---Klin siekiery z każdym zamachem wygryzał kolejne skrawki młodej maramfy. Drzewo mocno się chybotało, gubiąc igły. Tsoman był okropnie zmęczony, lecz pocieszał się faktem, że wkrótce skończy pracę. Po dwóch kolejnych uderzeniach młody mężczyzna kopnął pień i dwumekanowa roślina opadła z hukiem na ziemię. Musiał jeszcze dotaszczyć ją do domu, a to spory kawałek drogi. Obszedł ciemnozieloną koronę i chwycił za czubek, oblepiając wielgachną łapę żywicą. Mocnym szarpnięciem przerwał ostatni pas kory i pospiesznie ruszył w kierunku schronienia, jak gdyby bał się, że inne maramfy zemszczą się za śmierć siostry pod toporem.
---Marsz przez las strasznie się dłużył. Trasę znał już na pamięć. Zbliżająca się zima oznaczała częste wyprawy po opał. Ojciec uznał, że lepiej będzie zgromadzić zapasy teraz, niż przedzierać się przez śniegi, by uzupełniać je na bieżąco. Nigdy nie protestował, gdy robota spadała na niego. Lubił samotne spacery, lecz teraz marzył jedynie o ciepłym posiłku.
---Przybywszy na skraj boru, był już w stanie dostrzec chatę otoczoną zaoranym poletkiem. Jej wznoszenie ukończyli całkiem niedawno, bo niecałe cztery oktawy temu. Do budowy użyli pięknego drewna o jasnobrązowym odcieniu. Było wyjątkowo twarde, a przy tym lekkie. Ojciec mówił, że takie drzewa nie rosły na Fyranie. Chłopak nie miał prawa tego pamiętać, więc traktował to jako ciekawostkę. Najważniejsze dla niego było solidność i ciepło, których nie gwarantowało poprzednie schronienie w Kalum na wybrzeżu. Majuk został tam wraz ze swoją narzeczoną. Tsoman nie dziwił się tej decyzji. Brat miał dosyć ojca i chciał założyć własną rodzinę. On sam miał już mocno zszargane nerwy przez postawę Nausara, lecz radzenie sobie w życiu na własną rękę wydawało się jak na razie gorszą opcją.
---Gdy dotarł na miejsce, zostawił drzewo na podwórzu i wszedł do środka. W nozdrza uderzył go zapach duszonego mięsa.
- Co dziś na obiad? - zapytał podochocony.
- Potrawka z polędwicy – odparł ciepły głos należący do kobiety w średnim wieku.
- Doskonale! To moje ulubione danie – wyznał z radością Tsoman.
- Masz taki sam gust jak matka – odezwał się Nausar.
---Młodzieniec nieco posmutniał. Umarła na nieznaną chorobę dwa lata temu. Ojciec nie potrafił się z tym pogodzić. Choć znalazł nową partnerkę, wciąż wspominał o miłości swojego życia. Czasami, kiedy wypił za dużo samogonu, opowiadał młodszemu synowi o ich pierwszych latach spędzonych razem. Tsomanowi miał w zwyczaju ignorować nudzące go historie, i jeśli nie miał ochoty ich słuchać po prostu kładł się spać, lecz Nausar nie zwracał na to uwagi i dalej plótł pogrążony w alkoholowej melancholii.
---Bansja postawiła na stole garnek z przyrządzoną wieprzowiną, po czym doniosła talerze i sztućce. Tsoman usiadł na krześle i grzecznie czekał, aż ojciec i macocha nałożą swoje porcje. Wiele razy zastanawiał się nad tym, jak wielką i niemalże bezwarunkową miłością Bansja musi darzyć Nausara. Ten człowiek żył przeszłością. Prawdziwą uczuciem darzył jedynie Manirę, matkę Tsomana. Kimkolwiek nie byłaby nowa kobieta, i tak traktowałby ją tylko jako gospodynię domową dodatkowo ogrzewającą łoże.
---Zdawało się jednak, że Bansji przynajmniej częściowo to wystarcza. Była samotna przez bardzo długi czas. Jej rodzina zginęła w zagładzie Fyranu. Na statku transportującym uciekinierów poznała Nausara i Manirę i z czasem została najbliższą przyjaciółką rodziny Hyruganów. Choć nigdy wcześniej nie okazywała tego wprost, czuła coś do ojca Tsomana, więc oczywistym faktem było, że po śmierci Maniry prędzej czy później zastąpi ją.
- Dlaczego zamilkliście? Czyżby nie podobało wam się...
- Och, daj spokój, Nausarze – przerwała mu kobieta. - Rozmawialiśmy ten temat setki razy. Ta strata dotknęła cię o wiele bardziej niż kogokolwiek innego, ale nie możesz ciągle babrać się we wspomnieniach.
---Bliscy dokładali wszelkich starań, żeby wdowiec rozpoczął życie na nowo. Stary dom w Kalum, w którym Hyruganowie mieszkali przez dwanaście lat, wciąż przypominał mu o zmarłej żonie, więc Bansja nalegała na przeprowadzkę w głąb lądu. Ten pomysł spodobał się Majukowi, który mimo szczerych chęci po pewnym czasie miał już dosyć smutków i żali ojca. Pierworodny syn Nausara zorganizował transport dobytku po okazyjnej cenie i obiecał pomoc przy wznoszeniu chaty. Po kilku miesiącach błagań głowa rodziny ostatecznie została przekonana i razem wyruszyli w poszukiwaniu dogodnej siedziby. Osiedli na górzystym terenie, niecałe dwieście pięćdziesiąt dramekanów na wschód od Kalum. Rejony te dopiero były kolonizowane, więc mogli przebierać pomiędzy nienależącymi do nikogo połaciami ziemi. Tsomanowi nie widziało się bytowanie na odludziu, lecz jego brat nie zgodził się na to, żeby został razem z nim w Kalum. Pocieszał się świadomością, że za góra rok miał opuścić dom w celu zarobienia pierwszych pieniędzy i znalezienia towarzyszki życia. Druga część planu zakładała ponowne sprowadzenie do rodzinnego gniazda, aby spłodzić potomków oraz pomagać ojcu i macosze w uprawie ziemi i hodowli zwierząt. Ten cel wyznaczony przez Nausara podobał mu się już nieco mniej.
- Drzewo, które przyniosłem do domu, jest dosyć spore. – Tsoman zmienił nagle temat, aby zapobiec kolejnej scysji. - Oporządzenie go zajmie strasznie dużo czasu. Pomożesz mi, tato?
- Oczywiście, synu – odparł Nausar, starając się trzymać emocje na wodzy.
- Miałeś naprawić bramę do stodoły – powiedziała z wyrzutem Bansja.
- Z pewnością znajdziemy na to czas, we dwójkę szybciej się pracuje. - Chłopak po raz kolejny próbował złagodzić nastroje.
---Wszyscy przestali się odzywać i kontynuowali spożywanie posiłku. Tsoman skończył jako pierwszy i zajął nieco wygodniejszą pozycję na krześle. Zostało wykonane ręcznie przez Nausara, który wykształcił się na cieślę długo przed przybyciem na Lokamon. W cały domu można było podziwiać kunszt jego rzemiosła, od przepięknych zdobień na krokwiach po meble zbite z wręcz nadludzką precyzją. Twórca przytulnej posiadłości Hyruganów przeżuł ostatni kęs mięsa i razem z synem wyszli na zewnątrz, żeby pociąć drzewo. Bansja zajęła się sprzątaniem, przeklinając lenistwo mężczyzn, którzy nie raczyli nawet odnieść naczyń do kuchni.
*
---Tsoman obudził się późnym rankiem. Dzień spędzony na ciężkiej pracy mocno dawał się we znaki jego ciału. Zastanawiał się, jakie zdania dostanie do wykonania dzisiaj, w myślach jęcząc nad dolą człowieka nieposiadającego znacznego majątku. Każdy, któremu udało się dotrzeć na Lokamon, miał szansę zostać kimś wielkim. Tsoman słyszał wiele historii o ludziach podejmujących się wypraw w głąb lądu i znajdujących ogromne skarby. Nausar zadowalał się jednak spokojnym żywotem rzemieślnika w pierwszej osadzie na nowym kontynencie, pamiętającej jeszcze czasy sprzed zagłady Fyranu. Chłopak pragnął, żeby jego ojciec był odkrywcą, lecz nie dziwił się, dlaczego nim nie został. Jemu też nie chciałoby się tyle podróżować.
---Powoli otworzył powieki i wyjrzał przez okno. Słońce było już wysoko. Gdzieś w zakamarkach umysłu czaiła się najnowsza opowieść ojca, który wczoraj wieczorem znowu trochę wypił. Nie dowiedział się z niej nic interesującego. Świadomość otrzymania od matki wyjątkowo pięknych ubrań w prezencie na trzecie urodziny wcale nie czyniła go szczęśliwszym. Wygramolił się spod koca, wstał z łóżka, ubrał się i wyszedł ze swojego pokoju do wspólnej izby. Było pusto, Bansja i Nausar pewnie zajmowali się już sprawunkami za zewnątrz. Chata miała jeszcze dwie wydzielone sypialnie, jedną przeznaczoną dla gospodarzy i jedną pustą przygotowaną na powiększenie rodziny. Wzniesienie domu zajęło mnóstwo czasu, a praca była wymagająca nawet po ściągnięciu do pomocy dwóch robotników z pobliskiej osady, niemniej jednak Hyruganowie byli dumni ze swojego dzieła. Piękny odcień drzewa, przypominający nieco bursztyn, dodawał wnętrzu ciepła i przytulnej atmosfery. Tsoman do tej pory pamiętał, jak bardzo męczyli się przy wycince...
---Chłopak zakrztusił się wodą i nieomal wypuścił z rąk dzbanek. To, co zobaczył obok malutkiego pejzażu na pewno było twarzą. I to nie byle kogo. Odłożył naczynie na stół i jeszcze raz spojrzał w tamtą stronę. Ujrzał wizerunek Maniry, relief wystający z równej powierzchni ściany.
- Tsoman, moje dziecko... - przemówiła do niego płaskorzeźba.
- Czym ty jesteś?! - wrzasnął przestraszony młodzieniec.
- Twoją matką, Tsomanie. Nie poznajesz mnie?
---Nie wierzył własnym oczom. To coś było takie rzeczywiste, tak wiernie oddawało wszystkie szczegóły, i na dodatek się poruszało.
- Pewnie mam zwidy. - Tsoman wyparł się zmysłom, nieudolnie próbując mówić spokojnym tonem. - Idź precz, maro!
- Posłuchaj mnie. - Nawet jej głos był identyczny. - Nie wiem, jak się tutaj znalazłam, ale istnieję wewnątrz tego domu...
---Tsoman pospieszył w kierunku drzwi. Relief przesuwał się po ścianie, podążając za nim.
- Zaczekaj! - krzyknęła drewniana Manira.
---Chłopak jednak nie zwrócił na to uwagi i pokręcił głową, jak gdyby chciał otrząsnąć się ze snu. Wyszedł na zewnątrz, uwalniając się od dziwnej halucynacji. Starał się uspokoić i udawać, że nic się nie stało, aby nie wzbudzić podejrzeń. Ruszył w kierunku obory, mając nadzieje znaleźć tam ojca lub Bansję.
***
---Gonitwa myśli przetaczała się przez umysł Tsomana. Nie potrafił przekonać siebie, że został zwiedziony przez własne oczy. Jak każdy rodowity Fyrańczyk wierzył w istnienie duchów, lecz nagłe pojawienie się jego matki na ścianie domu porządnie nim wstrząsnęło. Mędrcy głosili, że dusze po śmierci udają się do raju, gdzie bytują w wiecznej szczęśliwości. Tsoman nie wiedział, dlaczego Manira miałaby nagle wrócić do świata żywych. Po Lokamonie krążyły plotki o ludziach parających się tajemnymi sztukami, którzy podobno byli w stanie uczynić różne cuda. Lecz kto mógłby zakląć osobę w drewnie?
---Chłopak powoli kończył układanie szczapek na rozpałkę w szopce. Wiedział, że prędzej czy później będzie musiał ponownie wejść do chaty, choćby po to, aby coś zjeść. Bał się tego, przewidując, iż dziwnym zachowaniem może zwrócić uwagę ojca i macochy. Gdy spotkał Bansję w oborze, ta uznała, że wygląda na mocno przestraszonego. Wykręcił się koszmarem, który podobno dręczył go w nocy.
---Wcisnął ostatni kawałek rozłupanego pniaka w szparę pomiędzy sufitem a resztą opału i wyszedł z drewutni. Zajrzał do obory, mając nadzieję, że będzie tam któryś z opiekunów i wyznaczy mu kolejne zadanie, odraczając tym samym powrót do domu. Ku rozczarowaniu zastał wyłącznie stałych bywalców, czyli świnie i kozy. Nausar nie wspominał nic o wybieraniu się do lasu. Nie było widać ich w okolicy, więc z pewnością robili coś w chatce. Przebywanie przez dłuższy czas na świeżym powietrzu bez wyraźnego powodu mogło wzbudzić jeszcze większe podejrzenia, zwłaszcza że aura dziś zbytnio nie dopisywała. Zacisnął pięści, po raz kolejny powtórzył w duchu, że nie stało się nic nadzwyczajnego, i ruszył w kierunku domu.
---Siedziba Hyruganów leżała w odległości sześciu dramekanów od Munabu, najbliższej ludzkiej osady, co gwarantowało jej mieszkańcom spokój, lecz z drugiej strony czasami zmuszało do całodziennych wypraw w celu skorzystania z usług kowala czy garncarza. Okolica, w której się osiedlili, była wyjątkowa. Soczyście zielone łąki rozciągały się wśród pagórków, zaś iglaste lasy pokrywały wyższe wzniesienia. W oddali na wschodzie majaczyły ośnieżone granie. Tsoman jednak nie myślał teraz o otaczających go krajobrazach. Niechętnie stawiał krok za krokiem na wydeptanej ścieżce, powoli zbliżając się do chaty. Słyszał stłumione krzyki Bansji i Nausara. Zastanawiał się, o co posprzeczali się tym razem. Na całe szczęście godzenie się przychodziło im łatwiej niż wszczynanie kłótni. Chłopak pociągnął za klamkę i wszedł do środka.
- To na pewno ma jakiś związek z nieczystymi sprawami! - oburzyła się macocha.
- Nie możemy postępować pochopnie. - Ojciec próbował ją uspokoić. - Może chciała nam coś przekazać?
- Najlepiej będzie pójść po Mędrca do Munabu. On coś zaradzi w tej sprawie.
- Gdybyś dała się jej wypowiedzieć, wiedzielibyśmy więcej.
- Jasne, obwiniaj mnie za to, że rzuciłam talerzem w Manirę, bo nagle pojawiła się na naszej ścianie! O mało co nie dostałam ataku serca!
---Tsoman przemieścił się z sieni do wspólnej izby, wprawiając swoich opiekunów w zakłopotanie.
- A co ty tutaj robisz? - zapytał ojciec.
- Ja też widziałem mamę, a raczej jej twarz – powiedział Tsoman, przyznając się tym samym do podsłuchiwania. - Dziś rano, tuż po tym, jak wstałem z łóżka.
- Skoro pojawiła się tu wcześniej, być może wróci ponownie – zauważył Nausar.
- Jestem tu przez cały czas – usłyszeli głos za swoimi plecami. Relief Maniry umiejscowił się tuż obok glinianego kominka.
- Jak to możliwe? - zdziwiła się Bansja.
- Nie mam pojęcia – odparła Manira. - Po prostu znalazłam się tu poprzedniej nocy. Mogę się ukazywać i chować, ale jestem cały czas obecna w tym domu, w ścianach, w podłodze, w dachu.
- Byłaś w raju? - chciał się dowiedzieć Nausar. - Dlaczego wróciłaś do świata żywych?
- Nie widziałam raju. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętam, był moment śmierci.
- Za tym muszą stać jakieś złe siły – stwierdziła macocha Tsomana.
- Nie potrafię powiedzieć, co jest tego przyczyną. Czuję się normalnie, widzę i słyszę to co dzieje się wewnątrz, poprawnie myślę. Tylko, że jestem zaklęta w drewnie...
- Może istnieje jakiś sposób, żeby cię stąd wydostać? - rzekł Nausar z nadzieją w głosie. Oczy Bansji momentalnie zaświeciły się ze złości.
- Powinniśmy umożliwić ci powrót do raju – zasugerowała jedyna kobieta z krwi i kości w towarzystwie. - Poradzimy się Mędrca Jesoma.
- Nie ulega wątpliwości, że lepiej przebywać w raju niż w deskach. Lecz z drugiej strony, cieszę się, że jestem tu z wami. Na pewno macie dużo do opowiedzenia. Wiele rzeczy się pozmieniało... Dosyć szybko zajęłaś się moim mężem, Bansjo.
---Nausar i jego partnerka poczerwienieli ze wstydu. Mężczyzna próbował wytłumaczyć się z podjętej decyzji.
- Nie wiedziałem, że kiedyś wrócisz na ziemię. A po drugiej stronie życia wszyscy kochają się tak samo...
- Mniejsza z tym. Gdzie jest Majuk? Czyżby założył już własną rodzinę?
- Tak. Mieszka w Kalumie razem z Nimeną. Dostaliśmy od nich list trzy oktawy temu, dobrze im się wiedzie, spodziewają się dziecka.
---Tsoman powoli zaczynał mieć dosyć absurdalności obecnej sytuacji. Ojciec był niesamowicie podekscytowany, Bansja zaś mocno zdenerwowana. Żadnemu z nich nie zdawało się jednak przeszkadzać, że prowadzą konwersację z płaskorzeźbą. W pewnym momencie chłopak nie wytrzymał napięcia.
- To nonsens! Czy my jesteśmy nienormalni? Dlaczego rozmawiamy ze ścianą?!
---Obrócił się na pięcie i wybiegł z domu.
***
---W ciągu ostatniej oktawy atmosfera w rodzinie Hyruganów stała się nie do zniesienia. Całe zajście zdziwiło Mędrca Jesoma w równym stopniu co mieszkańców domu. Nie był w stanie pomóc im w żaden sposób, tłumacząc się brakiem wiedzy. Polecił im, aby starali się zachować pokój między sobą i nie wszczynali kłótni. Przychodziło im to jednak z wielkim trudem.
---Bansję denerwowało to, że znajdowali się pod ciągłą obserwacją jej poprzedniczki. Kobiety często obrzucały się uszczypliwymi komentarzami. Macocha Tsomana uważała, że czas Maniry minął i nie powinna się wtrącać w ich życie. Ta z kolei obwiniała Bansję o fałszywość i manipulowanie Nausarem.
---Zachowanie mężczyzny nie sprzyjało budowaniu przyjaznych relacji. Spędzał dużo czasu na rozmowach ze zmarłą żoną, wzbudzając zazdrość u Bansji. Raz przyłapała go na tym, jak całował drewniany relief. Tego dnia najbardziej ucierpiała zastawa stołowa, która skurczyła się niemal do połowy poprzedniego stanu.
---Tsoman mimo początkowej niechęci powoli zaczął akceptować fakt, że matka będzie towarzyszyć im przez dłuższy czas. Pragnął tylko, żeby dorośli wreszcie doszli do porozumienia. Niespodziewany powrót Maniry w dziwnej formie nie zrobił na nim aż takiego wrażenia jak na Nausarze. Strata matki bardzo zabolała chłopaka, jednak zdążył pozbierać się dosyć szybko. Był nauczony dostosowywać się do ciągle zmieniających się warunków. Miał cztery lata, gdy razem z rodzicami i bratem uciekł z trawionego lodowym ogniem kontynentu. Niewyobrażalna katastrofa kosztowała życie większość rozumnych istot stąpających w owym czasie po tym świecie, a przynajmniej tak zdawało się tym, którzy przeżyli. Nie wiedzieli bowiem, czy gdziekolwiek indziej znajdują się zamieszkałe ziemie. Fyran, kolebkę ludzkości, unicestwiła katastrofa przewidziana przez Bezimiennego Proroka. Ci, którzy uwierzyli jego przepowiedniom, zawczasu udali się na Lokamon, położony dwa tysiące dramekanów na wschód. Plotki głosiły, że był znacznie rozleglejszy od Fyranu i nie było na nim śladu tubylców. Jego kolonizację podjęto jeszcze przed zagładą, lecz na stałe przebywało tam nie więcej niż trzy tysiące dusz. Rozsądne szacunki zakładały, że w wyniku masowej emigracji przybyło ich kolejne czterdzieści tysięcy. Niewiele, zważywszy na to, że ciała milionów spoczywały teraz zamrożone na górach lodowych, pływających kawałkach Fyranu. Nadzieję na odbudowę cywilizacji spoczywała na barkach Tsomana i jego rówieśników.
---Syn Nausara był obciążony nie tylko odpowiedzialnością za przyszłość, lecz także kolejną marafmą targaną do domu. Ta miała być już ostatnia, opał ledwo mieścił się w drewutni. Perspektywa końca roboty dodawała mu otuchy, sprawiając, że przyspieszył krok. I tak przybył na miejsce za późno, by zapobiec wydarzeniom, które na zawsze zmieniły jego życie.
---Słup dymu unosił się nad chatą. Chłopak puścił drzewo i podbiegł do niej. Pomarańczowe jęzory ognia trawiły siedzibę Hyruganów, zwęglając miesiące ciężkiej pracy. Bardziej przerażające były jednak dwa nieruchome, zakrwawione ciała leżące na ziemi.
***
- Dlaczego to zrobiłaś?!
- Miałam już dosyć tego obłędu! Nie możemy żyć razem z duchem!
- Ale to był jedyny sposób na kontakt z Manirą!
- Chciałam, ci pomóc. To nie prowadziłoby do niczego...
- Nie chciałaś pomóc mi, chciałaś pomóc sobie! Manira od zawsze ci przeszkadzała! Zapłacisz mi za to, suko!
---Nausar wyciągnął z kieszeni nóż i dźgnął nim Bansję w pierś. Kobieta zawyła z bólu i osunęła się z łoskotem na podłoże. Ojciec Tsomana dyszał ciężko, nabuzowany szaleńczym gniewem. Chaty nie dało się już ugasić, pożar objął cały budynek. Poszedł tylko nakarmić świnie w oborze, a ona wykorzystała to, żeby zniszczyć jego marzenia o odzyskaniu żony. Czuł się całkowicie bezradny. Lecz wiedział, że się mylił. Był jeszcze inny sposób na połączenie się z Manirą.
***
---Tsoman domyślał się, co mogło się stać. W pierwszym momencie żałował, że nie pospieszył się ze ścięciem drzewa. Jednak po chwili uświadomił sobie, że nie zawróci czasu, otarł łzy i zaczął kombinować nad tym, co z tym wszystkim zrobić. Mógłby udać do Munabu i poprosić mieszkańców o pomoc. Hyruganowie czasami odwiedzali wioskę i mieli tam kilku znajomych. Tsoman bał się jednak, że nie uwierzą w to, co im opowie, i obarczą go winą za śmierć Bansji i Nausara. A nawet jeśli jakoś by to wyjaśnił, nosiłby na sobie piętno sieroty, opuszczonego przez los. Nie chciał tego. Wolał nie wracać też do Kalumu. Majuk miał już dosyć własnych problemów. Na Lokamonie czekało mnóstwo miejsc, w których mógł zacząć życie na nowo, samodzielnie. Wybór padł na Vydar, sporą osadę położoną po drugiej stronie lasu, prawie trzynaście dramekanów stąd. Ani on, ani jego opiekunowie nigdy się tam nie zjawili, co gwarantowało pożądaną anonimowość. Zanim wyruszył, musiał jednak chwilę odpocząć, zebrać potrzebne rzeczy i dokończyć kilka spraw. Wykopał skrzynkę z oszczędnościami i puścił zwierzęta wolno, wcześniej wydoiwszy kozę i wypiwszy trochę mleka. To jedyne, czym mógł wypełnić żołądek. Zapasy spłonęły wraz z chatą, a zabicie i przyrządzenie świni zajęłoby zbyt dużo czasu. Dym na pewno przyciągnął uwagę kogoś z Munabu, więc Tsoman uznał, że lepiej będzie jak najszybciej opuścić to miejsce. W duchu dziękował, że nie minęło jeszcze południe. Miał szansę dotrzeć do Vydaru przed zmrokiem.
---Nie zdobył się na pochowanie Bansji i Nausara. Bał się dotknąć ciał, poza tym munabańczycy zyskaliby pewność, że żyje. Co więcej, ręka Nausara zaciśnięta na nożu wbitym we własne żebra jawnie wskazywała na samobójstwo i oczyszczała Tsomana z potencjalnych zarzutów. Tak przynajmniej mu się wydawało.
---Niestety, żadne torby ani plecaki nie ocalały z pożaru, więc nie mógł wziąć ze sobą wiele. Ograniczył się do siekiery, manierki zabranej wcześniej na wyprawę do lasu i ponownie napełnionej mlekiem oraz kilku złotych monet wyciągniętych ze skrytki. Spojrzał jeszcze raz na martwe ciała, zacisnął pięści i ruszył w drogę.
***
- Co tu się stało? - zapytał Cydas.
- Wygląda na poważną sprawę – stwierdziła Paquai. - Dwa trupy, w tym jeden, który najprawdopodobniej sam pozbawił się życia. No i ta zjarana chałupa...
- Rozejrzyjmy się się, może znajdziemy coś ciekawego – zaproponował podróżnik.
---Dwójka objuczonych wędrowców zaczęła kręcić się po okolicy. Natknęli się na niewielką dziurę w ziemi, pustą oborę i szopkę zapchaną drewnem. Najbardziej zaintrygowały ich jednak zgliszcza domu.
- Wygląda na to, że zbudowano ją z dziwnego drzewa, które widzieliśmy w tamtym lesie – powiedziała Paquai, pokazując towarzyszowi kawałek lekko zwęglonej belki.
- Rzeczywiście. Nie rozumiem tylko, po co komu chata wykonana z surowca o tak ogromnej pojemności magicznej?
- Mogli nie być tego świadomi. Ta roślina nie występuje na wybrzeżu. Sądzę, iż jesteśmy pierwszymi, którzy odkryli jej właściwości.
- Musimy przekazać nasze doświadczenia innym. Trzeba jak najprędzej dotrzeć do Kalumu, można też sprzedać trochę opowieści po drodze.
- Spójrz na to... – Paquai wyciągnęła palec w kierunku spalonej deski, na której widniała wyrzeźbiona twarz, zastygła w grymasie strachu.
- Wolę nie wiedzieć czym to jest...
***
---I tak oto rozpoczęło się dorosłe życie Tsomana, przedwcześnie wymuszone przez czyny przez jego ojca, który swoimi opowieściami nieświadomie przeniósł osobowość zmarłej żony na chatę wykonaną z magicznego drewna. Ta historia jest jedną z wielu opowieści o kolonizatorach Lokamonu, wraz z biegiem czasu odkrywających coraz więcej tajemnic otaczającego ich świata...
Opowiadania i historie utrzymywane w konwencji fantasy. Przeważnie oscyluję gdzieś na granicach mystical fantasy/metaphysical fiction, chociaż czasami pokuszę się też na sf i inne gatunki. Czasem z humorem, czasem na poważnie. Podziękowania dla wszystkich czytelników i wspierających.
Friday, September 11, 2015
Tuesday, August 25, 2015
"Hasztagi"
Czy
może być coś bardziej radującego od posiadania potomstwa? W końcu
to wypełnienie celu zapisanego głęboko w genach, praktycznie
najważniejszego z punktu widzenia biologii. Poza tym dziecko jest
ucieleśnieniem miłości, istotą łącząca w sobie cechy dwóch
zakochanych osób.
Zuzanna
cieszyła się, że jej nowo narodzony synek wreszcie jest w domu.
Miała problemy z zajściem w ciążę, samo oczekiwanie na poród
również nie przebiegało gładko. Dzięki Bogu, Feliks urodził się
cały i zdrowy.
Zuzanna
zrobiła sobie zdjęcie razem z nim, mężem Hubertem i czteroletnią
córeczką Amelią w świeżo wyremontowanym pokoju dziecięcym, po
czym wrzuciła je na portal społecznościowy.
#rodzinka
#bobas #feliks #witajwdomu #szczęśliwi
– Jaki
oni śliczny!
– Ale
słodki!
– Super!
Kiedy nas odwiedzicie?
Post
okraszono wieloma podobnymi komentarzami. Młoda mama była bardzo
dumna. Nie mogła jednak zbyt długo cieszyć się towarzystwem
Feliksa. Korporacja wzywała. To dzięki niej Zuzanna mogła zakupić
robota, który zajmował się noworodkiem i Amelią. Android był
odpowiedzialny za utrzymanie całego mieszkania, więc Zuzanna po
powrocie z pracy poświęcała swój czas wyłącznie na kontakt z
bliskimi. Bardzo jej to odpowiadało. Wcześniej, kiedy nie miała
elektronicznego pomocnika, opieka nad córką doprowadzała ją do
szału i wątpliwości nad sensem posiadania dzieci.
Dwa
dni później, przekraczając próg nie usłyszała ani kwilenia
Feliksa, ani śmiechu Amelci. Znalazła ich zmasakrowane ciała w
pokoju dziecinnym. Tuż przy nich stał robot domowy, który w kółko
śpiewał:
Ain't
no time for fakin jax
Stop
fakin jax
Brothers
that fake jax get laid on they backs
*
Co
może równać się z cechami, które sprawiają, że obserwujący je
doznają niemalże mistycznych uczuć? Czy istnieje większy dar od
natury niż piękno? Podobno to właśnie ono ma zbawić świat.
Marika
marzyła o karierze modelki. Była uroczą młodą damą, jednak nie
dosyć ładną, by pojawić się na okładkach magazynów i
bilbordach reklamowych. Dlatego ostatnio zrobiła sobie operację
plastyczną za pieniądze od taty. Nic wielkiego, drobne poprawki
nosa i ust. Naturze czasem trzeba pomóc. Wczoraj założyła nowego
bloga i wrzuciła na niego selfie pstryknięte w miejskim parku.
#polishgirl
#beauty #bezskalpela #wawa #summer
– Ekstra!
– Pokaż
cycki!
– Sweet!
Marika
była zadowolona z szerokiego odzewu. Niektórzy zarzucali jej
oszustwo, ale pozostali komentujący od razu przypięli im łatkę
hejterów. Aby jeszcze bardziej zachwycić internautów, postanowiła
zmienić uczesanie. Wybrała się do zakładu fryzjerskiego
obsługiwanego przez automaty. Wgrała do komputera osobiście
zaprojektowaną fryzurę i usiadła na wygodnym fotelu. Umieszczone
na robotycznym ramieniu nożyce zaczęły chlastać jej twarz. Radio
zacięło się, nieustannie powtarzając ten sam fragment piosenki:
Ain't
no time for fakin jax
Stop
fakin jax
Brothers
that fake jax get laid on they backs
*
Czy
można być bardziej spełnionym niż wtedy, kiedy stworzyło się
coś od początku do końca? Wprowadzeniu autorskiego pomysłu w
życie towarzyszy wyjątkowe zadowolenie, które buduje poczucie
własnej wartości.
Tobiasz
od początku wierzył, że mu się uda. Niewiele osób może
pochwalić się własnoręcznie przerobionym samochodem. Tuning
pochłonął trochę czasu i pieniędzy, ale efekt był niesamowity.
Zrobił sobie zdjęcie z nowym wozem i udostępnił je na portalu
społecznościowym.
#540hp
#hondaszybszaniżwygląda #JDM #pocomechanikjakmożnasamemu #swag
– Łał,
naprawdę ma tyle koni?
– Robiłeś
wszystko sam?
– Kozacki
spojler, pewnie dużo za niego dałeś.
Tobiasz
odpowiadał na większość pytań twierdząco, mimo iż test na
hamowni wskazał sporo mniejszą moc, część modyfikacji była
dokonana przez poprzedniego właściciela, a nowe części kupił po
przecenach. Ale co mu tam, przecież nikt się nie dowie.
Pewnego
dnia postanowił wybrać się na przejażdżkę po mieście. Opuścił
szyby i puścił głośną muzykę. Jechał powoli, przyglądając
się spacerującym dziewczynom. Nagle w samochodzie włączył się
autopilot i pojazd zaczął gwałtownie przyspieszać. Tobiasz nie
mógł zahamować, ani dezaktywować komputer kierujący wozem.
System audio ześwirował i ciągle odtwarzał ten sam kawałek
utworu:
Ain't
no time for fakin jax
Stop
fakin jax
Brothers
that fake jax get laid on they backs
Po
chwili biała honda zderzyła się z seatem poruszającym się
przeciwległym pasem. Wszyscy uczestnicy wypadku zginęli.
*
– Wygląda
na to, że to koniec koszmaru – powiedział nadkomisarz Grabowski.
– Jak udało się wam go rozpracować?
– To
nie nasza zasługa – odparł młodszy inspektor Malinowski. – Po
pewnym czasie zabójca sam przyznał się do zbrodni. Wystarczyło
go ująć.
– Naprawdę
to zrobił? – zdziwił się Grabowski. – Wybacz, nie jestem na
bieżąco, dopiero wróciłem z urlopu.
– Zależało
mu na rozgłosie – wyjaśnił Malinowski. – Ten gościu był
konkretnym świrem. Ofiarom przed śmiercią puszczał amerykański
rap, jakiś kawałek o tym, że pozerzy źle kończą. Swoje
działania określał jako Projekt Trendkill od nazwy pewnego albumu
ze strasznie agresywną muzyką. Nienawidził ludzi, którzy
przesadnie chwalili się w mediach społecznościowych. Wyszukiwał
ich na podstawie tagów, śledził przez kilka dni, a następnie
zabijał przy pomocy zhakowanych urządzeń.
– Dobrze,
że nie korzystam z tych durnych fejsbuków…
Thursday, July 30, 2015
"Święte Serce"
W
dniach takich jak ten łatwo czcić Pana Życia. Wielbić go za to,
że stworzył rzeczy tak proste i piękne, jak choćby słońce.
Podziwiać srebrnoskrzydłe ptaki, w które tchnął życie.
Wsłuchiwać się w delikatny szum wiatru. Dziękować za każdy
oddech.
Gorzej,
gdy chwile kontemplacji są przerywane.
Tymis
z trudem powstrzymała się od gwałtownej reakcji, gdy na jej udzie
wylądowała kula mokrej gleby. Pragnienie wyrzucenia z siebie
niezadowolenia zatrzęsło nią, lecz nie chciała znowu zawieść
Feovala. Ze spokojem otrzepała szare, robocze spodnie i spojrzała
na Lizgrema, który cisnął w nią ziemią.
–
Czemu to zrobiłeś? – zapytała z wymuszoną łagodnością.
–
Żebyś przestała błądzić myślami w chmurach i zabrała się do
pracy – wyjaśnił chłopak. – Nie zdążymy dzisiaj posadzić
wszystkich krzaków, jeśli będziemy się ociągać.
–
Nie mogłeś mi po prostu tego powiedzieć? Poza tym nie rozmarzyłam
się, tylko myślałam o Panu.
–
Ta metoda była zabawniejsza, a na modlitwę znajdziesz czas
wieczorem. Wykopałem już dwa kolejne dołki, bierz rośliny i rób
swoje.
Dziewczyna
schyliła się po sadzonkę, umieściła ją w zagłębieniu i
zasypała ziemią. Nie była to ciężka praca, lecz dosyć istotna.
Jagody rebyby stanowiły najważniejszy składnik leków na gorączkę.
Tymis cieszyła się, że czyni coś dla dobra ogółu. Księga
Świętych Serc głosiła, że służąc innym, służysz Feovalowi.
A ona bardzo chciała odwdzięczyć się Panu za wspaniałe życie,
którym ją obdarował. Nie wszystko było idealne. Ludzie czasami
błądzili i zwracali się ku złemu. Lecz nie sprawiało to, iż
Tymis wątpiła w dobroć Najwyższego.
–
Przepraszam, że cię ubrudziłem – odezwał się Lizgrem. –
Mogłem się powstrzymać. Wypiorę ci te spodnie.
Młodzieniec
odłożył szpadel i przytulił dziewczynę. Pozawijane pasy czarnej
skóry pokrywające ich ręce i twarze zaczęły delikatnie świecić
na zielono. Duszowzory zmieniały kolor za każdym razem, gdy synowie
i córki Feovala odczuwali pozytywne emocje. Wybaczanie nawet w tak
błahych sprawach niosło ze sobą pewną ulgę, wyzwolenie od złości
i żalu zatruwającego duszę. I dlatego właśnie Tymis kochała
Pana Życia. Jeśli ktoś chciał się poprawić, zawsze mógł
liczyć na drugą szansę.
–
To nic takiego. Nie musisz ich czyścić, tak czy inaczej pod koniec
dnia nadawałyby się wyłącznie do prania.
Lizgrem
wypuścił współpracowniczkę z objęć i oboje wrócili do swoich
zajęć. Jednak nim zdążyli posadzić kolejną roślinę, ziemia
zaczęła się trząść.
–
Czujesz to? – Tymis wyglądała na zaniepokojoną.
–
To pewnie Ciemnoszkańcy. Zbierajmy się stąd, mogą napaść na
wioskę.
Pomioty
Pileosta budziły strach wśród prawych mieszkańców krainy
Heerevar. Zepsuci do cna, nie wyznawali żadnych zasad, a dążyli
jedynie do zaspokajania dzikich popędów. Nienawidzili Feovala i
jego dzieci. Prowadzili z nimi nieustanną wojnę, lecz Najwyższy
przez ręce Straży Świętych Serc prawie za każdym razem
sprowadzał na nich klęskę. Według przepowiedni Pan Życia w
wyznaczonym przez siebie czasie miał zesłać Czempiona, który
ostatecznie pokona Ciemnoszkańców. Teraz jednak zagrożenie było
wciąż realne, więc dwójka młodych ludzi prędko dołączyła do
pobratymców z osady. Lizgrem został przydzielony do obrony wioski,
zaś Tymis miała się udać razem z kobietami i dziećmi do kryjówki
w pobliskiej grocie.
Wibracje
nasilały się z każdą chwilą. Oddziały Straży stały w zwartym
szyku i obserwowały otoczenie. Po Ciemnoszkańcach można było
spodziewać się wszystkiego. Atakowali z powietrza, ujeżdżając
sześcioskrzydłe stwory. Maszerowali razem z gigantycznymi wilkami o
zębach ostrzejszych od stali. Raz szturmowali nadmorskie miasto przy
pomocy wieloryba.
Tymis
przeczuwała, że nie uda im się uciec przed atakiem. Jej grupa,
spowolniona przez panikę i dezorganizację, dopiero docierała na
kraniec wioski. Trudno było utrzymać równowagę, a domy sprawiały
wrażenie, jakby zaraz miały się rozlecieć. Dziewczyna nie oparła
się pokusie i spojrzała za siebie. Jeszcze nigdy wcześniej nie
widziała ataku Ciemnoszkańców.
Nagle
przed grupą strażników rozstąpiła się ziemia, a wstrząsy
ustały. Z rozpadliny wyleźli napastnicy i rozpoczęła się walka.
Pozostali mieszkańcy biegli dalej w amoku, zostawiając Tymis samą.
Ta powoli kroczyła w stronę pola bitwy. Wojowie dzielnie cięli
najeźdźców mieczami i halabardami, a Kapłani przepędzali pomioty
falami błękitnego światła, tchnieniem samego Feovala.
Ciemnoszkańcy wyglądali nieco inaczej, niż to sobie wyobrażała.
Nie byli zgarbieni i nie pełzali na czterech kończynach, lecz
posturą przypominali ludzi. Niektórzy z nich walczyli bez hełmów,
więc Tymis mogła zauważyć, że mają czarne włosy, bladą skórę
i… Duszowzory świecące na czerwono. Młoda kobieta nagle
zorientowała się, że znajduje się bardzo blisko miejsca starcia.
Wiedziała, że Pan Życia ma ją w opiece, a strażnicy mieli
znaczną przewagę, lecz wolała się gdzieś ukryć. Wpełzła pod
werandę jednej z chat i dalej obserwowała zdarzenie. Utkwiła wzrok
w jednym z Ciemnoszkańców. Wyglądał na wystraszonego i za wszelką
cenę starał się unikać konfrontacji z przeciwnikiem. W pewnym
momencie zaczął oddalać się od pola bitwy. Minął kryjówkę
Tymis, lecz nie zauważył młodej kobiety. Nagle padł na ziemię
rażony strzałą w udo. Po chwili dobiegli do niego strażnicy.
–
Łaski! – krzyknął powalony Ciemnoszkaniec. – Nie chciałem
walczyć, już nigdy więcej nie zrobię nic złego! Obiecuję!
Tymis
nie wierzyła własnym uszom. Ktoś stworzony przez uosobienie zła
błaga o litość? Czy może to tylko sztuczka mająca na celu
przechytrzenie strażników?
–
Czeka cię jedynie śmierć i wieczne potępienie, bękarcie
Pileosta. – Łucznik, który unieruchomił wroga, nie pozostawił
mu żadnych złudzeń.
–
Przepraszam za… Za wszystko! Oszczędźcie mnie! Będę podążał
drogą Feovala, przyrzekam!
Naprawdę
prosił o wybaczenie. Widziała to w jego oczach, wyrazie twarzy.
Tymis nie mogła dłużej bezczynnie się przyglądać. Natychmiast
wyczołgała spod werandy i zwróciła się do pobratymców.
–
Zostawcie go! Nie powinniście zabijać błagającego o odpuszczenie.
–
A ty skąd się tu wzięłaś? – zapytał wojownik dzierżący
dwuręczny miecz. – Mogłaś zginąć! Poza tym, o czym ty w ogóle
bredzisz? To Ciemnoszkaniec, chcesz zobaczyć, czy jest godzien
wybaczenia? To patrz!
Strażnik
wziął zamach i jednym cięciem pozbawił syna Pileosta głowy.
***
Orzechowe
włosy Tymis zasłaniały jej twarz. Siedziała skulona na ławce w
świątyni, rugana przez wściekłego Nadkapłana.
–
Co to ma znaczyć? Zrozumiałbym, gdybyś była dzieckiem i nie znała
dobrze Księgi Świętych Serc. Ale ty jesteś już dorosła,
uczestniczysz w Służbie Pana. Dlaczego w ogóle to zrobiłaś? Nie
jest ci miłe życie, największy dar Feovala?
–
Nie, Czcigodny. Chciałam tylko przyjrzeć się walce z ciekawości.
A ten Ciemnoszkaniec szczerze prosił o litość…
–
Uwierzyłaś w jego skruchę? To twory Pileosta, one nie znają
takiego pojęcia! Są niczym innym jak tylko wcielonym zepsuciem.
Tymis
miała poważne wątpliwości. Z jednej strony żałowała głupiego
wystąpienia przeciwko boskim prawom, z drugiej dalej była
przekonana, że ten czyn był słuszny. Ostatecznie zwyciężyła
potrzeba usprawiedliwienia się.
–
Skoro musimy walczyć ze złem, to dlaczego robimy to poprzez
zabijanie, a nie nawracanie?
–
Widziałaś ich Duszowzory? Rozświetlają się, kiedy właściciel
uczyni coś nikczemnego. Ciemnoszkańcy są naszym zupełnym
przeciwieństwem. Dla nich nie ma zbawienia. Muszą zostać usunięci
z tego świata, tak jak postanowił Pan Życia. A ciebie czeka rytuał
oczyszczenia. Zaczynasz podążać w niebezpieczną stronę.
Nadkapłan
opuścił świątynię, zostawiając dziewczynę samą. Proces
uwolnienia od złych sił stosowano często u osób narażonych na
dłuższy kontakt z dziećmi Pileosta oraz tych, którzy
kwestionowali zasady wyznaczone przez Feovala. Nie był niczym
strasznym, lecz Tymis dalej twierdziła, że ma rację. Ciemnoszkańcy
nie różnili się bardzo od zwykłych ludzi. Tak samo odczuwali ból.
Widziała, jak ten nieszczęśnik cierpiał, zanim został ścięty.
Może oni wcale nie chcą być źli, tylko są zniewoleni przez
Pileosta? Czym tak w ogóle jest zło? Abstrakcyjną siłą czy
wyborem, jakimiś konkretnymi czynami? Przecież zawsze można
zmienić swoje postępowanie. Dlaczego Feoval nie przekona Pileosta,
żeby przestał krzywdzić? Spojrzała na piękne oblicze Pana Życia
przedstawione na statui stojącej w centralnym punkcie świątyni.
Czego od niej wymagał? To prawda, w Księdze Świętych Serc jest
jawnie napisane, że zło należy zniszczyć. Księgę sporządzili
ludzie, którzy byli wielkimi mędrcami, ale i oni mogli się mylić.
Musi spróbować innej drogi. Dać przykład innym i sprawić, że
skończy się nieustanna wojna, albo przeciągnąć chociaż kilku na
stronę Feovala. Jeśli działa w dobrej woli, czy Pan Życia może
ją za to ukarać?
Nie
będzie żadnego rytuału. Ciemnoszkańcy potrzebują oczyszczenia
bardziej niż ona.
***
Skrytość
i kłamstwa powoli topiły sumienia w nieprawości. Lecz nikt nie
zrozumiałby prawdziwych zamiarów Tymis, podobnie jak Nadkapłan.
Zmierzała na zachód, w stronę gór. Niosła ważną wiadomość
dla krewnej żyjącej w Lahabus. Tak przynajmniej myśleli mieszkańcy
miast i wsi, które odwiedzała po drodze, aby uzupełnić zapasy i
odpocząć. Ci znający prawdę byli kilkanaście godzin marszu za
nią, o ile zdecydowali się wyruszyć w pościg zorientowawszy się,
że opuściła osadę. Nie musiała się bać niczego, przynajmniej
teoretycznie. Dzieci Feovala nie ośmieliłyby się tknąć siostry w
Panu, zaś Ciemnoszkańców właśnie szukała. Mimo wszystko
spotkanie z nimi mogłoby nie pójść po jej myśli. Co jeśli ten
mężczyzna był jednorazowym przypadkiem, a pozostali są naprawdę
zepsuci do szpiku kości? Naiwna skaże swoją i tak już splamioną
przez grzechy duszę na wieczne potępienie. Nie, nie wolno jej tak
myśleć. Musi wierzyć w drogę, którą obrała. Drogę pokoju.
Po
sześciu dniach wędrówki minęła Lahabus, ostatnie miasto
wyznawców Feovala. Za nim rozciągały się tereny wrogów, z
których Tymis miała nadzieję uczynić przyjaciół. W pewnym
momencie chciała zawrócić, porzucić to szaleńcze posłannictwo i
błagać o wybaczenie, ale nie była w stanie tego zrobić. Nie mogła
wyrzec się tego, co dyktowało jej serce.
Została
złapana przez Ciemnoszkańców, jak tylko wkroczyła na ich ziemie.
Oszczędzili jej życie, co już było zaskakujące, i zaciągnęli
do jakiejś wioski. Nikt nie pojmował, dlaczego zdecydowała się tu
przybyć, a wielu rozmawiało z nią, gdy siedziała zamknięta w
klatce powieszonej przy chacie wodza osady.
–
Po co dałaś się schwytać? – zapytał jeden z pomiotów
Pileosta. – Żeby twoi parszywi pobratymcy mogli cię uratować i
tym samym usprawiedliwić napaść na nasz dom?
–
Nie. Wręcz przeciwnie zależy mi na tym, żeby wojna się skończyła
– wyznała Tymis. – Jesteśmy gotowi wam wybaczyć.
–
Co chcecie nam wybaczać? To, że bronimy się przed prawem, w imię
którego próbujecie nas unicestwić? Nie potrzebujemy zasad,
wystarczy nam wolność. Każdy wie, co ma robić ze swoim życiem.
–
Potrzebujecie reguł, żeby wiedzieć, jak nie krzywdzić innych. Moi
bracia i siostry obrali złą drogę, chcąc was zniszczyć zamiast
wytłumaczyć czym jest dobro i przebaczenie.
–
My już wiemy, czym są. Zbędnymi sprawami. Kiedy ktoś krzywdzi
mnie, ja krzywdzę jego. Dlatego niedługo spotka cię okrutny los, w
imię poległych krewnych.
–
Nie tym razem, Nylvie. – Przy klatce pojawił się wysoki
Ciemnoszkaniec ubrany w niebieskie szaty przystrojone piórami,
prawdopodobnie jeden z kapłanów. – Pileost żąda, aby dziewczynę
przyprowadzono do niego.
***
Tymis
wieziono przez starodawne puszcze, zielone równiny, mgliste bagna.
Kompletnie straciła rachubę czasu. Każdy z dziesiątek, a może
setek dni zdawał się być taki sam. Widziała wiele osad
Ciemnoszkańców. Obserwowała, jak żyją. Nie kłaniali się żadnym
zasadom i czcili Złego. Dopuszczali się kradzieży, pobić,
cudzołóstwa. Ale też mieli rodziny, pomocnych przyjaciół.
Kochali podobnie jak dzieci Feovala. Na własne oczy widziała, jak
jeden z synów Pileosta zginął w obronie żony podczas burdy. Mimo
karcenia przez pilnujących Tymis niestrudzenie starała się głosić
prawdę o wybaczeniu, niemniej jednak z mizernym skutkiem. Większość
Ciemnoszkańców nadal wolała odpłacać pięknym za nadobne.
Pewnego
dnia karawana z więzioną dotarła na ogromne, skaliste pustkowie,
które zdawało się nie mieć kresu. Wjechali na płaskowyż, gdzie
wyrzucono ją z klatki i pozostawiono związaną na ziemi. Młoda
kobieta modliła się żarliwie, próbując opanować przerażenie.
Po pewnym czasie na horyzoncie pojawił się obiekt przypominający
wielkiego ptaka. Zbliżał się w jej stronę, aż w końcu wylądował
i mogła go obejrzeć w całej okazałości. Miał dwie pary skrzydeł
i pięć nóg, cały pokryty czarną jak węgiel sierścią. Z
karykaturalnie krótkiego pyska wystawały rzędy krzywych, ale
ostrych zębów. Jego czerwone gałki oczne były różnej wielkości,
podobnie jak fałdy skóry na długiej szyi. Pileost zaprawdę
odzwierciedlał wszelką szpetność.
–
Czemu krzywdzisz ludzi? – Tymis przemówiła do bestii, z trudem
przełamując strach. – Dlaczego jesteś zły?
–
Nie ma sensu. – Potwór przywarł do ziemi i spojrzał Tymis prosto
w twarz. – Nic nie ma sensu. A bez powodów i przyczyn istnieje
tylko chaos, swawola.
–
Nie rozumiem – przyznała się dziewczyna. – Uważasz, że życie
jest pozbawione celu?
–
Dokładnie, mój słodki kwiatuszku. Feoval myślał inaczej. Chciał,
żebyście żyli w całkowitym szczęściu. Lecz szczęście bez
smutku jest tylko nieznaczącym stanem bez punktu odniesienia. I
sprawił, że staliście się trochę gorsi. Zaczęliście chorować,
głodować, kłócić się między sobą, pozbawiać życia.
Zobaczyliście czym jest zło, abyście mogli poznać dobro.
–
To było konieczne. Bez wysiłku nie ma nagrody.
–
Wysiłek. Nie wszystkich na niego stać, moje serce. Ja jestem zbyt
leniwy, żeby dokonać czegokolwiek. Pozwalam, by Ciemnoszkańcy, jak
ich nazywacie, toczyli się bezwładnie razem z nurtem czasu. Feoval
uwielbia porządek i dlatego chce mnie zniszczyć. Ale harmonia to
tylko maska, złudzenie. W głębi duszy każdy chce, żeby było
łatwiej, nie bacząc na konsekwencje. Jesteś młoda, idealizujesz
świat. Przyjrzyj się kapłanom, strażnikom, rodzinie, a zobaczysz,
że prawość to tylko fasada.
–
Każdy człowiek jest grzeszny, jednak zawsze może się poprawić.
Nigdy nie będzie perfekcyjny, ale chodzi o to, by starać się z
całych sił.
–
Niczego nie pojmujesz, kochane dziecko. Kiedyś już było idealnie.
I wszyscy czuli tylko pustkę. Może ktoś inny lepiej ci to
wytłumaczy. Skoro modliłaś się do Pana Życia o pomoc, zaraz tu
przybędzie.
Człowiek
o złotych skrzydłach pikował wprost na bestię, jakby chciał ją
zaatakować. W momencie zderzenia dwu istot błysnęło światło,
które oślepiło Tymis. Gdy odzyskała wzrok, zauważyła stojącego
tuż przed nią młodego mężczyznę w szarych łachmanach. Na
twarzy miał Duszowzory wijące się niczym pnącze wina.
–
Kim jesteś? – spytała dziewczyna. – Gdzie są Feoval i Pileost?
–
Feoval i Pileost to Ja i Ja, Amradran. Ten, który stworzył świat.
Tymis
milczała. Nie wiedziała, co ma odpowiedzieć tajemniczemu
przybyszowi.
–
Wiem, że uczono cię inaczej. Pan Życia jest waszym ojcem, a Zły
dał początek Ciemnoszkańcom. Ale Pileost i Feoval to tylko moje
emanacje. Nienawidzące siebie nawzajem osobowości, nad którymi nie
panuję. Jesteś jedną z niewielu niepodążających ślepo za ich
wizjami świata. Cieszę się, że chciałaś coś zmienić. Ale
nawet ja nie mogę tego zrobić.
–
Dlaczego? – Tymis po raz kolejny zadała to pytanie.
–
Nie jestem wszechmogący. Nie wiem, czego dokonać, żeby wszystkim
było dobrze. Stworzyłem świat, bo czułem się samotny, zagubiony
od wieczności. Chciałem, żeby wszystko było doskonałe. Ale nie
można zdefiniować doskonałości bez pojęcia przeciwnego. I
sprowadziłem na świat zło. Zacząłem wątpić w swoje dzieło.
Zastanawiać się, czy nie lepiej byłoby w ogóle nie zaczynać i
tkwić w neutralnym odosobnieniu, albo pozwolić, żeby wszystko
toczyło się razem z losem. Potem znowu pragnąłem wszystko
poukładać i tak na przemian. W końcu rozdzieliłem się na dwie
osoby, stałem się Feovalem i Pileostem. Jedni ludzie kroczą drogą
Porządku, drudzy Chaosu. Czasami zdarzają się tacy jak ty, który
dążą do pogodzenia obu stron, albo chcą je zmienić, jak ten
chłopak trafiony strzałą. Nie można jednak ostatecznie usunąć
wyboru. Przepraszam, że skazuję was na tę wojnę.
Amradran
podszedł do Tymis i rozwiązał jej ręce i nogi. Ta wstała z
ziemi, przez chwilę patrząc bez słowa na Stworzyciela, po czym
przerwała milczenie.
–
Ofiarowałam ci całe serce, a ty potraktowałeś mnie niczym głupca.
– Duszowzory dziewczyny zapłonęły na karmazynowo. – Jak możesz
mówić swym dzieciom, że im sprzyjasz, skoro równocześnie jesteś
ich wrogiem? Nie możesz w końcu stanąć po jednej stronie?
–
Jestem wątły na umyśle. Chory. Szalony. Odpuść mi winy, proszę.
Zbawienna
ulga omijała Tymis. Nie była w stanie wybaczyć Panu tak jak
braciom i siostrom. Od niego oczekiwała najwięcej, i to on ją
zawiódł.
–
Nie potrzebuję cię. Zmienię świat w pojedynkę, albo umrę
próbując.
–
Ale ja cię potrzebuję – powiedział błagalnym tonem Amradran. -
Zostań moim Czempionem.
–
Sama dam sobie radę.
–
Wiesz, że w każdej chwili mogę cię unicestwić? – Jego głos
przypominał teraz Pileosta.
–
Zatem zrób to teraz i oszczędź wszystkim kłopotu –
odpowiedziała gorzko Tymis.
–
Nie. Nie uczynię tego – wyznał Pan. – Nie dam rady się
zdecydować.
–
W takim razie pozwól mi odejść.
–
Polecę z tobą za pustkowia. Nie przejdziesz ich pieszo bez zapasów.
–
Dobrze. – Tymis niechętnie zgodziła się na propozycję
Stworzyciela. – Ale już nigdy więcej nie chcę cię widzieć.
–
I tak prędzej czy później się spotkamy. Będę cierpliwie czekał.
I zawsze kochał. Jako Amradran za to, że jesteś moim dzieckiem.
Jako Feoval za to, że miłujesz dobro. I nawet jako Pileost za to,
że rozumiesz błądzących. Przepraszam, że zawiodłem.
–
Kiedyś ci wybaczę. – Dziewczyna patrzyła gdzieś w dal, starając
się nie płakać. - Może. A teraz zbierajmy się już stąd. Mam
wiele do zrobienia.
lipiec 2015
Subscribe to:
Posts (Atom)