---Kolejne metry popękanego chodnika pożerane przez rozklepane reeboki. Pył węglowy wdzierający się do płuc, powoli prowadzący komórki nabłonka ku ich ostatecznemu przeznaczeniu - nowotworowi, który podlewany benzopirenem z papierosa samojeby rozkwitnie niczym lotos, przynosząc mu nirwanę, ostateczne wyzwolenie z tego podłego zlepka aminokwasów. W śmierci było coś mistycznego. W bólu nie.
---Niska temperatura i smród siarkowodoru drażniące nozdrza. Klekot diesla, rzadziej warkot benzyniaka. Szeleszczący ortalion. Wypłowiałe plakaty wyborcze, równie nieaktualne jak zawarte na nich obietnice. I te oczy, otoczone przez gładkie twarze, półszczere uśmiechy oraz syntetyczną perswazję. Jak bardzo inne od tych wysuszonych, przekrwionych, wiecznie wypatrujących nadjeżdżającego autobusu, peta czającego się w szczelinie pomiędzy krawężnikami, policjanta chcącego zamknąć cię za grama, bądź jakiejkolwiek innych nadziei czy zagrożeń. Jak bardzo identyczne w przyprawianiu go o poczucie obcości. Świat iloczyn on równa się zbiór pusty.
---Znajome wzory na odrapanym tynku. Fasada wytrawiona przez kwaśne deszcze, od zawsze w tym ohydnym, żółtawym kolorze. Fajka lądująca na ziemi, zmiażdżona butem dwa numery mniejszym od kajaka. Skrzypnięcie i trzask masywnych drzwi. Nienawidził tego miejsca. Wiedział jednak, że poza nim jest jeszcze gorzej. Tu wystarczyło trochę się postarać, żeby coś tam znaczyć. Na zewnątrz dobrymi chęciami podcierano sobie tyłek. Liczył się efekt, nieosiągalny przy posiadaniu dwóch lewych rąk i wyjebanego na to, co dzieje się dookoła ciebie.
---Usiadł na ławce, całej pokrytej tagami. Marker czynił z przeciętnego Adriana, Tomka i Aśki Jaxblastę, Bloccwatcha, Hyperię. Obdarzał sławą do momentu, gdy nie zasłonił cię Jayman, Shredar czy Smithix. Nigdy rząd, który nie miał pieniędzy na zamalowywanie bazgrołów. Równie krucho ze szmalem stał Łapa, jak zwykle żebrzący o pół bułki lub odpalenie zety brakującej do batona ze sklepiku. Nie zdążył zjeść śniadania w domu. A może raczej matka nie dostała renty na czas. W tych czasach różnie to bywa z hajsem. Jedni wstydzą się o nim mówić, inni nim obracają, jeszcze inni go pierdolą. Społeczeństwo nekrodendrofili. Pozdro dla kumatych.
---On, choć nie był bogaty, nie narzekał na brak mamony. Wielu dałoby się pokroić za taki status materialny. Lecz jemu coś nie pasowało. W końcu to pieniądze rodziców. Nie miał skrupułów przy ich wydawaniu. Tylko to poczucie winy, gdy kolesie chwalą się, jakie to mają urwanie głowy w robocie, albo jak to udało im się kupić coś taniej i sprzedać drożej. Tak, powinien kombinować, skąd wziąć środki do utrzymania, a nie łudzić się, że kolejny rok w budzie doprowadzi go do czegoś więcej niż nieudanego podejścia do egzaminów. Muru, przez który dało rady przebić się tylko łapówką, przekrętem, ewentualnie niesłychanym uporem połączonym z łutem szczęścia. Chyba nie było aż tak źle. Co roku zdawała je co dziesiąta osoba. Coś tam znał się na rzeczy, na pewno dostałby przyzwoitą ilość punktów, gdyby się przyłożył. Ale mu się nie chciało. Nie wierzył w sens działania. Wrzód karmiony przez idiotyczny instynkt macierzyński.
---Pod klasą zbierało się coraz więcej ludzi, jednak mimo tego, iż dzwonek był za dziesięć minut, nie należało się spodziewać, że obecna będzie więcej niż połowa grupy. Pozostali spali smacznie w łóżkach, nienękani przez starszych zarabiających na życie w innych Rejonach, albo łoili wódę gdzieś w bramie. Nie chciało mu się gadać z nikim, kto zdecydował się na przyjście do “znowu jebanej szkoły”, więc poszedł na koniec korytarza, starając się złapać sygnał z routera w pobliskim urzędzie skarbowym, chronionego jakże wyszukanym hasłem qwerty123. Udało się. Zaledwie mała kropka na ikonce wi-fi, ale lepsze to, niż nic. Odpalił przeglądarkę na leciwym smartfonie i wpisał adres bloga o urbexie i rurexie. W wolnych chwilach lubił włóczyć się po opuszczonych terenach. Samotne godziny spędzone w zdemolowanych ruderach dawały nadzieję, że kiedyś tak będzie wyglądał cały świat. Że szlag trafi cywilizację, system i żałosne poszukiwania sensu istnienia.
---Nowy wpis. Hmm, zobaczmy.
---
---Ruiny kompleksu BC są bez wątpienia jedną z najbardziej tajemniczych i niebezpiecznych miejscówek w Czwartym Rejonie. Niewielu explorerów ma na tyle odwagi, żeby podjąć się próby zbadania zespołu budynków liczącego w sumie dobre kilkanaście tysięcy metrów kwadratowych. Choć dostanie się do tej lokalizacji nie sprawia większych kłopotów ze względu na niewielki stopień zabezpieczeń, to przebywanie w jej wnętrzu przyprawia o ciarki na plecach…
---Najprostsza droga do kompleksu BC, nazwanego na cześć legendarnej Brygady Caverów, która jako pierwsza spenetrowała to terytorium, wiedzie z Miasta E49/W27. Od niewielkiego podwórza za kamienicą przy ulicy Stromej 14 biegnie ścieżka prowadząca do iglastego lasu, który rozciąga się na granicy Sektorów 49 i 50. Szutrówka kończy się na dzikim wysypisku śmieci, na wschód od którego znajduje się niewielkie wzniesienie. Po jego drugiej stronie (żeby się nie zgubić, najlepiej jest na wspiąć się na szczyt i potem zejść na dół) płynie strumień. Schodząc wzdłuż niego dotrzemy do niewielkiego zbiornika wodnego. Cel znajduje się w niewielkim zagłębieniu terenu, około trzy i pół kilometra na północ od wspomnianego jeziorka. Mimo iż krajobraz na tym obszarze jest bardzo jednolity, ciężko jest nie trafić na wysoki płot rozciągający się na znacznej długości. Siatka jest mocno podziurawiona, niektóre z wyrw są na tyle duże, że można przez nie przejść nie schylając się. Budowle znajdują się na samym środku ogrodzonej działki. Nikt tak naprawdę nie wie, kto je wzniósł i do jakich celów służyły. Wnętrza są zupełnie puste, wyniesiono i wymontowano z nich wszystko łącznie z drzwiami i wszelkimi instalacjami. Co sprawia więc, że kompleks BC budzi uczucie grozy? Tajemnica czai się w piwnicach największej z konstrukcji (fotografia 12). Nikomu nie udało się dotrzeć głębiej niż na -3 piętro. Ja wymiękłem na -1.
---Jedna z teorii głosi, że budynek był obiektem wojskowym, a w podziemiach składowane były bojowe środki toksyczne o działaniu halucynogennym. Na podłodze można zauważyć szlam o ciemnozielonym kolorze (fotografia 14), a w korytarzach unosi się duszący zapach, który skutecznie uniemożliwia dłuższy pobyt w tym miejscu. Tych, którym udało się przetrzymać smród i w imię eksploracji posuwali się coraz głębiej, czekało bardzo niemiłe przeżycie. Pod wpływem wyziewów doznawali ataków paniki i starali się za wszelką cenę oddalić od kompleksu nie zważając na reakcje swoich towarzyszy, by po pewnym czasie zatrzymać się i odmawiać wykonywania jakichkolwiek czynności ruchowych. Stan ten potrafił się utrzymywać nawet przez kilka godzin.
---Kolejną dziwną cechą tego obiektu jest to, że na jego murach po prostu nie można umieścić żadnego napisu. Wiele ekip próbowało wysprejować czy też wydrapać ostrzeżenia o niebezpieczeństwie, jednakże ich następcy natykali się jedynie na idealnie białe i równe ściany. Zostały one prawdopodobnie pokryte eksperymentalnym materiałem...
---Ta. A w tej bajce były smoki? Obiekt wojskowy w promieniu maksymalnie kilkunastu kilometrów od ludzkich siedzib, nie pilnowany przez nikogo, ogólnie dostępny dla wszystkich blogerów wypisujących brednie na internecie dla większej liczby kliknięć i pieniędzy z reklam. Zresztą czego on się spodziewał, ten kolo od zawsze miał tendencję do koloryzowania. Kto byłby na tyle głupi, żeby podjąć się przetrzymywania broni chemicznej na terenie byłej Polski? Przecież zaraz wszystko by się spieprzyło, bo inżynier zapił przy zakładaniu czujników albo coś w ten deseń. To pewnie jakiś niedokończony ośrodek wypoczynkowy. Tak czy inaczej wybierze się go obczaić. W piątek są same luźne lekcje, więc zrobi sobie małe wagary.
---Dzwonek. Ciekawe, czy sprawdziła kartkówki...
***
---Rozlatująca się nyska dowlokła się na dworzec autobusowy w E49/W27. Z wielką ulgą opuścił środek transportu. Wreszcie może wyprostować plecy, zmaltretowane podróżą w pochylonej pozycji, wymuszonej przez niedostateczną ilość przestrzeni w pojeździe. Śmierdziało tu jeszcze gorzej niż w jego rodzinnym E49/S15.
---Ciekawe, jak to było w czasach, kiedy miasta nosiły normalne nazwy. To było dobre trzy dekady temu. Potem sypnął się system u Ruskich i Chinoli, z ONZ zrobiono rząd światowy i teraz żyjemy w neutralnym świecie kontrolowanym przez jedną organizację dla dobra całej planety. Oczywiście, część zadań jest przekierowywana do poszczególnych jednostek administracyjnych, gdzie łatwiej jest zataić wszelkiego rodzaju przekręty. Między innymi przez to (należy również wspomnieć o niebagatelnym wpływie ludzkiej mentalności) wschodnie Rejony europejskie są mocno w plecy w porównaniu z tymi położonymi na zachodzie kontynentu. Z drugiej strony, emigracja nie stanowi żadnego problemu. I podobno za komuny było gorzej. Nie ma się co wkurwiać. To i tak niczego nie zmieni. Wszystkie te superświetne plany na lepsze jutro snute podczas rozmów przy browarze upadały zaraz po tym, jak ich autorzy wyszli z baru. Zasadniczą wadą tychże koncepcji było to, że opierały się na zasadzie “jak inni zrobią, to my wtedy…”. Ja jestem w porządku, tylko wszyscy dookoła mnie to zgraja fiutów. Ta. Kiedyś próbował to zmienić. Lepiej się uczył, pomagał innym przy lekcjach, nawet dawał część oszczędności na cele charytatywne. A potem uznał, że sam świata nie zbawi i sobie odpuścił. Zaraz. Czy przez to nie stał się taki jak inni? Zresztą, pieprzyć to. Jest tylko durną małpą z kilkoma poprawkami ewolucyjnymi, nie Bogiem.
---Stroma 14. Eternitowy dach, zawilgocone mury, drewniane okiennice. Mieszkańcy tego budynku muszą mieć słabe zdrowie. Przeszedł na tyły kamienicy. Szara Jetta uśmiechała się do niego pordzewiałym zderzakiem, a drewniane szopki obserwowały dziurami po sękach. Jakiś dziadek wyjrzał zza firanki w oknie na pierwszym piętrze. Pospiesznie przebył podwórko, żeby nie wzbudzać większych podejrzeń.
---Ścieżka prowadziła przez łąkę, by po kilkuset metrach zagłębić się w świerkowy bór. Dolne gałęzie drzew uschły od niedostatku światła, podszyt zgubił liście wraz z nadejściem jesiennych chłodów, a zanieczyszczone powietrze nie pozwoliło mchom na pokrycie pni i głazów. Wszystko to sprawiało, że krajobraz wyglądał na równie uśpiony co jego chęć do życia.
---Krok za krokiem, drobne kamyczki chrzęściły pod traperami wyciągniętymi wczoraj ze strychu. Ojciec zdziwił się, dlaczego tak nagle zapragnął zmienić rodzaj zakładanego obuwia, mimo iż nie zapowiadali gwałtownego spadku temperatur. Bo wcześniej nie chciało mu się iść na górę ich szukać. Głupie pytanie, głupia odpowiedź. Lepiej byłoby, gdyby w ogóle się nim nie interesowali. Wtedy miałby wreszcie spokój. I czyste sumienie. Nikt nie wypruwałby sobie żył, żeby zapewnić mu byt, nie musiałby więc spełniać niczyich oczekiwań, czego i tak nie robił. Dlaczego nie jesteśmy w stanie stworzyć samych siebie, nie być nikomu nic winnym? Dlaczego życie nie jest za darmo, tylko wciąż są zobligowani walczyć z naturą wymagającą ciągłego szukania schronienia i pożywienia? Może lepiej byłoby być rośliną, pobierać wodę i sole mineralne z gleby, przeprowadzać fotosyntezę i nie mieć świadomości istnienia? Żałosne refleksje.
---Wysypisko. Niezły syf. Ciekawe, czy ci idioci wiedzą, że podstawą pobierania opłaty jest zameldowanie na terenie danego sektora, zatem choćby wyrzucali odpadki gdziekolwiek, i tak będą bulili. Pewnie robią to z przyzwyczajenia.
---Dobra. Teraz na wschód, czyli w prawo. Trochę stromo. Stopy pod kątem czterdziestu pięciu stopni do kierunku poruszania się i będzie okej. Termos z herbatą, cztery kanapki, baton i gruby polar zapakowane już po tym, jak jego rodzice opuścili mieszkanie, obijały mu się o krzyż. Lipa. Szkolny tornister miał zepsute szlufki, jednak był zmuszony z niego skorzystać. Powrót do domu z turystycznym plecakiem zakrawał na lekki przypał.
---Trzeba się sprężyć. Powinien być u siebie o szesnastej, a dotarcie z E49/W27 do E49/S15 zajmuje trzy kwadranse. Za góra pięć minut wejdzie na szczyt. Nie wiadomo tylko, jak daleko jest to cholerne jeziorko, toteż oszacowanie, ile będzie miał czasu na eksplorację, musi odłożyć do momentu dotarcia na miejsce.
---Uff. Z kondycją kiepsko. Szlugi i nadmiar słodyczy robią swoje…
***
---Dotarł do celu. Wszystko wyglądało tak jak na zdjęciach. Kompleks był rozmieszczony na planie krzyża łacińskiego. Okryty złą sławą budynek #5 znajdował się na jego spojeniu. Najlepiej będzie od razu udać się do niego. Jest w pół do po jedenastej, ma więc niecałą godzinę, potem trzeba będzie wracać. Ten strumień zdawał się ciągnąć w nieskończoność…
---Rzeczywiście, ściany zdawały się być świeżo wytynkowane. Może ktoś dopiero coś tu stawia? Tylko dlaczego pozostawiłby teren budowy bez opieki? To jakiś nonsens. Trzeba sprawdzić, czy ci kolesie mieli rację. Wyciągnął z kieszeni czerwony marker i podpisał się na elewacji. Tag zaburzył perfekcyjną biel powierzchni i ani myślał zniknąć. Zaraz, z tego bloga wynikało, że ostrzeżenia nie mogły zostać dostrzeżone przez kolejnych explorerów. Czyli bazgroły były usuwane dopiero po jakimś czasie. Czytanie ze zrozumieniem się kłania.
---Ale smród. Jak woń benzyny pomieszana z zapachem domestosa. Wszystko się sprawdza. W taki razie próbuje pobić rekord i zejść jak najniżej. Tak na -4, -5 piętro i z powrotem. Będzie biegł. Co prawda przez przyspieszony oddech nawciąga się więcej tego gówna, ale będzie przebywał tam przez krótszy czas. Zostawi plecak przy wejściu, żeby mu nie przeszkadzał, i owinie sobie twarz bluzą. To nie maska przeciwgazowa, ale przynajmniej nie będzie tak waliło. Raz, dwa, trzy, włączamy kamerę w telefonie, ostatni haust świeżego powietrza i lecimy.
---Wzrok w lewo, wzrok w prawo, same puste pomieszczenia. Gdzie klatka schodowa? Szeroka framuga na samym środku korytarza. Snop światła z diody LED skierowany w jej stronę. Są i stopnie. Długie susy na dół, palce na przemian zaciskające i rozwierające się na poręczy. Jak tu ciemno! Wiązanka przekleństw wykrzyczana dla odwagi. Już minus trzecie, jeszcze tylko dwa. Spazmatyczny kaszel. Zaraz się udusi. Ale jebać to. Nie ma nic do stracenia. Jeśli tu umrze, kiedyś znajdą tu jego ciało i stanie się legendą rurexu… Klap, klap, klap, klap. Trapery stukające o kafelki. Ostatnie półpiętro. Boi się. Musi wrócić, wybiec stąd… Nie! Tu nie ma żadnej broni biologicznej, wkręca sobie tylko jakieś głupie fazy… Pięć pięter pod ziemią. Można jeszcze niżej, ale tyle wystarczy. Wyskoczył na korytarz. Drzwi. Na końcu są drzwi! Podleci do nich, zajrzy do środka i potem wyjdzie na górę. Przekuć lęk w adrenalinę i dać mięśniom więcej siły. Miękkie kolana, serce walące niczym młot pnuematyczny… Nie poślizgnąć się na szlamie. Zatruje się, umrze. Nie, jeszcze tylko kilka metrów. Szarpnął za klamkę stalowych przeciwpożarówek. Otwarte. Długi, ciemny tunel opadający w dół, a na jego końcu światło swym blaskiem przyćmiewające słońce. Biegł dalej, choć nie był już tego świadom.
***
---Miliony znaków obracających się po okręgu. Mrowie pentagramów, krzyży, run, trójkątów równobocznych sunących w rzędach. Ma otwarte oczy czy nie? Nie miał pojęcia. Nie czuł też do końca tego na czym leży, choć był pewny, że jego pozycja jest ustabilizowana. Przewrócił gałami na wszystkie strony. Znajdował się w przestrzeni przypominającej jajko ze ściętym czubkiem. Na sklepieniu w kształcie koła znajdowały się symbole, które ujrzał po domniemanym odzyskaniu świadomości. Było ono podtrzymywane w centralnym punkcie przez pojedynczy filar rozszerzający się ku dołowi. Po drugiej stronie kolumny znajdowała się sporych rozmiarów butelka Kleina stojąca na irydowymi podeście. Wiedział to, mimo iż nie był w stanie tego zaobserwować. On sam spoczywał na dnie jajka, oparty o zakrzywioną ścianę połyskującym miedzianym kolorem przebijającym się spod warstw obrzydliwego śluzu, takiego samego jak na korytarzach kompleksu BC. Dostał się tu prawdopodobnie przez jedno z licznych wejść rozłożonych promieniście u spodu groty. Blask oświetlający komorę zdawał się nie mieć jednego źródła, lecz jakby dobiegał zewsząd, z każdego punktu otoczenia.
---Nagle zauważył jakiś dziwny kształt, który ni to zmaterializował się tuż przed nim, ni to wsunął się w jego pole widzenia. Był tak ogromny, że przesłonił mu wszystko. Cztery kończyny zakończone pazurami. Ogromny pysk, ząbkowane kły, wściekle czerwone oczy. Para potężnych skrzydeł, długi ogon i szczeciniasty grzebień ciągnący się na całej długości kręgosłupa. Łuska o pięknym kolorze, który anglofoni nazwaliby zielonym truciznowym. W tej bajce były smoki.
---Zbliżył się do niego i wylądował tuż u jego stóp. Pochylił nad nim swój wielki łeb i delikatnie mu w twarz chuchnął chmurą gazu. Znowu benzyna i domestos, tym razem nieco bardziej znośne. Lekko zakłuło go w płucach. Po chwili przyjemne igiełki rozniosły się po ciele, wibrując delikatnie w każdym organie. Czuł się spokojnie. W ogóle się nie bał, mimo iż patrzył prosto w ślepia gigantycznej bestii.
- W tym momencie powinienem zapytać o to, jak się tutaj znalazłeś - stwierdził potwór głosem wpadającym w basowe tony. - Nie mniej jednak i tak już to wiem, więc możemy odpuścić sobie tę formalność. Przejdźmy teraz do tego, czym jest miejsce, w którym się znajdujesz, i kim jestem ja. A zatem, trafiłeś do Piasty, od której niczym szprychy odbiegają równoległe wszechświaty. Masz przed sobą jej Strażnika we własnej osobie.
- To bzdury - zbuntował się człowiek. - Naćpałem się bojowym środkiem toksycznym, a ty jesteś tylko wizją.
Nagle broń chemiczna już nie wydaje się dla ciebie bujdą? I sądzisz, że będąc pod jej wpływem, masz na tyle trzeźwy umysł, żeby być w stanie ocenić, co jest rzeczywistością, a co nie?
- Skoro jesteś prawdziwy, to wytłumacz mi, w jakim celu pilnujesz Piasty.
- Nigdy nie utrzymywałem, że jestem prawdziwy. Po prostu zakwestionowałem twoją opinię.
---Słuchanie ze zrozumieniem się kłania.
- Pomińmy ten warunek i odpowiedz na moje pytanie.
- Szczerze mówiąc, nie wiem - przyznał się gad. - Może to czysty przypadek. A może siedzę tu po to, żeby uświadamiać durnym nastolatkom, że negując wszystko marnują swoje życie, i nawracać ich na właściwą drogę.
Znam wszelkie konsekwencje swoich czynów i nie mam zamiaru się zmieniać.
Będziesz miał czego żałować, głupcze - syknął smok, obnażając zęby.
- Och, będę, będę - przytaknął mu z pogardą leżący.
A co, gdybym ci powiedział, że każdy z tych tuneli prowadzi do różnych uniwersów, w których masz sposobność zacząć życie od nowa? - zagadnęła latająca jaszczurka. - Pomyśl, jak wspaniale mogą wyglądać. Czekają na twoje odkrycie.
Brzmisz jak reklama biura podróży. Czy w tych światach przetrwanie jest bezwarunkowe?
- To odzierałoby je z sensu.
- Wobec tego obawiam się, że żaden z twoich padołów mnie nie interesuje. Bo widzisz, takie pojęcia jak ból, przeciwności losu, walka z innymi o lepszą pozycję dla siebie, czy nawet sama śmierć ładnie wyglądają jako słowa zapisane na kartkach papieru lub idee funkcjonujące w naszych głowach. Lecz gdy przychodzi się z nimi zmierzyć w rzeczywistości, nie jest już tak kolorowo…
- Przesadzasz. Masz lepszą sytuację od wielu innych. Nigdy naprawdę nie cierpiałeś. Twój problem polega na złym nastawieniu.
- Rozgryzłem cię, Strażniku - wyznał z satysfakcją młody mężczyzna. - Jesteś częścią historii, którą ktoś wymyślił po to, żeby dodać mi otuchy. Którą mam przeżyć, abym nabrał chęci do życia. W równoległym świecie spotkają mnie przygody będące alegorycznym odniesieniem do potencjalnych wydarzeń w moim własnym wymiarze, który jako jedyny jest prawdziwy. Syntetyczny motywator. Wybacz, ale nie mam zamiaru w tym uczestniczyć.
- Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że jest tak, jak uważasz. - Bestia po raz kolejny podkreśliła swoje wątpliwości. - Ale nie wolno nam przyjąć tego za pewnik. Równie dobrze to, co dzieje się tu i teraz może być realne.
- Co jest realne, skrzydlaty stwór mieszkający w butelce Kleina stojącej na irydowym piedestale, czy rodzina z trójką dzieci z trudem wiążąca koniec z końcem, gnieżdżąca się na marnych pięćdziesięciu metrach kwadratowych w zatęchłej kamienicy?
- Ja wiem, i ty wiesz, że obydwie te rzeczy to nonsens. Dla ciebie mogę być jednak ważniejszy niż miliony ludzkich istnień.
- Co takiego jest zawarte w twoim oddechu? - Uczeń zmienił nagle temat.
---Mityczna szkarada uśmiechnęła się szeroko.
- Magiczny środek, działający dwuetapowo. Najpierw powoduje napady lękowe, a potem znieczula i uspokaja.
- Dałbyś radę wypluć z siebie takie ilości, żebym już nigdy więcej nic nie czuł?
- Powyżej pewnego progu większe dawki nie intensyfikują działania. Żeby od niego umrzeć, musiałbyś oddychać tym zamiast tlenu, czyli innymi słowy udusić się. A to nie jest przyjemna śmierć, i mój jad tego nie zniweluje. Otrzymałem taką zdolność po to, żeby tchórzliwi nie mieli wstępu do Piasty. Tym, którzy są w stanie pokonać strach, dane będzie przejść do innego świata.
- A po co ten trankwilizer?
- Żeby nikt nie zaczął uciekać lub walczyć ze mną, zanim zdążyłbym wszystko mu wyjaśnić.
- Głupota. Najpierw odrzuca się tych, którzy się boją, a potem i tak się sprawia, żeby się nie bali. Zresztą, nie nazwałbym biegania po korytarzach wypełnionych toksycznym gazem odwagą. To zwykła brawura.
- Mówiłem ci już, że wszystko może być jedynie dziełem przypadku.
- Skoro tym razem nie mam szans na eutanazję, to co powinienem zrobić?
- Na twoim miejscu żyłbym z dnia na dzień, nie planując i nie oczekując niczego. Leć wzdłuż linii czasu niczym liść targany podmuchami wiatru, swobodnie i bezwolnie. Czasami załóż maskę i odegraj przedstawienie przed innymi, żeby się odczepili.
- To właśnie robiłem do tej pory.
- Więcej najpewniej jest to właściwa droga. Musisz jednak przestać się zadręczać. Nie spełnisz wszystkiego, czego od ciebie wymagają. Jeżeli będziesz sobą, ukrzyżują cię tysiące razy. Lecz jeżeli będziesz taki, jakim widzą cię inni, ukrzyżujesz sam siebie dziesiątki tysięcy razy.
- Nadal mogę wybrać sobie wszechświat?
- Oczywiście. Nic nie stoi ku temu na przeszkodzie.
- W takim razie zrobię to. Tylko daj mi chwilę, nie ma mowy, żebym szedł gdziekolwiek w tym stanie.
- W porządku. Postaram się nie ziać gazem. A teraz cieszmy się chwilą.
---I tkwili nieruchomo przez długie godziny, wpatrując się w siebie i napawając się wzajemną obecnością, na przemian milcząc bądź rozmawiając o trywialnych sprawach. Potem chłopak wstał, pomachał smokowi na pożegnanie i zniknął w którymś z tuneli, zaś potwór wleciał do butelki Kleina i udał się na drzemkę, by śnić o lodospadach i skalistych pustyniach.
grudzień 2014
Opowiadania i historie utrzymywane w konwencji fantasy. Przeważnie oscyluję gdzieś na granicach mystical fantasy/metaphysical fiction, chociaż czasami pokuszę się też na sf i inne gatunki. Czasem z humorem, czasem na poważnie. Podziękowania dla wszystkich czytelników i wspierających.
Thursday, July 30, 2015
"Najeźdźcy"
---Skłonność człowieka do sporów jest rzeczą niebywałą. Pomimo naszej wybitnej inteligencji i zdolności do przewidywania, potrafimy ze wściekłym uporem bronić swoich racji, chociaż w większości przypadków ugoda okazałaby się znacznie lepszym wyjściem prowadzącym do obopólnej korzyści…
---Od początku byłem przekonany, że musi stać za tym coś więcej. Teraz, gdy zostałem oświecony przez Świętą Mądrość, jestem w stanie badać całą sprawę z szerszej perspektywy.
---Nie ulega wątpliwości, że natura ludzka jest dwoista. Oprócz ciała fizycznego posiadamy również astralne, dzięki któremu jesteśmy w stanie pojmować i wchodzić w interakcję z bytami abstrakcyjnymi, funkcjonującymi jedynie w świecie idei. Obydwie te części są w stanie wzajemnie na siebie wpływać.
---Ta wyjątkowa cecha sprawiła, że zaczęły się nami interesować wyższe formy istnienia egzystujące wyłącznie w sferze duchowej. Z racji tego, iż materialna forma jest dla nich niedostępna, starają się oni kompensować jej brak poprzez kontakt z nami.
---Ktoś mógłby spytać, do czego my, zwykli śmiertelnicy, jesteśmy im potrzebni. Otóż spiritus movens Najeźdźców (będę posługiwał się tą nazwą dla uproszczenia) są konflikty rozumiane jako ścieranie się ze sobą odmiennych idei. Ich zajście jest możliwe w świecie metafizycznym, jednakże z racji jego wielopłaszczyznowości jest niezmiernie rzadkie. Świat fizyczny zaś obfituje w nie dzięki logicznemu uporządkowaniu zezwalającemu na istnienie jedynie jednego stanu faktycznego. Gatunek homo sapiens jest nośnikiem wprowadzającym abstrakcyjne koncepcje do sfery materialnej i walczącym o ich realizację kosztem innych. Następstwem tego faktu jest to, iż w interesie Najeźdzców jest podtrzymywanie tego stanu rzeczy poprzez niezauważalne dla Nieoświeconych manipulacje.
---Choć ich działalność niezaprzeczalnie nam szkodzi, nie możemy ich za to winić. W końcu każdy byt pragnie się rozwijać...
listopad 2014
---Od początku byłem przekonany, że musi stać za tym coś więcej. Teraz, gdy zostałem oświecony przez Świętą Mądrość, jestem w stanie badać całą sprawę z szerszej perspektywy.
---Nie ulega wątpliwości, że natura ludzka jest dwoista. Oprócz ciała fizycznego posiadamy również astralne, dzięki któremu jesteśmy w stanie pojmować i wchodzić w interakcję z bytami abstrakcyjnymi, funkcjonującymi jedynie w świecie idei. Obydwie te części są w stanie wzajemnie na siebie wpływać.
---Ta wyjątkowa cecha sprawiła, że zaczęły się nami interesować wyższe formy istnienia egzystujące wyłącznie w sferze duchowej. Z racji tego, iż materialna forma jest dla nich niedostępna, starają się oni kompensować jej brak poprzez kontakt z nami.
---Ktoś mógłby spytać, do czego my, zwykli śmiertelnicy, jesteśmy im potrzebni. Otóż spiritus movens Najeźdźców (będę posługiwał się tą nazwą dla uproszczenia) są konflikty rozumiane jako ścieranie się ze sobą odmiennych idei. Ich zajście jest możliwe w świecie metafizycznym, jednakże z racji jego wielopłaszczyznowości jest niezmiernie rzadkie. Świat fizyczny zaś obfituje w nie dzięki logicznemu uporządkowaniu zezwalającemu na istnienie jedynie jednego stanu faktycznego. Gatunek homo sapiens jest nośnikiem wprowadzającym abstrakcyjne koncepcje do sfery materialnej i walczącym o ich realizację kosztem innych. Następstwem tego faktu jest to, iż w interesie Najeźdzców jest podtrzymywanie tego stanu rzeczy poprzez niezauważalne dla Nieoświeconych manipulacje.
---Choć ich działalność niezaprzeczalnie nam szkodzi, nie możemy ich za to winić. W końcu każdy byt pragnie się rozwijać...
listopad 2014
"A co to takiego?"
---Lustra i kopulacja są wstrętne, jako że pomnażają ilość ludzi. Choć uwielbiam dzieła Borgesa, w tej chwili nie mogę się zgodzić z herezjarchą Uqbaru. Za moment bowiem spory fragment płaskiej, odbijającej światło powierzchni będący częścią podziwianej przeze mnie instalacji artystycznej spadnie mi na głowę, zmniejszając populację Polski o jednego osobnika. Kawałek szkła pokrytego srebrem ustawił się równolegle do górnej części mojej kości ciemieniowej i zetknął się z nią. Mimo tego nie poczułem bólu, a zamiast światełka w tunelu ujrzałem jednak wiejski krajobraz. Stałem teraz na krętej, asfaltowej drodze położonej gdzieś wśród pól uprawnych, a pod stopami miałem nieszczęsne odłamki mieszaniny dwutlenku krzemu i kilku innych związków chemicznych. Przedostałem się na drugą stronę zwierciadła, które właśnie zostało rozbite. Świetnie.
***
---Słońce prażyło niemiłosiernie. W ustach miałem sucho, a w okolicy ani śladu wody nadającej się do picia. Telefon nie miał zasięgu. Przeszedłem chyba z pięć kilometrów nie napotkawszy żywej duszy, więc postanowiłem trochę odpocząć. Gdy miałem już usiąść w cieniu wysokiej lipy, do moich uszu dotarł płacz dziecka. Przeskoczyłem rów melioracyjny, zbiegłem na położone niżej pastwisko, skąd dochodził hałas, i ujrzałem głośno szlochająca dziewczynkę opierającą się o kamień, na oko ośmioletnią. Zbliżyłem się do niej i zapytałem (po angielsku, co zdawało się dla mnie być najrozsądniejszym wyborem w przypadku znalezienia się na nieznajomym terenie):
– Co się stało?
---Maluch przestał ryczeć i spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczyma. Spróbowałem niemieckiego i francuskiego, niestety bez skutku. Po chwili doszedłem do wniosku, że może w którymś z wszechświatów w kraju Białego Orła drogi są pozbawione dziur, i użyłem ojczystej mowy:
– Zgubiłaś się? Gdzie jest twoja mama?
– Mama? A co to takiego?
---Zamurowało mnie. Po prostu czułem, jak chomik kręcący kołowrotkiem w mojej głowie stopniowo go wyhamowuje, odmawiając pracy pod tak dużym obciążeniem.
– Przyjechał pan z daleka? Strasznie śmiesznie pan wygląda.
---Uwaga młódki przerwała moje nieudolne próby wytłumaczenia sobie, dlaczego to dziecko nie zna nazwy rodzica płci żeńskiej. Kanony mody po obu stronach lustra znacząco odbiegały od siebie. Bluza oraz spodnie z niebarwionej bawełny połączone ze skórzanymi trzewikami wydawały mi się równie nietypowe jak fikuśny t-shirt z logiem RAM Records i czarne jeansy dla mojej rozmówczyni.
– Powiedzmy – odpowiedziałem wymijająco. – Dlaczego płakałaś?
– Przewróciłam się i boli mnie ręka. Ale to nic, zaraz przestanie.
– Mogłabyś zaprowadzić mnie do kogoś dorosłego?
– Oczywiście. Nieopodal leży nasze miasteczko.
– Czemu nikt cię nie pilnuje?
– Opiekunowie zezwalają nam na samotne spacery. Każdy lubi chwilę odpocząć od towarzystwa.
---Wspomniała coś o opiekunach. Czyli jest sierotą. Ale to dalej niczego nie tłumaczy. W końcu tak czy inaczej musiała kiedyś słyszeć to słowo!
– Co się stało z twoimi rodzicami?
– Jakimi rodzicami? Chodzi panu o płodzicieli? Nikt nie zna tych, którzy powołali go do życia. Zadaje pan bardzo dziwne pytania. Jest pan chory psychicznie? Lepiej będzie, jeśli zaprowadzę pana do kogoś dorosłego.
– Też tak uważam.
---Dialog z dzieckiem wprawił mnie w konsternację. Jest zbyt śmiałe i inteligentne jak na swój określony w przybliżeniu wiek… Czyżby w tym uniwersum tempo rozwoju intelektualnego znacznie przewyższało dorastanie fizyczne? Zżerany ciekawością świata, w którym ludzie nie znają swoich ojców i matek, podążyłem za dziewczynką.
***
– Więc tam, skąd pan pochodzi, społeczeństwo nadal bazuje na grupach złożonych ze spokrewnionych lub spowinowaconych ze sobą członków, zwanych także rodzinami? – Zapytał goszczący mnie w swoim gabinecie burmistrz dwudziestotysięcznej miejscowości po tym, gdy wytłumaczyłem mu, jak się tutaj znalazłem.
– Tak.
– Doprawdy, nie mogę pojąć, jakim cudem cywilizacja mogła się ostać w takich warunkach.
– Nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać. Owszem, nękają nas poważne problemy, ale jakoś się trzymamy. Mnie z kolei zastanawia, jak udało wam się zmusić wszystkich do zaprzestania rozmnażania się na własną rękę.
– Nikogo do tego nie przymuszamy. Wszyscy uczestniczą w naszym systemie dobrowolnie, a ich decyzje umotywowane są racjonalnym rozumowaniem.
---To zabrzmiało niczym slogan totalitarnej partii. Nie wierzę w to, że tak nagle wszyscy zgodzili się na porzucenie rodzicielstwa.
– Mógłby mi pan powiedzieć coś więcej o tej doktrynie? – Postanowiłem wyciągnąć z niego trochę więcej informacji. – Od jak dawna ją stosujecie?
– Przez przeszło dwa tysiąclecia. Zaczęło się od Platona i jego dwóch najwybitniejszych dzieł: “Państwa” i “Praw”. Jego koncepcje stworzyły podwaliny pod obecny kształt świata. Chodzi przede wszystkim o przesunięcie odpowiedzialności za przedłużanie gatunku i wychowywanie nowych pokoleń z obywateli na organy administracyjne oraz o przekazanie władzy w ręce mędrców.
– W porządku. Platon istniał też w mojej linii czasowej i miał mniej więcej te same poglądy. Co dalej?
– Znalazła się grupa chętnych na realizację planów filozofa. Utworzyli oni kolonię rządzoną według ściśle określonych zasad wymienionych w jego dialogach. Wiodło im się całkiem dobrze i z czasem dołączały się coraz większe rzesze pokładające nadzieję w nowy porządek.
– Zaskakujące. W moim świecie takie utopie zazwyczaj kończyły się fiaskiem.
– Tak mogło być i w tym przypadku, gdyby nie pewien człowiek znany jako Kakos z Gortyny, który w znaczący sposób zrewidował nauki Ateńczyka. Postulował on zniesienie niewolnictwa oraz podziału na klasy. Od tego czasu funkcja danej osoby w społeczeństwie zależy wyłącznie od jej talentu i zaangażowania. Przełomowe znaczenie miały również jego idee dotyczące gatunku homo sapiens. Głosił on, iż jako ludzie tworzymy wspólnotę, której naczelnym celem jest rozwój. Aby osiągnąć szczęście, interesy wszystkich jej części składowych powinny zostać podporządkowane właśnie progresowi cywilizacyjnemu. Pozwoli pan, że powołam się teraz na paradoks pozornej korzyści sformułowany przez naszego mistrza. Wyobraźmy sobie, że jednostki oraz ich zbiory, na przykład państwa albo zgromadzenia religijne, w swoich działaniach kierują się przede wszystkim uzyskaniem dobra dla siebie. Logicznym następstwem tego faktu jest to, że wywiązuje się pomiędzy nimi rywalizacja, co prowadzi do szkody dla niektórych z nich. Tym samym traci nasz rodzaj jako całość, i choć część tych jednostek czy też zbiorów odniosło korzyść, nie jest ona wymierna, gdyż doprowadziła do strat dla wspólnoty, która w bezpośredni sposób oddziałuje na każdy ze swoich elementów. Na przykład, konkurencyjny osobnik może zemścić się za swoje krzywdy, albo w wyniku nadeksploatacji pewnych dóbr przez określoną grupę w celu uzyskania przewagi nad pozostałymi zostaną one wyczerpane w zbyt krótkim czasie. Innymi słowy, lepiej jest współpracować niż walczyć.
---Okej. To zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Przecież oni na dobrą sprawę nie różnią się od nas tak bardzo – przynajmniej pod względem fizycznym.
– Nie wierzę w to. Nie wierzę, że wszyscy tak po prostu na to przystali. Choćby i dlatego, że zawsze znajdzie się ktoś, nawet zwyczajnie zbyt głupi, żeby to zrozumieć, kto będzie uważał inaczej. Jak to się stało, że ludzie, czyli na dobrą sprawę zwierzęta, porzuciły instynkt rozpowszechniania swoich genów w populacji, z którego bezpośrednio wynika zaangażowanie w ochronę i pomoc krewnym budujące więzi rodzinne, i zaczęły postępować według abstrakcyjnej koncepcji.
– Jedno z wyjaśnień fenomenu modelu społeczeństwa będącego efektem prac dwóch wybitnych greckich filozofów przedstawił trzynastowieczny islandzki metafizyk Vondur Gunnarson. Według niego wysoce rozwinięta świadomość oraz zdolność do postępowania w zgodzie z rozumem, a wbrew naturze, wynika z oddziaływania bliżej nieokreślonego bytu duchowego. Dzięki niemu jesteśmy stanie poświęcać się wyższym celom. Jego wzmożona aktywność trwająca od czasów mędrca z Gorynty może być wytłumaczeniem przejścia cywilizacji na poziom rozwoju w mniejszym stopniu zależny od czynników materialnych.
---Strasznie naciągnięte. Zastanawiam się, czy naprawdę przeniosłem się do rzeczywistego wszechświata, czy tylko zwyczajnie zwariowałem, a mój mózg karmi mnie chorymi wizjami.
– Z upływem lat system rozprzestrzeniał się wśród kolejnych ludów, oczywiście na drodze swobodnego wyboru – kontynuował zarządca miasteczka. – Na dzień dzisiejszy jest stosowany na całym świecie.
– Kto utrzymuje to wszystko w porządku?
– Zarządzanie jest realizowane w procesie demokracji bezpośredniej, co również jest zasługą Kakosa. Zasięg decyzji ogranicza się do autonomicznych jednostek osadniczych, w których zostały one podjęte, możemy więc uznać, że władza jest całkowicie zdecentralizowana. Większe przedsięwzięcia są realizowane poprzez współpracę okręgów municypalnych. Im dalej posuwamy się w rozwoju, tym więcej nakładów wymaga rozwiązywanie problemów, dlatego też obecnie postuluje się utworzenie ogólnoświatowej Rady Nadzorczej koordynującej prace na rzecz progresu.
– Wygląda na to, że wasza strona lustra jest idealna. Nurtuje mnie jednak jeszcze jedna kwestia. Skoro wszyscy są doskonałymi altruistami, to czy naprawdę rezygnowanie z zakładania rodzin jest konieczne?
– Rodziny były instytucjami patologicznymi, gdyż w wyniku ich istnienia obywatele przedkładali dobro osób z nimi spokrewnionych nad prawidłowe funkcjonowanie społeczeństwa. Wraz z ich zlikwidowaniem pozbyliśmy się wielu problemów, jak chociażby nepotyzmu.
– Małżeństw też nie zawieracie?
– Małżeństwa to na dobrą sprawę dwuosobowe rodziny, więc również są złe.
– Jak zatem spełniacie swoje potrzeby seksualne?
– Potrafimy powstrzymać popęd szkodzący wspólnocie. Nikt nie odbył stosunku płciowego od czasu gdy została wprowadzona metoda inseminacji, czyli dobre sto lat temu.
---Spojrzałem na wiszący na ścianie za plecami mojego rozmówcy kalendarz. 22 listopada 2281 roku. Na podstawie licznego występowania dosyć rozwiniętych techniczne pojazdów spalinowych oraz zasłyszanej po drodze do urzędu miasta rozmowie o elektrowni atomowej mogłem stwierdzić, że ich cywilizacja znajdowała się mniej więcej na poziomie naszej w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Czyżby byli więc aż tak bardzo do tyłu w rozwoju? Zaraz, zaraz…
– Od jakiego wydarzenia liczycie rachubę czasu?
– Od narodzin Kakosa, ma się rozumieć.
– Mógłby pan umiejscowić jego okres życia w odniesieniu do Platona?
– Był od niego młodszy o około trzydzieści lat.
---Dwa tysiące dwieście osiemdziesiąt jeden minus trzysta dziewięćdziesiąt siedem równa się około tysiąc osiemset osiemdziesiąt… O kuźwa. Są o całe siedem dekad do przodu. Coś rzeczywiście jest na rzeczy.
– Pozwoli pan, że skorzystam z toalety.
– Ależ oczywiście. Na końcu korytarza proszę udać się w prawo, pierwsze drzwi po lewej.
---Wyszedłem ze skromnie urządzonego gabinetu i puściłem się pędem we wskazanym mi kierunku. Muszę uważać, bo podłoga była przed chwilą myta, więc jest śliska i mogę się… Wypieprzyć spadając prosto na kinol. Auć. Mój nos nie spotkał się jednak z kremowymi kafelkami, jakimi był wyłożony hall w budynku administracji znajdującego się w równoległym świecie, lecz z stanowiącym podłoże w Galerii Sztuk Pięknych betonem pomalowanym na znajomo zielony kolor. Nie wyrobiłem zakrętu i wleciałem prosto w wiszące na ścianie lustro. Witamy w domu.
***
---Od mojej niezwykłej przygody minęło piętnaście wiosen. Mimo usilnych prób nie udało mi się powtórzyć tego wyczynu. Przyznaję, jestem trochę rozczarowany. Wbrew moim oczekiwaniom zamiast na rewolucji w postrzeganiu nauki i boomie na poszukiwania równoległych wymiarów skończyło się na krótkim artykuliku opublikowanym na niewiarygodne.pl. Niespełnione marzenia o sławie i tak nie mają teraz większego znaczenia. Zaraz bowiem z powierzchni ziemi zmiecie mnie chińska głowica jądrowa.
– Tu jest, znaleźliśmy go! – Usłyszałem nagle entuzjastyczny okrzyk za swoimi plecami, po czym zostałem wciągnięty do portalu interwymiarowego.
---Znalazłem się na statku kosmicznym otoczony przez ogolonych na łyso ludzi ubrany w śmieszne, à la startrekowe kombinezony.
– Uff, udało się – powiedział jeden z nich. – Byłoby fatalnie, gdyby tak wybitny umysł zginął przez tych prymitywów. I tak nigdy nie spłacimy długu wdzięczności wobec pana. Gdyby nie pan, nigdy nie odkrylibyśmy możliwości podróży pomiędzy wszechświatami…
– Dziękuję. Zrobiliście duże postępy. Ile czasu upłynęło dla was od mojej wizyty?
– Trochę ponad półtora wieku. – odezwał się inny, sądząc po ilości odznaczeń najprawdopodobniej kapitan jednostki.
– Jestem pod wrażeniem.
– Udamy się teraz na planetę macierzystą. Jeżeli się pan tamu nie spodoba, ma pan do wyboru setki innych ciał niebieskich nadających się do zamieszkania – rzekł dowódca z uśmiechem na ustach.
– Sądzę, że z pewnością znajdę coś dla siebie – odparłem, również wyginając usta w krzywą łańcuchową.
---Jest super. Nareszcie koniec wysłuchiwania narzekań matki na moje starokawalerstwo, niekończących się zjazdów rodzinnych, zalewu zaproszeń do grona znajomych na Facebooku od mężów sióstr ciotecznych trzeciego stopnia… Ogólnie rzecz biorąc – mega git. W radosnym uniesieniu zacząłem nucić:
Birds flying high
You know how I feel
Sun in the sky
You know how I feel
Reeds driftin' on by
It's a new life for me
listopad 2014
***
---Słońce prażyło niemiłosiernie. W ustach miałem sucho, a w okolicy ani śladu wody nadającej się do picia. Telefon nie miał zasięgu. Przeszedłem chyba z pięć kilometrów nie napotkawszy żywej duszy, więc postanowiłem trochę odpocząć. Gdy miałem już usiąść w cieniu wysokiej lipy, do moich uszu dotarł płacz dziecka. Przeskoczyłem rów melioracyjny, zbiegłem na położone niżej pastwisko, skąd dochodził hałas, i ujrzałem głośno szlochająca dziewczynkę opierającą się o kamień, na oko ośmioletnią. Zbliżyłem się do niej i zapytałem (po angielsku, co zdawało się dla mnie być najrozsądniejszym wyborem w przypadku znalezienia się na nieznajomym terenie):
– Co się stało?
---Maluch przestał ryczeć i spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczyma. Spróbowałem niemieckiego i francuskiego, niestety bez skutku. Po chwili doszedłem do wniosku, że może w którymś z wszechświatów w kraju Białego Orła drogi są pozbawione dziur, i użyłem ojczystej mowy:
– Zgubiłaś się? Gdzie jest twoja mama?
– Mama? A co to takiego?
---Zamurowało mnie. Po prostu czułem, jak chomik kręcący kołowrotkiem w mojej głowie stopniowo go wyhamowuje, odmawiając pracy pod tak dużym obciążeniem.
– Przyjechał pan z daleka? Strasznie śmiesznie pan wygląda.
---Uwaga młódki przerwała moje nieudolne próby wytłumaczenia sobie, dlaczego to dziecko nie zna nazwy rodzica płci żeńskiej. Kanony mody po obu stronach lustra znacząco odbiegały od siebie. Bluza oraz spodnie z niebarwionej bawełny połączone ze skórzanymi trzewikami wydawały mi się równie nietypowe jak fikuśny t-shirt z logiem RAM Records i czarne jeansy dla mojej rozmówczyni.
– Powiedzmy – odpowiedziałem wymijająco. – Dlaczego płakałaś?
– Przewróciłam się i boli mnie ręka. Ale to nic, zaraz przestanie.
– Mogłabyś zaprowadzić mnie do kogoś dorosłego?
– Oczywiście. Nieopodal leży nasze miasteczko.
– Czemu nikt cię nie pilnuje?
– Opiekunowie zezwalają nam na samotne spacery. Każdy lubi chwilę odpocząć od towarzystwa.
---Wspomniała coś o opiekunach. Czyli jest sierotą. Ale to dalej niczego nie tłumaczy. W końcu tak czy inaczej musiała kiedyś słyszeć to słowo!
– Co się stało z twoimi rodzicami?
– Jakimi rodzicami? Chodzi panu o płodzicieli? Nikt nie zna tych, którzy powołali go do życia. Zadaje pan bardzo dziwne pytania. Jest pan chory psychicznie? Lepiej będzie, jeśli zaprowadzę pana do kogoś dorosłego.
– Też tak uważam.
---Dialog z dzieckiem wprawił mnie w konsternację. Jest zbyt śmiałe i inteligentne jak na swój określony w przybliżeniu wiek… Czyżby w tym uniwersum tempo rozwoju intelektualnego znacznie przewyższało dorastanie fizyczne? Zżerany ciekawością świata, w którym ludzie nie znają swoich ojców i matek, podążyłem za dziewczynką.
***
– Więc tam, skąd pan pochodzi, społeczeństwo nadal bazuje na grupach złożonych ze spokrewnionych lub spowinowaconych ze sobą członków, zwanych także rodzinami? – Zapytał goszczący mnie w swoim gabinecie burmistrz dwudziestotysięcznej miejscowości po tym, gdy wytłumaczyłem mu, jak się tutaj znalazłem.
– Tak.
– Doprawdy, nie mogę pojąć, jakim cudem cywilizacja mogła się ostać w takich warunkach.
– Nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać. Owszem, nękają nas poważne problemy, ale jakoś się trzymamy. Mnie z kolei zastanawia, jak udało wam się zmusić wszystkich do zaprzestania rozmnażania się na własną rękę.
– Nikogo do tego nie przymuszamy. Wszyscy uczestniczą w naszym systemie dobrowolnie, a ich decyzje umotywowane są racjonalnym rozumowaniem.
---To zabrzmiało niczym slogan totalitarnej partii. Nie wierzę w to, że tak nagle wszyscy zgodzili się na porzucenie rodzicielstwa.
– Mógłby mi pan powiedzieć coś więcej o tej doktrynie? – Postanowiłem wyciągnąć z niego trochę więcej informacji. – Od jak dawna ją stosujecie?
– Przez przeszło dwa tysiąclecia. Zaczęło się od Platona i jego dwóch najwybitniejszych dzieł: “Państwa” i “Praw”. Jego koncepcje stworzyły podwaliny pod obecny kształt świata. Chodzi przede wszystkim o przesunięcie odpowiedzialności za przedłużanie gatunku i wychowywanie nowych pokoleń z obywateli na organy administracyjne oraz o przekazanie władzy w ręce mędrców.
– W porządku. Platon istniał też w mojej linii czasowej i miał mniej więcej te same poglądy. Co dalej?
– Znalazła się grupa chętnych na realizację planów filozofa. Utworzyli oni kolonię rządzoną według ściśle określonych zasad wymienionych w jego dialogach. Wiodło im się całkiem dobrze i z czasem dołączały się coraz większe rzesze pokładające nadzieję w nowy porządek.
– Zaskakujące. W moim świecie takie utopie zazwyczaj kończyły się fiaskiem.
– Tak mogło być i w tym przypadku, gdyby nie pewien człowiek znany jako Kakos z Gortyny, który w znaczący sposób zrewidował nauki Ateńczyka. Postulował on zniesienie niewolnictwa oraz podziału na klasy. Od tego czasu funkcja danej osoby w społeczeństwie zależy wyłącznie od jej talentu i zaangażowania. Przełomowe znaczenie miały również jego idee dotyczące gatunku homo sapiens. Głosił on, iż jako ludzie tworzymy wspólnotę, której naczelnym celem jest rozwój. Aby osiągnąć szczęście, interesy wszystkich jej części składowych powinny zostać podporządkowane właśnie progresowi cywilizacyjnemu. Pozwoli pan, że powołam się teraz na paradoks pozornej korzyści sformułowany przez naszego mistrza. Wyobraźmy sobie, że jednostki oraz ich zbiory, na przykład państwa albo zgromadzenia religijne, w swoich działaniach kierują się przede wszystkim uzyskaniem dobra dla siebie. Logicznym następstwem tego faktu jest to, że wywiązuje się pomiędzy nimi rywalizacja, co prowadzi do szkody dla niektórych z nich. Tym samym traci nasz rodzaj jako całość, i choć część tych jednostek czy też zbiorów odniosło korzyść, nie jest ona wymierna, gdyż doprowadziła do strat dla wspólnoty, która w bezpośredni sposób oddziałuje na każdy ze swoich elementów. Na przykład, konkurencyjny osobnik może zemścić się za swoje krzywdy, albo w wyniku nadeksploatacji pewnych dóbr przez określoną grupę w celu uzyskania przewagi nad pozostałymi zostaną one wyczerpane w zbyt krótkim czasie. Innymi słowy, lepiej jest współpracować niż walczyć.
---Okej. To zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Przecież oni na dobrą sprawę nie różnią się od nas tak bardzo – przynajmniej pod względem fizycznym.
– Nie wierzę w to. Nie wierzę, że wszyscy tak po prostu na to przystali. Choćby i dlatego, że zawsze znajdzie się ktoś, nawet zwyczajnie zbyt głupi, żeby to zrozumieć, kto będzie uważał inaczej. Jak to się stało, że ludzie, czyli na dobrą sprawę zwierzęta, porzuciły instynkt rozpowszechniania swoich genów w populacji, z którego bezpośrednio wynika zaangażowanie w ochronę i pomoc krewnym budujące więzi rodzinne, i zaczęły postępować według abstrakcyjnej koncepcji.
– Jedno z wyjaśnień fenomenu modelu społeczeństwa będącego efektem prac dwóch wybitnych greckich filozofów przedstawił trzynastowieczny islandzki metafizyk Vondur Gunnarson. Według niego wysoce rozwinięta świadomość oraz zdolność do postępowania w zgodzie z rozumem, a wbrew naturze, wynika z oddziaływania bliżej nieokreślonego bytu duchowego. Dzięki niemu jesteśmy stanie poświęcać się wyższym celom. Jego wzmożona aktywność trwająca od czasów mędrca z Gorynty może być wytłumaczeniem przejścia cywilizacji na poziom rozwoju w mniejszym stopniu zależny od czynników materialnych.
---Strasznie naciągnięte. Zastanawiam się, czy naprawdę przeniosłem się do rzeczywistego wszechświata, czy tylko zwyczajnie zwariowałem, a mój mózg karmi mnie chorymi wizjami.
– Z upływem lat system rozprzestrzeniał się wśród kolejnych ludów, oczywiście na drodze swobodnego wyboru – kontynuował zarządca miasteczka. – Na dzień dzisiejszy jest stosowany na całym świecie.
– Kto utrzymuje to wszystko w porządku?
– Zarządzanie jest realizowane w procesie demokracji bezpośredniej, co również jest zasługą Kakosa. Zasięg decyzji ogranicza się do autonomicznych jednostek osadniczych, w których zostały one podjęte, możemy więc uznać, że władza jest całkowicie zdecentralizowana. Większe przedsięwzięcia są realizowane poprzez współpracę okręgów municypalnych. Im dalej posuwamy się w rozwoju, tym więcej nakładów wymaga rozwiązywanie problemów, dlatego też obecnie postuluje się utworzenie ogólnoświatowej Rady Nadzorczej koordynującej prace na rzecz progresu.
– Wygląda na to, że wasza strona lustra jest idealna. Nurtuje mnie jednak jeszcze jedna kwestia. Skoro wszyscy są doskonałymi altruistami, to czy naprawdę rezygnowanie z zakładania rodzin jest konieczne?
– Rodziny były instytucjami patologicznymi, gdyż w wyniku ich istnienia obywatele przedkładali dobro osób z nimi spokrewnionych nad prawidłowe funkcjonowanie społeczeństwa. Wraz z ich zlikwidowaniem pozbyliśmy się wielu problemów, jak chociażby nepotyzmu.
– Małżeństw też nie zawieracie?
– Małżeństwa to na dobrą sprawę dwuosobowe rodziny, więc również są złe.
– Jak zatem spełniacie swoje potrzeby seksualne?
– Potrafimy powstrzymać popęd szkodzący wspólnocie. Nikt nie odbył stosunku płciowego od czasu gdy została wprowadzona metoda inseminacji, czyli dobre sto lat temu.
---Spojrzałem na wiszący na ścianie za plecami mojego rozmówcy kalendarz. 22 listopada 2281 roku. Na podstawie licznego występowania dosyć rozwiniętych techniczne pojazdów spalinowych oraz zasłyszanej po drodze do urzędu miasta rozmowie o elektrowni atomowej mogłem stwierdzić, że ich cywilizacja znajdowała się mniej więcej na poziomie naszej w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Czyżby byli więc aż tak bardzo do tyłu w rozwoju? Zaraz, zaraz…
– Od jakiego wydarzenia liczycie rachubę czasu?
– Od narodzin Kakosa, ma się rozumieć.
– Mógłby pan umiejscowić jego okres życia w odniesieniu do Platona?
– Był od niego młodszy o około trzydzieści lat.
---Dwa tysiące dwieście osiemdziesiąt jeden minus trzysta dziewięćdziesiąt siedem równa się około tysiąc osiemset osiemdziesiąt… O kuźwa. Są o całe siedem dekad do przodu. Coś rzeczywiście jest na rzeczy.
– Pozwoli pan, że skorzystam z toalety.
– Ależ oczywiście. Na końcu korytarza proszę udać się w prawo, pierwsze drzwi po lewej.
---Wyszedłem ze skromnie urządzonego gabinetu i puściłem się pędem we wskazanym mi kierunku. Muszę uważać, bo podłoga była przed chwilą myta, więc jest śliska i mogę się… Wypieprzyć spadając prosto na kinol. Auć. Mój nos nie spotkał się jednak z kremowymi kafelkami, jakimi był wyłożony hall w budynku administracji znajdującego się w równoległym świecie, lecz z stanowiącym podłoże w Galerii Sztuk Pięknych betonem pomalowanym na znajomo zielony kolor. Nie wyrobiłem zakrętu i wleciałem prosto w wiszące na ścianie lustro. Witamy w domu.
***
---Od mojej niezwykłej przygody minęło piętnaście wiosen. Mimo usilnych prób nie udało mi się powtórzyć tego wyczynu. Przyznaję, jestem trochę rozczarowany. Wbrew moim oczekiwaniom zamiast na rewolucji w postrzeganiu nauki i boomie na poszukiwania równoległych wymiarów skończyło się na krótkim artykuliku opublikowanym na niewiarygodne.pl. Niespełnione marzenia o sławie i tak nie mają teraz większego znaczenia. Zaraz bowiem z powierzchni ziemi zmiecie mnie chińska głowica jądrowa.
– Tu jest, znaleźliśmy go! – Usłyszałem nagle entuzjastyczny okrzyk za swoimi plecami, po czym zostałem wciągnięty do portalu interwymiarowego.
---Znalazłem się na statku kosmicznym otoczony przez ogolonych na łyso ludzi ubrany w śmieszne, à la startrekowe kombinezony.
– Uff, udało się – powiedział jeden z nich. – Byłoby fatalnie, gdyby tak wybitny umysł zginął przez tych prymitywów. I tak nigdy nie spłacimy długu wdzięczności wobec pana. Gdyby nie pan, nigdy nie odkrylibyśmy możliwości podróży pomiędzy wszechświatami…
– Dziękuję. Zrobiliście duże postępy. Ile czasu upłynęło dla was od mojej wizyty?
– Trochę ponad półtora wieku. – odezwał się inny, sądząc po ilości odznaczeń najprawdopodobniej kapitan jednostki.
– Jestem pod wrażeniem.
– Udamy się teraz na planetę macierzystą. Jeżeli się pan tamu nie spodoba, ma pan do wyboru setki innych ciał niebieskich nadających się do zamieszkania – rzekł dowódca z uśmiechem na ustach.
– Sądzę, że z pewnością znajdę coś dla siebie – odparłem, również wyginając usta w krzywą łańcuchową.
---Jest super. Nareszcie koniec wysłuchiwania narzekań matki na moje starokawalerstwo, niekończących się zjazdów rodzinnych, zalewu zaproszeń do grona znajomych na Facebooku od mężów sióstr ciotecznych trzeciego stopnia… Ogólnie rzecz biorąc – mega git. W radosnym uniesieniu zacząłem nucić:
Birds flying high
You know how I feel
Sun in the sky
You know how I feel
Reeds driftin' on by
It's a new life for me
listopad 2014
"OrgUEr"
---John Smith spacerował sobie jak gdyby nigdy nic po jednej z edmonotońskich ulic. Wtem ze ściany trzydziestopiętrowego apartamentowca wystrzeliła wiązka światła, a przed jego oczyma ukazała się holograficzna reklama.
- Chcesz, aby twoje pragnienia stały się rzeczywistością? - usłyszał kobiecy głos, którego tembr wręcz emanował siłą perswazji. - OrgUEry firmy Hornfield Neuromedics Inc. spełniają najśmielsze oczekiwania wszystkich ludzi. Nie zwlekaj! Już teraz pobierz katalog bądź odwiedź jednego z naszych przedstawicieli. Najbliższy z nich znajduje się zaledwie czterysta metrów od twojej obecnej lokalizacji. Czy przekazać współrzędne do urządzenia mobilnego?
---John zamyślił się przez chwilę. OrgUEr fajna rzecz, kumpel ma takie ustrojstwo i sobie chwali. W sumie mógłby wydać część swoich oszczędności…
***
- Czy zechciałby pan rozważyć kupno jednego z istniejących już modeli? - zapytał gynoid ubrany w ołówkową spódniczkę i białą koszulę. - Wypełnienie formularza nie trwa długo, jednakże utworzenie spersonalizowanego egzemplarza zajmuje około trzech lat.
- Hmm, sądzę, że powinienem znaleźć coś odpowiedniego dla siebie - odpowiedział mężczyzna.
- Doskonale. W takim razie zaprowadzę pana do magazynu.
---Maszyna wstąpiła do ogromnej hali wypełnionej wysokimi na około dwa i pół metra kapsułami. Człowiek podążył za nią.
- Tutaj przechowujemy ukończone produkty. Gdy pan się już zdecyduje, rozpoczniemy proces kształtowania psychiki, aby Organiczne Urządzenie Erotyczne odczuwało bezwarunkowy pociąg seksualny w stosunku do pana. Wtedy będzie w pełni gotowe do użytku.
---Smith zaczął przechadzać się pomiędzy rzędami różnorakich, nagich postaci zanurzonych w przeźroczystym płynie. Były wśród nich seksowne laski, przystojni faceci, znane postaci historyczne, antropomorficzne zwierzęta, wampiry, kosmici… Niesamowity wybór, ciężko się będzie ograniczyć tylko do jednej opcji…
- Ta - rzekł, zatrzymując się przy małej dziewczynce jakby żywcem wyjętej z japońskich kreskówek.
Świetnie. Proszę chwilę zaczekać, inicjuję procedurę... - odparł robot.
---Pocisk kalibru zero pięćdziesiąt wystrzelony z karabinu snajperskiego przebił czaszkę Johna na wylot.
- Jednego dewianta mniej - pomyślała sprzedawczyni, spoglądając na trupa. - Tak to powinno się robić, a nie zabawa w jakieś terapie farmakologiczne...
październik 2014
- Chcesz, aby twoje pragnienia stały się rzeczywistością? - usłyszał kobiecy głos, którego tembr wręcz emanował siłą perswazji. - OrgUEry firmy Hornfield Neuromedics Inc. spełniają najśmielsze oczekiwania wszystkich ludzi. Nie zwlekaj! Już teraz pobierz katalog bądź odwiedź jednego z naszych przedstawicieli. Najbliższy z nich znajduje się zaledwie czterysta metrów od twojej obecnej lokalizacji. Czy przekazać współrzędne do urządzenia mobilnego?
---John zamyślił się przez chwilę. OrgUEr fajna rzecz, kumpel ma takie ustrojstwo i sobie chwali. W sumie mógłby wydać część swoich oszczędności…
***
- Czy zechciałby pan rozważyć kupno jednego z istniejących już modeli? - zapytał gynoid ubrany w ołówkową spódniczkę i białą koszulę. - Wypełnienie formularza nie trwa długo, jednakże utworzenie spersonalizowanego egzemplarza zajmuje około trzech lat.
- Hmm, sądzę, że powinienem znaleźć coś odpowiedniego dla siebie - odpowiedział mężczyzna.
- Doskonale. W takim razie zaprowadzę pana do magazynu.
---Maszyna wstąpiła do ogromnej hali wypełnionej wysokimi na około dwa i pół metra kapsułami. Człowiek podążył za nią.
- Tutaj przechowujemy ukończone produkty. Gdy pan się już zdecyduje, rozpoczniemy proces kształtowania psychiki, aby Organiczne Urządzenie Erotyczne odczuwało bezwarunkowy pociąg seksualny w stosunku do pana. Wtedy będzie w pełni gotowe do użytku.
---Smith zaczął przechadzać się pomiędzy rzędami różnorakich, nagich postaci zanurzonych w przeźroczystym płynie. Były wśród nich seksowne laski, przystojni faceci, znane postaci historyczne, antropomorficzne zwierzęta, wampiry, kosmici… Niesamowity wybór, ciężko się będzie ograniczyć tylko do jednej opcji…
- Ta - rzekł, zatrzymując się przy małej dziewczynce jakby żywcem wyjętej z japońskich kreskówek.
Świetnie. Proszę chwilę zaczekać, inicjuję procedurę... - odparł robot.
---Pocisk kalibru zero pięćdziesiąt wystrzelony z karabinu snajperskiego przebił czaszkę Johna na wylot.
- Jednego dewianta mniej - pomyślała sprzedawczyni, spoglądając na trupa. - Tak to powinno się robić, a nie zabawa w jakieś terapie farmakologiczne...
październik 2014
Subscribe to:
Posts (Atom)