
Przemierzał przestworza, myśląc o różnych sprawach. Po pewnym czasie podróż okazała się nużąca. Pozbawiona celu.
Zmęczony Ptak wylądował na ziemi. Bezkres gliny, bazaltu i gnejsu przyprawiał Go o smutek. W tym doskonałym, uśpionym świecie Gawron był sam.
Nagle poczuł, że może to zmienić. Powołać do życia coś na Swój obraz, ruchomego i zmiennego.
Gawron kreował. Lepił za pomocą woli coraz to nowe kształty, po czym wkładał w nie tchnienie, by tak jak On przemieniały otoczenie. Nazwał je zabawkami.
Powierzchnia cichej, martwej bryły wypełniła się gwarem. Posiadły ją rośliny i zwierzęta, także i takie, których dłonie oraz umysły miały moc stwórczą niemalże równą tej Gawrona.
Ptak ucieszył się. Nie był już odosobniony. Istoty kochały Go. Niektóre otoczyły Gawrona czcią, choć wcale o to nie prosił.
Lecz radość nie trwała długo. Zabawki różniły się od skał i gleb. Nie mogły być idealne, choć Gawron włożył w ich powstanie całe serce. Przekonał się, że Jego dzieci zaznają wiele złego.
Kreatury były kruche. Umierały przez wypadki. Pożerały siebie nawzajem. Wciąż walczyły, zadając innym ból.
Ludzie, najbardziej złożone z dzieł Ptaka, wręcz uczynili z rywalizacji obrzydliwą sztukę. Przelewali myśli w Słowa, za które gotowe byli zabijać i okaleczać braci. Nie zważali na nic. Jednocześnie użalali się nad własnym życiem. Część znienawidziła Gawrona za to, że nim ich obdarzył. Nazwała Go Demiurgiem i oskarżyła o wykorzystanie do samolubnych celów.
Gawron nie potrafił pomóc zabawkom. Nawet tym, które nie zapomniały o Stworzycielu i wciąż Go wzywały. Czuł się winny, że skazał tak wielu na cierpienie.
Zapragnął, by obrócić wszystko z powrotem w proch, aby potem mógł odlecieć i pogrążyć się w szaleństwie. Lecz wtedy usłyszał głos jednej z zabawek. Młodego człowieka umierającego na straszliwą zarazę.
– Dziękuję za to, że żyłem – powiedział chłopiec.
– Dlaczego? – zdziwił się Gawron. – Czyż nie sprowadziłem na ciebie niedoli?
– Owszem. Ale również dzięki Tobie oglądałem wschodzące słońce. Poczułem smak świeżego chleba w ustach. Przytulałem się do matki. To piękne.
Demiurg przybył do miejsca, w którym przebywało dziecko. Leżało na łożu, oczekując na nadchodzącą śmierć.
– Znam cię – rzekł Ptak tuż po wylądowaniu na wezgłowiu. – Wpadłeś do strumienia i zaziębiłeś się. Nie masz do Mnie żalu o to, że mogło być inaczej? Że mogłeś przeżyć jeszcze wiele lat w zdrowiu?
– Nie lubię się zastanawiać nad tym, czego nie ma – odparł chłopiec. – Wolę cieszyć się z tego, co jest.
– Jesteś tylko zabawką w Mych skrzydłach. Powinno cię to przerażać.
– Zabawki lubią każdą chwilę, jaką spędza z nimi ich posiadacz.
Dziecko wydało ostatnie tchnienie, a jego duch połączył się z Gawronem.
Ptak zapłakał. I zrozumiał.
Choć nie potrafił dać wszystkiego Swym dzieciom, dał im naprawdę wiele.
Wednesday, June 22, 2016
Święte Serce - wersja audio (Konrad Mak)
Zapraszam do wysłuchania opowiadania "Święte Serce", tym razem głosu użyczył Konrad Mak:
https://soundcloud.com/konrad-mak/wicked-g-swiete-serce
Konrad Mak na SoundCloudzie:
https://soundcloud.com/konrad-mak
https://soundcloud.com/konrad-mak/wicked-g-swiete-serce
Konrad Mak na SoundCloudzie:
https://soundcloud.com/konrad-mak
Monday, February 8, 2016
Nieoficjalny Jah
Kolejna nudna
wycieczka. Rozkrzyczane dzieci siostry powoli doprowadzały Pawła do
szału. W sumie nie wiedział, dlaczego się na to zgodził. Chyba
wyłącznie ze względu na matkę i jej gadkę o zacieśnianiu
rodzinnych więzi. Tak bardzo chciałby, żeby poza pieniędzmi na
utrzymanie czasami dawała mu jeszcze spokój.
Lato w pełni. Upał
był niemiłosierny. Jola po raz kolejny upomniała swoje bachory,
żeby tak nie biegały, bo się przewrócą i spadną im lody, a ona
nie będzie po raz kolejny kupowała nowych. Paweł snuł się powoli
za nimi, sącząc mineralną z butelki i przeklinając gruczoły
potowe. Na szczęście to już prawie koniec. Łebki chcą jeszcze
tylko zobaczyć lwy i spadamy do domu. Z powrotem w chłodzonym
wentylatorem pokoju, jedząc pizzę, śliniąc się do zdjęć
pięknych dziewczyn, grając w durne strzelanki online dla zabicia
czasu bądź ucząc się jakichś pierdół, które i tak potem nie
przydadzą się w karierze zawodowej. Życie nie miało sensu. Nic,
tylko wykonywanie obowiązków i konsumpcja. Wszystko sprowadzało
się wyłącznie do zaspokajania bazowych potrzeb. Miał tego dość.
Przytłoczony
egzystencjalnym ciężarem Paweł usiadł na ławce tuż przed
wybiegiem dla lwów. Dzieci Joli przylgnęły do pancernej szyby w
nadziei na wypatrzenie dzikich kotów. Nic z tego. Drapieżniki
pewnie leżały gdzieś w wysokich trawach, rozleniwione brakiem
konieczności samodzielnego zdobywania pożywienia. Paweł niemal
zzieleniał z zazdrości na samą myśl o tym, że on mógłby się
pogrążyć w takim błogostanie...
Minęło kilka
chwil, a lwów ani śladu. Rozczarowane maluchy nie miały zamiaru
odchodzić od wybiegu mimo usilnych nalegań mamy. W końcu Jola
straciła cierpliwość i zagroziła, że pójdzie bez nich. Jej brat
zaczął podnosić się z ławki, licząc na to, że wreszcie
opuszczą ten przeklęty ogród zoologiczny.
Lecz nagle zrobiło
się ciemno i zimno. Na niebie jednolitemu błękitowi ustąpił
granat okraszony świecącymi punktami. Wystraszony Paweł rozejrzał
się dookoła. Zwiedzający gdzieś zniknęli, cała infrastruktura
zresztą też. Nic, tylko morze trawy smagane wichrem i wielkie
baobaby.
Chłopak nie miał
pojęcia, co się stało. Usłyszał donośny ryk. Ogarnęło go
przerażenie, lecz nie mógł uciekać. Stał sparaliżowany, modląc
się , by to wszystko okazało się jedynie halucynacją. Z gęstwiny
wyłonił się potężny lew z ciemnobrązową grzywą.
Majestatycznie kroczył w kierunku człowieka, zupełnie jakby
wiedział, że ten nie jest w stanie się oddalić.
- Nie bój się –
przemówił grubym głosem drapieżnik. - Jestem tu dla ciebie.
Usiądź.
Paweł wykonał
polecenie lwa. Dalej nie był do końca pewny tego, co się dzieje.
Dziki kot podszedł bliżej i położył się przy nim.
- Posłuchaj teraz
uważnie – ciągnął dalej król zwierząt. - Może uznasz to
wszystko za objawienie, może stwierdzisz, że sam to wymyśliłeś
albo wyśniłeś. Nieistotne. Chcę, żebyś wiedział jedno. Nie
powinieneś się zadręczać.
Paweł w głębi
duszy powoli czuł, jak lęk ustępuje. Zdawał sobie sprawę z
surrealizmu sytuacji i dobrych, choć jeszcze niezrozumiałych
intencji czworonożnego rozmówcy.
- Czym ja się
zadręczam? - zapytał, nagle wątpiąc w to, co konstytuowało jego
osobowość.
- Bezsensem –
odparł lew. - Wiarą w to, że wszystkie działania są w dłuższej
perspektywy pozbawione znaczenia. Nawet jeśli rzeczywiście światem
kierują wyłącznie ślepy los i naturalne popędy, to czy poddanie
się temu faktowi czyni cię szczęśliwym?
Milczenie. Ciszę
zakłócał jedynie szum wiatru.
- Sam możesz
wyznaczyć, co chcesz osiągnąć i dążyć do tego z całej siły.
Gdyby ci się nie udało, obierzesz inny cel. Wydaje się głupie,
lecz dzięki temu będziesz miał coś, na czym oprzesz życie. Coś
niekoniecznie nadprzyrodzonego czy wielkiego, lecz własnego.
- Dlaczego mi o tym
mówisz? - Paweł złapał się na tym, że mimowolnie zaczął
głaskać zwierzę po grzbiecie.
- Bo mi na tobie
zależy. Mnie, Lwowi Judy, prawdziwemu Mesjaszowi.
- Nie rozumiem.
Dlaczego akurat na mnie, bezwartościowemu młokosowi? Czy nie lepiej
było zainteresować się jakimś szanowanym człowiekiem?
- Szanowani ludzie
za mną nie przepadają – wyznał Mesjasz. - Interesuje ich tylko
kodeks i rytuał, a widzisz, ja lubię załatwiać sprawy
nieoficjalnie...
Wtem znów zrobiło
się jasno, a wielki kot znalazł się za pancerną szybą. Chłopak
zorientował się, że znów znajduje się w zoo i siedzi na murze
otaczającym wybieg.
- Hej, Paweł! –
usłyszał głos siostry. - Zbieraj się, idziemy. Gapisz się od
dwóch minut na tego lwa jak jakiś wariat. Znowu odpłynąłeś w
ten swój świat fantazji?
Monday, November 23, 2015
Jesus Christ de Broglie
Niedziela, słoneczne
popołudnie. Siedzę na ławce w parku, jem kanapkę, piję sok
pomarańczowy z kartonika. I wkurwiam się, bo zapomniałem ipoda z
domu, więc muszę słuchać bredni wygadywanych przez przechodniów.
– Mamo, a to
prawda, że Bóg jest wszędzie?
– Tak, koteczku,
tylko go nie widać.
– Mamo, a ile lat
ma Bóg?
– Nieskończoność.
Istniał od zawsze.
– Mamo, a
nieskończoność to więcej niż milion?
– Tak, koteczku.
Pierdolenie o
Szopenie. Wciąż te same tematy. Polityka, choroby, czyj chłopak
przespał się z Anką, durne pytania dzieci. Tylko dlaczego ten
krzak się pali?
– Psycholu,
Psycholu! – Na dodatek jeszcze gada. Przysięgam, przez ostatnie
dwa tygodnie nawet nie piłem.
– Czego? –
spytałem, zorientowawszy się, że chodzi o mnie.
– Jam jest Pan,
twój Bóg, który…
– Nie powinieneś
mówić mi tego na jakiejś górze? – zauważyłem. – Ta akcja z
gorejącym krzewem była chyba trochę wcześniej.
– Nieważne.
Słuchaj, bo nie będę powtarzał dwa razy, i najlepiej gdzieś to
sobie zapisz. Lambda równa się ha przez em razy fał. I my zatem
mając dokoła siebie takie mnóstwo świadków, odłożywszy wszelki
ciężar, a przede wszystkim grzech, który nas łatwo zwodzi,
winniśmy wytrwale biec w wyznaczonych nam zawodach. Niech zaś dla
was, umiłowani, nie będzie tajne to jedno, że jeden dzień u Pana
jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień. Nie będziesz
oglądał mojego oblicza, gdyż żaden człowiek nie może oglądać
mojego oblicza. No i tyle w temacie.
Cyprysik gaśnie,
rozglądam się dookoła. Ludzie dalej łażą wte i wewte jak gdyby
nigdy nic. Ale faza. Zaczynam rozmyślać o tym, co przekazał mi
Bóg. Najpierw podał mi wzór na falę materii. Potem zaczął
rzucać jakimiś cytatami z Biblii. Zdają się być zupełnie
niezwiązane ze sobą, ale gdyby je tak skorelować z tymi pytaniami,
które przed chwilą mała dziewczynka zadawała swojej mamie…
Eureka.
Grzech to ciężar.
Ciężar to masa razy grawitacja. Bóg jest bez grzechu, więc nie ma
masy. Jeśli masa będzie zdążać do zera, to długość fali
będzie zdążać do nieskończoności. Bóg jest rozmyty w całym
kosmosie. Jest wszędzie.
Jeden dzień jak
tysiąc lat. Teoria względności. Jeśli Bóg poruszałby się z
prędkością światła, to czas dla niego stałby w miejscu. Jest
wieczny.
Żaden człowiek nie
może oglądać mojego oblicza. Nawet taki elektron jest zbyt mikry,
żeby odbił się od niego jakikolwiek strumień fotonów i dałoby
radę uzyskać jego obraz. Bóg mógłby być jeszcze mniejszy, na
przykład mierzyć długość Plancka. Nie widać Go.
Czy to oznacza, że
Bóg jest niesamowicie małą cząstką bez masy poruszającą się z
prędkością światła? Przez porównanie do dualizmu
korpuskularno-falowego można by też jakoś wytłumaczyć
jednoczesną boską i ludzką naturę Jezusa…
Pewnie coś pokręciłem, a i tak nikt by mi nie uwierzył. Muszę zbierać się do domu. Jest wpół do czwartej, chyba ściągnął
mi się już nowy Fallout…
Sunday, September 27, 2015
Hiperhelium
Ludzie posiadali
wiele złożonych cech. Jednak tę, którą Mayzee najbardziej
podziwiał, a może nienawidził, była zdolność do tworzenia
zbiorowej świadomości. Cała cywilizacja stanowiła jeden organizm
kierujący się pewnymi wytycznymi uznanymi za dobre dla ogółu. I
choć te aksjomaty zmieniały się na przestrzeni czasu, jednostka,
która ich nie respektowała, została usuwana niczym gnijąca gałąź.
Mayzee czekał na moment, w którym spotka go ten sam los.
Chłopak miał
siedemnaście lat i żył w Feryzie. Miasto to wzniesiono na wysokiej
górze Nhgrene położonej przy wewnętrznym promieniu Hogumu, ciała
astralnego o kształcie torusa będącego domem dla wszystkich ludzi.
Feryz uznawano za święte miejsce, bowiem gdy raz na rok słońce
przelatywało przez pusty środek planety, był najbliżej
macierzystej gwiazdy. Dzieci Gali
i Kehra gromadziły
się tam, by czcić Światło, pierwszy dar boskiej pary, w
przepięknych, starożytnych świątyniach.
Oczywiście Feryz
nie przeżywał oblężenia pielgrzymów jedynie podczas hiperhelium.
Całe rzesze przyjezdnych przewijały się przezeń praktycznie
każdego dnia, sporo osób mieszkało tu również na stałe. Ktoś
musiał zapewniać ludziom dach nad głową, żywić ich i leczyć.
Przy tym ostatnim udzielał się Mayzee. Pracował w niewielkim
zakładzie alchemicznym należącym do jego babci. Podobno miał
talent do tworzenia eliksirów, choć osobiście twierdził, że
przyjęto go tam z litości. Nie nadawał się na bycie kowalem czy
strażnikiem, a rodzice nie pozwoliliby mu na bezczynne gnicie w
domu. Siedział więc w zatęchłej piwnicy, miażdżąc w moździerzu
akwamarynowe muchomory, doglądając fermentacji glistorostów czy
gotując wywary z górskich szczurów. Od czasu do czasu dostawał
reprymendy od babci za opieszałość lub niedokładność. Nie
przejmował się nimi zbytnio, zresztą jak całym otaczającym go
światem. Ciągle bujał głową w chmurach. Byłby świetnym
kapłanem, gdyby nie uważał galakheranizmu za stek bzdur. Z
istnieniem osobowych Bogów wiązało się zbyt wiele paradoksów,
żeby mógł w nich uwierzyć. Większość społeczeństwa sądziła
jednak inaczej, więc Mayzee wolał nie wychylać się ze swoimi
poglądami. Kontemplował je w ciszy podczas wolnych chwil, które
spędzał w niewielkim pokoju na poddaszu służącym za sypialnię.
Czynił to właśnie
pewnego letniego dnia. Zbliżała się krótka noc, słońce powoli
zachodziło za przeciwległy wałek hogumskiego obwarzanka. Leżące
na nim krainy powoli pogrążały się w ciemnościach, a ich
mieszkańcy szykowali się do snu. W Feryzie oznaczało to godzinną
przerwę od pracy, zazwyczaj spędzaną na drzemce. Dziwne rytmy
dobowe zależące od położenia danego miejsca na gigantycznym
torusie były dowodem nie na wspaniałość, lecz głupotę Stwórców,
przynajmniej według Mayzeego. Po co komu potrzebne dwie noce, z
których jedna trwała na tyle krótko, że nie można było nawet
porządnie się przekimać? Ci z zewnętrznej części obwarzanka
mieli jeszcze gorzej, tam przez większość czasu nie dochodziło
naturalne światło. No i jeszcze to przeklęte hiperhelium. Panował
wtedy straszny upał, a tłumy spoconych ludzi podniecających się
tym, że Słońce zakreśla ósemkę zamiast koła, nie stanowiły
najmilszego towarzystwa. Święto odbywało się już za dwa dni.
Przytłoczony tym faktem Mayzee odszedł od wąskiego okienka i
oklapł na łóżko. Może prześpi się choć chwilę, zanim babka
znów zagoni do roboty. Nagle usłyszał jakieś stłumione krzyki
dochodzące z parteru. To mógł być niezadowolony klient, albo w
gorszym przypadku napad. Mayzee wstał i zbiegł po schodach. Przy
ladzie stał siwy, brodaty mężczyzna i szarpał babcię Beulinę za
fartuch.
- Co tu się dzieje?
- spytał chłopak.
- To ty! - staruch
wskazał palcem na Mayzeego. - Przez ciebie moja córka nie żyje!
- Ginarze, uspokój
się! - krzyknęła Beulina.
Młody alchemik
kojarzył skądś tego gościa. Dosyć często przychodził do ich
sklepu i zamawiał mnóstwo mikstur. Teraz zbliżał się w jego
kierunku z zaciśniętymi pięściami. Wyglądał na naprawdę
wściekłego. Mayzee domyślał się, że pewnie zepsuł któryś z
eliksirów przez nieuwagę lub lenistwo. Być może niebiański
syrop, nie chciało mu się dogotowywać go do końca. Ale żeby ktoś
od tego umarł?
- Zapłacisz mi za
to! - wydusił przez zaciśnięte zęby Ginar.
To nie były czcze
pogróżki. Starzec rzucił się na chłopca, ale ten odepchnął go
na regał z książkami i wybiegł z zakładu. Ktoś wreszcie zabrał
się za odcinanie chorej gałęzi. Lecz Mayzee nie chciał ponosić
konsekwencji za ignorancję. Wcześniej było to czymś odległym,
wręcz nierzeczywistym. Teraz naprawdę chcą go dorwać. Wystraszony
popędził gdzieś na oślep, byle dalej od sklepu.
Ginar po chwili
podniósł się z ziemi. Poniosła go brawura. Miał szczęście, że
młodzieniec uciekł zamiast wdawać się w bójkę.
- Nic ci nie jest? -
spytała Beulina. - Możesz mi opowiedzieć wszystko jeszcze raz,
powoli i spokojnie?
- To także twoja
wina – rzucił mężczyzna. - Nie sprawdziłaś, czy eliksir był
dobry. Ouhyn spodziewała się dziecka. Cierpiała na bóle brzucha,
więc wypiła lekarstwo od was i... - Po policzkach Ginara popłynęły
łzy. - Ja straciłem jedyną córkę...
- Przykro mi. -
Beulina również wyraźnie posmutniała. - Tyle razy mówiłam
Mayzeemu, żeby uważał! Nie mogę ciągle go pilnować. Jestem już
stara, ledwie nadążam z pracą. Nic na to nie poradzę. To poważna
sprawa, lepiej żeby rozstrzygnął ją Boży Sąd. Musimy tylko
znaleźć chłopaka. Gala wie gdzie on się teraz podziewa...
*
Mayzee zatrzymał
się w wąskim zaułku przy ulicy Królewskiej. Był zmęczony
ucieczką i nadal mocno zdezorientowany całą sytuacją. Nie
wiedział, co dalej robić. Jeśli rzeczywiście ktoś przez niego
zginął, chłopak miał nie lada kłopoty. Niedługo o przestępstwie
będzie wiedziało całe miasto. Mógłby udać do innej części
Hogumu, na przykład na południe, ale nie miał przy sobie pieniędzy
ani jedzenia. Niechybnie czeka go kilkanaście lat w celi, o ile
wcześniej Ginar nie zemści się na nim. Będzie musiał spróbować
uciec z Feryzu. Ale najpierw odpocznie.
Usiadł na bruku,
opierając się plecami o ścianę kamienicy. Panowała niemal
całkowita ciemność, tylko w niektórych oknach migotały świece.
Mayzee tym razem cieszył się z faktu istnienia krótkiej nocy.
Zauważy go mniej osób. Na całe szczęście bramy do miasta
pozostawały otwarte przez cały czas, a straże nie pilnowały
przejścia od setek lat. Życie w czasach pokoju miało swoje zalety.
Młody alchemik
wstał i ruszył w dalszą drogę, lecz nagle poczuł czyjąś dłoń
na swoim ramieniu.
- Dobra robota, mój
synu.
Mayzee odwrócił
się. W mroku niewiele widział, lecz był w stanie zauważyć, że
ktoś, kto go zatrzymał, ma na sobie dziwną, pozbawioną otworów
maskę o nieregularnym kształcie. Był ubrany w czarny płaszcz i
skórzane rękawice.
- Kim jesteś? -
zapytał przerażony chłopak.
- Jestem twoim
Bogiem – odparł nieznajomy.
- Ty to Khar?
- Nie. Khar
obróciłby cię w pył za liczne przewinienia,
jak lubią to nazywać sprawiedliwi. Ja nazywam się Bdaad, Bóg
Zawiedzionych Oczekiwań.
-
Ja chyba śnię. – Mayzee pokręcił głową. - Muszę się
obudzić!
-
Wyparcie. - Głos Bdaada zawibrował w uszach młodzieńca. - Jakie
to... Ludzkie. Nie, chłopcze, to wszystko dzieje się naprawdę.
Przyczyniłeś się do
pomnożenia mojej chwały.
Odebrałeś kilku osobom nadzieję na radość. Nie doczekają się
potomka.
Pogrążą się w rozpaczy po
stracie ukochanej córki i żony.
-
Ona była w ciąży? - Praktykant osłupiał. - Ja nie chciałem tego
zrobić, wcześniej nawet Cię nie znałem...
-
Ale ja tak – rzekł Bóg. - Teraz zostaniesz moim sługą.
-
Nie wiem, co o tym myśleć – wyznał Mayzee. - A co, jeśli się
nie zgodzę?
-
Mocno się zawiedziesz.
Bdaad
chwycił za krawędź swojej maski i odchylił ją, zupełnie jakby
otwierał drzwi. Nie miał twarzy. Jego oblicze stanowiła bezkresna
otchłań wypełniona setkami mieniących się, kolorowych plam.
Mayzee poczuł, jak głębia go zasysa, jak jego ciało opuszcza
znany mu świat. Ciemny
zaułek stał się maleńkim punktem wśród feerii barw, aż w końcu
całkowicie zniknął.
*
Przeklęty
chłopak przepadł gdzieś bez śladu. Nie odnalazł go nawet Mhurem,
który dowiedziawszy o śmierci żony po powrocie z pracy osobiście
praktycznie cały Feryz. Lecz wymierzenie kary Mayzeemu nie przywróci
życia Ouhyn. To najbardziej bolało Ginara. Gdy tylko
zamykał
oczy, widział, jak jego córka upada, wymiotuje krwią, cała się
trzęsie, by w końcu zastygnąć w bezruchu. Czuł,
że te obrazy
utkwią mu w pamięci do końca bezsensownego już życia.
Linia
rodowa została przerwana. Wycięto z niej dwie osoby za jednym
zamachem. Ginar kochał obie z całego serca, chociaż jedna z nich
nawet nie zdążyła się narodzić. Pozostała tylko pustka. Pustka,
która po pewnym czasie powinna zniknąć, bo przecież Ouhyn i jej
dziecko byli już w lepszym miejscu, razem z Galą i Kherem. Każdy
dobry człowiek prędzej czy później tam trafia. Lecz dla Ginara
była to odległa
perspektywa, wręcz
niewyobrażalna. A może nawet i nierzeczywista. Kto bowiem jest w
stanie z całą pewnością stwierdzić, że
śmierć nie jest końcem istnienia? Dla
starego człowieka klęczącego
przed martwym ciałem córki leżącym na katafalku to
wątpliwość straszna, a zarazem trudna
do odrzucenia pod ciężarem rozpaczy.
Ginar
spojrzał na obraz przedstawiający parę Bogów. Prosił
ich o cud wskrzeszenia, albo chociaż jakiś znak, który utwierdzi
jego wiarę w ponowne spotkanie z ukochanymi. Co
jakiś czas modlitwy ustępowały użalaniu się na własnym losem.
Choć do świątyni przybyły setki osób chcących pożegnać Ouhyn,
Ginar czuł się całkowicie
samotny, jakby zawieszony w
nicości. Nawet jeśli Gala i
Kher byli prawdziwi, nie mogli przełamać jego odosobnienia.
*
Święte księgi
wspominały o wielu nadnaturalnych zjawiskach. Żadne z nich nie
mogło jednak równać się z lewitowaniem w bezkresnej przestrzeni.
Przemieszczające się w niej barwne plamy, widoczne, lecz
nienamacalne, sprawiały, że Mayzeemu kręciło się w głowie.
- Co to za miejsce?
- Chłopak zdziwił się, bowiem usłyszał swój głos, chociaż
zdawało mu się, że wypowiada te słowa jedynie w myślach.
-
Moja głowa – przemówił wibrującym tonem Bdaad. - Jesteś aż
tak niedomyślny?
Mayzee
nie wiedział, co odrzec. Cała sytuacja była wręcz okrutnie
nierealna, odbierała niemal wszelkie zdolności do przeprowadzania
logicznych analiz.
-
Wygląda na to, że sprzeciwianie się Tobie nie ma sensu – wyznał
po chwili młody alchemik. - Możesz przynajmniej wyjaśnić, co masz
zamiar ze mną zrobić? Wspominałeś o tym, że zostanę Twoim
sługą.
-
Zgadza się – odparł Bóg.
-
Na czym to miałoby polegać? - zapytał Mayzee.
-
Wkrótce się dowiesz.
Chłopak
nagle poczuł, jak ciągnie go jakaś niewidzialna siła. Zbliżał
się z zawrotną prędkością do niewielkiego, czarnego punktu,
który z czasem rósł, by stać się dosyć sporą wyrwą w
kolorowej sferze. Mayzee przeleciał przez niego i wylądował pod
gwiaździstym niebem Hogumu.
-
Gdzie jesteśmy? - Praktykant rozglądał się po okolicy, lecz
widział jedynie gęsty, bukowy las.
-
Kilkanaście mil na północ od Feryzu – odrzekł Bdaad. - Powiedz
mi, co kryje się w twoim sercu?
-
Hę?
-
O czym marzysz? Jakie jest twoje najskrytsze pragnienie?
-
Aha, o to chodzi – zorientował się chłopak. Był odrobinę
przerażony tajemniczym zachowaniem dziwnej istoty. - Chciałbym do
końca życia nie pracować, nie musieć znosić towarzystwa idiotów,
po prostu mieć spokój. To tyle, jeśli mam być szczery.
-
Doskonale. Chodź za mną. Tylko ani słowa.
Mayzee
mocno zacisnął usta, jakby bał się, że przez przypadek coś
powie. Było bardzo ciemno. Hogum nie posiadał księżyca, a gwiazdy
dawały jedynie słabe światło. Po kilku chwilach marszu w
milczeniu dotarli na polanę na skraj lasu. W oddali widoczna była
góra Nhgrene i spoczywający na niej Feryz. Jasne punkty rozsiane po
całym mieście były z pewnością ogniskami zapalanymi na wieżach
świątyń i basztach przy murze.
-
Czuwają – rzekł Bdaad. - Dziś Słońce ma znaleźć się w
środku świata.
-
To już hiperhelium? Zdawało mi się, że minęła ledwie godzina -
powiedział Mayzee, po czym zasłonił usta zorientowawszy się, że
złamał zakaz Boga.
-
Czas jest dla was dziwną rzeczą – odparł jak gdyby nigdy nic
Bdaad. - Stoi w miejscu, gdy chcecie, by już upłynął. Pędzi, gdy
chcecie go zatrzymać. Doprawdy ciężko dogodzić ludziom.
-
Święte słowa – przyznał mu rację chłopak. - Przekonałem się
o tym na własnej skórze.
-
Usiądźmy – zarządził Bóg. - Twoje pragnienia nie są dobre dla
mojego istnienia – dodał. - Są prawdziwe, lecz wiesz, że nigdy
się nie spełnią, dlatego nie wyczekujesz ich realizacji. Odebranie
nadziei nie sprawi ci bólu. Im zaś – wskazał dłonią na Feryz –
wręcz przeciwnie. Głęboko wierzą, że hiperhelium nadejdzie dziś
tak samo jak każdego roku. Obawiam się, że mocno się rozczarują.
-
Dlaczego cieszysz się z czyjejś trwogi, jeśli mogę spytać?
-
To nie mój wybór, tylko konieczność – odpowiedział Bdaad.
- Widzisz, Bogowie są niczym innym jak wyobrażeniami o
pewnych rzeczach. Nie istniejemy bez waszych myśli. To one nas
karmią, dają nam siły. Niektórzy, na przykład Gala i Kher,
powstali świadomie, inni, jak ja, są jedynie efektem ubocznym.
-
Nie rozumiem - wyznał Mayzee. - Czy to oznacza, że jesteście tylko
iluzją?
-
Nie. Żyjemy naprawdę. Ale to wy o tym decydujecie, przynajmniej po
części. Gala i Kher znikną, gdy tylko ludzie inaczej wytłumaczą
sobie siły rządzące światem. Ja jestem wieczny. Nikt bowiem nie
może egzystować bez oczekiwań. Czy matka, płodząc dziecko, liczy
się z tym, że może ono nie przeżyć porodu? Czy rolnik, siejąc
zboże, rozważa niepewność jego wykiełkowania? Nie. Każdy w
głębi duszy chce, żeby działo się dobrze. A często jest wręcz
przeciwnie. Tylko proszę, nie uważaj mnie za okrutnego. Ja tego nie
prowokuję. To ślepy los albo wy sami zawodzicie innych. Ja tylko
oddycham waszym żalem i cierpieniem.
-
Skoro na tym Ci nie zależy, to po co Ci sługi?
-
Wkrótce się tego dowiesz. A teraz obserwuj horyzont.
Świtało.
Słońce pełzło po nieboskłonie, lecz nie zmierzało w kierunku
środka gigantycznego torusa. Mayzee nie czuł się ani zmęczony,
ani głodny. Czas upływał mu dosyć szybko. Wydawało mu się, że
minęła zaledwie chwila, a dar Gali i Khera znikał już za
przeciwległym wałkiem obwarzanka. Hiperhelium nie nastąpiło.
-
Pragniesz. - Bdaad nagle wstał i zwrócił swoje zakryte stalą
oblicze ku młodemu alchemikowi. - Pragniesz tam być, napawać się
ich zwątpieniem, oglądać ich skonsternowane twarze, cieszyć się
zawodem kapłanów i wiernych. A nade wszystko pragniesz uniknąć
kary i przeżyć. Dlatego zaraz zginiesz, stając się moim sługą.
-
Ale... Dlaczego? – spytał przerażony chłopak. - Skoro to nie
twój wybór, to nie możesz się temu sprzeciwić?
-
Nie. Moja wola jest bez znaczenia. Tak miało być. Umarłbyś
prędzej czy później, nawet jeśli uniknąłbyś sprawiedliwości w
Feryzie. Żegnaj.
Mayzee
zerwał się na równe nogi ze strachu, lecz Bdaad niczego nie
uczynił. Młodzieniec zaczął biec, lecz nie zdążył nawet
dotrzeć do lasu. Na ziemię powalił go ogromny orzeł, który potem
rozszarpał mu gardło dziobem. Bdaad z obrzydzeniem nasycił się
strachem i rozpaczą chłopca. Nienawidził siebie za to, że musiał
żywić się bólem. Chciał przestać istnieć, lecz nie mógł tego
uczynić. Bóg Zawiedzionych Oczekiwań będzie karmił siebie
dopóty, dopóki nie wyzionie ducha ostatni człowiek na Hogumie.
*
Hipersłońce
nie wzeszło ani w tym roku, ani już w żadnym następnym. Niektórzy
uznawali to za znak końca czasów, lecz i on nie nastąpił. Kapłani
stwierdzili, że brak zmiany orbity gwiazdy jest wolą Gali i Khera.
Część osób znalazła sobie nowych Bogów.
Ginar
żył dalej, nadal opłakując córkę i wnuka, choć cierpienie po
stracie z czasem malało. Pogodził się nawet z Beuliną, lecz
wybaczenie nie wypełniało pustki. Na przemian to głęboko wierzył,
że kiedyś ujrzy Ouhyn oraz swojego wnuka, to godził się z
ostateczną stratą.
Bdaad
zaś krążył po świecie w smutku, od czasu do czasu objawiając
się swym sługom, również i Ginarowi. Był przy starcu, gdy ten,
umierając, widział przed sobą jedynie nieprzeniknioną ciemność
i niebyt.
Monday, September 21, 2015
Selectah: Skrecze i Krosfejdy [VIP]
Łeb mu pękał
niczym orzech włoski traktowany tłuczkiem, a w ustach miał sucho
jak po dobrej porcji kawałów, z których nikt się nie śmieje.
Leżał gdzieś na niesamowicie twardych i zimnych panelach,
udręczony przez nadmierny poziom aldehydu octowego w organizmie.
Z trudem otworzył
oczy. Tyle razy obiecywał sobie, że to już ostatni raz. Jak zwykle
skończyło się na: “No dawaj, ze mną się nie napijesz?”.
Znowu urwał mu się film i wylądował w dziwnym miejscu. Z
pomalowanego na czarno sufitu zwisała pojedyncza lampa okryta
szklanym kloszem. Dźwignął się lekko, żeby rozejrzeć się
dookoła. Znalazł się w niewielkim pomieszczeniu pozbawionym okien.
Ściany były wyłożone matami dźwiękochłonnymi, zaś naprzeciwko
wejścia znajdowało się dosyć duże biurko, na którym stało
sporo sprzętu elektronicznego. Głośniki, laptop, mikrofon i kilka
trudnych do zidentyfikowania pudełek podpiętych do mnóstwa kabli.
Obok miejsca pracy stał niewysoki regał z półkami zapchanymi
płytami CD oraz winylami.
To chyba jakieś
studio nagraniowe - pomyślał Demetriusz, wstając z podłogi. -
Lepiej się stąd zwinę, zanim ktoś mnie tu znajdzie. Tym razem
naprawdę pojechałem po bandzie z melanżem…
Podszedł do drzwi i
delikatnie nacisnął klamkę.
Kuźwa, zamknięte.
Mógłbym spróbować je wyważyć, ale narobiłbym za dużo hałasu,
i pewnie musiałbym zapłacić za naprawę. Poczekam tu trochę, może
ktoś tu przyjdzie i mnie wypuści. Tylko jak ja mu to wszystko
wytłumaczę?
Chłopak zbliżył
się do biurka i zaczął się przyglądać przedmiotom zgromadzonym
w pomieszczeniu. Przecież nikt nie obrazi się, jeśli posłucha
sobie trochę muzyki dla zabicia czasu. Przejechał palcem po
touchpadzie notebooka i otworzył folder o nazwie “Nowe utwory”.
Jego wzrok wciąż
musiał nieco szwankować. Eksplorator plików twierdził, że w
zbiorze znajduje się grubo ponad dwieście bilionów wave’ów.
Zmrużył oczy i starał się jeszcze raz odczytać kilkunastocyfrową
liczbę w prawym dolnym rogu okienka.
Przecież tam jak
byk jest napisane: dwa trzy dwa siedem cztery dwa pięć dwa osiem
cztery dwa jeden dziewięć zero trzy. Coś musi być nie tak z
komputerem.
Wzruszył ramionami,
po czym założył brązowe sennheisery i odtworzył pierwszą
ścieżkę z listy. Jego bębenki zostały wprawione w drgania amen
breakiem w tempie stu siedemdziesięciu czterech uderzeń na minutę
uzupełnionym zsamplowanymi dźwiękami pianina. Zamknął oczy i
odprężył się, wsłuchując się w rytm piosenki.
***
Gdy rozkoszował się
linią basową jednego z jump-upowych kawałków, ktoś ściągnął
mu słuchawki z głowy. Ze strachu o mało co nie spadł z obrotowego
fotela.
– Jak się tutaj
znalazłeś? – zapytał siwowłosy, brodaty mężczyzna ubrany w
śmieszną różowawą sukienkę.
– Ten, tego, no…
– wydukał mocno zmieszany młodzik. – Trochę popiliśmy i
obudziłem się tutaj. Przysięgam, nie chciałem nic ukraść!
– To znowu te
cholerne dubplate’y. – powiedział do siebie starszy pan, nie
zważając na tłumaczenia intruza. – Chyba muszę w końcu dać
sobie z nimi spokój.
– Jest pan szefem
tego, yyy, studia? – ośmielił odezwać się Demetriusz. – Te
nagrania są naprawdę świetne.
– Powiedzmy. To
nic nadzwyczajnego. Nie mam co zrobić z wolnym czasem, więc bawię
się w tworzenie muzyki.
– Czy pan sam
skomponował to wszystko?
– Ta.
– Niesamowite!
Występuje pan pod jakimś pseudonimem? Na komputerze widziałem
tylko tytuły utworów. Koniecznie muszę kupić jeden z pana
albumów.
– Mam różne
ksywy. Jedni mówią na mnie Jahwe, drudzy Allah, inni Ahura Mazda,
jeszcze inni Izanagi…
– Pan jest…
Bogiem?
– Ech, nie lubię
tego określenia. Wolę nazywać siebie Pierwszym Didżejem.
– Czy ja umarłem?
Pójdę do piekła? – Wystraszył się chłopak. – Proszę, tylko
nie to! Przyznaję, trochę naskrobałem w życiu, ale…
– Piekło? Jakie
znowu piekło? Czego ci hejterzy o mnie nie wymyślą! Prawdziwy
twórca nigdy nie porzuca swoich dzieł. Niestety, na raj musisz
sobie jeszcze trochę poczekać. Nie zdążyłem jeszcze zmasterować
piosenki, w której jesteś tylko składową harmoniczną werbla. No,
miło się gawędziło, ale musisz wracać do swojego wszechświata.
Bez ciebie nie ma tego doskonałego brzmienia…
Przedwieczny
Selectah z głowy wziął do ręki dziesięciocalowy krążek pokryty
lakierem nitrocelulozowym, upchnął do niego nieszczęsnego
człowieka i następnie odłożył płytę na półkę.
– Co ja to miałem
zrobić… – mruknął pod nosem siadając przy biurku. – A,
zamówić nowy mikser!
***
– Demek, obudź
się! Za chwilę starsi wracają z nocki.
Nastolatek, słysząc
głos swojej siostry, rozwarł powieki i podniósł się z podłogi.
– Co się stało?
– spytał. – Nic nie pamiętam.
– Wróciłeś
pijany z baletów, zacząłeś słuchać muzyki na bombie i zasnąłeś
– wyjaśniła mu. - Ogarnij się szybko i sprzątnij ten burdel.
Chyba nie chcesz zaliczyć przypału?
Demetriusz omiótł
wzrokiem mieszkanie. Rzeczywiście, narobił niezłego bałaganu.
Wszędzie walały się kompakty z muzyką, szklany stolik do kawy był
cały umazany sosem salsa, zaś na dywanie leżało mnóstwo
pokruszonych nachosów. Trzeba to doprowadzić do porządku. Ale
najpierw musi się czegoś napić. Poszedł do kuchni i opróżnił
litrową butelkę mineralnej.
– Śniło mi się
coś głupiego. Tylko nie mogę sobie przypomnieć, co…
– Sen mara, Bóg
wiara, jakby to powiedziała nasza babcia – odrzekła mu
beznamiętnie Eulalia.
– Fajna nuta –
wyraził swoją opinię o utworze sączącym się z głośników
podłączonych do leżącego ekranem do dołu smartfona jego
bliźniaczki. – Chyba gdzieś już ją słyszałem. Jaki to był
tytuł? A, już wiem: “Shifting of the Universe”, czy jakoś tak.
– Skąd to wiesz?!
– zdziwiła się dziewczyna. – Przecież dopiero co puściłam
swój stream na Soundcloudzie. Ten kawałek został wrzucony pięć
minut temu, a artysta napisał, że nigdy wcześniej go nie
publikował…
Demetriusz
wybałuszył oczy, słysząc odpowiedź Eulalii.
– Serio? Na pewno
już gdzieś to słyszałem, tylko za chuja nie mogę sobie
przypomnieć okoliczności. Kto to nagrał?
– Breakcendence
Squad. Wczoraj grali w „Neuromancerze”, wybieraliście się tam z
ziomeczkami. Może ten kawałek leciał w ich secie?
– Kurwa, nie wiem…
Chociaż nie, zdaje mi się, że słyszałem go we śnie. Byłem w
studiu nagraniowym i odtwarzałem tę piosenkę z laptopa, a potem
przyszedł właściciel tego studia, który wyglądał jak Bóg, no i
niby był Bogiem…
– Co ty bredzisz?
Chyba przydałby ci się detoks, bo zaczynasz mieć problemy z głową.
I ogarnij w końcu ten bajzel.
Eulalia odwróciła
się na krześle obrotowym i wróciła do przeglądania Instagrama.
Demetriusz pozbierał płyty z muzyką, przetarł stolik morką
ściereczką i odkurzył dywan, po czym poszedł do kuchni zrobić
sobie śniadanie. Nie zbierało mu się na wymioty, więc pewnie
wyrzygał się zaraz po imprezie. Jego pamięć przypominała pokaz
slajdów. Będzie musiał drygnąć do Cyryla albo Łysego, żeby
dowiedzieć się, co się działo.
Po chwili wrócili
rodzice. Pomimo zmęczenia, przed pójściem spać zdążyli wygłosić
Demetriuszowi kazanie o tym, jak bardzo się stoczył, odkąd poszedł
do technikum, oraz o tym, że nie zdobędzie wykształcenia i będzie
musiał zbierać ogórki w Niemczech, o ile wcześniej nie trafi do
kryminału. Nastolatek puszczał wszystko mimo uszu, gapiąc się w
talerz i powoli jedząc jajecznicę. Gdy starsi skończyli już
ględzić i poszli do sypialni, odczekał kilkanaście minut, aby
upewnić się, że wpadli w objęcia Morfeusza, a następnie
wyślizgnął się z mieszkania.
Na klatce schodowej
wybrał numer do Cyryla i przystawił telefon do ucha.
– Siema stary,
pamiętasz może cokolwiek z piątkowego wyjścia?
– Hehehehe.
Wiedziałem że o to zapytasz, królu parkietu. W końcówce
popijałeś Jim Beama cydrem, a wcześniej podobno wbiłeś na
backstage i siedziałeś tam chyba z półtorej godziny!
– Ta, no co ty
gadasz?!
– Seryjnie,
ziomek. Słuchaj, pogadamy później. Gram multi i teraz nie mam
czasu…
– Zasrany no-lajf.
– Ty, żebym ci
zaraz nie wrzucił fajnego zdjęcia na tablicę…
– Dobra dobra.
Porozmawiamy później. Na razie.
– Nom, spoko.
Narka.
Tablica. No właśnie,
jeszcze nie sprawdził Facebooka. Pewnie ma z dwadzieścia zaproszeń
do znajomych od ludzi z imprezy. Szarpnął za klamkę od drzwi i
rozbujał je aż do końca ogranicznika, jednocześnie włączając
transfer danych w telefonie. Dżingiel od powiadomień wybrzęczał
kilkukrotnie. Rzeczywiście, trochę się tego nazbierało. Najpierw
wiadomości. Ruda zapraszała go na domówkę w następny piątek.
Znając życie rodzice go nie puszczą… O, jest coś w zakładce
“Inne”. Jakiś Michał Patarowski.
„Siema, tu Pako z
Breakcendence Squadu. Chcemy pogadac o ostatniej imprezie, nie wiem
czy cokolwiek pamietasz, a wiele sie dzialo :-) jak mozesz to przyjdz
dzisiaj o dwunastej na parkową 20/12. Daj znac czy pasuje ci termin.
Tu masz moj nr 659823901”
Demetriusz sprawdził
jego profil. Nie wyglądał na fałszywkę, dużo fotek z imprez i
obserwujących. Chłopak postanowił wysłać SMS potwierdzającego
przybycie. Chwilę później dostał odpowiedź: „ok bedziemy
czekali”.
Niesamowite. Jeden z
członków najlepszego kolektywu didżejów w mieście zaprosił go
na spotkanie. To zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Chociaż, jak
powiadają, alkohol łączy ludzi. Może rzeczywiście dobrze się
poznali?
Do dwunastej zostało
jeszcze sporo czasu. Demek był strasznie zmęczony, ale nie
zamierzał wracać do domu. Ojciec nigdy nie spał długo i pewnie
zaraz wyznaczyłby mu sto różnych pierdół do zrobienia, wcześniej
zrywając go z łóżka. Poszedł do osiedlowego i kupił energetyka
w dużej butelce. Wydał na niego ostatnie pieniądze, zatem był
zmuszony iść piechotą. Po drodze wstąpił do galerii handlowej,
gdzie grał na wystawowym pleju czwórce, dopóki nie przegonił go
ktoś z obsługi. Potem kontynuował niespieszny spacer w kierunku
Parkowej, aż po dwóch godzinach dotarł na miejsce. Nacisnął dwa
razy guzik przy numerze 12. Nikt się nie odezwał, drzwi zaczęły
brzęczeć. Chłopak pociągnął za klamkę i wszedł do środka
wysokiej kamienicy. Wspiął się na czwarte piętro i zapukał do
drzwi. Otworzył mu wysoki koleś w cienkich, brązowych dredach.
– Siema! –
przywitał przybysza. – Ty to Demek, tak? – Nastolatek kiwnął
głową. – Na mnie mówią Pako. Wejdź do środka.
Zapach gandzi unosił
się w całym mieszkaniu. Było ładnie urządzone, lecz niesamowicie
zabagałanione. Wszędzie walały się ubrania, talerze, winyle,
kable, słuchawki. Pako zaprowadził go do salonu, gdzie reszta
Breakcendence Squadu vel Maryn i T-Jay siedziała na kanapie i
oglądała telewizję, racząc się blantem.
– Chcesz? –
spytała T-Jay, podsuwając mu bata.
– Mogę ściągnąć
tróję – odpowiedział odrobinę nieśmiało Demetriusz.
Chłopak wziął
trzy buchy i podał dalej. Jazz był dobry, miał delikatnie
cytrusowy posmak.
– Częstuj się,
czym chcesz. – Michał wskazał przekąski leżące na stoliku do
kawy. – Zrobić ci herbaty?
– Nie, dzięki. –
odparł Demek. – To o czym chcieliście pogadać?
– Co pamiętasz z
naszego spotkania ostatniej nocy? – zapytał Maryn.
– Szczerze mówiąc,
nic. Film urwał mi się chwilę po tym jak skończyliście grać i
wszedł Subtension. Dlaczego pytacie?
– Zdarzyło się
wtedy coś bardzo ważnego – wyznał Pako. - Coś, co może zmienić
cały świat.
Demek zdziwił się.
Jego rozmówca nie wyglądał aż na tak zbakanego.
– Udało ci się
przenieść do Boskiego Wymiaru – kontynuował didżej.
– Boskiego
Wymiaru? Zaraz…
– Michał, on nie
skleja nic z tego, co mówisz – wtrącił się Maryn. – Trzeba mu
wytłumaczyć po kolei i łopatologicznie. Na ostatnich baletach
ostro się naprułeś. Jakimś cudem udało ci się zbajerować
ochroniarzy i wszedłeś do strefy VIP, gdzie odpoczywaliśmy po
występie. Pogadaliśmy chwilę z tobą i postanowiliśmy sprawdzić,
czy jesteś Wybrańcem. Wiem, to brzmi cholernie głupio, ale mówię
serio. Nasz świat w rzeczywistości jest tylko utworem muzycznym
tworzonym przez nadludzką istotę. Znasz takie powiedzonko, że Bóg
jest didżejem? Ono mniej więcej oddaje całą sytuację. Osoby
takie jak ty, mistyczni wybrańcy, są w stanie przenieść się do
innego wymiaru i spotkać Stwórcę osobiście. Udało ci się tego
dokonać ostatniej nocy, ale popełniliśmy błąd. Byłeś zbyt
napierdolony, żeby zapamiętać cokolwiek, o czym ci mówiliśmy. Na
dodatek na chwilę przed transferem zaliczyłeś zgona. Nie udało ci
się zgarnąć sprzętu, którego Bóg używa do tworzenia
piosenek-wszechświatów. Dzięki niemu można kontrolować
rzeczywistość. Chcemy go wykorzystać, oczywiście w dobrym celu.
Dlatego ściągnęliśmy cię tu, abyś dokończył swoją misję.
Demetriusz nie
wiedział, czy śni, czy dostał nagłego nawrotu fazy. Taka historia
mogła by mieć wzięcie w epoce kamienia łupanego, z zastrzeżeniem,
że Bóg grałby na jakimś prymitywnym instrumencie zamiast sklejać
sample w FL Studio, ale nie w dwudziestym pierwszym wieku. Tak czy
inaczej, o ile Breakcendence Squad nie robi sobie z niego jaj, lepiej
jest buszować po Boskim Wymiarze niż zamulać przed kompem
słuchając wątów starszej. Nawet jeśli potem miałby się
obudzić.
– Rzeczywiście,
przypomina mi się coś takiego. Byłem w jakimś studiu nagraniowym
i spotkałem kolesia, który przedstawił mi się jako Bóg.
Nawijałem z nim o czymś, nie pamiętam już dokładnie czym, a
potem przywalił mi dubplatem i odzyskałem świadomość na Ziemi.
– Prawdopodobnie w
ten sposób wepchnął cię z powrotem do naszej rzeczywistości –
wyjaśniła T-Jay. – Poprzednim wybrańcom udało się zdobyć ten
utwór, jednak jeśli nie odtwarza się go na boskim sprzęcie jest
nieodróżnialny od zwykłej piosenki – “Universe” Marcusa
Intalexa i S.T. Files. Potrzebny nam będzie gramofon, CDJ, laptop, cokolwiek.
– Okej –
powiedział Demetriusz. – To co mam zrobić, żeby przenieść się
do świata bogów?
– Istnieje pewien
kawałek, który na to pozwala, i to bez użycia artefaktów, ale
tylko jeśli jesteś wybrańcem. – wyjaśnił Pako, wkładając
kompakt do wieży hi-fi. Wystarczy, że dobrze się w niego
wsłuchasz.
Z głośników
zaczęła wydobywać się muzyka. Delikatne hi-haty, głęboki bas z
syntezatora, kobieta recytująca pierwsze wersy Księgi Rodzaju.
Definitywnie DJ Hype i jego “Closer To God”. Nastolatek zacisnął
powieki. Po chwili zniknął zapach marihuany i uliczny szum
dobiegający z uchylonego okna, a siedzisko kanapy stwardniało.
Piosenka również powoli zaczęła cichnąć, aż w końcu
Demetriusza otaczała jedynie cisza i ciemność. Otworzył oczy.
Siedział na ławce znajdującej się na końcu długiego,
oświetlonego jarzeniówkami korytarza. Wstał i podszedł do
pierwszych drzwi. Na przykręconej do nich plakietce było napisane:
“Balihulalater
a.k.a Knazjon a.k.a 09812738912 a.k.a Szemrzący Strumyk a.k.a…”
Demetriusz przestał
czytać po po trzeciej linijce. Widocznie w innych światach też
wyznają różne religie. Jego interesował Jahwe, czy może też
Allah albo Śiwa.
Rozpoczął
poszukiwania właściwego studia. Przypuszczał, że nie miałby
szans w bezpośrednim starciu z bogiem, więc starał się, aby nikt
nie wykrył jego obecności. Delikatnie stawiał kroki i co chwilę
oglądał się za siebie. W końcu udało mu się znaleźć pracownię
stworzyciela. Pociągnął delikatnie za klamkę i zajrzał do
środka. Wnętrze wyglądało znajomo. Podobnie jak siedzący przy
biurku starszy pan. Miał słuchawki na uszach i był wpatrzony w
ekran macbooka. Demetriusz przewidywał spore szanse na pozostanie
niezauważonym. Nie wyciągnie co prawda niczego spod rąk Selectora,
ale może udać mu się zwinąć sprzęt leżący na szafce z
płytami. Kucnął i zaczął skradać się w jej kierunku. Oddychał
najciszej jak tylko potrafił. Nigdy w życiu tak się nie bał. Ze
spotkania z Policją czy wkurzonymi karkami można jeszcze wyjść
obronną ręką, ale stanąć oko w oko z Bogiem? Ostatnim razem
poszło łagodnie, ale nawet Najwyższy nie ma nieskończonej
cierpliwości do intruzów.
Dwa CDJe i mikser
były w zasięgu ręki wybrańca. Wystarczyło je odpiąć i…
znaleźć winyl, który pozwoli mu wrócić na Ziemię. Z tym mogło
być trochę ciężej, więc postanowił zrobić to na początku. Na
półkach były ułożone dziesiątki płyt. Wyciągnął pierwszą
lepszą. Pudło. Wątpił, by “Stumihamooon” stanowił jedno z
określeń jego uniwersum. Demek próbował przypomnieć sobie, jak
wyglądał tamten nieszczęsny krążek. Był trochę mniejszy,
chyba dziesięciocalowy, i miał zieloną nalepkę…
– Te sample są do
dupy, muszę poszukać czegoś innego.
Serce Demetriusza
usiłowało opuścić klatkę piersiową. Chłopak zerwał się na
równe nogi, a Bóg odwrócił się w kierunku szafki.
– To znowu ty!
Mózg nastolatka
pracował szybciej niż klaster komputerowy. Nie wiedział, dokąd
uciekać, ani co odpowiedzieć. W akcie desperacji sprzedał
Stworzycielowi kopa z partyzanta. Przedwieczny Selectah przewrócił
się do tyłu razem z krzesłem, uderzając potylicą o kant biurka.
Po upadku już się nie ruszał. Wystraszony Demetriusz zamknął
drzwi do studia i zastawił je szafką, zastanawiając się, czy
bycie wybrańcem oznacza posiadanie super mocy. Klęknął przy Bogu
i przytknął palce do jego szyi. Tętno było nadal wyczuwalne.
Czyli nie udało mu się pobić Nietzschego. Tak czy inaczej mógł
teraz spokojnie splądrować studio.
Po kilkunastu
minutach stał ze stosem fantów w rękach. Tuż przed nim, na
podłodze leżał portal do zwykłego świata. Jeden skok i chłopak
z powrotem wylądował w mieszkaniu Breakcendance Squadu.
– I jak? –
zapytał Maryn.
– Izi jak jebanie.
– Demetriusz odłożył sprzęt na stolik. – Jak mu pociągnąłem
z laczka, to się nie pozbierał.
– Co? – zdziwił
się Pako. – Pokonałeś Boga w walce?
– Nie był aż
taki mocny jak przypuszczałem. Może to tylko zwykły człowiek z
magicznym talentem? A my też kreujemy nowe wszechświaty, tworząc
piosenki? Bóg wtedy byłby po prostu “poziom wyżej” od nas…
– Szkoda czasu na
rozkminy. – T-Jay przerwała Demkowi wywód. – Podłączajcie
zabawki.
– Od czego
zaczynamy? – Pako zaczął rozkładać stos elektroniki.
– Niech będą
CDJe. Korzystając z DAWów na laptopie możemy zbyt dużo
namieszać.
– Co zamierzacie
zrobić? – chciał się dowiedzieć Demetriusz.
– Według
poprzednich wybrańców każdy utwór można porównać do osi czasu.
Przewijanie do przodu i do tyłu oznaczałoby podróżowanie w
czasie.
Gdy odtwarzacz był
już gotowy do grania, T-Jay puściła płytę z “Universe”.
Nagle jedynymi istniejącymi rzeczami pozostał Breakcendence Squad,
Demetriusz, dwa CD-Je podpięte do lewitującego w nicości gniazdka,
głośniki i podtrzymujący je stolik do kawy oraz osobliwość. Ten
stan nie trwał zbyt długo, bowiem wszechświat zaczął się
rozszerzać. Powstawała materia, z materii tworzyły się gwiazdy, z
gwiazd galaktyki…
– Łał… –
rozmarzył się Michał.
– Dobra, przewiń
to, przecież każdy wie, jak wyglądały początki. No, może poza
moherami.
T-Jay zakręciła
talerzem, a czas popłynął z zawrotnym tempem. Przed oczami
muzyków i wybrańca migały pierwsze organizmy żywe.
– Muszę
zmniejszyć prędkość odtwarzania, bo gówno widzę – powiedziała
T-Jay.
Artystka przesunęła
pitch slider mocno w górę. Muzyka ucichła – częstotliwość
spadła do rzędu infradźwięków. Wszechświat nadal przypominał
odrobinę przyspieszony film, ale można było zauważyć więcej
szczegółów.
– O, coś
ciekawego.
T-Jay zrobiła bejbi
skrecza i zatrzymała utwór. Znajdowali się w tej samej kamienicy
co wcześniej, ale na oko pod koniec dziewiętnastego wieku. Ówcześni
mieszkańcy zastygli w bezruchu. Maryn podszedł do młodej kobiety z
filiżanką herbaty przy ustach i chciał ją lekko szturchnąć,
lecz jego ręka przeniknęła przez ciało.
– Chujnia z
grzybnią – skwitował. – Myślałem, że będziemy mogli zmienić
historię. Na przykład zabić Hitlera.
– To mogłoby
przynieść nieprzewidziane konsekwencje. – zauważył Pako. –
Poza tym, wystarczy, że rozwiążemy zagadki z przeszłości.
– Albo poznać
przyszłość – dodała T-Jay. – Nie gra mi tylko jedna rzecz.
Jesteśmy prawie we współczesności, a piosenka już się kończy.
Kiedy utwór się
zatrzymał, kalendarz na ścianie pokazywał dwutysięczny pierwszy.
– W tym roku
Marcus Intalex i S.T. Files wydali “Universe” – poinformował
Pako. – Co to może oznaczać?
– Może piosenka
nie jest kompletna, tylko dopisywana na bieżąco? – Demetriusz
podrapał się po głowie. – To oznaczałoby, że mamy starą
wersję.
– Ale lipa. –
Maryn wyglądał na wyraźnie zwiedzionego. – Myślałem, że
będziemy w stanie zrobić coś więcej niż tylko zobaczyć
przeszłość.
– To jeszcze nie
wszystko – przypomniała T-Jay. – Na dobrą sprawę
wykorzystaliśmy dopiero dwie funkcje CDJi. Pako, chcesz spróbować?
– Pewnie.
Michał podszedł do
konsoli i poprosił Demka, żeby dał mu jakąś płytę od Boga.
Chłopak wręczył didżejowi srebrny krążek, a ten załadował go
na prawy deck. Puścił “Universe” jeszcze raz, odpalił też
nową piosenkę i zaczął powoli przesuwać krosfejder. Zarówno
piosenki, jak i wszechświaty zaczynały płynnie przechodzić jeden
w drugi. Równoległe uniwersum zdawało się być znacznie młodsze,
czas nie płynął bowiem tak szybko.
– Co z tego, że
zobaczymy inną rzeczywistość, skoro nie możemy wejść w
interakcję z nią? – Maryn kontynuował narzekanie. – To tak,
jakbyśmy oglądali film.
Odtwarzania nagle
zostało przerwane. Grupka młodych ludzi znajdowała teraz w jakiejś
ogromnej, zatłoczonej sali. Na końcu stał tron zajęty przez
tłuściocha w czerwonych szatach. Po obu jego stronach stali
zakapturzeni mężczyźni dzierżący długie, drewniane laski.
– Co jest, do
chuja?! – krzyknął Pako, bezskutecznie wciskając przycisk
“Play”.
Z kostura gwardzisty
wydobyła się kula światła i uderzyła prosto w stolik z CDJami.
Eksplozja odrzuciła Demetriusza i muzyków na kilka metrów do tyłu.
Wylądowali tuż pod stopami rozwścieczonych ludzi.
– Zostajecie
skazani na śmierć za używanie wulgaryzmów w obliczu króla –
oświadczył im przyboczny, który zaatakował ich chwilę wcześniej.
Zbrojni zaczęli
zbliżać się do skonsternowanych przybyszów z innego wymiaru.
– Zaraz, żądamy
osądu przez walkę! – wypalił Demek.
Członkowie
Breakcendance Squadu spojrzeli na niego zdziwieni.
– No co, w “Grze
o Tron” to zawsze działa. Dobra, Oberyn Martell może nie wyszedł
na tym zbyt dobrze, ale przynajmniej Tyrion przeżył.
– Osąd przez
walkę, powiadasz? – odezwał się król zachrypniętym głosem. –
Jak sobie chcecie, i tak nie macie żadnych szans.
Demetriusz odwrócił
się w stronę tłumu i zapytał:
– Czy ktoś z was
jest gotowy wziąć udział w pojedynku w naszym imieniu? Oferujemy…
– Takiej opcji nie
ma – przerwał mu jeden z gwardzistów. – Ktoś z was musi
walczyć osobiście, skurwysyny.
– Możemy chociaż
wybrać broń? – chciał się dowiedzieć Maryn.
– Oczywiście,
przysługuje wam takie prawo. Szable, szpady, kostury, halabardy, a
może mikrofony?
– Mikrofony? –
zdziwiła się T-Jay. – Czy to oznacza bitwę fristajlową?
– Ma się
rozumieć.
– Dajcie nam
chwilę, musimy się naradzić – poprosił Demetriusz.
Zbrojny skinął
głową, a oskarżeni zebrali się w kółku.
– Walka na rymy
zdaje się być rozsądnym wyjściem, przynajmniej mamy jakieś
szanse – stwierdził nastolatek. - Ktoś z was umie nawijać?
– Nie, zawsze
mieliśmy od tego MC – powiedział Pako.
– Okej, w takim
razie spróbuję coś polecieć. Trzymajcie kciuki.
Demek podszedł do
zakapturzonych nieco niepewnym krokiem. Trochę żałował, że
zgłosił się na ochotnika.
– Postanowiliśmy
zmierzyć się z wami w rapie. Który z was będzie moim
przeciwnikiem?
– Ja. –
Najwyższy z gwardzistów wystąpił z szeregu.
– A zatem
zaczynamy – obwieścił król. – Kolejka po osiem wersów,
pierwszy będzie mój reprezentant.
Z tłumu wyłoniło
się trzech grajków dzierżących bębenek, flet i lutnię. Kiedy
bit rozbrzmiewał już na dobre, zbrojny zaczął rymować.
– Skądś się tu
wziął warchlaku chędożony,
Jak śmiesz przy
królu stać tak przystrojony?
Facjatę masz gładką
niczym białogłowa,
I pewnie też w
portkach ptaka nie chowasz.
Nędznyś mi parobku
wrogiem,
Bowiem jam jest
liryków Bogiem.
Znikaj stąd nim
władca łypnie
Bo życie swe
skończysz niechybnie!
Tłum zaczął
wiwatować. Demetriusz miał mocno pod górkę. Odwrócił czapkę do
tyłu i zacisnął rękę w pięść.
– Nie twój
interes skąd jestem, buraku,
Wasz król jest
tłusty jak żarcie w maku.
Białogłowy sam
pewnie nie zaznałeś,
Za to po mydło w
koszarach się schylałeś.
Jesteś liryków
Bogiem?
Ja Bogiem zamiatałem
podłogę.
Więc daj moim
ziomkom spokój,
Albo rozwali cię
prawdziwy rap z bloków!
– Łał!
– Ale pocisk!
– Rozkurwił!
Pozytywna reakcja
gawiedzi dodała Demetriuszowi pewności siebie. Jego przeciwnik
zaczął się lekko trząść.
– Nie nazywaj
króla grubym, bo, bo…
Gwardzista zamilkł
i stał przez chwilę bez ruchu, po czym uciekł ze sceny. Tłum
zaczął skandować imię zwycięzcy, które wyjawił im Pako.
Demetriusz zbijał piątki i odbierał gratulacje od pozostałych
gwardzistów, jednak zauważył, że władca także stara się
wymknąć.
– Ani kroku dalej,
bo moi fani cię dojadą! – zagroził mu nastolatek. – A teraz
gadaj, dlaczego chciałeś nas zabić. Nie wierzę w gadkę z
wulgaryzmami, twój przydupas sam wcześniej zaklął i nawet nie
zwróciłeś mu uwagi.
– To pułapka
przygotowana przez Boga. Wiedział, że wrócisz, aby ukraść
sprzęt. Chciał dać wam nauczkę, żeby ludzie już na dobre
zaprzestali podróżowania pomiędzy wymiarami, jednocześnie nie
skazując wybrańca na unicestwienie. Widzisz, każdego człowieka
można porównać do bardzo małego fragmentu piosenki. Kiedy tak się
przenoszą ze świata do świata, to tak jakby wstawić linię basową
z dubstepu do marszu pogrzebowego.
– Zaczynam mieć
już dosyć tego starego grzyba! – zirytował się Demetriusz. –
Co on sobie wyobraża? To ja tu jestem wybrańcem! Trzeba pogadać z
nim na poważnie. Pako, co ze sprzętem? Uda nam się przenieść do
boskiego wymiaru?
– Na szczęście
eksplozja niczego nie uszkodziła – odpowiedział Michał. – Ale
nie mamy przy sobie płyty z “Closer To God”, więc musimy
zahaczyć po drodze o Ziemię.
– W porządku. Wy
– Demetriusz wskazał na gwardzistów. – pójdziecie z nami.
Potrzebujemy dobrej obstawy.
Maryn stanął za
konsoletą i krosfejdował wszystkich do mieszkania Breakcendence
Squadu. Potem szybko wyciągnęła płytę z kawałkiem DJ Hype’a z
wieży i wrzucił ją do odtwarzacza. Po chwili cała ekipa znalazła
się na korytarzu w boskich siedzibach. Ze studiów zaczęli
wychodzić Przedwieczni Selectorowie. Kroczyli w kierunku Demetriusza
i jego towarzyszy, na czele nie kto inny jak sam Jahwe.
– Co to kurwa ma
być? – wrzasnął Demetriusz, niesiony na euforycznej fali
poczucia powołania. – Myślicie, że wasze wszechświaty są takie
zajebiste, że nie można w nich nic zmienić? A co z AIDS? Rakiem?
Głodem w Afryce?
– To kara za wasze
przewinienia, grzesznicy! – odparł Allah. – Przemawia przez was
pycha!
Nagle otworzyły się
drzwi z prawej (lub z lewej, jeśli przyjąć perspektywę Boga)
strony i wyszedł z nich niewysoki człowieczek o czerwonej skórze,
zakręconych rogach i gustownej bródce.
– Nie wtrącaj
się, Szatanie – powiedział do niego Ahura Mazda. – To sprawa
między mną a moim dziełem.
– Jak zwykle
robisz zadymę, Izanagi. Słychać was nawet przez wygłuszone
ściany. Nie możesz dać temu chłopakowi trochę swobody? W końcu
jest Wybrańcem.
– Jeszcze czego!
Pewnie, zaraz ustąpię mu miejsca na posadzie Najwyższego!
Wybraniec to tylko nic nie znaczący tytuł, zwykły bug w DAWie.
– Ten bug sprawi,
że twoje rządy upadną, a we wszystkich wszechświatach zwycięży
zło – powiedział stanowczo Angra Mainju. – Kiedy już rozprawi
się z wami, jestem pewny, że dojdę z nim do porozumienia.
– Nic nie znaczący
tytuł… Zło zwycięży… – Demetriusz poczuł się
rozczarowany. – Ale przecież…
Chłopak poczuł,
jak nagle otwiera się jego trzecie oko. Doznał nagłego przypływu
doskonałej mądrości, a wokół jego ciała pojawiła się złocista
aura.
– Gówno prawda! –
krzyknął nastolatek. - Każdy człowiek tworzy swoją własną
piosenkę, a wy nie macie nad nami kontroli! Jesteście tylko
prehistorycznym wymysłem! To już wasz koniec! Super Hadouken Fus
Ro Dah Rasengan Kamehameha!!!
Z rąk, oczu i ust
wybrańca wystrzeliły strumienie ognia otoczone wyładowaniami
elektrycznymi. Połowa budynku została unicestwiona razem z
nadnaturalnymi istotami, odsłaniając Demetriuszowi i przyjaciołom
dziesięciowymiarową przestrzeń astralną.
– To było
niesamowite – zachwyciła się T-Jay.
– Jesteś potężny
– powiedział Maryn. – Z takimi zdolnościami mógłbyś podbić
wszystkie wszechświaty.
– Nie uczynię
tego – wyznał Demetriusz. – Nie na tym polegała moja misja.
Miałem wyzwolić wszystkie stworzenia i to zrobiłem. Teraz zostanę
tu, aby w spokoju medytować. Wy musicie dalej iść przez swoje
życie.
– Będziemy mogli
wpadać do ciebie w odwiedziny? – zapytał Pako. – Myśleliśmy,
żeby nagrać jakieś kawałki z MC, a ty jesteś całkiem dobry.
– Zgoda. Będę
miał mnóstwo czasu na wymyślanie nowych zwrotek…
Subscribe to:
Posts (Atom)