Friday, September 11, 2015

"Szopka 2035"

 Jeden krok. Drugi. Trzeci. Na kolejne nie mam siły. Zaraz dopadnie mnie krwiożercza bestia i raz na zawsze przekreśli szanse na wypełnienie misji. Nie, nie mogę się poddać. Nie zawiodę moich ludzi. Nie pozwolę, by dwadzieścia lat walki o przetrwanie, ordynarnie mówiąc, poszło się jebać. Mimo okropnego zmęczenia brnę dalej pośród radioaktywnego pyłku topoli. Kurewstwo wykańczało mnie jeszcze przed wojną, a podkręcone putinowskim plutonem stało się prawdziwym utrapieniem, zwłaszcza, że jedyną ochronę przed nimi stanowiły białe maseczki behapowskie podwędzone z Castoramy.

Wszystko zaczęło się dwadzieścia lat temu. Siedzimy sobie przy piwerku u Mariana na chacie, w telewizji puszczają wiadomości. Mówią tam o tym całym konflikcie na Ukrainie, że niby Rosjanie wysyłają tam coraz więcej wojsk i nie wiadomo, co z tego wyniknie. Marian powiedział wtedy, że pewnie skończy się na atomówkach, bo tak jest w każdym filmie. No to zacząłem rozkminiać, żeby jakiś schron postawić. Bo w sumie w wolnym czasie i tak tylko siedzieliśmy na tyłkach i chlaliśmy, a w razie czego dobrze mieć jakąś miejscówkę na przeczekanie ataku. Razem z Marianem postanowiliśmy przystosować moją ogródkową szopkę do tego celu.

Zaczęliśmy od wypieprzenia wszystkich zbędnych gratów. Pozbyliśmy się trochę połamanych plastikowych krzeseł, starych wędek i poplamionych świerszczyków (Marian mówił, żeby zostawić, ale wytłumaczyłem mu, że do schronu wpuścimy pełno lasek, żeby potem odbudować cywilizację). Mamuśka jak zobaczyła, co robimy, to się w głowę popukała. Mimo tego kontynuowaliśmy pracę, jak się później okazało, ze zbawiennym skutkiem. Zamontowaliśmy skobel z drugiej strony drzwi, żeby można było zamykać je od środka. Uszczelniliśmy okno pianką poliuretanową, a pod nim wykuliśmy otwór strzelecki, w sam raz na wiatrówkę. Później trochę przez niego pizgało, ale zatykaliśmy go skarpetkami. Okazał się za to nieoceniony podczas licznych walk z mutantami. Zainstalowaliśmy też filtr powietrza (stożkowy do subaru imprezy, nie jakieś goebbelsowkie gówno) i wody (tu musieliśmy niestety liczyć na zwykły wkład brity) Przy okazji zorientowaliśmy się, że w sumie to nie mamy jeszcze instalacji wodociągowej i elektrycznej. Poprowadzenie szlaucha ze stawu do szopki nie było problemem. Trochę gorzej z zasysaniem, ale jak się później okazało, niektórzy mieszkańcy schronu mieli już spore doświadczenie w tej dziedzinie. Z prądem mieliśmy niezłe perypetie. Na początku chcieliśmy pociągnąć na lewo ze słupa, ale Mariana kopnęło i wylądował w szpitalu. Przez trzy dni musiałem robić sam. W tym czasie opracowałem i skonstruowałem generator ze starego roweru wyposażonego w dynamo. Przyniosłem też trochę zapasów z domowej spiżarni (głównie bimber i wina owocowe) oraz stare koce i poduszki.

Miejscówka była już w zasadzie gotowa. Doszliśmy jednak z Marianem do wniosku, że jest trochę za mała. Przewidzieliśmy ją na cztery osoby, a to z pewnością nie wystarczyłoby na odbudowanie cywilizacji. Zaczęliśmy więc odwiedzać mieszkańców Zadupia i namawiać ich, żeby przyłączyli się do budowy kolejnych schronów. Większość wzięła nas za wariatów, ale znalazło się kilku chętnych. Przerobiliśmy więc dwie opuszczone altanki na działkach i stary garaż Malinowskiego, który zgodził się nam go oddać w zamian za skopanie tyłka Grubemu zalecającemu się do jego córki. Tak oto powstał ZAJEB, czyli Zadupiańska Aglomeracja Jądrowoodpornych Ergonomicznych Budynków.

Niestety ZAJEB posiadał jedną znaczącą wadę. Niemożliwe było przemieszczanie się pomiędzy poszczególnymi JEBami bez wychodzenia na zewnątrz. W warunkach silnego promieniowania stanowiło to śmiertelne zagrożenie. Postanowiliśmy połączyć schrony siecią podziemnych tuneli. Nie zdążyliśmy zejść na dwa metry pod ziemie, a nikomu nie chciało się już kopać, więc zatrudniliśmy do tego lokalnych meneli. Byli skrajnymi optymistami, bo zamiast zagwarantowanego miejsca w ZAJEBie woleli dwadzieścia złotych jako zapłatę.

Po miesiącu nasz przeciwaatomowy azyl był już gotowy. Pozostało jedynie czekać na atak wroga. I oto nadszedł ten pamiętny dzień, w którym głośno zawyła syrena strażacka przy remizie. Przed udaniem się do schronu zabrałem dzieła kultury, które uznałem za najważniejsze dla naszej cywilizacji – „Królów Życia” Gangu Albanii i „Blondyneczkę” Bayer Full, oczywiście pirackie kopie kupione na odpuście. Do ZAJEBu wpuszczaliśmy tylko ładne laseczki i prawilnych chłopaków, ale jednych i drugich nie było zbyt wiele, więc potem wchodził każdy jak leci, aż osiągnęliśmy dwudziestoosobowy limit. Serce mi się krajało, kiedy patrzyłem na tłumy nie mogące dostać się do schronów. Długo śniłem o skrobaniu tipsów o drzwi altanki, które nie ustawało kilka dni po wybuchu wojny jądrowej. Później dowiedziałem się, że Mariola zapomniała wziąć ze sobą pilniczka.

Przez spory kawał czasu żyliśmy w pokoju i względnym komforcie. Odbudowa cywilizacji szła zgodnie z planem, urodziło nam się kilkoro dzieci. Braki w zapasach uzupełniali dzielni stalkerzy, uprawialiśmy również grzyby, które służyły za substytut mięsa, warzyw, herbaty, APAPu, viagry i kilku innych rzeczy. Problemy pojawiły się po kilku latach. Zaczęły napadać nas krwiożercze mutanty. Najgorsze były Mohery. Nazwaliśmy je tak ze względu na dziwne, malutkie antenki na głowach. Strzały z wiatrówek i koktajle Mołotowa nie robiły na nich najmniejszego wrażenia. Odpędzał je natomiast widok plecaków i koszulek z Hello Kitty, dlatego nosiliśmy je jako ochronę. Na domiar złego ZAJEB podzielił się na dwie frakcje: Zjednoczoną Prawicę zajmującą altanki i Zjednoczoną Lewicę rezydującą w pozostałych schronach. Wojna między nimi trwa do tej pory, chociaż nikt nie pamięta już, kto był za, a kto przeciwko wprowadzeniu Jednoosobowych Okrągłych Wychodków. Walki pochłonęły mnóstwo ofiar i zasobów, osłabiając obronę przed mutantami. Naszą ostatnią nadzieją na przeżycie było skontaktowanie się z innymi grupami ocalałych. Tuż po wybuchu wojny założyliśmy specjalną grupę na Facebooku, do której mieli zgłaszać się mieszkańcy schronów spoza ZAJEBu. Owszem, jesteśmy z Marianem kumaci, ale nie wierzyliśmy, że nikt na całym świecie nie wpadł na ten sam pomysł co my. Po dwudziestu latach okazało się, że mieliśmy rację. Napisali do nas ludzie z Wygwizdowa, niewielkiej wioski leżącej kilkanaście kilometrów od Zadupia. Skryli się przed pociskami jądrowymi w piwnicach. Dziwiło nas to, że nasi stalkerzy do tej pory jeszcze się nie spotkali. Tak czy inaczej ruszyłem na ekspedycję razem z Marianem i Tomkiem. Niestety, ich stroje Hello Kitty uległy zabrudzeniu podczas czołgania się przez tunele i tylko ja przeżyłem spotkanie z Moherami. Byłem już blisko celu, gdy natknąłem się na jakiegoś innego mutanta, tego, który goni mnie do tej pory. Wygląda prawie jak człowiek, ma jednak fioletową skórę. Jestem zbyt zmęczony, by biec dalej. Kryję się za śmietnikami. Bestia znalazła mnie, ale tanio skóry nie sprzedam.

– W imię ZAJEBu, skurwysynu! – krzyknąłem, wymachując tasakiem w jego kierunku.


– Panie, co pan?! – odpowiedział mutant. – Ja tylko dwa złote na piwo chciałem pożyczyć.

"Mylący napis" - ciąg dalszy "Chaty płaczu"

- Mam już dosyć, odpocznijmy chwilę – wydyszała Paquai, wspierając dłonie na kolanach. - Naprawdę nie mogliśmy pójść okrężną drogą?
- Przechodząc przez szczyt oszczędzamy kilka godzin marszu – wyjaśnił jej Cydas. - Dzięki temu powinniśmy dotrzeć do Luyrun przed zmrokiem. Naprawdę chciałbyś znowu spać pod gołym niebem?
- Nie wiem, czy to nie byłoby lepszym wyjściem – stwierdziła kobieta. - Ludzie traktują nas jak wysłanników ciemnych sił. Nasze historie i znaleziska budzą w nich przerażenie, zwłaszcza woda z jeziorka leżącego na wschód od Vydaru. W Munabie musieliśmy się niemało natłumaczyć, aby uwierzyli, że to nie my zabiliśmy tamtych ludzi ze spalonej chaty.
- To normalne, że boją się nieznanego. I właśnie dlatego za cel postawiliśmy sobie rozwiewanie tajemnic. Nasze wyprawy powinny służyć rozwojowi cywilizacji.
- Tak? A ja myślałam, że robimy to dlatego, że jesteśmy cholernie ciekawscy i nie potrafimy usiedzieć na miejscu.
---Podróżnicy zaśmiali się głośno. Paquai odgarnęła z twarzy spocone grzywkę w kolorze oberżyny, oparła się o jeden ze świerków, które wraz ze wzrostem wysokości nad poziomem morza stopniowo wypierały buki, wyciągnęła manierkę i wypiła kilka łapczywych łyków wody.
- Daj mi parę minut – poprosiła towarzysza. - I co się tak patrzysz, jesteś facetem, masz lepszą kondycję!
- No dobrze, niech ci będzie. Sam też ledwo wytrzymuję.
---Cydas usiadł na spróchniałym pniu. Przyłożył pięść do podbródka, jak to miał w dziwnym zwyczaju, i skierował wzrok gdzieś w dal. Okrągła, gładka twarz i czarne, kędzierzawe włosy doskonale pasował do wizerunku marzyciela. Nie można było jednak nazwać go przystojnym, przynajmniej dla Paquai. Był zbyt szczupły – nie lubił jeść dużo, a dalekie wędrówki pochłaniały każdy nadmiar tłuszczu – a przez delikatną facjatę wyglądał na sporo mniej niż dwadzieścia dwie wiosny. Ona z kolei stanowiła przedmiot fascynacji wielu mężczyzn. Cynamonowa opalenizna, fioletowe oczy oraz wydatne piersi i pośladki nadawały jej egzotycznego powabu. Nie w głowie były jej jednak romanse. Jakiekolwiek głębsze przywiązanie emocjonalne przy awanturniczo-podróżniczym stylu życie stanowiłoby tylko zbędny ciężar. Wierny przyjaciel dający oparcie w trudnych chwilach w zupełności wystarczał.
---Paquai wzięła kilka głębokich oddechów, oderwała plecy od drzewa i dała znak, że jest gotowa do dalszej drogi. Cydas wstał i razem ruszyli w drogę. Zbocze było wyjątkowo strome, a przez mokrą ściółkę łatwo było o poślizg. Mimo tego wędrowcy niestrudzenie stawiali krok za krokiem. Pół godziny wspinaczki później dotarli już na wierzchołek góry zwanej Tremajune, co w języku Fyhanu oznaczało „Omszałe głazy”. Swój przydomek zawdzięczała dosyć sporej formacji skalnej znajdującej się na szczycie, która przewyższała największe drzewa, i dzięki temu była doskonałym punktem obserwacyjnym.
- Wchodzimy na górę? - zaproponował Cydas.
- Takich widoków nie odmówię nigdy, choćby przechodziła tędy po raz setny – wyznała Paquai. - Ale najpierw coś zjedzmy.
---Kobieta wyciągnęła z plecaka trochę suszonej wieprzowiny i poczęstowała towarzysza, lecz wziął tylko niewielki kawałek. W pośpiechu przeżuli mięso i zbliżyli się do skały.
- Spójrz, ktoś wyrył tam jakiś napis – zauważył Cydas.
- „Hisud”. Ale przecież to nie ten szczyt – zdziwiła się jego przyjaciółka. - Hę? Co się dzieje?
---Nagle wszystko dookoła nich zaczęło się rozmywać, a następnie znowu stało się ostre, jednak stos głazów gdzieś zniknął, drzewa zmieniły swoje miejsca, a na prawo, nieco poniżej podróżników pojawiła się niecka z wodą, z której wpływał mały strumyczek.
- Teraz rzeczywiście jesteśmy na Hisudzie. – Cydas ze spokojem skomentował to, co stało się przed chwilą.
- Coś przeniosło nas cztery dramekany na południowy zachód. Albo tak nam się tylko zdaje.
- Twierdzisz, że może być tylko iluzja? - mężczyzna podszedł do najbliższego drzewa i zastukał w korę. - Wygląda na prawdziwe.
- To nastąpiło zaraz po tym, jak przeczytałam ten napis. Czyżby te głazy też były artefaktem?
- Może sam sposób, w jaki go wyryto był związany z magią. Musimy to sprawdzić.
- Ale wiesz, że to oznacza spore wydłużenie trasy? Stąd mamy tylko sześć dramekanów do Luyrun, a jeśli wrócimy na Tremajune, łącznie przejdziemy jedenaście dramekanów.
- I co z tego? Nie wolno nam zostawiać takiego odkrycia na później.
- Jeszcze niedawno zależało ci na dotarciu do ludzkich siedzib przed zmrokiem! Uch, niech ci będzie.
---Bez zwłoki skierowali się na północny wschód.

*

---Szlak na przełęczy pomiędzy dwoma szczytami był wyjątkowo trudny. W niektórych miejscach był wąski na dwie stopy, a po obu stronach znajdowały się wysokie urwiska. Wędrowcy przebywali właśnie jeden z takich fragmentów drogi.
- Ostrożnie! - krzyknęła Paquai, po tym, jak stopa Cydasa prawie ześlizgnęła się z uskoku.
- Spokojnie, przecież uważam.
- Właśnie widziałam...
- Hej, słyszysz to? - Cydas wskazał na koronę jednego z drzew, rosnącego tuż przy ścianie urwiska. - Coś tam się rusza.
---Nagle z buka zeskoczył zakapturzony mężczyzna i wyciągnął zza pazuchy szablę. Podróżnicy usłyszeli za sobą głuche łupnięcie. Kolejny zamaskowany napastnik z morgenszternem w ręku skutecznie odcinał im drogę ucieczki.
- To już koniec waszej zabawy w odkrywców – powiedział zbój dzierżący szablę. - Nie wymkniecie się nam.
- Zaraz zaraz – odezwała się Paquai. - Kim jesteście i dlaczego nam grozicie? Jesteśmy tylko zwykłymi wędrowcami, nie chcemy nikomu zaszkodzić.
- Nie chcecie, ale to robicie. Wtykacie nos w nie swoje sprawy, a potem opowiadacie wieśniakom wasze historyjki. Ludzie i tak wiedzą już zbyt dużo.
- Dlaczego mielibyśmy tego nie robić? Mamy prawo lepiej poznawać Lokamon. To służy wszystkim.
- Mylisz się, głupcze...
---Nieznajomi zaczęli zbliżać się do Paquai i Cydasa. Para przyjaciół miała przy sobie sztylety, lecz nie znali się na walce. Do tej pory starali się unikać konfliktów. W tej chwili to było niemożliwe. Napastnicy byli już gotowi do ataku, gdy nagle zastygli w bezruchu. Jeden z nich upadł na szlak i roztrzaskał się na tysiące małych kawałeczków, zupełnie jakby był zrobiony z lodu. Drugi zleciał z uskoku i spotkał go ten sam los. Podróżnicy otworzyli usta szeroko ze zdziwienia.
- Nie musicie dziękować.
---Dziwny głos zdawał się dobiegać z ziemi, tuż przy stopach Paquai. Oboje spojrzeli na dół, lecz nie zauważyli nic interesującego poza lśniącym, niebieskim chrząszczem wielkości dwóch paznokci.
- Tak, to ja to zrobiłem. - Owad wzbił się w powietrze i usiadł na ręce kobiety.
- Kim oni byli? - spytał Cydas. - I czym ty jesteś?!
- Nie wnikałem w to zbytnio. Wiedziałem jedynie, że są jednymi z tych, którzy nie chcą dzielić się swoją wiedzą z innymi. Wy stanowiliście dla nich przeszkodę. Dlatego was śledzili, i wykorzystali waszą ciekawość do wpędzenia w pułapkę.
- Chodzi o magię i artefakty? – dociekała Paquai.
- Jeżeli tak to nazywacie... Niektórzy pragną, żeby sekrety tego świata były znane tylko im. Traktują to jako przewagę. Wy nie jesteście tacy... skupieni na własnym powodzeniu. I dlatego was uratowałem.
- Jesteś wyjątkowo dobrym... chrząszczem – uznał niepewnie Cydas. - Masz jakieś imię? 
- Nie jestem chrząszczem. A może i jestem? Z resztą, to tylko zewnętrzna powłoka. Jeśli zaś chodzi o imię – nie posiadam żadnego. Kiedyś zwano mnie Prorokiem. Ale to były dawne czasy. Wiele się zmieniło. Wybaczcie, wiem że macie jeszcze wiele pytań, ale muszę już was opuścić. Jestem potrzebny w innych miejscach.
---Owad odleciał i po chwili zniknął wędrowcom z oczu.

"Chata płaczu"

---Klin siekiery z każdym zamachem wygryzał kolejne skrawki młodej maramfy. Drzewo mocno się chybotało, gubiąc igły. Tsoman był okropnie zmęczony, lecz pocieszał się faktem, że wkrótce skończy pracę. Po dwóch kolejnych uderzeniach młody mężczyzna kopnął pień i dwumekanowa roślina opadła z hukiem na ziemię. Musiał jeszcze dotaszczyć ją do domu, a to spory kawałek drogi. Obszedł ciemnozieloną koronę i chwycił za czubek, oblepiając wielgachną łapę żywicą. Mocnym szarpnięciem przerwał ostatni pas kory i pospiesznie ruszył w kierunku schronienia, jak gdyby bał się, że inne maramfy zemszczą się za śmierć siostry pod toporem.
---Marsz przez las strasznie się dłużył. Trasę znał już na pamięć. Zbliżająca się zima oznaczała częste wyprawy po opał. Ojciec uznał, że lepiej będzie zgromadzić zapasy teraz, niż przedzierać się przez śniegi, by uzupełniać je na bieżąco. Nigdy nie protestował, gdy robota spadała na niego. Lubił samotne spacery, lecz teraz marzył jedynie o ciepłym posiłku.
---Przybywszy na skraj boru, był już w stanie dostrzec chatę otoczoną zaoranym poletkiem. Jej wznoszenie ukończyli całkiem niedawno, bo niecałe cztery oktawy temu. Do budowy użyli pięknego drewna o jasnobrązowym odcieniu. Było wyjątkowo twarde, a przy tym lekkie. Ojciec mówił, że takie drzewa nie rosły na Fyranie. Chłopak nie miał prawa tego pamiętać, więc traktował to jako ciekawostkę. Najważniejsze dla niego było solidność i ciepło, których nie gwarantowało poprzednie schronienie w Kalum na wybrzeżu. Majuk został tam wraz ze swoją narzeczoną. Tsoman nie dziwił się tej decyzji. Brat miał dosyć ojca i chciał założyć własną rodzinę. On sam miał już mocno zszargane nerwy przez postawę Nausara, lecz radzenie sobie w życiu na własną rękę wydawało się jak na razie gorszą opcją.
---Gdy dotarł na miejsce, zostawił drzewo na podwórzu i wszedł do środka. W nozdrza uderzył go zapach duszonego mięsa.
- Co dziś na obiad? - zapytał podochocony.
- Potrawka z polędwicy – odparł ciepły głos należący do kobiety w średnim wieku.
- Doskonale! To moje ulubione danie – wyznał z radością Tsoman.
- Masz taki sam gust jak matka – odezwał się Nausar.
---Młodzieniec nieco posmutniał. Umarła na nieznaną chorobę dwa lata temu. Ojciec nie potrafił się z tym pogodzić. Choć znalazł nową partnerkę, wciąż wspominał o miłości swojego życia. Czasami, kiedy wypił za dużo samogonu, opowiadał młodszemu synowi o ich pierwszych latach spędzonych razem. Tsomanowi miał w zwyczaju ignorować nudzące go historie, i jeśli nie miał ochoty ich słuchać po prostu kładł się spać, lecz Nausar nie zwracał na to uwagi i dalej plótł pogrążony w alkoholowej melancholii.
---Bansja postawiła na stole garnek z przyrządzoną wieprzowiną, po czym doniosła talerze i sztućce. Tsoman usiadł na krześle i grzecznie czekał, aż ojciec i macocha nałożą swoje porcje. Wiele razy zastanawiał się nad tym, jak wielką i niemalże bezwarunkową miłością Bansja musi darzyć Nausara. Ten człowiek żył przeszłością. Prawdziwą uczuciem darzył jedynie Manirę, matkę Tsomana. Kimkolwiek nie byłaby nowa kobieta, i tak traktowałby ją tylko jako gospodynię domową dodatkowo ogrzewającą łoże.
---Zdawało się jednak, że Bansji przynajmniej częściowo to wystarcza. Była samotna przez bardzo długi czas. Jej rodzina zginęła w zagładzie Fyranu. Na statku transportującym uciekinierów poznała Nausara i Manirę i z czasem została najbliższą przyjaciółką rodziny Hyruganów. Choć nigdy wcześniej nie okazywała tego wprost, czuła coś do ojca Tsomana, więc oczywistym faktem było, że po śmierci Maniry prędzej czy później zastąpi ją.
- Dlaczego zamilkliście? Czyżby nie podobało wam się...
- Och, daj spokój, Nausarze – przerwała mu kobieta. - Rozmawialiśmy ten temat setki razy. Ta strata dotknęła cię o wiele bardziej niż kogokolwiek innego, ale nie możesz ciągle babrać się we wspomnieniach.
---Bliscy dokładali wszelkich starań, żeby wdowiec rozpoczął życie na nowo. Stary dom w Kalum, w którym Hyruganowie mieszkali przez dwanaście lat, wciąż przypominał mu o zmarłej żonie, więc Bansja nalegała na przeprowadzkę w głąb lądu. Ten pomysł spodobał się Majukowi, który mimo szczerych chęci po pewnym czasie miał już dosyć smutków i żali ojca. Pierworodny syn Nausara zorganizował transport dobytku po okazyjnej cenie i obiecał pomoc przy wznoszeniu chaty. Po kilku miesiącach błagań głowa rodziny ostatecznie została przekonana i razem wyruszyli w poszukiwaniu dogodnej siedziby. Osiedli na górzystym terenie, niecałe dwieście pięćdziesiąt dramekanów na wschód od Kalum. Rejony te dopiero były kolonizowane, więc mogli przebierać pomiędzy nienależącymi do nikogo połaciami ziemi. Tsomanowi nie widziało się bytowanie na odludziu, lecz jego brat nie zgodził się na to, żeby został razem z nim w Kalum. Pocieszał się świadomością, że za góra rok miał opuścić dom w celu zarobienia pierwszych pieniędzy i znalezienia towarzyszki życia. Druga część planu zakładała ponowne sprowadzenie do rodzinnego gniazda, aby spłodzić potomków oraz pomagać ojcu i macosze w uprawie ziemi i hodowli zwierząt. Ten cel wyznaczony przez Nausara podobał mu się już nieco mniej.
- Drzewo, które przyniosłem do domu, jest dosyć spore. – Tsoman zmienił nagle temat, aby zapobiec kolejnej scysji. - Oporządzenie go zajmie strasznie dużo czasu. Pomożesz mi, tato?
- Oczywiście, synu – odparł Nausar, starając się trzymać emocje na wodzy.
- Miałeś naprawić bramę do stodoły – powiedziała z wyrzutem Bansja.
- Z pewnością znajdziemy na to czas, we dwójkę szybciej się pracuje. - Chłopak po raz kolejny próbował złagodzić nastroje.
---Wszyscy przestali się odzywać i kontynuowali spożywanie posiłku. Tsoman skończył jako pierwszy i zajął nieco wygodniejszą pozycję na krześle. Zostało wykonane ręcznie przez Nausara, który wykształcił się na cieślę długo przed przybyciem na Lokamon. W cały domu można było podziwiać kunszt jego rzemiosła, od przepięknych zdobień na krokwiach po meble zbite z wręcz nadludzką precyzją. Twórca przytulnej posiadłości Hyruganów przeżuł ostatni kęs mięsa i razem z synem wyszli na zewnątrz, żeby pociąć drzewo. Bansja zajęła się sprzątaniem, przeklinając lenistwo mężczyzn, którzy nie raczyli nawet odnieść naczyń do kuchni. 

*

---Tsoman obudził się późnym rankiem. Dzień spędzony na ciężkiej pracy mocno dawał się we znaki jego ciału. Zastanawiał się, jakie zdania dostanie do wykonania dzisiaj, w myślach jęcząc nad dolą człowieka nieposiadającego znacznego majątku. Każdy, któremu udało się dotrzeć na Lokamon, miał szansę zostać kimś wielkim. Tsoman słyszał wiele historii o ludziach podejmujących się wypraw w głąb lądu i znajdujących ogromne skarby. Nausar zadowalał się jednak spokojnym żywotem rzemieślnika w pierwszej osadzie na nowym kontynencie, pamiętającej jeszcze czasy sprzed zagłady Fyranu. Chłopak pragnął, żeby jego ojciec był odkrywcą, lecz nie dziwił się, dlaczego nim nie został. Jemu też nie chciałoby się tyle podróżować. 
---Powoli otworzył powieki i wyjrzał przez okno. Słońce było już wysoko. Gdzieś w zakamarkach umysłu czaiła się najnowsza opowieść ojca, który wczoraj wieczorem znowu trochę wypił. Nie dowiedział się z niej nic interesującego. Świadomość otrzymania od matki wyjątkowo pięknych ubrań w prezencie na trzecie urodziny wcale nie czyniła go szczęśliwszym. Wygramolił się spod koca, wstał z łóżka, ubrał się i wyszedł ze swojego pokoju do wspólnej izby. Było pusto, Bansja i Nausar pewnie zajmowali się już sprawunkami za zewnątrz. Chata miała jeszcze dwie wydzielone sypialnie, jedną przeznaczoną dla gospodarzy i jedną pustą przygotowaną na powiększenie rodziny. Wzniesienie domu zajęło mnóstwo czasu, a praca była wymagająca nawet po ściągnięciu do pomocy dwóch robotników z pobliskiej osady, niemniej jednak Hyruganowie byli dumni ze swojego dzieła. Piękny odcień drzewa, przypominający nieco bursztyn, dodawał wnętrzu ciepła i przytulnej atmosfery. Tsoman do tej pory pamiętał, jak bardzo męczyli się przy wycince...
---Chłopak zakrztusił się wodą i nieomal wypuścił z rąk dzbanek. To, co zobaczył obok malutkiego pejzażu na pewno było twarzą. I to nie byle kogo. Odłożył naczynie na stół i jeszcze raz spojrzał w tamtą stronę. Ujrzał wizerunek Maniry, relief wystający z równej powierzchni ściany.
- Tsoman, moje dziecko... - przemówiła do niego płaskorzeźba.
- Czym ty jesteś?! - wrzasnął przestraszony młodzieniec.
- Twoją matką, Tsomanie. Nie poznajesz mnie?
---Nie wierzył własnym oczom. To coś było takie rzeczywiste, tak wiernie oddawało wszystkie szczegóły, i na dodatek się poruszało.
- Pewnie mam zwidy. - Tsoman wyparł się zmysłom, nieudolnie próbując mówić spokojnym tonem. - Idź precz, maro!
- Posłuchaj mnie. - Nawet jej głos był identyczny. - Nie wiem, jak się tutaj znalazłam, ale istnieję wewnątrz tego domu...
---Tsoman pospieszył w kierunku drzwi. Relief przesuwał się po ścianie, podążając za nim.
- Zaczekaj! - krzyknęła drewniana Manira.
---Chłopak jednak nie zwrócił na to uwagi i pokręcił głową, jak gdyby chciał otrząsnąć się ze snu. Wyszedł na zewnątrz, uwalniając się od dziwnej halucynacji. Starał się uspokoić i udawać, że nic się nie stało, aby nie wzbudzić podejrzeń. Ruszył w kierunku obory, mając nadzieje znaleźć tam ojca lub Bansję.

***

---Gonitwa myśli przetaczała się przez umysł Tsomana. Nie potrafił przekonać siebie, że został zwiedziony przez własne oczy. Jak każdy rodowity Fyrańczyk wierzył w istnienie duchów, lecz nagłe pojawienie się jego matki na ścianie domu porządnie nim wstrząsnęło. Mędrcy głosili, że dusze po śmierci udają się do raju, gdzie bytują w wiecznej szczęśliwości. Tsoman nie wiedział, dlaczego Manira miałaby nagle wrócić do świata żywych. Po Lokamonie krążyły plotki o ludziach parających się tajemnymi sztukami, którzy podobno byli w stanie uczynić różne cuda. Lecz kto mógłby zakląć osobę w drewnie?
---Chłopak powoli kończył układanie szczapek na rozpałkę w szopce. Wiedział, że prędzej czy później będzie musiał ponownie wejść do chaty, choćby po to, aby coś zjeść. Bał się tego, przewidując, iż dziwnym zachowaniem może zwrócić uwagę ojca i macochy. Gdy spotkał Bansję w oborze, ta uznała, że wygląda na mocno przestraszonego. Wykręcił się koszmarem, który podobno dręczył go w nocy.
---Wcisnął ostatni kawałek rozłupanego pniaka w szparę pomiędzy sufitem a resztą opału i wyszedł z drewutni. Zajrzał do obory, mając nadzieję, że będzie tam któryś z opiekunów i wyznaczy mu kolejne zadanie, odraczając tym samym powrót do domu. Ku rozczarowaniu zastał wyłącznie stałych bywalców, czyli świnie i kozy. Nausar nie wspominał nic o wybieraniu się do lasu. Nie było widać ich w okolicy, więc z pewnością robili coś w chatce. Przebywanie przez dłuższy czas na świeżym powietrzu bez wyraźnego powodu mogło wzbudzić jeszcze większe podejrzenia, zwłaszcza że aura dziś zbytnio nie dopisywała. Zacisnął pięści, po raz kolejny powtórzył w duchu, że nie stało się nic nadzwyczajnego, i ruszył w kierunku domu.
---Siedziba Hyruganów leżała w odległości sześciu dramekanów od Munabu, najbliższej ludzkiej osady, co gwarantowało jej mieszkańcom spokój, lecz z drugiej strony czasami zmuszało do całodziennych wypraw w celu skorzystania z usług kowala czy garncarza. Okolica, w której się osiedlili, była wyjątkowa. Soczyście zielone łąki rozciągały się wśród pagórków, zaś iglaste lasy pokrywały wyższe wzniesienia. W oddali na wschodzie majaczyły ośnieżone granie. Tsoman jednak nie myślał teraz o otaczających go krajobrazach. Niechętnie stawiał krok za krokiem na wydeptanej ścieżce, powoli zbliżając się do chaty. Słyszał stłumione krzyki Bansji i Nausara. Zastanawiał się, o co posprzeczali się tym razem. Na całe szczęście godzenie się przychodziło im łatwiej niż wszczynanie kłótni. Chłopak pociągnął za klamkę i wszedł do środka.
- To na pewno ma jakiś związek z nieczystymi sprawami! - oburzyła się macocha.
- Nie możemy postępować pochopnie. - Ojciec próbował ją uspokoić. - Może chciała nam coś przekazać?
- Najlepiej będzie pójść po Mędrca do Munabu. On coś zaradzi w tej sprawie.
- Gdybyś dała się jej wypowiedzieć, wiedzielibyśmy więcej.
- Jasne, obwiniaj mnie za to, że rzuciłam talerzem w Manirę, bo nagle pojawiła się na naszej ścianie! O mało co nie dostałam ataku serca!
---Tsoman przemieścił się z sieni do wspólnej izby, wprawiając swoich opiekunów w zakłopotanie.
- A co ty tutaj robisz? - zapytał ojciec.
- Ja też widziałem mamę, a raczej jej twarz – powiedział Tsoman, przyznając się tym samym do podsłuchiwania. - Dziś rano, tuż po tym, jak wstałem z łóżka.
- Skoro pojawiła się tu wcześniej, być może wróci ponownie – zauważył Nausar.
- Jestem tu przez cały czas – usłyszeli głos za swoimi plecami. Relief Maniry umiejscowił się tuż obok glinianego kominka.
- Jak to możliwe? - zdziwiła się Bansja.
- Nie mam pojęcia – odparła Manira. - Po prostu znalazłam się tu poprzedniej nocy. Mogę się ukazywać i chować, ale jestem cały czas obecna w tym domu, w ścianach, w podłodze, w dachu.
- Byłaś w raju? - chciał się dowiedzieć Nausar. - Dlaczego wróciłaś do świata żywych?
- Nie widziałam raju. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętam, był moment śmierci.
- Za tym muszą stać jakieś złe siły – stwierdziła macocha Tsomana.
- Nie potrafię powiedzieć, co jest tego przyczyną. Czuję się normalnie, widzę i słyszę to co dzieje się wewnątrz, poprawnie myślę. Tylko, że jestem zaklęta w drewnie...
- Może istnieje jakiś sposób, żeby cię stąd wydostać? - rzekł Nausar z nadzieją w głosie. Oczy Bansji momentalnie zaświeciły się ze złości.
- Powinniśmy umożliwić ci powrót do raju – zasugerowała jedyna kobieta z krwi i kości w towarzystwie. - Poradzimy się Mędrca Jesoma.
- Nie ulega wątpliwości, że lepiej przebywać w raju niż w deskach. Lecz z drugiej strony, cieszę się, że jestem tu z wami. Na pewno macie dużo do opowiedzenia. Wiele rzeczy się pozmieniało... Dosyć szybko zajęłaś się moim mężem, Bansjo.
---Nausar i jego partnerka poczerwienieli ze wstydu. Mężczyzna próbował wytłumaczyć się z podjętej decyzji.
- Nie wiedziałem, że kiedyś wrócisz na ziemię. A po drugiej stronie życia wszyscy kochają się tak samo...
- Mniejsza z tym. Gdzie jest Majuk? Czyżby założył już własną rodzinę?
- Tak. Mieszka w Kalumie razem z Nimeną. Dostaliśmy od nich list trzy oktawy temu, dobrze im się wiedzie, spodziewają się dziecka.
---Tsoman powoli zaczynał mieć dosyć absurdalności obecnej sytuacji. Ojciec był niesamowicie podekscytowany, Bansja zaś mocno zdenerwowana. Żadnemu z nich nie zdawało się jednak przeszkadzać, że prowadzą konwersację z płaskorzeźbą. W pewnym momencie chłopak nie wytrzymał napięcia.
- To nonsens! Czy my jesteśmy nienormalni? Dlaczego rozmawiamy ze ścianą?!
---Obrócił się na pięcie i wybiegł z domu.

***

---W ciągu ostatniej oktawy atmosfera w rodzinie Hyruganów stała się nie do zniesienia. Całe zajście zdziwiło Mędrca Jesoma w równym stopniu co mieszkańców domu. Nie był w stanie pomóc im w żaden sposób, tłumacząc się brakiem wiedzy. Polecił im, aby starali się zachować pokój między sobą i nie wszczynali kłótni. Przychodziło im to jednak z wielkim trudem.
---Bansję denerwowało to, że znajdowali się pod ciągłą obserwacją jej poprzedniczki. Kobiety często obrzucały się uszczypliwymi komentarzami. Macocha Tsomana uważała, że czas Maniry minął i nie powinna się wtrącać w ich życie. Ta z kolei obwiniała Bansję o fałszywość i manipulowanie Nausarem.
---Zachowanie mężczyzny nie sprzyjało budowaniu przyjaznych relacji. Spędzał dużo czasu na rozmowach ze zmarłą żoną, wzbudzając zazdrość u Bansji. Raz przyłapała go na tym, jak całował drewniany relief. Tego dnia najbardziej ucierpiała zastawa stołowa, która skurczyła się niemal do połowy poprzedniego stanu.
---Tsoman mimo początkowej niechęci powoli zaczął akceptować fakt, że matka będzie towarzyszyć im przez dłuższy czas. Pragnął tylko, żeby dorośli wreszcie doszli do porozumienia. Niespodziewany powrót Maniry w dziwnej formie nie zrobił na nim aż takiego wrażenia jak na Nausarze. Strata matki bardzo zabolała chłopaka, jednak zdążył pozbierać się dosyć szybko. Był nauczony dostosowywać się do ciągle zmieniających się warunków. Miał cztery lata, gdy razem z rodzicami i bratem uciekł z trawionego lodowym ogniem kontynentu. Niewyobrażalna katastrofa kosztowała życie większość rozumnych istot stąpających w owym czasie po tym świecie, a przynajmniej tak zdawało się tym, którzy przeżyli. Nie wiedzieli bowiem, czy gdziekolwiek indziej znajdują się zamieszkałe ziemie. Fyran, kolebkę ludzkości, unicestwiła katastrofa przewidziana przez Bezimiennego Proroka. Ci, którzy uwierzyli jego przepowiedniom, zawczasu udali się na Lokamon, położony dwa tysiące dramekanów na wschód. Plotki głosiły, że był znacznie rozleglejszy od Fyranu i nie było na nim śladu tubylców. Jego kolonizację podjęto jeszcze przed zagładą, lecz na stałe przebywało tam nie więcej niż trzy tysiące dusz. Rozsądne szacunki zakładały, że w wyniku masowej emigracji przybyło ich kolejne czterdzieści tysięcy. Niewiele, zważywszy na to, że ciała milionów spoczywały teraz zamrożone na górach lodowych, pływających kawałkach Fyranu. Nadzieję na odbudowę cywilizacji spoczywała na barkach Tsomana i jego rówieśników.
---Syn Nausara był obciążony nie tylko odpowiedzialnością za przyszłość, lecz także kolejną marafmą targaną do domu. Ta miała być już ostatnia, opał ledwo mieścił się w drewutni. Perspektywa końca roboty dodawała mu otuchy, sprawiając, że przyspieszył krok. I tak przybył na miejsce za późno, by zapobiec wydarzeniom, które na zawsze zmieniły jego życie.
---Słup dymu unosił się nad chatą. Chłopak puścił drzewo i podbiegł do niej. Pomarańczowe jęzory ognia trawiły siedzibę Hyruganów, zwęglając miesiące ciężkiej pracy. Bardziej przerażające były jednak dwa nieruchome, zakrwawione ciała leżące na ziemi.

***

- Dlaczego to zrobiłaś?!
- Miałam już dosyć tego obłędu! Nie możemy żyć razem z duchem!
- Ale to był jedyny sposób na kontakt z Manirą!
- Chciałam, ci pomóc. To nie prowadziłoby do niczego...
- Nie chciałaś pomóc mi, chciałaś pomóc sobie! Manira od zawsze ci przeszkadzała! Zapłacisz mi za to, suko!
---Nausar wyciągnął z kieszeni nóż i dźgnął nim Bansję w pierś. Kobieta zawyła z bólu i osunęła się z łoskotem na podłoże. Ojciec Tsomana dyszał ciężko, nabuzowany szaleńczym gniewem. Chaty nie dało się już ugasić, pożar objął cały budynek. Poszedł tylko nakarmić świnie w oborze, a ona wykorzystała to, żeby zniszczyć jego marzenia o odzyskaniu żony. Czuł się całkowicie bezradny. Lecz wiedział, że się mylił. Był jeszcze inny sposób na połączenie się z Manirą.

***

---Tsoman domyślał się, co mogło się stać. W pierwszym momencie żałował, że nie pospieszył się ze ścięciem drzewa. Jednak po chwili uświadomił sobie, że nie zawróci czasu, otarł łzy i zaczął kombinować nad tym, co z tym wszystkim zrobić. Mógłby udać do Munabu i poprosić mieszkańców o pomoc. Hyruganowie czasami odwiedzali wioskę i mieli tam kilku znajomych. Tsoman bał się jednak, że nie uwierzą w to, co im opowie, i obarczą go winą za śmierć Bansji i Nausara. A nawet jeśli jakoś by to wyjaśnił, nosiłby na sobie piętno sieroty, opuszczonego przez los. Nie chciał tego. Wolał nie wracać też do Kalumu. Majuk miał już dosyć własnych problemów. Na Lokamonie czekało mnóstwo miejsc, w których mógł zacząć życie na nowo, samodzielnie. Wybór padł na Vydar, sporą osadę położoną po drugiej stronie lasu, prawie trzynaście dramekanów stąd. Ani on, ani jego opiekunowie nigdy się tam nie zjawili, co gwarantowało pożądaną anonimowość. Zanim wyruszył, musiał jednak chwilę odpocząć, zebrać potrzebne rzeczy i dokończyć kilka spraw. Wykopał skrzynkę z oszczędnościami i puścił zwierzęta wolno, wcześniej wydoiwszy kozę i wypiwszy trochę mleka. To jedyne, czym mógł wypełnić żołądek. Zapasy spłonęły wraz z chatą, a zabicie i przyrządzenie świni zajęłoby zbyt dużo czasu. Dym na pewno przyciągnął uwagę kogoś z Munabu, więc Tsoman uznał, że lepiej będzie jak najszybciej opuścić to miejsce. W duchu dziękował, że nie minęło jeszcze południe. Miał szansę dotrzeć do Vydaru przed zmrokiem.
---Nie zdobył się na pochowanie Bansji i Nausara. Bał się dotknąć ciał, poza tym munabańczycy zyskaliby pewność, że żyje. Co więcej, ręka Nausara zaciśnięta na nożu wbitym we własne żebra jawnie wskazywała na samobójstwo i oczyszczała Tsomana z potencjalnych zarzutów. Tak przynajmniej mu się wydawało. 
---Niestety, żadne torby ani plecaki nie ocalały z pożaru, więc nie mógł wziąć ze sobą wiele. Ograniczył się do siekiery, manierki zabranej wcześniej na wyprawę do lasu i ponownie napełnionej mlekiem oraz kilku złotych monet wyciągniętych ze skrytki. Spojrzał jeszcze raz na martwe ciała, zacisnął pięści i ruszył w drogę.

***

- Co tu się stało? - zapytał Cydas.
- Wygląda na poważną sprawę – stwierdziła Paquai. - Dwa trupy, w tym jeden, który najprawdopodobniej sam pozbawił się życia. No i ta zjarana chałupa...
- Rozejrzyjmy się się, może znajdziemy coś ciekawego – zaproponował podróżnik.
---Dwójka objuczonych wędrowców zaczęła kręcić się po okolicy. Natknęli się na niewielką dziurę w ziemi, pustą oborę i szopkę zapchaną drewnem. Najbardziej zaintrygowały ich jednak zgliszcza domu.
- Wygląda na to, że zbudowano ją z dziwnego drzewa, które widzieliśmy w tamtym lesie – powiedziała Paquai, pokazując towarzyszowi kawałek lekko zwęglonej belki.
- Rzeczywiście. Nie rozumiem tylko, po co komu chata wykonana z surowca o tak ogromnej pojemności magicznej?
- Mogli nie być tego świadomi. Ta roślina nie występuje na wybrzeżu. Sądzę, iż jesteśmy pierwszymi, którzy odkryli jej właściwości.
- Musimy przekazać nasze doświadczenia innym. Trzeba jak najprędzej dotrzeć do Kalumu, można też sprzedać trochę opowieści po drodze.
- Spójrz na to... – Paquai wyciągnęła palec w kierunku spalonej deski, na której widniała wyrzeźbiona twarz, zastygła w grymasie strachu.
- Wolę nie wiedzieć czym to jest...

***

---I tak oto rozpoczęło się dorosłe życie Tsomana, przedwcześnie wymuszone przez czyny przez jego ojca, który swoimi opowieściami nieświadomie przeniósł osobowość zmarłej żony na chatę wykonaną z magicznego drewna. Ta historia jest jedną z wielu opowieści o kolonizatorach Lokamonu, wraz z biegiem czasu odkrywających coraz więcej tajemnic otaczającego ich świata...

Tuesday, August 25, 2015

"Hasztagi"

Czy może być coś bardziej radującego od posiadania potomstwa? W końcu to wypełnienie celu zapisanego głęboko w genach, praktycznie najważniejszego z punktu widzenia biologii. Poza tym dziecko jest ucieleśnieniem miłości, istotą łącząca w sobie cechy dwóch zakochanych osób.

Zuzanna cieszyła się, że jej nowo narodzony synek wreszcie jest w domu. Miała problemy z zajściem w ciążę, samo oczekiwanie na poród również nie przebiegało gładko. Dzięki Bogu, Feliks urodził się cały i zdrowy.

Zuzanna zrobiła sobie zdjęcie razem z nim, mężem Hubertem i czteroletnią córeczką Amelią w świeżo wyremontowanym pokoju dziecięcym, po czym wrzuciła je na portal społecznościowy.

#rodzinka #bobas #feliks #witajwdomu #szczęśliwi

Jaki oni śliczny!

Ale słodki!

Super! Kiedy nas odwiedzicie?

Post okraszono wieloma podobnymi komentarzami. Młoda mama była bardzo dumna. Nie mogła jednak zbyt długo cieszyć się towarzystwem Feliksa. Korporacja wzywała. To dzięki niej Zuzanna mogła zakupić robota, który zajmował się noworodkiem i Amelią. Android był odpowiedzialny za utrzymanie całego mieszkania, więc Zuzanna po powrocie z pracy poświęcała swój czas wyłącznie na kontakt z bliskimi. Bardzo jej to odpowiadało. Wcześniej, kiedy nie miała elektronicznego pomocnika, opieka nad córką doprowadzała ją do szału i wątpliwości nad sensem posiadania dzieci.

Dwa dni później, przekraczając próg nie usłyszała ani kwilenia Feliksa, ani śmiechu Amelci. Znalazła ich zmasakrowane ciała w pokoju dziecinnym. Tuż przy nich stał robot domowy, który w kółko śpiewał:

Ain't no time for fakin jax
Stop fakin jax
Brothers that fake jax get laid on they backs


*

Co może równać się z cechami, które sprawiają, że obserwujący je doznają niemalże mistycznych uczuć? Czy istnieje większy dar od natury niż piękno? Podobno to właśnie ono ma zbawić świat.

Marika marzyła o karierze modelki. Była uroczą młodą damą, jednak nie dosyć ładną, by pojawić się na okładkach magazynów i bilbordach reklamowych. Dlatego ostatnio zrobiła sobie operację plastyczną za pieniądze od taty. Nic wielkiego, drobne poprawki nosa i ust. Naturze czasem trzeba pomóc. Wczoraj założyła nowego bloga i wrzuciła na niego selfie pstryknięte w miejskim parku.

#polishgirl #beauty #bezskalpela #wawa #summer

Ekstra!

Pokaż cycki!

Sweet!

Marika była zadowolona z szerokiego odzewu. Niektórzy zarzucali jej oszustwo, ale pozostali komentujący od razu przypięli im łatkę hejterów. Aby jeszcze bardziej zachwycić internautów, postanowiła zmienić uczesanie. Wybrała się do zakładu fryzjerskiego obsługiwanego przez automaty. Wgrała do komputera osobiście zaprojektowaną fryzurę i usiadła na wygodnym fotelu. Umieszczone na robotycznym ramieniu nożyce zaczęły chlastać jej twarz. Radio zacięło się, nieustannie powtarzając ten sam fragment piosenki:

Ain't no time for fakin jax
Stop fakin jax
Brothers that fake jax get laid on they backs


*

Czy można być bardziej spełnionym niż wtedy, kiedy stworzyło się coś od początku do końca? Wprowadzeniu autorskiego pomysłu w życie towarzyszy wyjątkowe zadowolenie, które buduje poczucie własnej wartości.

Tobiasz od początku wierzył, że mu się uda. Niewiele osób może pochwalić się własnoręcznie przerobionym samochodem. Tuning pochłonął trochę czasu i pieniędzy, ale efekt był niesamowity. Zrobił sobie zdjęcie z nowym wozem i udostępnił je na portalu społecznościowym.

#540hp #hondaszybszaniżwygląda #JDM #pocomechanikjakmożnasamemu #swag

Łał, naprawdę ma tyle koni?

Robiłeś wszystko sam?

Kozacki spojler, pewnie dużo za niego dałeś.

Tobiasz odpowiadał na większość pytań twierdząco, mimo iż test na hamowni wskazał sporo mniejszą moc, część modyfikacji była dokonana przez poprzedniego właściciela, a nowe części kupił po przecenach. Ale co mu tam, przecież nikt się nie dowie.

Pewnego dnia postanowił wybrać się na przejażdżkę po mieście. Opuścił szyby i puścił głośną muzykę. Jechał powoli, przyglądając się spacerującym dziewczynom. Nagle w samochodzie włączył się autopilot i pojazd zaczął gwałtownie przyspieszać. Tobiasz nie mógł zahamować, ani dezaktywować komputer kierujący wozem. System audio ześwirował i ciągle odtwarzał ten sam kawałek utworu:

Ain't no time for fakin jax
Stop fakin jax
Brothers that fake jax get laid on they backs

Po chwili biała honda zderzyła się z seatem poruszającym się przeciwległym pasem. Wszyscy uczestnicy wypadku zginęli.


*

Wygląda na to, że to koniec koszmaru – powiedział nadkomisarz Grabowski. – Jak udało się wam go rozpracować?

To nie nasza zasługa – odparł młodszy inspektor Malinowski. – Po pewnym czasie zabójca sam przyznał się do zbrodni. Wystarczyło go ująć.

Naprawdę to zrobił? – zdziwił się Grabowski. – Wybacz, nie jestem na bieżąco, dopiero wróciłem z urlopu.

Zależało mu na rozgłosie – wyjaśnił Malinowski. – Ten gościu był konkretnym świrem. Ofiarom przed śmiercią puszczał amerykański rap, jakiś kawałek o tym, że pozerzy źle kończą. Swoje działania określał jako Projekt Trendkill od nazwy pewnego albumu ze strasznie agresywną muzyką. Nienawidził ludzi, którzy przesadnie chwalili się w mediach społecznościowych. Wyszukiwał ich na podstawie tagów, śledził przez kilka dni, a następnie zabijał przy pomocy zhakowanych urządzeń.


Dobrze, że nie korzystam z tych durnych fejsbuków…